Majorka w 3 dni – plan podróży i informacje praktyczne

Majorka – wyspa wchodząca w skład Balearów, kształtem przypominająca kraj, do którego należy. Na konturach granic podobieństwa się jednak nie kończą. To, jak wiele ma do zaoferowania Hiszpania jest kolejną wspólną cechą tego kraju i wyspy. Sto osiemdziesiąt przepięknych plaż i turkusowy kolor wody, w której odbijają się zacumowane luksusowe jachty to główne skojarzenie z Majorką. Niemniej popularne jest łączenie tego miejsca z konkretnymi imprezami Anglików. Co ciekawe, jest to również idealna destynacja turystyczna dla niemieckich emerytów. Nasi zachodni sąsiedzi odwiedzają ją tak licznie, że wyspa od dłuższego czasu nazywana jest siedemnastym landem. 

TROCHĘ HISTORII:

Zanim wyspę podbili turyści, Majorka znajdowała się pod władaniem Fenicjan (około 1000 roku p.n.e.). W późniejszym czasie przejęli ją Grecy, którzy nadali jej pierwszą nazwę – Ballein. Geneza wywodzi się od słynnych balerinek, które się tam produkuje tamtejszych strzelaczy z procy, którzy brali udział w wojnach punickich. Z biegiem czasu przyszła pora na sprawowanie rządów przez Rzymian. Najpiękniejszą pamiątką po nich jest dzisiejsza stolica wyspy oraz Alcudia ze starożytnymi ruinami i murami obronnymi.

IMG_20180804_125646
Niepohamowane szczęście na twarzach towarzyszy, którzy w 40 stopniach zwiedzali ze mną rzymskie ruiny

Swoje pięć minut na Majorce mieli też Wandalowie i Wizygoci, dzięki którym powstało sporo kościołów katolickich. Po nich przyszła kolej na Arabów. Akurat w tym przypadku nie można powiedzieć, że mieli oni swoje pięć minut, bo zasiedzieli się na wyspie troszkę dłużej. Trzy wieki ich panowania poskutkowały wspaniałą architekturą w wielu majorkańskich miastach, m.in. pałac Almudaina w Palmie. Przez kilkanaście lat Majorka była samodzielnym królestwem (1276-1349), po czym stała się własnością Aragonii i Hiszpanii. Wyspa od zawsze interesowała przybyszy z całego świata. Nie obyło się też bez piratów. Aby uniknąć pustoszenia przez nich tamtejszych miejscowości, coraz częściej zakładano miasta w głębi lądu.

PALMA DE MALLORCA
„Pięć minut” Arabów zostawiło po sobie wiele przepięknych śladów w architekturze

Warto dodać, że po sekularyzacji klasztoru Kartuzów w Valldemossie dawne cele braci przekształcono w mieszkania do wynajęcia. Z takiej oferty skorzystał Fryderyk Chopin. Kompozytor mieszkał tam wraz ze swoją dziewczyną George Sand (zima 1838/1839). Właściwie to nie do końca mieszkali oni razem – posiadali osobne cele. Francuska pisarka była bardzo wyemancypowana jak na tamte czasy. Paliła cygara, nosiła spodnie, często przeklinała i była o sześć lat starsza od Fryderyka. To wszystko nie podobało się katolickiej rodzinie Chopina. Odległa Majorka okazała się idealnym miejscem, aby uciec od ich sprzeciwu. Niestety, miejsce raczej nie przyniosło im szczęścia. Rozwinięcie tego wątku pojawi się we wpisie o Valldemossie.

chopin i george sand
Nieco przerażające upamiętnienie Fryderyka i George. Na szczęście to nie jedyna pamiątka po nich w klasztorze – poza ogromnymi posągami funkcjonuje tam również Muzeum Chopina.

Nie rozumiem jak ktoś mógłby nazwać Majorkę Wyspą Spokoju (chyba, że byłaby to osoba w konkretnym stanie nieważkości – choć i to wydaje się być nieprawdopodobne). Właśnie takie miano posiadała jeszcze przed II wojną światową. Po 1945 roku nazwa była coraz bardziej nietrafiona. Po podbojach Fenicjan, Greków, Rzymian, Arabów i Hiszpanów Majorkę zagarnęła turystyka masowa. Aby lepiej zobrazować obecne zainteresowanie tym miejscem dodam, że na 600 tysięcy mieszkańców przypada 8 milionów turystów. Niemniej jednak, poznawanie Majorki nie było przedzieraniem się przez tłumy, które jest bardzo powszechne o tej porze roku w Rzymie czy też Paryżu. Wiadomo, nie czułam się jak rozbitek na bezludnej wyspie i nazwanie jej spokojną wydaje mi się mocno przesadzone. Nie oberwałam jednak kijem od selfie, o co nietrudno latem w popularnych europejskich stolicach. Omijając najpopularniejsze kurorty i znane plaże raczej nie odczujecie obecności 8 milionów turystów. Widząc statystyki przyjazdów w celach turystycznych chyba bardziej prawdopodobne wydawało mi się pisanie pracy magisterskiej na Majorce przez moją siostrę od tamtejszych pustych uliczek, a tu proszę…

JAK DOSTAĆ SIĘ NA WYSPĘ I NIE WYDAĆ FORTUNY NA BILETY?

Wbrew pozorom, jest to możliwe i wykonalne. Trzeba tylko pokombinować i przesunąć wygodę podróży na drugi plan. O ile promocje z polskich miast nie powalają na kolana i nie trafiają się zbyt często (Ryannair: Warszawa Modlin, Wrocław Strachowice, Kraków Balice) to ceny za loty u naszych zachodnich sąsiadów same się proszą o wypad na Baleary. Bilety z berlińskiego portu lotniczego Tegel czy też Schonefeld można nabyć już od 86 złotych w dwie strony. Dodam, że Flix Busem dojedziecie wprost pod same drzwi tego drugiego lotniska – już bliżej się nie da. No chyba, że w przyszłości utworzą przystanek na terminalu. Postarajcie się o miejscówki kilka miesięcy wcześniej – gwarantuje, że zapłacicie za nie grosze! Jeżeli obudzicie się zbyt późno to tragedii i tak nie będzie (zakup biletów u nas odbył się na ostatnią minutę – zapłaciliśmy 69zł w jedną stronę). W szukaniu najodpowiedniejszych i najtańszych biletów lotniczych polecam tradycyjnie internetową wyszukiwarkę Esky. Być może podróż nie należała do najwygodniejszych (8 godzin drzemki w autobusie i 3 godziny oczekiwania na lotnisku przy kawie), ale naprawdę warto było trochę się pomęczyć i zapłacić niewiele. Oczywiście drugą opcją jest dojazd do Berlina własnym samochodem i pozostawienie go na jednym z pobliskich (i niedrogich) parkingów przy wybranym porcie lotniczym (w linku zamieszczam jeden z nich).

DCIM101GOPROGOPR1308.
Guten Morgen i te sprawy – po przylocie z Palmy postanowiliśmy wrócić do Gdańska późniejszym autobusem i spędzić 10h w Berlinie – oczywiście niedługo wjedzie relacja

WYPOŻYCZANIE SAMOCHODU I PORUSZANIE SIĘ PO MAJORCE:

Przestrzeń wyspy pokrywają surowe góry Tramuntana, uwielbiające komplikować życie kierowcom. Poza mieszkańcami przyzwyczajonymi do zawiłych serpentyn, nie lada wyzwanie stoi przed bliskimi zawału turystami w wypożyczonych samochodach. Jeśli ktoś kojarzy tamtejsze ulice rozciągające się nad przepaścią i zasady tam panujące (wąskie drogi niepozwalające na mijanie się aut – cofa ten, kto ulegnie spojrzeniu i cierpliwości kierowcy z naprzeciwka) to z pewnością podejmie decyzję o inwestycji w solidne ubezpieczenie. Mimo wszystko, poruszanie się samochodem po Majorce to najlepsze (i najciekawsze) rozwiązanie. Pozwoli Wam zaoszczędzić sporo czasu i zobaczyć znacznie więcej niż w przypadku korzystania z transportu publicznego. Jeśli znajdziecie jakiegoś szaleńca, który zgodzi się być kierowcą to macie problem z głowy.

Wyspa nie należy do tanich destynacji turystycznych ale koszt wynajęcia pojazdu nie będzie przerażający. Skorzystaliśmy z usług Enterprise, mającego swoją siedzibę na lotnisku w Palmie. Samochód zarezerwowaliśmy przez Internet jeszcze przed wyjazdem (na stronie rentalcars). Ceny w wypożyczalniach rozpoczynają się już od 45 zł/dzień. Dostaliśmy bardziej wypasiony i większy wóz w tej samej cenie. Nie okazał się jednak trafnym prezentem, wspominając wąskie dróżki nad przepaścią…

GOPR1204_Moment

GPS to usługa, która jest dodatkowo płatna. Poruszając się z Google Maps czy też Here We Go (darmowa aplikacja) wcale nie musicie wypożyczać nawigacji z wypożyczalni. Dokupiliśmy kompletne i drogie ubezpieczenie (20 euro/dzień). Generalnie wszystkie pojazdy posiadają podstawową ochronę, ale pracownik wypożyczalni streszczający nam zalety dodatkowej asekuracji był bardzo przekonujący. Stwierdziliśmy więc, że chcemy się ubezpieczyć na wypadek zagłady świata i wszystkich innych nieszczęść, które nie spotkały nas przez całe życie ale z pewnością nadejdą podczas trzech dni na Majorce. Niemniej jednak przyznaję, że kupiliśmy sobie tak naprawdę święty spokój. O ile takie coś być może nie jest Wam potrzebne to z pewnością warto zadbać o ubezpieczenie wkładu własnego – niemałej kwoty, którą wypożyczalnia zamraża na koncie podczas udostępniania samochodu i pobiera w razie jego uszkodzenia. W momencie jej zabezpieczenia środki pozostaną na Waszym koncie. Po szczegóły odsyłam na strony internetowe wybranych przez Was wypożyczalni.

