Valldemossa – 1 dzień w krainie Chopina

Dlaczego nie powinniście pominąć tego miejsca na Waszej trasie? Valldemossa to urocze miasteczko wciśnięte w surowe pasmo górskie Sierra de Tramuntana. Do brukowanych uliczek przylegają budynki w kolorze ochry z zielonymi okiennicami. Tamtejsze domy najwyraźniej mają już swoje lata, ale stare mury poobwieszane doniczkami dodają miasteczku jeszcze więcej uroku. Całość otaczają gaje oliwne, drzewa migdałowe, pomarańczowe i cytrusowe. Do dziś nie potrafię zrozumieć fenomenu Valldemossy – spokojnej atmosfery przy jednoczesnych wizytach tłumów w miasteczku.


To miejsce pojawia się w każdym przewodniku turystycznym dotyczącym Majorki. Miasteczko wychwalała też moja koleżanka, która od 20 lat mieszka na wyspie. Wypadało więc osobiście sprawdzić czy miejsce jest naprawdę tak wyjątkowe. Po jednodniowym wypadzie potwierdzam wszystko, co mówiła. Z grona oczarowanych wyłamał się Fryderyk Chopin. Kompozytor spędził na Balearach sześć tygodni. O dziwo, nie schlebiał temu miejscu, delikatnie mówiąc. Na jego obronę dodam, że miał ku temu solidne powody. Pobyt Chopina i jego dziewczyny George Sand sprawił, że Valldemossa stała się niezwykle popularna. W dzisiejszych czasach władze miasta pewnie nie wypłaciłyby się za reklamę, a Fryderyk mógłby sobie śmiało zażyczyć jakiś procencik z dochodów turystycznych. W takiej sytuacji nie musiałby martwić się o jedyny minus tej wyspy – wygórowane ceny…

bty
Przerażające upamiętnienie słynnej pary w klasztorze Kartuzów

DLACZEGO CHOPIN NIE POLUBIŁ MAJORKI?

Zacznijmy jednak od tego, jakim cudem przeprowadził się z gwarnego i tętniącego życiem XIX-wiecznego Paryża do spokojnej Majorki, znajdującej się pośrodku niczego. Przed wyjazdem skarżył się na problemy ze zdrowiem. Lekarz zalecił mu zmianę klimatu, która miałaby zwalczyć przewlekłe przeziębienie. Wkrótce okazało się, że to nie grypa a gruźlica, która kilka lat później odebrała mu życie. W chorobie nie pomagał klimat podczas zimy, którą tam spędził. Majorce nigdy nie brakowało słońca, bez względu na porę roku. Niemniej jednak, w chwili przeprowadzki Chopina nastały tam ulewy, które utrzymały się do momentu opuszczenia przez niego wyspy.

Kolejnym powodem, który pomógł mu znienawidzić Majorkę był problem ze sprowadzeniem jego pianina. Po wielokrotnych próbach zlokalizowania instrumentu okazało się, że przetrzymują go celnicy w Palmie. W zamian za wydanie zażądali od Chopina sporej sumy (połowy jego wartości). W dzisiejszych czasach sprawa byłaby prostsza – dzięki procentom z obrotu turystycznego Fryderyk miałby fortunę, za którą kupiłby sobie z dziesięć takich pianin. Prawdopodobnie pozdrowiłby też cwaniaczków z celnego jednym ze swoich palców u dłoni. Niestety, w tamtych czasach musiał po prostu błagać ich o przychylność. Prośby były bezskuteczne, a pracownicy nieugięci. Artysta stworzył więc znakomite dzieła (Polonez C-mol, Ballada Majorkańska) na pożyczonym fortepianie, którego stan pozostawiał wiele do życzenia. Obecnie w klasztorze Kartuzów można obejrzeć jego notatki, zastępczy fortepian oraz pianino, które po długim czasie w końcu trafiło w jego ręce. 

Co więcej, Fryderyk i George chyba nie do końca zdawali sobie sprawę z tego, że przeprowadzają się do świata konserwatystów. Mieszkańcom nie podobała się nieobecność pary na niedzielnej mszy. Związek Chopina ze starszą o sześć lat kobietą i mieszkanie pod jednym dachem z jej dziećmi nie było zbyt dobrze postrzegane. Sytuacji nie poprawiał charakter pisarki, która była bardzo wyemancypowana jak na tamte czasy. Paliła cygara, nosiła spodnie i przeklinała. Takim zachowaniem nie zjednała sobie Majorczyków. Swoją frustrację przelewała na karty papieru, tworząc książkę Zima na Majorce. 

Kiedy informacja o gruźlicy Chopina obiegła całą wioskę, najemca wyrzucił ich z mieszkania, paląc wszystkie rzeczy mające z nim jakąkolwiek styczność. Po żmudnych poszukiwaniach nowego domu i braku jakichkolwiek perspektyw (nawet na wyprowadzkę – z obawy przed zarazą nikt nie chciał przewieźć ich rzeczy powozem do portu) wprowadzili się do dawnego klasztoru (Kartuzi opuścili to miejsce 2 lata wcześniej – za czasów Fryderyka mieszkało tam zaledwie trzech braci). Przeprowadzka do celi sprawiła, że wiele pamiątek po Chopinie i George Sand ocalało – nie zniszczono ich, w przeciwieństwie do pozostałych właścicieli mieszkań. Pobyt Fryderyka i jego wybranki określiłabym mianem „piątek, trzynastego”, z jedną małą różnicą – pechowy dzień zamienił się w całą zimę. 

bdr
Wyraz twarzy Chopina doskonale odzwierciedla jego stosunek do Majorki

ZWIEDZANIE REAL CARTOIXA DE VALLDEMOSSA

Klasztor zachował swój ascetyczny klimat – surowe mury, prostota i cisza przybliżają odwiedzającym jego dawny charakter. Początkowo budynek nie miał nic wspólnego z domem braci zakonnych. Był rezydencją królewską, wzniesioną przez króla Majorki Jaime II dla chorującego na astmę syna. Klimat Valldemossy miał pomóc młodemu Sancho w walce z chorobą. W 1399 roku pałac przekazano Kartuzom, którzy z jednego budynku stworzyli kompleks klasztorny (kościół, liczne kaplice, cele zakonne, tarasy i krużganki). Bracia zakonni zamieszkiwali klasztor w Valldemossie aż do nastania rządu antyklerykalnego Juana Mendizabala, który skonfiskował praktycznie całą posiadłość. W 1835 roku opuścili klasztor. Kompleks podzielono na 9 mieszkań, które wynajęto osobom prywatnym. Jedną z nich był właśnie Fryderyk ChopinPo uiszczeniu opłaty za wstęp i otrzymaniu imprezowej bransoletki zastępującej bilet rozpoczniecie zwiedzanie klasztoru, prawdopodobnie w takiej kolejności, w jakiej opisałam te miejsca. Najpierw jednak kilka informacji o braciach:

Jak wyglądało życie średniowiecznych członków tego zgromadzenia? Właściwie to ich obecny styl życia niezbyt odbiega od tego sprzed 1000 lat. Wszystko odbywało się zgodnie z regułą: samotność, milczenie, kontemplacja. Posiadali osobne cele sprzyjające zachowaniu pierwszej zasady. Rzadko korzystają z telefonów komórkowych, radia, telewizji czy też Internetu. To kolejny dowód na to, że niewiele się u nich zmieniło – choć nie mając do nich dostępu w średniowieczu zdecydowanie łatwiej było tego przestrzegać. Łącznikiem ze światem był i jest dla nich przeor. Osobisty kontakt z otoczeniem ograniczają do wspólnego spaceru, odbywającego się raz w tygodniu. Bracia zakonni poświęcali sporo czasu pracy i modlitwie. Ich dieta jest jednym wielkim postem. Opiera się głównie na warzywach, rybach i daniach mlecznych. Mięso dozwolone było tylko w małej ilości podczas choroby. Jeśli ktoś chciałby poznać więcej szczegółów z życia Kartuzów, odsyłam do filmu Philipa Groninga. Podczas półrocznego pobytu w klasztorze stworzył dokument Wielka cisza, którego powstanie było możliwe dzięki przyjaźni reżysera z przeorem.

Pierwszym punktem Waszego zwiedzania będzie KOŚCIÓŁ ŚWIĘTEGO BARTŁOMIEJA – freski we wnętrzu świątyni to dzieło zakonnika Emanuela Bayeu – szwagra słynnego Goyi. Zwróćcie uwagę na obraz Świętej Katarzyny, która pochodzi właśnie z Valldemossy. Zajrzyjcie też do zakrystii, w której zamieszczono kilka ciekawych pamiątek po zakonnikach.

XVIII-wieczna APTEKA MNICHÓW to jedna wielka klimatyczna ekspozycja drewnianych pojemników na preparaty lecznicze, szklanych butelek, moździerzy, kasetek i narzędzi do wyrabiania pigułek. Do tworzenia mikstur bracia zakonni wykorzystywali jedynie zioła, które uprawiali w ogrodzie klasztornym. To miejsce mogłoby posłużyć za świetną scenerię niejednej produkcji filmowej.

CELE MNICHÓW to kolejna część kompleksu, udostępniona zwiedzającym. W każdym pomieszczeniu znajdziecie informacje na temat historii danej celi. W jednej z nich mieści się biblioteka, w której dyskutowali bracia. Spotkania w otoczeniu książek brzmią zbyt swobodnie jak na Kartuzów? Dodam więc, że rozmowy te odbywały się co tydzień i trwały maksymalnie pół godziny. Kartuzi słynęli ze wspaniałych księgozbiorów. Nic dziwnego – uważano ich za najlepiej wykształcone zgromadzenie. Tamtejsza biblioteka posiada sporo cennych woluminów, m.in. rękopisy mnichów z XV wieku.

Zajrzyjcie też do pięknego ogrodu – trzeba przyznać, że mieli rozmach. Taras przy celi z pewnością pomógł im w zachowaniu kolejnej reguły, jaką było milczenie – rozpościerający się widok na gaje oliwne sprawił, że zamurowało mnie z wrażenia

Kolejnym punktem Waszego zwiedzania będzie WYSTAWA ZWIĄZANA Z FRYDERYKIEM CHOPINEM I GEORGE SAND. Rozłożono ją w trzech salach. Jest to drugi największy zbiór pamiątek po kompozytorze (klasztor w Valldemossie ustępuje jedynie warszawskiemu muzeum Fryderyka Chopina). Interesującą częścią wystawy są pokreślone zapisy nutowe słynnych Preludiów Fryderyka, a także listy do przyjaciół, w których opisał swoje życie na Majorce. Możliwość odczytania ich (bez jakichkolwiek tablic informacyjnych, które zazwyczaj tłumaczą dany tekst w muzeach) i obserwowania krajobrazu, jaki podziwiał w momencie pisania było bezcenne. Zachował się też fortepian i wyczekiwane przez niego pianino, a także kosmyk włosów, grzebień i szkatułka. Równie cennym elementem ekspozycji jest rękopis Zimy na Majorce autorstwa George Sand, biżuteria pisarki oraz ponad sto rycin stworzonych przez jej syna podczas pobytu na wyspie. Zwiedzanie celi Fryderyka Chopina jest dodatkowo płatne (4 euro). Nie żałujcie pieniędzy – naprawdę warto ją zobaczyć.

Co roku w klasztorze odbywa się Festiwal Chopinowski z udziałem najwybitniejszych pianistów. Koncerty przyciągają gości z całego świata – często pojawiają się na nich znani artyści oraz głowy państwa. 

Czas na kolejną część klasztoru – byłą drukarnię, w której zobaczycie jedną z najlepszych kolekcji prasy drukarskiej w Europie. Wpadnijcie tez do sali ze wspomnieniem Ludvika Salvadora Habsburga-Lorena – podróżnika, miłośnika przyrody i autora najznakomitszej pracy naukowej o Balearach. Najbardziej interesujące wydają się być jego zdjęcia z dalekich wypraw. W budynku mieści się też wystawa z obrazami przedstawiającymi majorkańskie pasmo górskie Serra de Tramuntana oraz zbiór malarstwa współczesnego z obrazami Joana Miró i Pabla Picasso.

Ostatnim punktem będzie wizyta W PAŁACU wspomnianego już wcześniej KRÓLA SANCHO. Patrząc na wystój wnętrz niektórych pomieszczeń w tej części mam spore wątpliwości co do tego, czy w ogóle miała ona jakiś związek z klasztorem. Najprawdopodobniej w tym miejscu znajdowała się kiedyś arabska posiadłość Mussa. Historycy twierdzą, że wzięła się od niej nazwa miasteczka – Valldemossa. W pałacu znajduje się sporo cel klasztornych (z oryginalnymi okienkami, przez które podawało się jedzenie mnichom), które zostały dobudowane po przejęciu budynku przez Kartuzów. Obecnie w jednej z nich mieści się sala koncertowa.


CO JESZCZE WARTO ZOBACZYĆ?

Po zobaczeniu całego kompleksu klasztoru Kartuzów zajrzyjcie na jeden z tarasów widokowych w mieście. Polecam miejsce w sąsiedztwie pałacu Sancho. MIRANDA DES LLEDONERS to dobry punkt na wakacyjną foteczkę. Misję zakrycia słupa energetycznego na poniższym zdjęciu uważam za udaną.

img_20180803_1456552.jpg

Z tarasu rozciąga się widok na dolną część Valldemossy z kolejnym miejscem, do którego warto wstąpić. Jest nim KOŚCIÓŁ PARYSKI ŚWIĘTEGO BARTŁOMIEJA, patrona Valldemossy. Klimatyczne uliczki poprowadzą Was do spokojniejszej części miasteczka. Mimo, że brukowane dróżki uniemożliwiają zasianie trawnika, mieszkańcy dają radę i nie narzekają na brak zieleni:

Podczas spaceru zobaczycie sporo kolorowych płytek ze wspomnieniem kolejnej ważnej świętej dla miasteczka – Cataliny Thomas. Barwne kafelki przedstawiają sceny z jej życia. Urodziła się w Valldemossie – w rodzinnym domu świętej mieści się kaplica z jej figurą i kilka informacji o życiu Cataliny. Jej dzieciństwo nie należało do najłatwiejszych – osierocona dziewczynka od najmłodszych lat musiała zarabiać na swoje utrzymanie. Była służącą i pasterką – zajęcia, jakimi się trudniła przekreślały jej marzenie o wstąpieniu do zakonu. Po jakimś czasie przyjęło ją zgromadzenie augustianek z Palmy. Zmarła w wieku 43 lat. Została pochowana w stolicy Majorki, gdzie spędziła większość życia.