Pamiętajcie, że cena za wynajem samochodu przez kierowcę, który ukończył 30 rok życia jest niższa niż w przypadku młodszego szofera. Można też dokupić zgodę na drugiego kierowcę. Jest to bardzo kosztowne i zupełnie niepotrzebne – tak twierdzi pracownik wypożyczalni, który delikatnie nam to zasugerował. Decyzja należy jednak do Was.

Parkingi: Koszt pozostawienia samochodu w odwiedzonych przez nas miejscach wahał się od 0,60 euro do 2,50 euro za godzinę. W przypadku skorzystania z parkingu w Valldemossie otrzymaliśmy niewielką zniżkę na wstęp do klasztoru Kartuzów (1,50 euro – to już pół piwa jakieś lody, jakby nie było). Kolejna dobra wiadomość – zazwyczaj nie płaci się za godziny w czasie siesty (14:00 – 16:00). Białe linie na ulicach oznaczają darmowe miejsca parkingowe, niebieskie – płatne, żółte – spory mandat jeśli pozostawimy tam auto.

GDZIE NOCOWAĆ?

Dysponowanie samochodem pomoże Wam w znalezieniu tańszego hotelu w mniej turystycznych i tańszych miejscowościach. Za nocleg zapłaciliśmy niemało ale była to najtańsza opcja na jaką mogliśmy się zdecydować. Ceny poza sezonem spodobałyby się nam bardziej (Majorkę odwiedziliśmy w sierpniu). Mimo, że nasz hotel nie należał do najtańszych to szczerze go polecam – Ca’ n Beia Suites w miejscowości Alaró (w cenę wliczono pyszne śniadania). Rezerwując pobyt poprzez ten link otrzymacie 50 złotych w prezencie na Wasze konto (po zakończeniu pobytu). Za skorzystanie z mojego linku pieniądze wpłyną również do mnie, za co z góry dziękuję! Nocując w miejscowości Alaró możecie zostawić samochód na bezpłatnym parkingu przy Parque de San Tugores. Znalezienie wolnego kawałka nie należało do łatwych zadań w sezonie, ale zawsze jakoś się udawało. 

CO ZJEŚĆ I WYPIĆ, BĘDĄC NA MAJORCE? Z góry uprzedzam, że to nie wszystkie typowe dania i alkohole na wyspie (nie chciałam dobić tym wpisem do kilometra). Jeśli uważacie, że brakuje tu czegoś istotnego to koniecznie dajcie znać w komentarzach!

  • Ensaimada – coś pomiędzy ciastem drożdżowym a francuskim, ułożone w charakterystycznego ślimaka. To chyba najbardziej znany element majorkańskiej kuchni, który zazwyczaj jada się tam na śniadanie. Skład? Jajka, mąka, cukier, woda oraz… saim – smalec wieprzowy.
  • Pa amboli – bagietka oblana oliwą zdaje się być średnim daniem sztandarowym wyspy, ale nie ma nic wspólnego z biedronkową buła z paczki! Polecam zamawiać je z oliwkami, sobrassadą (suszoną kiełbasą) lub z owocami morza.
  • Coca – imprezownia impezownią, ale coca to tylko słodkie i puszyste ciastko z dodatkami (sardynki, rodzynki, wędliny – oczywiście składniki te nie są łączone).
  • Frit mallorquin – jeden wielki misz masz, który – o dziwo… był dobry. W skrócie: ziemniaki smażone na oliwie z dodatkiem podrobów wieprzowych lub jagnięcych. Dorzuca się do tego czerwoną paprykę, cebulę i doprawia czosnkiem, goździkiem lub cynamonem.
  • Sangria – tego specyfiku chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Może i nie jest typowa dla Majorki ale wybierając się do Hiszpanii korzystajcie z okazji i zamawiajcie w czasie upałów wino z owocami.
  • Aros Brut w dosłownym tłumaczeniu oznacza brudny ryż i przypomina hiszpańską paellę. Jest to ryż z dodatkiem szafranu, mięsem królika i warzywami.
  • Tombet –  bakłażany, pomidory, ziemniaki i czerwona papryka, które podsmaża się na oliwie z oliwek. Częstym dodatkiem jest czosnek lub pietruszka.
  • Tunel – wspomaga imprezę, trawienie i przemianę materii. Jest to najpopularniejszy likier na wyspie. Jego podstawowymi składnikami są: tymianek, mięta i anyż.

JAKIE MIEJSCA ODWIEDZIĆ PODCZAS KRÓTKIEGO WYPADU?

Nasz pobyt na Majorce trwał zaledwie 3 dni (czwarty dzień przeznaczyliśmy na poznanie Berlina, zaraz po przylocie z Palmy). Mając tak niewiele czasu aż chciałoby się zacytować staropolskie „Szału nie ma, d*py nie urywa”, ale przy dobrym planie tyle dni wystarczy na poznanie kilku interesujących miejsc. Proponuję zaplanować trasę jeszcze przed wyjazdem lub skorzystać z naszego planu:

Dzień I: Palma De Mallorca

Dzień II: Valldemossa + Sa Calobra + Soller

Dzień III: Alcudia + Cap de Formentor + plaża

Więcej informacji na temat poszczególnych miejscowości pojawi się w kolejnych wpisach. W międzyczasie proponuję rozpocząć polowanie na tanie bilety i odliczanie do znalezienia się w raju… Być może nie do końca będzie to paradise dla kierowców, ale widoki z trasy i adrenalinka tworząca się przy pokonywaniu majorkańskich serpentyn z pewnością na długo pozostanie w pamięci każdego… 

Co zobaczyć w Londynie w 24h? Darmowe atrakcje i gotowa trasa!

Kilkanaście lat temu Londyn nie był miastem na wyciągnięcie ręki – w przeciwieństwie do tego, jak jest teraz. Nie było tanich lotów, ani tylu informacji na blogach podróżniczych, które pozwoliłyby dokładnie zaplanować podróż i uniknąć wielu niepotrzebnych stresów. Obecnie w Londynie była chyba co druga osoba, z którą ostatnio rozmawiałam na temat tego miasta (reszta po prostu tam mieszka). W Internecie pojawiło się już 3456787654 relacji z wyjazdu i kilkadziesiąt przewodników. Mimo to, postanowiłam stworzyć moją trasę, która doskonale sprawdziła się podczas 24-godzinnego pobytu. To nie tylko sztywny plan podróży – przynajmniej takie było założenie podczas tworzenia wpisu. Znajdziecie tu również wiele informacji i ciekawostek o mieście. Mam nadzieję, że wpis zachęci Was do tego, aby spakować plecak i wyskoczyć tam chociaż na jeden dzień! 

JAK DOSTAĆ SIĘ DO LONDYNU?

Podobnie do poprzednich wpisów, zamieszczę tutaj bezinteresowne lokowanie produktu – jeśli ktoś chciałby znaleźć tanie loty do Londynu, powinien zajrzeć na eSky. Dzięki tej wyszukiwarce można wybrać odpowiedni lot pod względem terminu i ceny. Przy wcześniejszej rezerwacji można go zakupić nawet w cenie 39zł w dwie strony! Wybrałyśmy linie WizzAir, które zabrały nas na pobliskie lotnisko Luton.

lot

DOJAZD Z LUTON DO CENTRUM LONDYNU:

Skorzystaliśmy z usług przewoźnika Easy Bus (linie green line). Po wyjściu z terminala nie sposób nie zauważyć sporego parkingu z autobusami – stamtąd odjeżdża również autobus Easy Bus, który oferuje przejazd do Victoria Station. To ostatni przystanek, z którego rozpoczął się nasz spacer po mieście. Bilety można zakupić tutaj (wcześniejszy zakup = niższe ceny). Kurs autobusem możliwy jest nie tylko o godzinie widniejącej na bilecie. Można z niego skorzystać nawet z 60-minutowym opóźnieniem, ale pierwszeństwo będą mieć osoby, które posiadają bilet na konkretną godzinę. Dojazd do centrum zajmuje około 1,5h.

Podczas przygotowań do wyjazdu wielokrotnie słyszałam, że powinnam nastawić się na długie kolejki po wylądowaniu. Planując wyjazd, wybrałam więc autobus wyruszający z Luton dopiero o 9:30 (wylądowałyśmy o 7:45). Dodatkowa rezerwa czasu okazała się niezbyt przydatna. Niemniej jednak, znalazłyśmy czas na kawę, od której rozpoczęłyśmy swój dzień. Wszystko nagle stało się piękniejsze, a pobudka o godzinie 3:40 odeszła w zapomnienie (brak opcji, która pozwoliłaby wstać o normalnej porze i nie przegapić lotu). 

JAK PORUSZAĆ SIĘ PO MIEŚCIE? 

Zwiedzając Londyn według naszego planu skorzystaliśmy z londyńskiego metra (najstarszego na świecie!) jedynie 3 razy. Początkowo planowałam tylko dwa kursy. Poruszałyśmy się w obrębie pierwszej strefy. Były to dwie przejażdżki pierwszego dnia i jedna w dniu wyjazdu. Trzykrotnie zakupiłyśmy bilety jednorazowe w cenie 4,90 funtów. Układ linii metra nie należy do skomplikowanych, dlatego też transport w Londynie nie przysporzy Wam problemów.

metro

Przed wyjazdem warto zainstalować bezpłatną i prostą w obsłudze aplikację MAPS ME. Jest to nawigacja, która działa bez połączenia z Internetem (potrzebujemy go jedynie w celu pobrania mapy danego miejsca). Dzięki niej można z łatwością namierzyć pobliskie atrakcje, lokale, bary, muzea, supermarkety czy też zlokalizować najbliższy bankomat.

GDZIE SIĘ ZATRZYMAĆ? 