CO I GDZIE ZJEŚĆ W VALLDEMOSSIE?

Wpadliśmy do jednej z restauracji na hiszpańskie tapas – spora ilość przystawek zastąpiła nam obiad. Polecam je wszystkim tym, którzy woleliby nie wydawać fortuny na zestaw obiadowy. Będąc w Valldemossie, obowiązkowo należy spróbować COCA DE PATATA. Nazwa intryguje, ale muszę dodać, że jest to po prostu słodkie ciastko ziemniaczane, które przypomina nadmuchaną pyzę. Polecam, polecam. Najlepsze (według koleżanki, która mieszka na Majorce od 20 lat) cocas de patata serwują w niepozornym BAR MERIENDAS (Via Blanquerna 12). Do pełni szczęścia zamówcie sobie napój migdałowy HORCHATA DE ALMENDRAS.


PARKING W VALLDEMOSSIE:

Samochód najlepiej pozostawcie na parkingu przy Informacji Turystycznej Valldemossy (Av. Palma 13) – otrzymacie tam 1,50 euro zniżki na bilet do klasztoru Kartuzów.


GODZINY OTWARCIA I KOSZT ZWIEDZANIA:

Bilety można zakupić przy budynku klasztoru w okienku. Cena: 9,50 euro – osoba dorosła, zniżki dla studentów (6 euro) i grup powyżej 10 osób (8,50 euro). Wizyty w klasztorze:

  • kwiecień – wrzesień od poniedziałku do soboty w godzinach 9:30 – 18:30 i w niedziele od 10:00 do 13:00.
  • marzec i październik od poniedziałku do soboty w godzinach 9:30 – 17:30 i w niedziele październikowe od 10:00 do 13:00.
  • luty i listopad od poniedziałku do piątku od 9:30 do 17:00,
  • styczeń i grudzień od poniedziałku do soboty – 9:30 – 15:00.

Koncerty na pianinie:

  • marzec – październik: 10.30, 11.45, 13.00, 14.30, 15.45, 17:00,
  • luty i listopad: 10.30, 12.00, 14.00, 15.45,
  • w soboty od lutego do listopada: 10.30, 11.45, 13.45.

W momencie kupna biletów otrzymacie darmowy informator w języku polskim, w którym napisano kilka zdań na temat każdego pomieszczenia w klasztorze. Warto też pobrać aplikację do odczytania kodu QR, aby skorzystać z bezpłatnego audioprzewodnika.

bty


Po Valldemossie obraliśmy kolejny kierunek – Sa Calobra. Tego samego dnia wpadliśmy też na kolację i wieczorny spacer do Soller – miasta pomarańczy. Mimo, że opis naszego dnia wygląda jak jedna wielka bieganina to zapewniam, że wcale tak nie było! Muszę jednak przyznać, że nie wszystko odbyło się zgodnie z naszym planem… O tym w kolejnym wpisie – zapraszam, zapraszam!

Palma de Mallorca- jednodniowy spacer

Cztery dni wolnego, tanie bilety na Majorkę, dodatkowe zwiedzanie Berlina przy okazji wylotu ze stolicy Niemiec, wakacje na przepięknej wyspie – brzmi zachęcająco? Zapraszam do poczytania poprzedniego wpisu, w którym zamieściłam wszystkie informacje praktyczne dotyczące takiego wyjazdu. Tutaj natomiast skupię się na Palmie de Mallorca, w której spędziliśmy jeden dzień. Zdecydowaliśmy się na spokojny spacer i obranie strategii zobaczę tyle ile mi się uda. We wpisie zamieściłam jednodniowy plan zwiedzania Palmy, a także opis najciekawszych atrakcji w stolicy Majorki. 

SPORE MIASTO Z LUZACKIM KLIMATEM:

Stolica Majorki nie należy do najmłodszych miast. Oficjalne początki datuje się na okres panowania Rzymian, którzy w 123 roku p.n.e. założyli tam swoją osadę. Panowanie przeróżnych narodów na wyspie odcisnęło piękny ślad w architekturze miasta. Ciężko uchwycić na zdjęciu interesujące budynki ze względu na kolejny plus Palmy – miasto posiada wiele drzew. W latach 50-tych XX wieku Majorkę ogarnęła turystyka masowa, która stworzyła tam wiele stanowisk pracy. Obecnie Palma to najbardziej zaludnione miejsce na wyspie. Zamieszkuje je połowa Majorczyków. Największe stare miasto w Europie, plaża z krystalicznie czystą wodą, konkretne życie nocne, znakomite restauracje i przyjemny klimat – w taki sposób można opisać stolicę Majorki. Brzmi nierealnie? Miejscowi twierdzą, że to raj na Ziemi (choć nie zawsze łatwo jest im pogodzić życie codzienne z turystami). Ich słowa potwierdza brytyjski The Sunday Times, który ogłosił miasto najlepszym miejscem do życia. To właśnie powody, dla których powinniście wpaść do stolicy Majorki, nawet jeśli miałoby to być jednodniowe zwiedzanie.

PALMA CZY PALMA DE MALLORCA? ZMIANY, ZMIANY, ZMIANY…

W momencie obejmowania rządów przez nowe partie polityczne zawsze następuje szereg zmian, często pozbawionych sensu #aWłaśnieŻeNieBędęPoprawnaPolitycznie. Nie inaczej jest na Majorce – nazwa jej stolicy zmienia się co cztery lata w wyniku przejęcia władzy przez kolejną grupę. Konserwatyści obstają przy Palma de Mallorca. Twierdzą, że łatwo pomylić ją z Las Palmas na Wyspach Kanaryjskich (odnotowano sporo takich przypadków), zaś przedłużone miano pozwoliłoby na lepszą identyfikację tego miejsca. Przeciwnicy dodatku de Mallorca zarzucają konserwatystom ignorancję i brak szacunku do historycznej nazwy Palma, którą miasto nosiło już za czasów Rzymian (z kilkoma dłuższymi przerwami). Za kilka lat wraz z objęciem rządów przez nową partię można spodziewać się kolejnych zmian. Turystów wita na lotnisku ogromny napis Palma de Mallorca, podczas gdy drogowskazy na ulicach wskazują kierunek do Palmy. Jakie zdanie mają na ten temat miejscowi? Większość z nich posługuje się krótszą nazwą, traktując de Mallorca jako dodatek, swego rodzaju nazwisko. Co więcej, dokładają kolejną nazwę – Ciutat, która w języku katalońskim oznacza po prostu miasto.

bdr
Pierwszy człon nazwy jest jak najbardziej uzasadniony – dowody na to będą zasypywać Was z każdej strony

PIERWSZE WRAŻENIE – OGROMNE LOTNISKO:

Lądując, podziwialiśmy przez szybę jeden z typowych obrazów Majorki – gaje oliwne. Po wejściu na lotnisko zaskoczył nas jego ogrom. To jeden z największych portów lotniczych w Europie, który w 2017 roku obsłużył 28 milionów pasażerów… Po przylocie rozpoczęliśmy standardowe przygotowania do wyjścia na miasto – rozdzielenie ściśniętego do granic możliwości bagażu podręcznego na dwie torby, odświeżenie po podróży, odebranie darmowych map z punktu informacji turystycznej i wizyta w wypożyczalni samochodów. Około godziny 14:00 zameldowaliśmy się w centrum miasta. Pierwszym punktem wizyty w Palmie był… konkretny obiad – słynna hiszpańska paella.

bty

CO ZOBACZYĆ W PALMIE PRZEZ JEDEN DZIEŃ?

Po pierwsze, zaparkujcie samochód w okolicy katedry La Seu, która jest najważniejszym zabytkiem w mieście. Zadbajcie o to, aby zobaczyć jej wnętrze (w odróżnieniu od nas…). Nie martwcie się o miejsce parkingowe – jest ich tam naprawdę sporo. Ceny za pozostawienie samochodu wraz z informacjami o poruszaniu się po wyspie znajdziecie w moim poprzednim wpisie

Katedra La Seu to najpopularniejszy zabytek na Majorce. Powstała w XIII wieku za sprawą Jakuba I w podziękowaniu za przetrwanie groźnego sztormu. Wcześniej mieścił się tam meczet. Prace nad katedrą rozpoczęto w 1306 roku i zakończono trzysta lat później. Będąc w środku, zwróćcie uwagę na największą rozetę na świecie. Składa się z 1236 szkiełek, które w czasie słonecznych dni tworzą niesamowitą grę świateł. Na początku XX wieku katedra zyskała nowy wygląd za sprawą żelaznego baldachimu symbolizującego koronę cierniową – wykonał go sam Antoni Gaudi. Cennymi elementami są też alabastrowe sarkofagi średniowiecznych władców Majorki i mural autorstwa Miquela Barcelo, przedstawiający biblijne rozmnożenie chleba i ryb. Jego powstanie wywołało oburzenie ze strony konserwatywnych katolików, którym nie spodobał się fakt, iż autor ceramicznych reliefów był agnostykiem (do tego stopnia, że dzieło odsłonięto podczas jego nieobecności). Informacje o godzinach zwiedzania i cenach biletów podano na oficjalnej stronie internetowej katedry.

Paseo Maritimo to słynna promenada przy porcie ze sporą ilością jachtów. Miejsce jest typowym bulwarem hiszpańskim, który charakteryzuje się wysypem palm, ławeczek i mieszkańców uprawiających jogging, jeżdżących na rolkach czy też na rowerze. Przylega do niego sporo knajpek, restauracji oraz klubów nocnych. Najpopularniejszym z nich jest trzypiętrowy Tito – na każdym poziomie oferuje inny rodzaj muzyki (godziny otwarcia: 23:00 – 6:00, z wyjątkiem środy i niedzieli, Avinguda de Gabriel Roca, 31, 07014 Palma). Jeśli ten opis niezbyt Was przekonuje, załączam link do wirtualnego spaceru po Tito’s Mallorca. Bilety nie należą do najtańszych. Na pocieszenie dodam, że w cenę wliczone są dwa drinki przy barze (40 euro). Wejściówki na poszczególne dni można zakupić tutaj

Almudaina – pierwotnie była to arabska cytadela. Jedyną pozostałością po niej jest kawałek muru z łukiem bramy, przez którą statki wpływały do twierdzy. Pozostała część pałacu królewskiego została wzniesiona w późniejszym czasie przez chrześcijańskich władców. Obecnie w budynku mieści się letnia rezydencja króla Hiszpanii. Obejrzeliśmy ją jedynie z zewnątrz. Dla zainteresowanych wnętrzem: wstęp 7 euro, studenci, seniorzy +65 oraz dzieci do 5 lat płacą 4 euro. Wizyty możliwe są w okresie kwiecień – wrzesień, od wtorku do niedzieli w godzinach 10:00 – 19:00, w pozostałe miesiące od 10:00 do 18:00). Darmowe zwiedzanie: 18 maja (Międzynarodowy Dzień Muzeów), 12 października (Święto Narodowe Hiszpanii, w godzinach 15:00 – 18:00 od października do marca i 17:00 – 20:00 od kwietnia do września). W pobliżu pałacu znajdują się też ogrody królewskie (S’Hort el Rei) i słynna rzeźba Joana Miró, która przedstawia… jajo. Jedna z legend głosi, że dotknięcie dzieła katalońskiego artysty zapewnia nadzwyczajną płodność. Proszę więc o samodzielne podjęcie decyzji czy rzeźba okaże się Waszym must see podczas spaceru po Palmie.

Almudaina i La Seu
Almudaina (po lewej) i katedra La Seu, autor: M. Furtschegger, Wikimedia,  licencja.

Łaźnie Arabskie to jedna z niewielu pamiątek po Maurach, która przetrwała do dnia dzisiejszego. Mieści się na dachu prywatnego pałacu. Zwiedzającym udostępniono m.in. salę ze sporą kopułą, przez którą wpadające światło słoneczne rozgrzewało wodę w zbiorniku do kąpieli. Wstęp: 2 euro,  otwarte codziennie od 9:00 do 19:00 w okresie kwiecień – wrzesień (w pozostałe miesiące od 9:00 do 17:30).

Ratusz miejski w Palmie mieści się w przepięknym XVI-wiecznym budynku. Zegar zajmujący jego centralną część jest jeszcze starszy (1368). Będąc tam, spójrzcie w górę – jego dach podtrzymują figury kariatyd i atlasów. Prawdopodobnie drewniany gzyms jest dziełem jednego ze stolarzy okrętowych.

bty

Obok siedziby władz miasta sporo miejsca zajmuje 500-letnie drzewo oliwne. Pochodzi z miejscowości Pollenca – przesadzono je stamtąd w 1999 roku. Mimo konkretnego wieku nadal owocuje (pod koniec listopada).

bty

W pobliżu ratusza znajduje się kościół Świętej Eulalii, będący świadkiem wielu ważnych wydarzeń w historii miasta. Jednym z nich jest bunt rolników przeciwko uprzywilejowanej klasie za czasów Królestwa Majorki, a także powstanie chłopskie w 1391 roku i atak na dzielnicę żydowską. Wielu Żydów nie przeżyło, niektórzy zdołali uciec do Afryki, jeszcze inni szukali ratunku, „nawracając się” na chrześcijaństwo właśnie w tym kościele.