Po radości z powodu zakupu taniego biletu lotniczego przychodzi czas na poszukiwania  hotelu i… euforia powoli zanika. Ceny za noclegi w Londynie nie należą do najtańszych. Jeśli ktoś posiada ograniczony, a nawet baaardzo ograniczony budżet wyjazdowy, nie przeszkadza mu mniej prywatności (no ok, brak prywatności) i chciałby poznać nowych ludzi, powinien skorzystać z usług DOVER CASTLE HOSTEL. Za dobę w schludnym pokoju wieloosobowym zapłaciłyśmy 47 złotych (w cenę wliczono również śniadanie). Jedną z głównych zalet hostelu jest znakomita lokalizacja. Szczerze polecam! Jeśli zarezerwujecie nocleg klikając tutaj, otrzymacie 50zł zniżki! W zamian za skorzystanie z bookingu i zarezerwowanie noclegu poprzez ten link, 50zł powędruje również na moje konto – z góry dziękuję, a jednocześnie zachęcam do skorzystania z niższej ceny!

CO I GDZIE ZJEŚĆ? 

Polecam Waszej uwadze niewielką restaurację Ben’s Fish and Chips (200 Shaftesbury Ave, oddalone o 7 minut od British Museum). Jak sama nazwa wskazuje, serwują w niej słynne brytyjskie Fish and Chips za 9,99 funtów. W cenę wliczono kawał smażonego dorsza, solidną porcję grubych frytek, kilka warzyw (powiedzmy, że była to sałatka) i napój. Mimo, że porcja na zdjęciu wydaje się mała, w rzeczywistości była naprawdę konkretna. Nasz wyjazd był niskobudżetowy, dlatego też po resztę posiłków udałyśmy się do… Tesco.


Z W I E D Z A N I E   L O N D Y N U  –  D Z I E Ń  P I E R W S Z Y :

Plan zwiedzania zakładał przebycie 8km pierwszego dnia i 3km w dniu wyjazdu. Krokomierz twierdzi, że przeszłyśmy dwa razy więcej. Chcąc zobaczyć jak najwięcej w tak krótkim czasie przypominam o zabraniu wygodnych butów i lekkiego plecaka. O tym jakie to ważne przekonacie się, zwiedzając to miasto w 24 godziny. Zaczynamy!

pierwsza część trasy
Pierwsza część naszej trasy

6:25 – 7:45 – lot z Gdańska do Londynu Luton. Na miejscu mała przerwa na kawę (rezerwa czasu w razie kolejek podczas kontroli) i czekanie na autobus, który zabierze nas do Victoria Station. 

9:30 – 11:00 – dojazd z lotniska do centrum miasta. Wysiadamy na VICTORIA STATION i udajemy się w stronę Buckingham Palace (14 min spacerem).

11:15 – Na kwadracie u królowej Elżbiety, czyli BUCKINGHAM PALACE. Warto zjawić się w tym miejscu o o 11:30, aby obejrzeć zmianę warty. Odbywa się ona codziennie od kwietnia do lipca i co drugi dzień w pozostałe miesiące. Szczerze mówiąc, zbyt wiele nie udało nam się zobaczyć. Tłumy oblegały ogrodzenie pałacu z każdej strony. Jeśli zależy Wam na dobrym miejscu, powinniście zjawić się tam co najmniej pół godziny wcześniej.

Buckingham Palace od 1837 roku pełni rolę domu dla brytyjskich monarchów. Jest to największy pałac królewski na świecie. Posiada 775 pomieszczeń, spośród których największym jest sala balowa o wymiarach 36x18m. Sama królowa Elżbieta II przyznała, że nigdy nie odwiedziła wszystkich pokojów. Metraż ogrodu jest równie konkretny – zajmuje 15 hektarów i jest największym prywatnym ogródkiem w mieście (właściwie słowo ogródek nie bardzo tutaj pasuje – mówiąc o kompozycji kwiatów i drzew zajmującej 15ha powinnam pozostać przy określeniu ogród). Nie można powiedzieć, że pałac prezentował się tak dostojnie od zawsze. Dwieście lat temu jego wnętrze… śmierdziało. Przyczyną była tragiczna wentylacja.

Buckingham PalaceJeśli ktoś ma nadzieję, że spotka kiedyś członków rodziny królewskiej, którzy kupują bułki w piekarni (trochę mnie poniosło, może i nie chodzą po bułki), pobierają pieniądze z bankomatu, czekają na wizytę u lekarza (tutaj też trochę poniosło), pływają w basenie i ćwiczą na siłowni, to muszę rozczarować. Jest to mało prawdopodobne, ponieważ mieszkańcy Buckingham  posiadają w budynku własne sklepy, bankomat, gabinet lekarski, basen, siłownię. Niektórzy twierdzą, że znajduje się tam również sekretna stacja metra. Niewiele brakowało do tego, aby stworzyć w nim British Museum. Ostatecznie zrezygnowano z tego pomysłu na rzecz tańszego budynku. Poza członkami rodziny królewskiej i służbą, sto lat temu w pałacu mieszkał kiedyś bezdomny. Po utracie przez niego domu jego znajomy – a zarazem jeden z pracowników Buckingham Palace – postanowił udzielić mu schronienia u brytyjskich monarchów w nadziei, że zdoła utrzymać jego obecność w tajemnicy.

W przeciwieństwie do odwiedzających pałac turystów, którzy nie mogą zobaczyć większości pomieszczeń w Buckingham, psy – zgodnie z regulaminem domostwa członków rodziny królewskiej – mogą przebywać w każdej części budynku. Zapewne niemałą zasługę ma w tym królowa Elżbieta II, która uwielbia psy, zwłaszcza czworonogi rasy corgi.

W sierpniu i we wrześniu wnętrze pałacu udostępnia się odwiedzającym – podczas tych dwóch miesięcy rodzina królewska udaje się na wakacje. Ceny za wstęp można sprawdzić tutaj

Buckingham PalacePo obejrzeniu warty (a raczej telefonów i selfie stick, które atakowały z każdej strony) powędrowałyśmy na Trafalgar Square, przechodząc przez THE MALL – reprezentacyjną ulicę w Londynie, która w niedzielne południe staje się deptakiem dla spacerowiczów.

Buckingham PalaceZanim pokonałyśmy całą długość The Mall,  skręciłyśmy w prawo, wstępując do HORSE GUARDS PARADE – największego placu defilad w centrum miasta, do którego przylegają koszary królewskie. Co roku, 21 kwietnia odbywają się tam obchody moich urodzin. W tym dniu rocznicę narodzin świętuje także Elżbieta II – możliwe, że jest to kolejny powód tej parady. W przeszłości w tym miejscu rozgrywano turnieje rycerskie. Na placu odbywają się wydarzenia związane nie tylko z jazdą konną. W czasie Igrzysk Olimpijskich w 2012 roku powstało tam boisko do siatkówki plażowej.

Uroczysta zmiana warty Strażników Konnych w tym miejscu to ciekawa atrakcja. Co więcej, nie jest ona tak popularna jak zmiana Gwardii Królewskiej przy Buckingham Palace – istnieje więc ogromna szansa na to, że uda się Wam cokolwiek zobaczyć. Wydarzenie odbywa się od poniedziałku do soboty o godz. 11:00 i w niedzielę o 10:00. 

Buckingham PalacePo Horse Guards Parade wracamy na THE MALL, który rozciąga się od pałacu Buckingham aż po Admiralty Arch – budowlę z 1912 roku, która powstała na zlecenie króla Edwarda VII. Obecnie jest to jeden z większych i najbardziej zabytkowych biurowców w Londynie, który wkrótce może przekształcić się w luksusowy hotel (na razie są to tylko plany).

Admiralty Arch

12:10 – czas na TRAFALGAR SQUARE!

Trafalgar Square zawdzięcza swoją nazwę bitwie pod Trafalgarem. Poza Galerią Narodową znajduje się tam 55-metrowa kolumna zwycięskiego dowódcy Nelsona, a także pomnik króla Jerzego IV i generałów: Havelocka oraz Napiera. Planowano też wzniesienie czwartego pomnika jakiejś ważnej osobistości na koniu, ale… zabrakło na to pieniędzy. Plac zdobią ogromne lwy odlane z brązu i fontanna, która powstała w przeddzień wybuchu II wojny światowej. W czasie świąt centralne miejsce na placu zajmuje ogromna choinka, wysyłana co roku przez Norwegów w akcie wdzięczności za pomoc w II wojnie światowej. 31 grudnia odbywają się tam brytyjskie wersje sylwestra z jedynką. 

Jeśli ktoś dysponuje większą ilością czasu niż 24h i chciałby zobaczyć słynne Słoneczniki van Gogha lub prace Da Vinci, Rembrandta, Michała Anioła, Rubensa oraz Botticellego, powinien wybrać się do Galerii Narodowej przy Trafalgar Square. Zachęcam do udziału w godzinnej i bezpłatnej wycieczce po muzeum (od poniedziałku do piątku o 11:30 i 14:30, szczegóły tutaj). 

Lecimy dalej, w kierunku Piccadilly Circus (8min spacerem z Trafalgar Square). Po drodze mijamy kilka ładnych budynków i słynne czerwone budki. Właściwie to powstrzymam się od komentarza. Chyba najlepiej będzie jeśli wstawię zdjęcia opisujące to, co chciałabym przekazać:

PICCADILLY CIRCUS z pewnością kojarzy większość osób. Dla niektórych to zwykły plac z paroma konkretnymi reklamami. Dla innych – jeden z symboli Londynu. Dla mnie jest to miejsce z obrazów w Ikea, które ma w sobie to coś. Być może charakteru dodał mu występ jednego z ulicznych artystów. Reklamy rozświetlają to miejsce od 1908 roku, z kilkoma przerwami. Wyłączono je m.in. po śmierci Winstona Churchilla i księżnej Diany.

Po 5 minutach spaceru jesteśmy już w CHINATOWN.

Skąd wzięli się tam Chińczycy? East India Company od XVIII wieku zatrudniała sporo marynarzy z Państwa Środka, którzy osiedlili się w Londynie na stałe i stworzyli w nim własne lokale gastronomiczne, ośrodki kulturalne i handlowe. Najpopularniejszą częścią Chinatown jest Gerrard Street. Na tej ulicy można znaleźć najlepsze chińskie restauracje i salony masażu.