Warto dodać kilka słów o Eulalii, której kult jest i był bardzo popularny w Katalonii. Dziewczynka (dosłownie – w momencie śmierci miała 13 lat) żyła na przełomie III i IV wieku. Zginęła śmiercią męczeńską podczas prześladowań chrześcijan za czasów Dioklecjana. Eulalia nie chciała odrzucić chrześcijaństwa, przez co spotkała ją surowa kara. Zgodnie z legendą, Rzymianie poddali jej ciało 13 torturom, które zniosła zadziwiająco dobrze. Zamknięto ją w beczce z nożami i staczano w dół ulicy, odcięto jej piersi i ukrzyżowano na belkach tworzących literę X. Po wielu cierpieniach Rzymianie odebrali jej życie przez dekapitację (oddzielenie głowy od reszty ciała). Legenda głosi, że w momencie ścięcia z szyi dziewczyny wyleciała gołębica.

bty

Parlament Balearów – kiedyś mieściło się tam kasyno. Właściwie to budynek nie miał nic wspólnego z hazardem (poza nazwą). Od samego początku był miejscem spotkań ważnych osobistości, w którym toczyły się dyskusje na temat polityki i gospodarki wyspy. Sąsiaduje z nim Palau March, który powstał dzięki pewnemu miliarderowi. Nieprzypadkowo obrał sobie takie miejsce na jego powstanie. Wielokrotnie prowokował śmietankę towarzyską spotykającą się w dawnym kasynie, która nie chciała włączyć go do swojego grona z powodu zajęcia, jakim trudnił się w młodości. Juan March rozpoczął karierę od wypasu świń. Z czasem stał się najbogatszym człowiekiem w Hiszpanii (oczywiście wspomniana praca nie zapewniła tak pokaźnego majątku – March inwestował w przemysł tytoniowy między Walencją a północną Afryką). Obecnie mieści się tam galeria sztuki z obrazami takich artystów jak Salvador Dali czy Henry Moore (wstęp 4,50 euro, kwiecień – październik od poniedziałku do piątku w godzinach 10:00 – 18:30, w pozostałe miesiące do 14:00). 

bdr

W siedzibie banku Caixa Forum Palma w przeszłości mieścił się Grand Hotel. Warto przyjrzeć mu się z bliska – to najpiękniejszy budynek secesyjny w mieście. Obecnie znajduje się tam galeria sztuki malarza Camarasy. Uprzedzam, że próby uwiecznienia go na zdjęciu mogą okazać się porażką (budynku, nie malarza – choć pewnie nie łatwo też o zdjęcie artysty). Siedzibę Caixa Forum zasłaniają drzewa zasypujące Palmę z każdej strony.

bdr

Passeig des Born – aleja łącząca Plac Króla Joan Caries z Placem Królowej, której granicę wyznaczają dwa sfinksy. Przylegają do niej ekskluzywne sklepy, bary, restauracje i drzewa bananowca. Kolejną słynną ulicą jest La Rambla. Dawniej spacer nią był troszkę utrudniony – znajdowało się tam koryto rzeki.

Dla osób dysponujących większą ilością czasu:

  • Mercat Olivar – słynna hala targowa w Palmie, oferująca najświeższe produkty. To przede wszystkim warzywa, owoce, mięso, ryby i ciasta. Znajdziecie tam również kilka miejsc z hiszpańskim tapas (godziny otwarcia: 7:00 – 14:30 od poniedziałku do czwartku oraz od 7:00 do 20:00 w piątki i soboty).
  • Skorzystajcie z zabytkowego pociągu, który przeniesie Was z Palmy do Soller, po drodze pokonując tunele wykute w skale. Rozkład jazdy znajdziecie na oficjalnej stronie internetowej kolei Soller. Pociąg odjeżdża ze stacji Eusebio Estada w Palmie, naprzeciwko Placa d’Espanya i kursuje kilka razy dziennie.

Po spacerze w Palmie obraliśmy kolejny kierunek – Alaró. Była to doskonała baza wypadowa podczas krótkich wakacji. Kolejne dwa dni były równie udane. Odwiedziliśmy przepiękne miasteczko o nazwie Valldemossa. Wypróbowaliśmy zawiłe drogi prowadzące do Sa Calobra, byliśmy w Soller, Alcudii i Cap de Formentor. Znaleźliśmy też kilka godzin na kąpiel w turkusowej wodzie. Więcej informacji o poszczególnych miejscach wkrótce pojawi się w kolejnych wpisach. Zapraszam!

bty

Informacje o Work&Travel + rady dla podróżujących do USA

Po wpisie o pracy w Dorney Parku przyszedł czas na opisanie całej procedury związanej z Work&Travel. Jeśli mogłabym dokładnie przedstawić to, jak wyglądały moje wakacje w USA, jestem pewna, że wszyscy studenci świata zgłosiliby się do programu. Połączenie legalnej pracy, w której można sobie zarobić na wymarzone amerykańskie wakacje było najlepszym sposobem na spędzenie lata!

O tym, dlaczego warto wziąć udział w programie, jak wyglądała praca w amerykańskim parku rozrywki dowiesz się we wpisie na temat pracy w Dorney Parku, klikając tutaj. Poniżej zamieszczam odpowiedzi na pytania, które zadawały mi osoby zainteresowane wyjazdem, a także kilka praktycznych rad dotyczących wyjazdu.

KTO MOŻE WZIĄĆ UDZIAŁ W PROGRAMIE? 

  • Aby wziąć udział w programie należy posiadać status aktywnego studenta (studia dzienne, zaoczne, wieczorowe) i mieścić się w przedziale wiekowym 18-30 lat. Podczas urlopu dziekańskiego jest to niemożliwe. Chodzi o to, aby pokazać konsulowi legitymację wraz z indeksem (lub wydrukiem z indeksu elektronicznego) podczas rozmowy w ambasadzie, która odbędzie się pomiędzy marcem a czerwcem w Warszawie lub Krakowie (w zależności od tego, gdzie mieszkasz).
  • Ponadto, wymagana jest komunikatywna – a nie perfekcyjna – znajomość angielskiego, która zostanie sprawdzona podczas trzech (luźnych) rozmów: pierwszej – z pracownikiem firmy, którą wybierzesz, drugiej –  z amerykańskim pracodawcą na Targach Pracy lub podczas rozmowy kwalifikacyjnej na Skype, trzeciej – z konsulem w ambasadzie.
  • Kolejnym wymogiem jest paszport, ważny co najmniej pół roku od daty zakończenia programu. 

NA JAK DŁUGO MOŻNA WYJECHAĆ?

Przyznana w późniejszym czasie wiza studencka J-1 umożliwia 3-4 miesiące pracy w USA oraz dodatkowe 30 dni pobytu na terenie kraju. Można wykorzystać je przed lub po okresie pracy. Dozwolone jest także „podzielenie” tego dodatkowego miesiąca: do USA przyjechałam 4 dni przed rozpoczęciem pracy. Po zakończeniu części „Work” zostało mi 26 dni na „Travel”.

America Painted Flag Usa Flag American Usa Wall
źródło: maxpixel.net, domena publiczna

JAKIE MASZ OPCJE?

Firm organizujących wyjazdy do USA jest mnóstwo, ale skupię się na wybranej przeze mnie CCUSA z opcją Work Experience.