To ciekawy skrawek Londynu, który zdecydowanie warto zobaczyć. Nie nastawiałabym się jednak na jego wybujałe opisy, które znalazłam w kilku przewodnikach. Według nich jest to niezwykle egzotyczne miejsce, wypełnione zapachem orientalnych potraw. Co jak co, ale zapachy w tej dzielnicy do orientalnych (i przyjemnych) raczej nie należały. Być może jest to właśnie jedna z rzeczy, która upodabnia je do Państwa Środka. Chiński klimat tworzy tzw. brama pai fang, która wyznacza początek i koniec Chinatown, a także czerwone lampiony nad głowami spacerowiczów. 

Chinatown wchodzi w skład SOHO, zwanego centrum rozrywki Londynu. Do niedawna tę część miasta porównywano do dzielnicy czerwonych latarni w Amsterdamie. Nie bez powodu – mieściło się tam wiele sex shopów i domów publicznych. Obecnie zastąpiono je sporą liczbą barów, restauracji, klubów (wiele z nich dla społeczności LGBT), sklepów, kin, salonów gier i nowoczesnych biurowców. To również dzielnica kontrastów – oprócz setek imigrantów (głównie w Chinatown) Soho zamieszkują przede wszystkim bogaci londyńczycy.

13:00 – po Trafalgar Square, Piccadilly Circus, Chinatown i rozeznaniu w londyńskim Soho pora na… obiad. Polecam wspomnianą na początku wpisu niewielką restaurację Ben’s Fish and Chips (200 Shaftesbury Ave), w której – jak sama nazwa wskazuje – serwują sławne wyspiarskie Fish and Chips. Koszt konkretnego obiadu z napojem wyniósł 9,99 funtów. 

14:00 – Po obiedzie i chwili odpoczynku odhaczyłyśmy kolejny punkt wyjazdu: BRITISH MUSEUM (7 minut spacerem z Ben’s Fish and Chips). Autorzy przewodników po Londynie twierdzą, że powinno się na nie przeznaczyć cały dzień. Mimo, że wystawy są naprawdę interesujące to jeden dzień musiał nam wystarczyć nie na muzeum, ale na cały Londyn. Poprzestałyśmy więc na spędzeniu tam 3 godzin. Udało nam się zobaczyć eksponaty, które najbardziej nas interesowały. Przed wejściem ustaliłyśmy co chcemy obejrzeć i gdzie znajdują się poszczególne rzeczy – to zdecydowanie usprawniło nasze zwiedzanie.

Wstęp do muzeum jest bezpłatny. Otwarte codziennie od 9:00 do 17:30, w piątki do 20:30. Istnieje możliwość wypożyczenia multimedialnego przewodnika w cenie 5 funtów (4,5 funtów dla studentów i 3,5 funtów dla dzieci do 12 roku życia).

Jak można w skrócie opisać to miejsce? Żywa (choć może to słowo akurat nie pasuje do ekspozycji mumii) lekcja historii. Eksponaty rozmieszczono w ogromnych salach i posortowano według pochodzenia geograficznego oraz wieku. To przedmioty związane z kulturą egipską, grecką, rzymską, rzymsko-bizantyjską, azjatycką, amerykańską, afrykańską i bliskowschodnią.

Najpopularniejszymi eksponatami są: Mumia Kleopatry, kamień z Rosetty, dzięki któremu udało się odczytać pismo hieroglificzne, rzeźby asyryjskie z pałacu w Nimrud, człowiek z Lindow – ciało pochodzące z początków epoki żelaza, popiersie Nefretete, a także ogromny zbiór mumii, sarkofagów i przedmioty z grobowców faraonów.

dav
Dziedziniec Królowej Elżbiety II robi wrażenie
mde
Mumia Kleopatry
dav
Zafascynowani turyści
sdr
Kamień z Rosetty i 12345678 osób

Przed 17:00 zakończyłyśmy wizytę w British Museum i wróciłyśmy na Oxford Street. Nie obyło się bez przystanku w ogromnym PRIMARKU – trzypiętrowym (o ile dobrze pamiętam) sklepie bez końca, w którym jakimś dziwnym trafem sprzedawano wszystkie rzeczy jedynie w promocji. Jeśli ktoś obawia się, że wróci do domu ze zbyt wielką sumą pieniędzy to oczywiście jest na to sposób – wizyta na Oxford Street rozwiąże ten problem, a także wiele innych – m.in. zbyt dużo czasu w Londynie. Jakoś tak niespostrzeżenie zleciało nam w tym miejscu 1,5h.

sdr

Około 18:30 powędrowałyśmy w kierunku metra (Bond Street Station) i stamtąd udałyśmy się do stacji Westminster (szarą linią Jubilee, kierunek: Stratford). Kupiłyśmy bilety jednorazowe w maszynach na stacji metra za 4,90 funtów. Sporo osób polecało nam przed wyjazdem kartę Oyster. Nie skorzystałyśmy z niej bo planowałyśmy jedynie dwa przejazdy w czasie pobytu w Londynie. Ostatecznie odbyłyśmy trzy rundki metrem z biletem jednorazowym.

bond street station - westminster

Oczekując zachwycającej panoramy na BUDYNEK PARLAMENTU zastałyśmy to… Przyznaję, że mam ogromne „szczęście” do rusztowań. Czasami odnoszę wrażenie, że rozkładają je specjalnie przed moim przyjazdem. A tak zupełnie poważnie – w 2017 roku rozpoczął się remont generalny najsławniejszej wieży zegarowej na świecie, który prawdopodobnie zakończy się w 2021 roku.

Mimo, że najpopularniejszą część budowli zakryto po samą górę, widok znad Tamizy i tak zrobił na mnie wrażenie. Jeszcze nigdy widziałam tak pięknej panoramy z rusztowaniem w roli głównej. Co ciekawe, Big Ben to nie nazwa wieży zegarowej, a dzwonu o wadze 13 ton, który się w niej znajduje. Wieża zegarowa, którą większość mylnie nazywa Big Benem tak naprawdę jest Wieżą Elżbiety. Posiada 4 tarcze liczące 7,5m i wskazówki o długości 4,25m. Symbol Wielkiej Brytanii stanowi część gmachu parlamentu, który powstał w latach 1840-1870. Średniowieczny pałac, który wcześniej zajmował to miejsce, spłonął w 1834 roku. Istnieje możliwość odbycia 90-minutowej wycieczki po parlamencie z przewodnikiem (bilety można zakupić tutaj).

Zegar na wieży Elżbiety nie zawsze był tak punktualny, jak w dzisiejszych czasach. W 1949 roku odnotowano 40-minutowe spóźnienie za sprawą… odpoczywających sobie na wskazówce ptaków. W 1962 roku przyczyną 10-minutowego opóźnienia było zatrzymanie wskazówki z powodu dużej ilości śniegu.

sdr
Widok na rusztowania Big Bena i Parlament

19:00 – postanowiłyśmy, że skorzystamy z atrakcji będącej kolejnym symbolem miasta – LONDON EYE. Skończyło się jedynie na postanowieniach. Jako, że miałyśmy „szczęście” podczas tamtego wyjazdu, będąc na miejscu okazało się, że London Eye zamknięto wcześniej. No nic, przynajmniej sporo zaoszczędziłyśmy. Słyszałam jednak, że atrakcja warta jest swojej ceny – zwłaszcza jeśli ktoś wybiera się tam, aby podziwiać Londyn po zmroku.

Bilety warto zakupić on-line. To pozwoli Wam zaoszczędzić trochę funtów. Standardowe wejście dla osoby dorosłej (zakupione tutaj) kosztuje 24,30 funtów. Warto sprawdzić wcześniej godziny i dni otwarcia atrakcji (tutaj), aby nie spotkała Was taka niespodzianka jak naszą grupkę. 

dav

19:30 –  wracamy na stację metra Westminster i jedziemy w kierunku LONDON BRIDGE (tak nazywał się też nasz przystanek, szara linia, kierunek North Greenwich). Po wyjściu ze stacji przyszła kolej na zwiedzanie pubu (THE MUDLARK – polecam!). Po całym dniu zwiedzania i tłumaczeniu przez barmana jakie rodzaje piwa oferuje, czego warto spróbować i co może nam polecić zapamiętałam jedynie, że zamówiłam piwo. Bardzo dobre piwo. 

trasa nr 3bty20:30 – po zwiedzaniu pubu spacer zrobił się jakiś taki lżejszy i przyjemniejszy. Odwiedziłyśmy kolejny i ostatni już tego dnia symbol miasta, wiktoriański TOWER BRIDGE. Wybudowano go na początku lat 90-tych XIX wieku.

Budowla posiada dwa przęsła, które podnoszą się do góry pod kątem 86 stopni w 90 sekund (dobry czas, biorąc pod uwagę, że każdy z nich waży 1100 ton). Cały mechanizm podnoszenia umieszczono w dwóch wieżach, w których znajduje się również muzeum historii mostu. Obecnie górny pomost jest dostępny dla turystów (od niedawna można tam pospacerować po szklanej podłodze), ale w latach 1909 – 1982 wejście dla pieszych zamknięto ze względu na sporo samobójstw. W ciągu pierwszego miesiąca od powstania Tower Bridge, most podnosił się aż 600 razy, wpuszczając wysokie statki do centrum miasta. Obecnie podnoszenie przęseł jest konieczne jedynie kilka razy w tygodniu.

Po lewej stronie od Tower Bridge widoczna jest twierdza TOWER OF LONDON – budowla o charakterze obronnym, która często musiała odpierać wroga. W przeszłości miała sporo różnych funkcji: od królewskiej rezydencji, po zoo i okrutne więzienie. Było to miejsce dokonywania pokazowych egzekucji. Przetrzymywano tam m.in. króla Anglii Henryka IV, królową Annę Boleyn i Thomasa More. W twierdzy znajduje się sporo broni, zbroje oraz insygnia koronacyjne (w tym największy na świecie brylant). Budynek do dziś zamieszkiwany jest przez naczelnika, strażników i ich rodziny oraz urzędników.

Bilety na górną część Tower Bridge można zakupić tutaj (jeśli wybieracie się tam z rodziną, wejście rodzinne będzie korzystniejsze cenowo). Godziny otwarcia: październik – marzec od 9:30 do 17:00, kwiecień – wrzesień od 10:00 do 17:30.

mde
Po lewej – Tower of London, po prawej – Tower Bridge

W pobliżu Tower Bridge mieści się także nowoczesny RATUSZ MIASTA, który powstał w 2002 roku. Jego szklana fasada wraz z panelami fotowoltaicznymi zapewnia maksymalne wykorzystanie światła słonecznego. 45-metrowy budynek zasilany jest energią odnawialną. Poza ratuszem i wieloma nowoczesnymi budynkami, nad brzegiem Tamizy zobaczycie też HMS Belfast – brytyjski okręt, który brał udział w II wojnie światowej.

bmd
Nowoczesny ratusz miasta nocą

O 21:30 kierunek DOVER CASTLE HOSTEL. Ruszamy do hostelu, wypompowane po intensywnym dniu zwiedzania brytyjskiej stolicy.

powrót do hostelu


D Z I E Ń   D R U G I :

Nasz dzień rozpoczynamy nieco później niż dzień pierwszy – wtedy wstałyśmy o 3:40, teraz możemy pospać do 8:00. Po śniadaniu w hostelu, ogarnięciu się i zebraniu rzeczy, o 9:00 wychodzimy na miasto. Drugi dzień w brytyjskiej stolicy nie był już tak napięty. Nasz lot powrotny był o 16:00, więc o 14:00 planowałyśmy zjawić się na lotnisku (o 12:00 odjechałyśmy autobusem z Victoria Station w kierunku lotniska). Pozostało nam kilka godzin na spacer i poznanie kilku ciekawych miejsc, na które nie wystarczyło czasu poprzedniego dnia.

Trasa - dzień 2

9:00 – kierunek: BOROUGH MARKET (po drodze zahaczamy o Tesco i zapewniamy sobie prowiant na cały dzień). To miejsce jest prawdziwym odzwierciedleniem Londynu – znajdziecie w nim kuchnie z całego świata, które serwują mieszkańcy miasta tworzący mieszankę kulturową. To najstarszy i najpopularniejszy targ w Londynie, odwiedzany przez znakomitych brytyjskich szefów kuchni (np. Gordon Ramsay). To miejsce pojawiło się też w wielu filmach, m.in. w przygodach Bridget Jones.

Po 8 minutach jesteśmy już przy SHAKESPEARE’S GLOBE. Okrągła budowla jest rekonstrukcją teatru szekspirowskiego, który spłonął w 1613 roku. Podczas jednego z przedstawień wystrzelono armatę – efekty specjalne wymknęły się spod kontroli, wywołując pożar. W teatrze szekspirowskim występowali jedynie mężczyźni (w role kobiet wcielali się młodzi chłopcy). Jeśli dana sztuka nie przypadła widzom do gustu, rzucali jedzeniem w aktorów.

bty
Shakespeare’s Globe

10:30 – udajemy się w kierunku MILLENIUM BRIDGE, jednego z najciekawszych mostów w Londynie. Patrząc na schody, które najwyraźniej sugerują drogę na skróty, wybrałyśmy nieco dłuższą trasę – spacer promenadą.

bty
Schody sugerują drogę na skróty – przez Tamizę

MILLENIUM BRIDGE powstał w 2000 roku. Konstrukcje stalowe wykonywało wiele firm. Jedną z nich był polski Mostostal Zabrze. Most zamknięto na dwa lata już trzeciego dnia po hucznym otwarciu z nietypowej przyczyny. Podczas ogromnej ilości osób na Millenium Bridge zaobserwowano zjawisko zbiorowej synchronizacji – spacerowicze nieświadomie zsynchronizowali kroki, wywołując wibracje kładki. Wyczuwając je, przyspieszyli – przez co drgania zwiększyły się jeszcze bardziej.

Millenium Bridge to jeden z mostów, który prowadzi do najpiękniejszej (moim zdaniem) świątyni w Londynie. Tworząc KATEDRĘ ŚWIĘTEGO PAWŁA architekt Christopher Wren czerpał inspirację z Bazyliki Świętego Piotra w Rzymie. Londyńska katedra jest dosyć młoda (sprawia wrażenie znacznie starszej) – jej budowę zakończono w 1710 roku. Najbardziej charakterystycznym elementem jest kopuła o średnicy 50 metrów. Konstrukcja sprawia wrażenie lekkiej (mimo, że waży 700 ton).

Oglądając zdjęcia z wnętrza katedry żałuję, że nie udało nam się wejść do środka. Ceny za wstęp uniemożliwiły zwiedzanie świątyni – jak już wspominałam był to wyjazd niskobudżetowy. Przynajmniej mamy powód po powrotu. Tak właśnie się pocieszamy (w sumie pomaga). Szczegóły dotyczące godzin otwarcia katedry w poszczególne dni, a także cen za bilety można znaleźć tutaj. 

11:00 ostatni przejazd metrem ze stacji St. Paul’s do Victoria Station (linia czerwona Central: kierunek West Ruislip, przystanek w Oxford Circus Underground Station, po czym przesiadka na niebieską linię Victoria: kierunek Brixton, przystanek Victoria Station – w sumie przejazd z przesiadką zajął jakieś 20 minut). Stamtąd wzięłyśmy autobus na lotnisko (w tym samym miejscu co przystanek, w którym wysiadłyśmy po przyjeździe do Londynu – informacja z dokładnym adresem  podana jest na biletach) i zakończyłyśmy ekspresowy pobyt w Londynie.

ostatni przejazd metrem
Ostatni przejazd metrem w Londynie – powrót do Victoria Station

Po 24h mamy świadomość tego, że nie udało nam się w pełni poznać brytyjskiej stolicy. Niemniej jednak, zobaczyłyśmy najpopularniejsze symbole miasta. Komu polecamy taki wyjazd? 

  • jeśli znajdziecie w portfelu 400-450zł (koszt zależy od ceny za bilety),
  • od zawsze chcieliście poznać brytyjską stolicę, 
  • szukacie ciekawego pomysłu na weekend,
  • macie jedynie 26 dni urlopu, których nie chcecie ruszać,

TO KRÓTKI POBYT W TYM MIEŚCIE JEST WŁAŚNIE DLA WAS! Po powrocie dajcie znać, czy plan okazał się przydatny i co jeszcze – Waszym zdaniem – powinno się w nim znaleźć!

 

Szkocja – informacje praktyczne

Szkocja nie należy do tanich destynacji turystycznych. Ceny noclegów i dań w restauracjach potrafią skutecznie odstraszyć turystów, niezarabiających w funtach lub euro. Tygodniowe wycieczki z biurem podróży oscylują w granicach 4000 złotych. Nie musi być jednak aż tak tragicznie! W tym wpisie postaram się przedstawić w jaki sposób zwiedzić Szkocję, nie wydając przy tym milionów.

CZY SZKOCJA JEST PAŃSTWEM?

Szkocja to część państwa – Wielkiej Brytanii, która z kolei wchodzi w skład Zjednoczonego Królestwa i Irlandii Północnej (tę zawiłość prosto i zwięźle wyjaśnia tekst, który znalazłam podczas przygotowań do wyjazdu, dostępny tutaj). Szanse na stworzenie ze Szkocji niepodległego państwa wzrosły z powodu Brexitu. Chęć pozostania Szkotów w Unii Europejskiej byłaby mocnym argumentem, popierającym odcięcie się od Wielkiej Brytanii.

Szkocję zamieszkuje 5,3 mln osób. Władzę wykonawczą sprawuje rząd w Londynie, mimo, że utworzono też Szkocki Parlament z siedzibą w Edynburgu (zajmujący się m.in. sprawami związanymi ze zdrowiem i edukacją). Stolicą jest Edynburg, zaś największym miastem Glasgow (niespełna 600 tys. mieszkańców). Jedynym sąsiadem Szkocji jest Anglia.

Szkocja posiada dwie flagi. Pierwsza z nich nawiązuje do jej patrona – Świętego Andrzeja, którego ukrzyżowano. Na jego prośbę belki krzyża ustawiono ukośnie. Kolor niebieski w tle symbolizuje niebo (jego odcień nie jest ściśle określony). Druga flaga Szkocji przedstawiająca lwa na żółtym tle zarezerwowana jest dla rodziny królewskiej – tylko ona może się nią posługiwać.

800px-Flag_of_Scotland.svg
źródło: Flag of Scotland, Wikimedia Commons, domena publiczna
Royal_Banner_of_Scotland_(1-2).svg
źródło: Royal Banner of Scotland, Wikimedia Commons, domena publiczna

PRZED WYJAZDEM:

  • W gniazdkach na terenie Wielkiej Brytanii płynie prąd o napięciu 240V. Aby używać przedmiotów elektrycznych z Polski, niezbędny będzie adapter prądu, dostępny w wielu supermarketach w Polsce, a także w sklepach ze sprzętem elektrycznym (5zł/sztuka). Można je też kupić na lotniskach.
  • Kolejną rzeczą jest ustawienie odpowiedniego czasu – przesunięcie zegarków o godzinę do tyłu. 
  • Warto wziąć ze sobą parasol  i okulary słoneczne. Wszystko jest tam w kratkę, pogoda również. Zgodnie ze znanym powiedzeniem mieszkańców, jeśli nie podoba Ci się pogoda w Szkocji, poczekaj 5 minut.
  • Osoby rozważające wypożyczenie samochodu w Szkocji powinny wziąć pod uwagę fakt, że na ulicach Wielkiej Brytanii obowiązuje ruch lewostronny.

DCIM101GOPROGOPR0348.

JĘZYK: 

Oficjalnym językiem jest angielski. Jego szkocka odmiana sprawia, że kilka razy podczas pobytu w Glasgow zastanawiałam się, w jakim języku mieszkańcy bezskutecznie próbują mi coś przekazać. Szkocki akcent bardzo mi się podoba, ale nie ułatwia sprawy. Nie piszę tego po to, aby kogoś załamać – wręcz przeciwnie. Nie należy przejmować się tym, że ta odmiana angielskiego może stworzyć problemy. Szkoci najwyraźniej przyzwyczaili się do tego, że nikt ich nie rozumie (nawet Anglicy!) i cierpliwie powtarzają słowa, które w pierwszej chwili zdają się być językiem z kosmosu. Jeśli ktoś chciałby usłyszeć Szkota podczas rozmowy, odsyłam do filmiku dostępnego tutaj.