  • Camp Counselours – praca wychowawcy lub obsługi na obozie (w kuchni, pralni, sprzątając). Koszt udziału w programie jest najmniejszy, wliczono też lot, zakwaterowanie i często wyżywienie (jakieś 1800 złotych). Zachęcam jednak do skorzystania z Work Experience – wypłaty są znacznie wyższe.
  • Work Experience – z dwiema opcjami: Placement, w którym firma zajmuje się szukaniem pracy dla Ciebie lub Indephendent – dla osób, które mają już swojego pracodawcę i potrzebowały pośrednictwa firmy w uzyskaniu promesy wizowej. Wraz z biletem lotniczym w dwie strony, dojazdem do miejsca pracy, ubezpieczeniem na 4 miesiące, opłatą za wizę i uczestnictwo w programie oraz z kieszonkowym (ok. 200$ żeby nie umrzeć z głodu podczas pierwszych dwóch tygodni bez wypłaty) zapłaciłam jakieś 6500 złotych. Szczegółowe informacje o kosztach można znaleźć tutaj.

Kilka zdjęć z Dorney Parku – miejsca, w którym pracowałam: 

DLACZEGO „WORK EXPERIENCE” JEST LEPSZYM ROZWIĄZANIEM?

Oprócz wspomnianej wcześniej wyższej wypłaty, zazwyczaj prace te są ciekawsze (według mnie i znajomych, którzy wzięli udział w programie). Mimo, że różnica w cenie jest spora to gwarantuję, że wynagrodzenie w Work Experience kilkakrotnie przebije kwotę, którą musisz dopłacić do tej opcji.

Ponadto, praca na campach w większości dotyczy obozów na odludziu. Oczywiście są też i plusy takiej lokalizacji. W ten sposób nie będziesz mieć okazji na wydawanie pieniędzy i zaoszczędzisz więcej na podróż po zakończeniu pracy. Niemniej jednak, pracując w Dorney Parku, możliwość zwiedzania wschodniego wybrzeża podczas dni wolnych była bezcenna. W ten sposób udało mi się zobaczyć oba wybrzeża (zachód zwiedziłam po pracy).

JAKĄ PRACĘ MOŻNA OTRZYMAĆ? 

Zazwyczaj są to prace sezonowe związane z turystyką, gastronomią, sprzedażą detaliczną lub z branżą rozrywkową. Można pracować m.in. jako: kelner/kelnerka, barman/barmanka, pomocnik kucharza, pracownik Parku Rozrywki (ratownik, obsługa przy karuzelach, rollercoasterach), kasjer, osoba sprzątająca, operator gier. Przy wyborze pracy warto kierować się cenami zakwaterowania (praca w Nowym Jorku brzmi super, ale uwierz mi, że cena za wynajem pokoju w tym mieście wcale nie będzie już taka super) oraz ilością godzin jakie można przepracować w tygodniu w danym miejscu. Chciałbyś/abyś wyjechać ze znajomymi? Oczywiście jest taka opcja, ale trzeba zgłosić się do programu jak najszybciej.

PROCEDURA PROGRAMU:

Po podjęciu decyzji o udziale w programie należy zgłosić się poprzez rejestrację na footprints. Po wypełnieniu formularza aplikacyjnego kontaktuje się z Tobą pracownik biura. Po uregulowaniu opłat aplikacyjnych otrzymasz od firmy promesę wizową, która umożliwia ubieganie się o wizę J-1. Należy złożyć wniosek, wypełniając formularz DS-160. Wszelkie wskazówki można znaleźć tutaj. Podczas wypełniania wniosku można się nieźle ubawić… Oto ranking moich ulubionych pytań, zawartych w formularzu:

  1. Czy przyjeżdżasz do USA aby zajmować się prostytucją lub innymi niezgodnymi z prawem postępowaniami, albo czy byłeś/aś w ciągu ostatnich 10 lat zaangażowany/a w prostytucję?
  2. Czy kiedykolwiek uczestniczyłeś/aś w handlu ludźmi na terenie USA lub poza USA?
  3. Czy jesteś członkiem/przedstawicielem organizacji terrorystycznej?
  4. Czy kiedykolwiek zleciłes/aś, podburzałeś/aś, popełniłeś/aś, uczestniczyłeś/aś lub w inny sposób brałeś/aś udział w ludobójstwie?
  5. Czy kiedykolwiek byłeś/aś bezpośrednio zaangażowany/a w przymusową transplantację ludzkich organów/tkanek?
  6. Czy kiedykolwiek zrzekłeś/aś się obywatelstwa USA w celu uniknięcia opodatkowania?

Do otrzymania wizy niezbędna jest także rozmowa (luźna) z konsulem w Warszawie lub w Krakowie. Pamiętaj, żeby zabrać ze sobą aktualny paszport, potwierdzenie złożenia wniosku DS-160, wydrukowane potwierdzenie umówionego spotkania w konsulacie oraz zdjęcie (w razie, gdyby nie zostało zamieszczone w formularzu DS-160).

Do ambasady nie można wnosić plecaków, walizek i innych toreb, jedzenia, napojów, wyrobów tytoniowych, telefonów, tabletów i innych urządzeń elektronicznych, ostrych przedmiotów, płynów i kosmetyków. Właściwie to należy ze sobą wziąć jedynie wspomniane wcześniej dokumenty. Co zrobić, jeśli nie ma z Tobą kogoś, kto popilnowałby rzeczy lub gdy nie masz możliwości, aby pozostawić je w samochodzie? W przypadku Warszawy proponuję zostawić wszystko w jednej ze skrytek na Złotych Tarasach (za którą zapłaciłam 2 zł) i podejść do Ambasady, zerkając wcześniej na mapkę:

google maps

Przed wejściem do ambasady z grupą osób, którym wyznaczono tego dnia spotkanie z konsulem, zostaliśmy powiadomieni o zakazie wnoszenia wymienionych wyżej rzeczy. Zaproponowano nam, aby pozostawić swoje laptopy, telefony i inne rzeczy u pewnego Pana, który zaparkował samochód pod budynkiem ambasady i wręczyć mu za tę usługę drobną opłatę. Jakkolwiek dziwnie to nie brzmi, można skorzystać z takiego rozwiązania, ale skrytki na Złotych Tarasach są tańszą opcją. 

Po przejściu przez bramki bezpieczeństwa, sprawdzeniu dokumentów i zeskanowaniu linii papilarnych otrzymasz numer rozmowy i czekasz na swoją kolej w poczekalni. Po wyświetleniu twojego numeru, podchodzisz do okienka i odpowiadasz na proste pytania konsula, zadawane w języku angielskim. Najczęściej są to pytania o pracę, studia i plany związane z wyjazdem do USA – gdzie się zatrzymasz, gdzie będziesz pracować, na jak długo lecisz. Konsul może także zapytać o to, czy masz rodzinę w USA. W moim przypadku było to pytanie o miejsca w Stanach, które chciałabym zobaczyć i czy jestem podekscytowana z powodu wyjazdu. Otrzymałam też spóźnione życzenia urodzinowe.

Po wizycie w konsulacie pozostaje oczekiwanie na wizę w paszporcie, którą ambasada prześle kurierem do Twojego domu (choć nie zawsze, ja odebrałam swój paszport w siedzibie firmy kurierskiej).

UBEZPIECZENIE – NIE ŻAŁUJ NA NIE PIENIĘDZY! 