Co ciekawe, mieszkańcy północnej części Szkocji, m.in. Hebrydów czy wyspy Skye posługują się dodatkowo językiem Gaelic. W tym przypadku z czystym sumieniem można stwierdzić, że jest to język z kosmosu, w którym powstało kilka piosenek (m.in. zespołu Capercaillie). W telewizji TV Alba nie usłyszymy języka angielskiego, będzie to Gaelic. W tym języku prowadzone są również niektóre audycje radiowe.

784706_513863ad
autor zdjęcia: James Denham, źródło: geograph.org.uk/photo/784706, licencja: creativecommons.org/licenses/by-sa/2.0/legalcode

WALUTA:

Jednostką monetarną Szkocji jest funt szterling, nieoficjalnie zwany funtem brytyjskim (1GBP = 4,77zł, kurs z października 2017). 1 funt dzieli się na 100 pensów.

Szkocja posiada w obiegu własną wersję funtów, których banknoty różnią się wyglądem od funtów brytyjskich. Wydawane są przez Bank of Scotland (szósty najbogatszy bank na świecie!), Royal Bank of Scotland oraz Clydesdale Bank. Każdy z nich produkuje swoje wersje. Należy pamiętać, że takie funty są akceptowane jedynie na terenie Szkocji. Pamiętajmy, aby nie przywozić ich do Polski. Można je wymienić m.in. w takich miejscach w Szkocji, jak: kantory, banki, hotele oraz punkty informacji turystycznej.

3411120241_e6a1f06300_b
autor zdjęcia: Howard Lake (flickr.com), licencja: https://creativecommons.org/licenses/by-sa/2.0/legalcode

JAK DOSTAĆ SIĘ DO SZKOCJI? 

Najprostszy i najtańszy sposób to podróż samolotem. Ceny biletów stwarzają kolejny dobry argument przemawiający za tym, aby odwiedzić Szkocję. Loty do Glasgow czy Edynburga można zakupić już w cenie 118zł. Niekiedy można było załapać się na atrakcyjniejsze promocje ( w styczniu 2016 bilety kosztowały 39zł w dwie strony). Ceny dotyczą lotów z małym bagażem podręcznym. Warto śledzić promocje linii lotniczych – pomoże w tym wyszukiwarka lotów eSky.

GLASGOW: Ryannair oferuje przelot z Modlina, Wrocławia i Bydgoszczy do międzynarodowego portu lotniczego Glasgow, położonego 15km od centrum miasta. Możliwy jest również wylot z Rzeszowa (Ryannair) do Prestwick, oddalonego od Glasgow o 50km. WizzAir umożliwia wylot na międzynarodowy port lotniczy Glasgow z Gdańska, Katowic i Warszawy (lotnisko Chopina).

EDYNBURG: Linia lotnicza Ryannair oferuje przelot do portu lotniczego w Edynburgu z Gdańska, Modlina, Katowic, Krakowa, Poznania i Szczecina.

DOJAZD Z LOTNISKA DO CENTRUM:

  • Międzynarodowy port lotniczy Glasgow: Przy wyjściu z budynku terminala trzeba skręcić w lewo, należy iść wzdłuż ulicy, aż do przystanku Glasgow Shuttle 500. Koszt biletu wynosi 7,50GBP. Warto kupić bilet w dwie strony w cenie 10GBP, ważny przez 28 dni od daty skorzystania z kursu w jedną stronę (można je kupić u kierowcy). Autobus kursuje co 15min (po godz. 23:00 co pół godziny). Po 20 minutach byliśmy już w centrum miasta. Możliwe przystanki to: dworzec centralny Glasgow, George SquareBuchanan Bus Station. 
  • Port lotniczy Prestwick: Wychodząc ze strefy przylotów należy kierować się w prawo i przejść przez cały terminal wzdłuż stanowisk check-in, aż do schodów na górę. Następnie, trzeba przejść przez kładkę nad ulicą i torami, po czym zejść na peron. Odjeżdżają tam trzy pociągi na godzinę. Po okazaniu karty pokładowej można otrzymać zniżkę – cena za bilet wynosi wtedy 3,7GBP. Pociąg pokonuje odległość z lotniska do stacji Glasgow Central w 50min.
  • Port Lotniczy w Edynburgu: Lotnisko w Edynburgu jest bardzo dobrze skomunikowane z centrum miasta. Najtańszym sposobem jest dojazd lokalnym autobusem Lothian Bus nr 35, który dowiezie nas do Edinburgh Ocean Terminal. Można też wysiąść szybciej, m.in. na Royal Mile czy też w okolicy Muzeum Narodowego Szkocji. Koszt jednorazowego biletu wynosi 1,60GBP. Jeśli ktoś chciałby wykupić bilet dzienny, cena wynosi 4GBP. Podróż zajmuje ponad godzinę. Autobus kursuje co 15-30min, począwszy od 5.56 ( w weekendy od 7:30) aż do 23.05. Można też skorzystać z autobus Airlink 100, kursującego przez całą dobę co 10-15min (w nocy co 30min). Dowiezie nas do przystanku Waverley Bridge w 30min. Koszt biletu w jedną stronę wynosi 4,50GBP. Warto kupić bilet w dwie strony w cenie 7,50GBP. Bilety można zakupić u kierowcy autobusu.
27161562004_b972a78b43_k
źródło: Eddie, www.flickr.com/photos/34085730@N06/27161562004, licencja: creativecommons.org/licenses/by-sa/2.0/legalcode

KOMUNIKACJA POMIĘDZY GLASGOW A EDYNBURGIEM:

W przypadku pociągów warto kupić bilety przez Internet i od razu wybrać godziny wyjazdu oraz przyjazdu. Najtaniej będzie, gdy data wyjazdu i powrotu będzie taka sama. Wraz ze znajomymi wybrałam się z Glasgow do Edynburga, aby tam spędzić jeden dzień i wrócić w godzinach wieczornych. Za bilet w dwie strony zapłaciliśmy 12,60GBP. Można go zakupić na tej stronie. Nie otrzymamy zakupionego przez nas biletu na pocztę elektroniczną. W zamian za to dostaniemy numer zamówienia, który należy podać w automacie na dworcu i w ten sposób odebrać go (dlatego warto pojawić się na dworcu wcześniej). W Glasgow istnieją dwa poziomy dworca kolejowego i z obu miejsc odjeżdża pociąg do Edynburga – warto dopytać się tamtejszych pracowników o miejsce odjazdu naszego pociągu. Poza opcją z pociągami, z Glasgow do Edynburga można wybrać się również autobusem National Express, jednak przewoźnik oferuje znacznie mniej połączeń.

PORUSZANIE SIĘ PO EDYNBURGU I GLASGOW:

Przed wyjazdem warto zainstalować bezpłatną i prostą w obsłudze aplikację MAPS ME. Jest to nawigacja, która działa bez połączenia z Internetem (potrzebujemy go jedynie w celu pobrania mapy danego miejsca). Dzięki niej można z łatwością namierzyć pobliskie atrakcje, lokale, bary, muzea, supermarkety czy też zlokalizować najbliższy bankomat.

W Edynburgu wszystkie główne atrakcje miasta położone są blisko siebie, dlatego też nie korzystaliśmy z transportu publicznego.

W Glasgow również poruszaliśmy się pieszo, korzystając z metra tylko raz. Jeśli ktoś nie lubi długich spacerów, może skorzystać z metra czy też z autobusów miejskich. Cena jednorazowego biletu autobusowego na krótki przejazd wynosi 1,40GBP, dłuższy przejazd kosztuje 2,15GBP, natomiast bilet dobowy można zakupić w cenie 4,50GBP. Bilety można nabyć w autobusie u kierowcy. Cena za przejazd metrem wynosi 1,65GBP (bilet dzienny – 4GBP). Bilety można kupić w automatach, przy wejściu na stację. Linia metra układa się w kształt litery O, dwukrotnie przecinając rzekę Clyde. Posiada 15 stacji, o łącznej długości 10,4km. Warto dodać, że metro w Glasgow jest jednym z najstarszych w Europie, zaraz po Londynie i Budapeszcie. Każdego dnia korzysta z niego 35 tysięcy osób (dla porównania: metro w Londynie obsługuje 5 milionów pasażerów dziennie, metro warszawskie – 700 tysięcy osób).

Glasgow_SPT_Subway_Map.svg
Metro w Glasgow, autor: David Arthur, commons.wikimedia.org/wiki/File:Glasgow_SPT_Subway_Map.svg, licencja: https://creativecommons.org/licenses/by-sa/2.0/legalcode

GDZIE NOCOWAĆ? 

Porównując ceny noclegów w Glasgow z kosztem zakwaterowania w Edynburgu, zdecydowaliśmy się na to pierwsze miasto (oferujące niższe ceny). Wybraliśmy hotel Tartan Lodge (235 Alexandra Parade, Glasgow, w pobliżu autostrady M8). Obiekt jest dobrze zlokalizowany – położony w sąsiedztwie katedry Świętego Munga i Necropolis (20min pieszo od George Square). Hotel przypomina z zewnątrz mały zamek. Tartan Lodge oferuje noclegi w cenie od 98zł/osoba/doba do 155zł/osoba/doba. Nasz pokój był ładny, czysty i posiadał łazienkę. Szczegóły rezerwacji dostępne są tutaj. Poniższe zdjęcia pochodzą ze strony booking.com:

GDZIE ZJEŚĆ SMACZNIE I TANIO?

Jak już wspominałam wcześniej, ceny w restauracjach mogą skutecznie odstraszyć odwiedzających Glasgow czy Edynburg. Jest jednak na to rozwiązanie! Warto wstąpić na obiad do pubów, które oferują smaczne dania w niższej cenie (hamburgery, Haggis czy też sławne Fish&Chips można zakupić już od 5GBP).

Niektóre lokale oferują też breakfast served all day – śniadania serwowane przez cały dzień. Szkoci zaczynają swój dzień od sytego posiłku, a więc ciepłe i spore śniadanie może zastąpić danie obiadowe, a tym samym poratować kieszeń.

Można też pójść w nasze ślady i po części zrezygnować z tradycyjnych dań szkockich – stołowaliśmy się m.in. w pizzerii w Glasgow. Przekonały nas ceny w lokalu wraz ofertą dnia (duża pizza w cenie 5GBP). W Edynburgu wstąpiliśmy do niewielkiego lokalu Flip (54 Clerk Street), w którym można było zjeść spore wrapy, panini czy też burrito już od 4GBP.

Najtańszą opcją jest zakup dania na wynos. Jeśli pogoda pozwoli na zjedzenie obiadu w pobliskim parku, to z pewnością można dzięki temu sporo zaoszczędzić.

DCIM101GOPROGOPR0854.

Śniadania i kolacje przygotowywaliśmy w naszym hotelu, który oferował dostęp do kuchni. Produkty zakupiliśmy m.in. w Lidlu i Tesco. Ceny w supermarketach były niskie – spodziewaliśmy się większej przebitki w porównaniu do cen w polskich supermarketach (ceny przykładowych produktów zamieściłam na końcu wpisu).

CO ZJEŚĆ W SZKOCJI?

  • Haggis to jedna z potraw, której składniki raczej odstraszają niż zachęcają do spróbowania. Jest to owczy żołądek, nadziewany mieszanką serca, płuc i wątroby owcy, obtoczonej w mące owsianej.
369389063_8ed4ddbb5b_o
Haggis, autos zdjęcia: Tess Watson (flickr.com), licencja: creativecommons.org/licenses/by-sa/2.0/legalcode
  • Jajka po szkocku ugotowane na twardo to jeden ze szkockich przysmaków. Obtacza się je mięsem mielonym z dodatkiem przypraw i smaruje ubitym białkiem jajka. Dodaje się do nich okruchy ciemnego chleba i smaży na głębokim oleju.
  • Równie popularne są Stovies – dania składające się ze smażonego mięsa mielonego, z dodatkiem cebuli i ziemniaków.
  • Szkoci uwielbiają Shortbread – chrupiące pieczywo maślane, a także Banncocks – ciasteczka owsiane, smażone na oleju. Zazwyczaj podaje się je z serem.
  • Odważnym wyborem będzie zamówienie Czarnego Puddingu z łoju i krwi barana, zmieszanego z mlekiem, owsianką, cebulą i przeróżnymi ziołami. Taką mieszankę zazwyczaj zapieka się w jelitach owczych.
  • Bardziej zachęcająco brzmi Carnachan – pudding owsiany z dodatkiem malin, bitej śmietany i whisky.
  • Black Bun to ciasto z bakaliami, którego nie może zabraknąć podczas obchodów Nowego Roku, Andrzejek czy też Nocy Roberta Burnsa (25 stycznia).
  • Fish and Chips cieszą się w Szkocji sporą popularnością. Znajdziemy je praktycznie w każdej restauracji i barze. Jest to filet ryby podany w cieście naleśnikowym, smażony na głębokim oleju. Podaje się go z grubymi i równie dobrze wysmażonymi frytkami.

Skoro znaleźliśmy się w Ojczyźnie Whisky, niewybaczalne byłoby wyjechać bez spróbowania jej kilku rodzajów. Cena za 50ml dziesięcioletniego whisky w jednym z barów w Glasgow wynosiła 3GBP. W tym samym lokalu można było kupić piwo Tyskie w cenie 5GBP za butelkę.

Irn Bru to oranżada, o której po prostu trzeba wspomnieć w tym podrozdziale. Ten pomarańczowy napój bezalkoholowy zawierający kofeinę, o większej sprzedaży wśród Szkotów niż Coca-cola. Napój powstał w 1901 roku, a jego receptura jest pilnie strzeżona. Polecam obejrzenie kilku reklam tego napoju (dostępnej tutaj), w których przedstawia się go jako napój bogów. Można przy okazji posłuchać szkockiej wersji angielskiego. W 2005 roku Irn Bru reklamowała m.in. Doda (nie ma jej wśród reklam w podanym linku).

Irn Bru

CENY WYBRANYCH PRODUKTÓW SPOŻYWCZYCH W SZKOCJI.

Z takimi cenami wybranych produktów spotkałam się w Lidlu w Edynburgu, a także w Tesco w Glasgow. Stolica Szkocji wydawała się być droższym miastem.

ceny szkocja

CO ZOBACZYĆ W SZKOCJI?

Wpis poświęcony zwiedzaniu Glasgow,

Wpis poświęcony zwiedzaniu Edynburga,

Wpis poświęcony wycieczce Discovery Scotland.

Kijów – informacje praktyczne

Pierwszą rzeczą, która zaskoczyła mnie w Kijowie było to, co zobaczyłam na kijowskich parkingach… Luksusowe samochody od zawsze kojarzyły mi się z Monte Carlo i Miami. Nigdy nie sądziłam, że do ich grona dołączy stolica Ukrainy. Kolumny najdroższych modeli czarnych BMW, Mercedesów i Land Roverów (z przyciemnianymi szybami, przednimi również) wyłaniały się na ulice z każdej strony. Były też Łady, jednak te pierwsze zdecydowanie przeważały.

20170402_110506

JAK DOSTAĆ SIĘ DO KIJOWA?

Najlepszy, najtańszy i najwygodniejszy sposób to podróż samolotem. Wybrałam linie WizzAir – lot z Gdańska do Kijowa na lotnisko Żuliany, znajdujące się 8km od centrum miasta. Warto śledzić promocje linii lotniczych (m.in. w listopadzie, grudniu, styczniu), które pozwalają na zakup biletów już od 140zł w dwie strony. W cenę wliczono jedynie bagaż podręczny, który w zupełności mi wystarczył. WizzAir oferuje też loty z Warszawy (lotnisko Chopina), Katowic, Lublina, Poznania i Wrocławia.

Można też skorzystać z usług LOT czy też z Ukrainian Airlines, oferujących połączenia z Warszawy na lotnisko Boryspol, oddalone od centrum Kijowa o 29km. WizzAir oferuje znacznie tańsze połączenia, chociaż czasami można załapać się na promocję pozostałych linii lotniczych.

Aby odwiedzić Ukrainę, niezbędny jest paszport.

DOJAZD Z LOTNISKA DO CENTRUM:

Żuliany: Wychodząc z Terminalu A, zaraz przy głównej ulicy znajduje się przystanek autobusowy dla linii nr 9 (koszt: 4UAH, bilet kupujemy w autobusie, u kontrolera), który dowiózł naszą szóstkę na ulicę Volodymirską, do biura DayFlat – po odebraniu kluczy do naszego apartamentu od razu się tam udaliśmy.

Boryspol: Można skorzystać ze SkyBusa, który oferuje przejazd na dworzec kolejowy w cenie 80UAH, lub do najbliższej stacji metra (koszt: 50UAH). Trasa zajmuje 45minut. Przystanek znajduje się po prawej stronie za wyjściem z Terminalu F.

GDZIE NOCOWAĆ?

Wynajęte przez nas mieszkanie było ładne, czyste, ogromne i dobrze zlokalizowane (blisko metra, barów, supermarketów). Wszystko w bardzo dobrej cenie – 4216UAH za cały pobyt dla 6 osób (35zł/doba/osoba). Przedpłata nie była wymagana. Nie ukrywam, że było to dla mnie kluczowe, zważywszy na stan konta przed wypłatą. Jedynym minusem była niewygodna sofa w salonie. Szczegóły rezerwacji tutaj.

Wejście do mieszkania nie zachwycało:

…czego nie można powiedzieć o wnętrzu (poniższe zdjęcia obiektu pochodzą z booking.com)

Kolejną dobrą i tanią opcją jest Dream House Hostel, szczegóły tutaj.

PORUSZANIE SIĘ PO MIEŚCIE:

Przed wyjazdem warto zainstalować bezpłatną i prostą w obsłudze aplikację MAPS ME. Jest to nawigacja, która działa bez połączenia z Internetem (potrzebujemy go jedynie w celu pobrania mapy danego miejsca). Dzięki niej można z łatwością namierzyć pobliskie atrakcje, lokale, bary, muzea, supermarkety czy też zlokalizować najbliższy bankomat.

Podczas całego pobytu poruszaliśmy się metrem, które dowiozło nas do wszystkich ważniejszych miejsc w Kijowie. Jeden przejazd, a właściwie jeden żeton, który umożliwia przejazd, kosztuje 4UAH (około 60 groszy). Żetony można kupić w automacie na każdej stacji lub w kasie. Zawsze, gdy kupowaliśmy 6 żetonów, Panie w kasie (widząc jedynie dwie osoby przy okienku) za każdym razem tłumaczyły nam, że wystarczy kupić tylko jeden żeton na osobę i można zmieniać linię metra do woli. Miło. Aczkolwiek, nie znając ukraińskiego, trochę nam zajmowało tłumaczenie, że o tym wiemy.

Do korzystania z metra zachęca nie tylko cena, ale i wygląd stacji. Są po prostu piękne. Co więcej, to najgłębsze stacje metra na świecie (miały być schronem w razie wybuchu III wojny światowej). Rekordowa, o nazwie Arsenalna, liczy 105,5m głębokości. Dla porównania, najgłębsza stacja metra w Warszawie liczy 23 metry głębokości. Wjazd ruchomymi schodami do wyjścia na miasto trwa mniej więcej 4 minuty (nie wierzyłam, dopóki nie dojechałam do końca ruchomych schodów, za którymi zobaczyłam następne). Warto się skupić, żeby na nie wejść, bo nie należą do najwolniejszych. Ułatwieniem dla osób nieznających ukraińskiego są oznaczenia stacji metra. Oprócz ich nazw wprowadzono też numery, aby nie mieć na sumieniu załamanych cyrylicą turystów. Warto dodać, że w podziemiach metra kijowskiego nie ma koszy na śmieci. Nie jest to niedopatrzenie ze strony władz, ale obawa, że mogłyby zostać wykorzystane do podłożenia bomby przez terrorystów.