Wypadki zdarzają się wszędzie, ale w tym kraju będą one najbardziej dotkliwe ze względu na bardzo drogą pomoc medyczną. Nieubezpieczony turysta może zapłacić w USA 100 tysięcy dolarów za wycięcie wyrostka robaczkowego. Pewien motocyklista, który spędził 4 dni w szpitalu po wypadku, zobaczył na swoim rachunku 40 tysięcy dolarów – w cenę nie wliczono kosztów operacyjnych (więcej przykładów można znaleźć tutaj). Zgłaszając się do programu Work&Travel uczestnik musi posiadać ubezpieczenie na czas pracy. Należy zwrócić uwagę na limit leczenia ambulatoryjnego (pokrycie kosztów związanych z badaniami i zabiegami – szczepienia, wizyty lekarskie, itd.). Warto zakupić je także na miesiąc podróży. Należy też zadbać o to, aby UBEZPIECZENIE KOSZTÓW LECZENIA było możliwie jak najwyższe (co najmniej 200 tysięcy dolarów). Jeśli chorujesz przewlekle, należy wykupić dodatkowe opcje w polisie. Ważna jest opcja ASSISTANCE (suma ubezpieczenia powinna być taka jak w ubezpieczeniach kosztów leczenia), która pokrywa organizację transportu medycznego. Przyda się też NNW (Ubezpieczenie Następstw Nieszczęśliwych Wypadków) oraz ubezpieczenie OC w życiu prywatnym (zabezpieczenie w razie spowodowania wypadku, uszczerbku na czyimś zdrowiu, uszkodzenia sprzętów lub cudzego mienia).

2017-03-27-13-56-58-725x483.jpg
źródło: pixnio.com, domena publiczna

CZY UCZESTNICY PROGRAMU MOGĄ WIELOKROTNIE PRZEKRACZAĆ GRANICĘ USA?

Poza przylotem i wylotem, przekraczanie granicy USA przez uczestników programu Work&Travel jest możliwe tylko w trakcie okresu pracy (należy mieć przy sobie DS-160). Warto skontaktować się przed takim wyjazdem z firmą, od której otrzymasz pieczątkę na DS-160. Z opowiadań znajomych wiem, że nie mieli oni problemu z przekraczania granicy podczas okresu pracy, nie posiadając tej pieczątki. Warto jednak o nią zadbać, aby być spokojniejszym.

WIĘCEJ INFORMACJI NA TEMAT WORK&TRAVEL ZNAJDZIESZ TUTAJ:

  • Strona internetowa workandtravelusa.info, na której zamieszczono mnóstwo informacji o firmach zajmujących się programem, amerykańskich pracodawcach, kwestiach związanych z dokumentami i kupnem biletów. Warto też zajrzeć na forum lub aktywną grupę na Facebooku Work and Travel USA, liczącą prawie 7000 osób. Znajdziesz tam osoby wybierające się do danego miejsca pracy, kogoś, kto leci z Tobą do USA w tym samym czasie i wiele innych informacji związanych z programem i USA.
  • CCUSA – organizator wyjazdów Work&Travel USA i firma, z którą się wybrałam.

POZOSTAŁE INFORMACJE:

SPORZĄDŹ 2 KOPIE DOKUMENTÓW!

Przed wyjazdem zadbaj o co najmniej 2 kopie każdego z dokumentów – paszportu, wizy, formularza DS-160). Jedną z nich pozostaw w Polsce, drugą noś ze sobą w portfelu w USA. Oryginalne dokumenty przechowuj w bezpiecznym miejscu.


ZAŁÓŻ KONTO BANKOWE I OTRZYMAJ AMERYKAŃSKĄ KARTĘ KREDYTOWĄ!

Wszyscy pracownicy Parku, w którym pracowałam otrzymali karty. Były to jednak karty debetowe. W przypadku wypożyczenia samochodu lub dokonywania rezerwacji w niektórych hotelach wymagana jest karta kredytowa. Aby uniknąć niepotrzebnych opłat dotyczących przelicznika złotówek na dolary, zdecydowałam się na założenie konta bankowego w USA, na które wpływała moja wypłata.

Podczas jednego z moich dni wolnych w pracy udałam się do banku Santander i założyłam tam konto bankowe. Niestety, pracownikowi chyba pomyliły się okienka w formularzu. W miejscu mojego polskiego adresu zameldowania pojawił się adres biura Dorney Parku, na które miała przyjść przesyłka z kartą kredytową. Gdzie trafiła? Do Polski… 


POMYŚL O MIĘDZYNARODOWYM PRAWIE JAZDY!

Mimo, że niektóre wypożyczalnie akceptują polski dokument, w niektórych miejscach potrzebne jest międzynarodowe prawo jazdy. Aby go otrzymać należy wypełnić wniosek ze strony internetowej najbliższego starostwa (złożyć go osobiście lub przesłać pocztą) wraz z fotografią 3,5×4,5, kserokopią dowodu osobistego lub paszportu, a także oryginalnym prawem jazdy. Koszt wyniesie ok. 36zł. Czas oczekiwania na jego wydanie waha się od 1 do 2 dni roboczych. Dokument jest ważny przez trzy lata (szczegóły tutaj).

auto


ZNAJDŹ TANIE POŁĄCZENIA LOTNICZE/AUTOBUSOWE:

LOTY: Obecnie można skorzystać z wielu promocji na loty z polskich miast do USA. Warto skorzystać z wyszukiwarki eSky, dzięki której można wybrać najtańsze i najdogodniejsze dla Was połączenie. AUTOBUSY: Można powiedzieć, że odpowiednikami naszego Polskiego Busa są firmy: Greyhound oraz Peter Pan.


OSZCZĘDZAJ NA NOCLEGACH: 

Najtańsze noclegi można znaleźć na stronach booking.com oraz hostels.com. Skromne i tanie pokoje oferują też przydrożne motele. Podczas pobytu w USA korzystałam jedynie z noclegów w Salt Lake City, Las Vegas, Los Angeles i Buffalo (w drodze na wodospad Niagara), ponieważ w czasie pracy zaoferowano nam pokoje w akademikach.

Sporo zaoszczędziłyśmy, nocując trzy razy na lotnisku w nocy poprzedzającej wylot. Widok śpiących osób na amerykańskich lotniskach nie jest czymś nadzwyczajnym i nikogo nie dziwi.

Jeśli ktoś znajdowałby się w średniej sytuacji finansowej (tak jak ja z koleżanką podczas zwiedzania zachodniego wybrzeża USA) zawsze można trochę się przemęczyć i spać w samochodzie, np. na parkingach przy supermarkecie całodobowym Walmart (max. 1 noc na tym samym parkingu) lub na stacjach benzynowych. Zazwyczaj w obu przypadkach ma się dostęp do toalety i prysznica. Nie należy przesadzić z ilością noclegów w samochodzie – przypomni Wam o tym kręgosłup.


O CZYM JESZCZE POWINIENEŚ PAMIĘTAĆ?

O ZAKUPIE ODPOWIEDNIEJ PRZEJŚCIÓWKI: Niektóre sprzęty zakupione w Polsce nie działają za oceanem, mimo odpowiedniego adaptera. Moja prostownica raczej się tam nie przydała, a na wodę w czajniku do porannej kawy czekałam sobie do wieczora. Dzieje się tak, ponieważ napięcie w USA wynosi 110-120V o częstotliwości 60Hz, podczas gdy w Polsce jest to 220-230V o częstotliwości 50Hz. Niemniej jednak, większość sprzętu elektronicznego działa tam bez szwanku (na sprzęcie powinno być oznaczenie INPUT: 100-240V 50-60Hz).