Схема_Київського_метро
Mapa kijowskiego metra, Agenty zmin, licencja, Wikimedia Commons

GDZIE ZJEŚĆ SMACZNIE, TANIO I TRADYCYJNIE? 

Puzata Chata – sieć restauracji, w których można zjeść dania kuchni regionalnej. Potrawy są już przygotowane, należy tylko wskazać, o które prosimy. Podwójna porcja wareników (pierogów ukraińskich) w zestawie z piwem 0,5l kosztowało niecałe 15zł. Sieciówka cieszy się powodzeniem wśród turystów. Przekonaliśmy się o tym, kiedy z trudem znaleźliśmy stolik dla sześciu osób (mimo, że lokale są spore).

Varenichnaya Katyusha – Porcje są niewielkie ale ceny pozwalają na zamówienie kilku dań (dania kosztowały 7-12zł). Poza tradycyjnymi daniami ukraińskimi zachwyca też wystrój lokalu (dekoracje czasów radzieckich).

20170403_163242

CO ZJEŚĆ NA UKRAINIE?

Pierwszą rzeczą, której warto spróbować podczas podczas pobytu w Kijowie jest Barszcz Ukraiński, różniący się od naszego w Polsce. Wersja u sąsiadów zawiera kapustę, buraki, marchew, mięso i kwaśną śmietanę. Kolejnym tradycyjnym daniem, a właściwie zupą, jest Soljanka – zupa rybna przygotowana na bulionie warzywnym, z dodatkiem cytryny, oliwek, kwaśnej śmietany i przypraw. Warto spróbować jednej z potraw tatarskich – Czeburak. Jest to ostro przyprawiony ogromny smażony pieróg, wypełniony baraniną. Typowym ukraińskim daniem są odpowiedniki naszych pierogów. Wareniki to opcja na słodko: z twarogiem lub owocami, natomiast Pielmieni to pierogi z mięsnym farszem. Do obu wersji dodaje się porcje śmietany. Popularne na Ukrainie jest także spożywanie kwasu chlebowego.

WALUTA W KIJOWIE: 

Oficjalną walutą na Ukrainie jest hrywna, która dzieli się na 100 kopiejek. 1UAH = 0,14zł (dane z października 2017).

CENY W KIJOWIE:

Niektórzy twierdzą, że w Kijowie można kupić wszystko za grosze. Inni uważają, że Ukraina to tanie państwo, ale jej stolica już nie bardzo. Tego, jak czułam się podczas zakupów w Kijowie raczej nie można porównać do zakupów Skandynawów w polskich sklepach. Mimo to, ceny są niskie:

ceny w KIjowie

CO ZOBACZYĆ W KIJOWIE? O tym w kolejnym wpisie, poświęconym kijowskim atrakcjom.

Temat z pewnością nie został przeze mnie wykorzystany (mimo wielu starań), dlatego wszelkie uwagi czy też inne przydatne informacje w komentarzach będą mile widziane!

Muzeum Korupcji, czyli willa Janukowycza

Przy okazji wyjazdu do Kijowa postanowiliśmy też odwiedzić Meżyhirję. Znajduje się tam dawna posiadłość byłego prezydenta Ukrainy, o której jeszcze do niedawna było bardzo głośno. Pewnie większość z Was pamięta wydarzenia po ucieczce Janukowycza,  kiedy parlament ukraiński przejął willę wraz z grupą protestujących na Majdanie w lutym 2014 roku. Od tamtej chwili do rezydencji napływają tłumy osób – nie tylko z tego kraju ale i z całego świata. 

Obiekt wzbudza mieszane uczucia. W moim przypadku było to raczej przerażenie niż zachwyt. Myślę, że Ukraińcy zgodzą się ze mną i zdają sobie sprawę z tego, że są sponsorami jego złotych sedesów, sztucznych jezior, marmurowych mostów, dwóch helikopterów z lądowiskiem, złotych kijów do golfa, domowego ZOO, ponad 2000 pracowników na terenie obiektu czy też garażu z luksusowymi samochodami wraz ze stacją benzynową.

Posesja liczy 137ha (oficjalnie Janukowycz miał posiadać rzekomo jedynie 1,7ha). Ogrodzono ją murem z każdej strony, liczącym 3m wzwyż i 2m wgłąb ziemi. Nie zabrakło też kolczatki z napięciem 3000V i snajperów (za czasów Janukowycza), pilnujących aby ktoś nieupoważniony nie przekraczał zalecanej odległości od linii brzegowej. Większość budynków znajdujących się na tym terenie połączono podziemnymi korytarzami. Zamontowano też podziemny system wentylacji.

20170402_122525
ogrody Meżyhirji
20170402_122202
Część sportowa rezydencji wyposażona w basen, sauny, ring bokserski…

Jak dostać się do Meżyhirji?

Najtaniej jest podjechać na ostatnią stację niebieskiej linii metra – Heroiv Dnipra (nr 210). Po wyjściu ze stacji należy skręcić lewo i minąć część targu. Tam właśnie mieści się przystanek dla marszrutek, który dowiezie nas do celu. Koszt przejazdu wynosi 50UAH za osobę. Podróż zajmuje 25 minut. Jeśli komuś marzy się wydanie stu hrywien więcej to również jest taka opcja. Maszrutki wyjeżdżają spod Majdanu, koszt przejazdu wynosi 150UAH/osoba.

Bilety wstępu:

Wejście na teren Meżyhirji kosztuje 50UAH (dzieci – 20UAH). Przy wejściu można wypożyczyć rowery w cenie 80UAH. Wstęp do wnętrza willi kosztuje 200UAH. Przewodnik oprowadza grupy jedynie w języku ukraińskim (co 2 godziny, począwszy od 10:00, ostatnie wejście o 18:00).

Zdecydowaliśmy się na wycieczkę z przewodnikiem po całej posiadłości, pomijając zwiedzanie wnętrza domu. Koszt wyniósł 200UAH za osobę (możliwość wynajęcia przewodnika wraz z meleksem tuż przy wejściu do Meżyhirji, języki do wyboru: ukraiński lub rosyjski).

20170402_122826

Zanim ją rozpoczęliśmy, spacerowaliśmy po terenie kompleksu i podziwialiśmy ogród za domem, aleje, altanki, park, fragment antycznych ruin oraz ZOO. Od strony głównego wejścia posiadłość wydaje się okazała, aczkolwiek niepozorna. Dopiero po przejściu na drugą stronę widać, że wycena na miliardy dolarów nie jest przesadą.

Ukraiński przewodnik oprowadził nas po całym kompleksie, opowiadając o Meżyhirji w jego ojczystym języku. Nikt z nas nie ogarniał ukraińskiego, ale przydało się trochę rosyjskiego na studiach. Zdecydowanie warto skorzystać z tej wycieczki – bez Aleksandra i meleksa nie zobaczylibyśmy nawet połowy. Nie poznalibyśmy również historii związanych z tym miejscem. Dzięki niemu znamy chociaż ich kontekst. Dopuszczam też opcję, że tylko wydaje nam się, że zrozumieliśmy, co do nas mówił…

Warto też odwiedzić garaż Janukowycza (wstęp: 30UAH), w którym znajdziemy kolekcję 42 luksusowych pojazdów. Były prezydent poruszał się nimi jedynie po terenie posiadłości. Poza jej murami pokazywał się tylko w 3 z 42 pojazdów. Przy garażu znajduje się stacja benzynowa. Janukowycz miał też dwa helikoptery z lądowiskiem. Jeden z nich pozostał na terenie rezydencji, drugim uciekł podczas protestów.

20170402_14352720170402_14373820170402_144147davJanukowycz miał rozmach, jeśli chodzi o gościnność. Wybudował dom dla swoich gości (z polem golfowym i sztucznym jeziorem), który nazwano Putinówką. Jak sama nazwa wskazuje, gościł w nim Putin, jednak było to ponoć tylko dwa razy.

Wykupił sobie dostęp do Morza Kijowskiego (tak właśnie nazywany jest Dniepr przez mieszkańców Kijowa), na którym znajduje się Galeon – statek wysadzany kryształami Swarovskiego, z cennymi jajkami Faberge. Był to skromny prezent od przyjaciół. Galeon był jedną z wielu restauracji w Meżyhirji. Kuchnia nie musiała martwić się o dostawę świeżego mięsa – miała własną rzeźnię.

Były właściciel uwielbiał wymyślne potrawy i mięsa przeróżnego rodzaju, a więc mieszkańcy ZOO niewątpliwie mu się przydali. Obok sztucznych jezior stoją spore altanki z miejscem na grilla i budynki, pełniące rolę kuchni polowych. To wszystko otaczał las, w którym pracownicy podkładali grzyby, które Janukowycz uwielbiał zbierać…

Nikt nie jest w stanie wycenić tego całego obiektu. Były prezydent wywiózł sporo rzeczy jeszcze przed ucieczką. Postaram się jednak zarysować ogrom pieniędzy, jakie zainwestowano w ten obiekt. Koszt marmurowego mostu wynosił 12 milionów dolarów. Na rachunku za wykonanie ogromnego pokoju do parzenia herbaty widnieje kwota 1.695.744 dolarów.

Zwiedzanie kompleksu możliwe jest do godz. 20:00. Po czterech godzinach spędzonych w Meżyhirji wróciliśmy do Kijowa. Przekroczyliśmy bramę główną, po raz ostatni mijając pamiątki z hasłami antyrosyjskimi, magnesy z Putinem i hitlerowskim wąsem na jego twarzy, a także rzutki i tarcze z głowami Janukowycza.

Czy warto odwiedzić to miejsce? Zdecydowanie tak. Ciężko jest opisać jego przepych, odzwierciedlający skalę korupcji na Ukrainie za czasów Janukowycza. Ciekawe ilu jest takich polityków, których kompleksy, chore ambicje i dostęp do pieniędzy podatników doprowadziły do posiadania wielkich willi, o których istnieniu nie mamy pojęcia…