27479186_1620270694693201_228545007_o
Takie przejściówki można zakupić m.in. w Media Markt w cenie 3-5zł za sztukę

O WYŻSZYCH CENACH W AMERYKAŃSKICH SKLEPACH NIŻ TE NA PÓŁKACH: Ceny na półkach nie obejmują podatku. Warto o tym pamiętać podczas zakupów, aby uniknąć zaskoczenia przy kasie.

O INNYCH JEDNOSTKACH MIAR I WAG: Zdecydowana większość Amerykanów nie wie ile to 1 centymetr, 1 kilometr czy też 12 stopniu Celsjusza. Nic dziwnego, Polacy nie pozostają dłużni – większość z nas nie wie, ile to 1 galon, 1 stopa,1 mila, 1 uncja. Warto zaznajomić się z amerykańskimi jednostkami miar. Poniżej przedstawiam kilka z nich (w przybliżeniu). Polecam zainstalowanie jednej z wielu aplikacji, posiadającej konwerter jednostek, który znacznie ułatwia pobyt w USA (np. Smart Tools Co.).

Jednostki długości:

  • 1 inch (cal) = 2,54cm, 1 foot (stopa) = 30,48cm, 1 mila = 1,6km.
  • 1 mila = 5280 stóp, 1 stopa = 12 cali.

Jednostki wag:

  • 1 ounce (uncja) = 28g, 1 pound (funt) = 0,45kg, 1kg – 2,20 funtów
  • 1 funt = 16 uncji.
  • 1 tona = 2000 funtów (amerykańska tona odpowiada 0,9 „naszej” tony).

Jednostki pojemności:

  • 1 galon = 3,78 litrów, 1 cup (filiżanka) = 236 mililitrów, 1 uncja (oz) = 29,5 ml
  • 1 galon = 16 filiżanek
  • 1 filiżanka = 8 uncji.

Jednostki powierzchni:

  • 1 metr kwadratowy = 10,7 stopy kwadratowej (sq. ft.)
  • 100 metrów kwadratowych = 1076 stopy kwadratowej.
build-1318564_960_720
źródło: pixabay.com, domena publiczna

PO POWROCIE Z USA UZYSKAJ ZWROT PODATKU!

Kiedy zakończysz swoje wakacje i wrócisz do Polski, należy pomyśleć o odzyskaniu części pieniędzy, które odliczono Ci z każdej wypłaty na rzecz podatku federalnego i stanowego. O zwrocie podatku powstał osobny wpis, dostępny tutaj.

Wróciłeś/aś z Work and Travel? Rozlicz się z podatku TANIEJ!

Czy wziąłeś/wzięłaś udział w programie Work&Travel przez ostatnie trzy lata? Jeśli tak, ten post jest właśnie do Ciebie. Po kilku miesiącach spędzonych w USA przychodzi czas na smutny powrót do rzeczywistości. Czynności, których należy się podjąć po powrocie to: oglądanie zdjęć z wakacji, popadanie w depresję oraz UBIEGANIE SIĘ O ZWROT PODATKU. 

O CO CHODZI? 

Podczas pracy w USA z Twojej wypłaty potrącono zaliczki na rzecz podatku dochodowego. Kwoty oscylują w granicach 10-20% dochodu (w zależności od stanu, w którym podjęto pracę). Niewiele osób zdaje sobie sprawę z tego, że MOŻNA JE ODZYSKAĆ. Po powrocie do Polski można ubiegać się o zwrot podatku, składając deklarację podatkową w amerykańskim urzędzie skarbowym (IRS). Należy w niej podać wszystkich pracodawców. Na tej podstawie urząd określa kwotę, która Ci przysługuje.

PRZYGOTOWANIE ROZLICZENIA PODATKOWEGO DLA IRS BRZMI JAK WALKA Z CHUCKIEM NORRISEM POD WODĄ, BEZ TLENU, ZE ZWIĄZANYMI RĘKAMI? JEST NA TO SPOSÓB. 

Po powrocie z USA skorzystałam z usług Tax Consulting. Firma zajmuje się również zwrotem podatku z Wielkiej Brytanii i Irlandii. Moim jedynym zadaniem było dostarczenie jej pracownikom potrzebnej dokumentacji. Wszystko odbyło się szybko i sprawnie. Jeśli zależy Ci na poprawnym przeprowadzeniu tej procedury, odzyskaniu możliwie najwyższej kwoty, a przede wszystkim na świętym spokoju, możesz skorzystać z usług tej firmy. Jest sprawdzona (m.in. przeze mnie) i posiada najniższe ceny w Polsce. Formularz zgłoszeniowy znajduje się tutaj

Tax Consulting posiada internetowy kalkulator szacujący wysokość zwrotu (tutaj). Nie zapomnij o 5% zniżki na jej usługi! Wystarczy wpisać w formularzu zgłoszeniowym kod rabatowy dla czytelników tego bloga: BLOG7. Rabat można wykorzystać przy procedurze zwrotu podatku z USA, Wielkiej Brytanii oraz Irlandii. 

dc

O CO TAK WŁAŚCIWIE SIĘ UBIEGASZ?

  • o zwrot podatku federalnego – to zazwyczaj 10% dochodu (im większa wypłata tym większy podatek). Dzięki różnym odpisom podatkowym istnieje możliwość uzyskania jego pełnego zwrotu.
  • o zwrot podatku stanowego – to 1-10% dochodu. Możliwość odzyskania State Tax uzależniona jest od wielkości wynagrodzenia oraz przepisów panujących w poszczególnych stanach. Nie potrącono go z wypłaty jeśli pracowałeś/aś na Alasce, Florydzie, Nevadzie, New Hampshire, Południowej Dakocie, Waszyngtonie i Wyoming.

KIEDY MOŻESZ SIĘ O TO UBIEGAĆ? 

Po zakończeniu roku rozliczeniowego. Obowiązkiem amerykańskich pracodawców jest wysłanie pracownikom dokumentu W-2, które stanowi podstawę ubiegania się o zwrot. Rozliczenia można dokonać w ciągu 3 lat od zakończenia roku podatkowego. Procedura zwrotu podatku federalnego i stanowego trwa jakieś 2 – 3 miesiące.

JAKIE DOKUMENTY BĘDĄ CI POTRZEBNE? 

  • Wspomniany wcześniej W-2, który prześle Ci pracodawca. W przypadku braku takiego dokumentu można ubiegać się o zwrot na podstawie paycheck’ów (pilnuj ich po powrocie z USA – możliwe, że będą bardzo potrzebne).
  • Kopia Social Security Card,
  • Kopia wizy z Twojego paszportu.

130212-F-LB592-174

DLACZEGO MA CIĘ TO OBCHODZIĆ?

Złożenie deklaracji podatkowej w IRS to nie pomysł na weekend, ale obowiązek każdego uczestnika programu! W razie niedogadania się z tamtejszą skarbówką raczej nie powtórzysz swojego American Dream – mogą Cię już nie wpuścić do USA. Poza tym, czy nie chciałbyś/abyś odzyskać części swoich pieniędzy, które potrącono z Twojej wypłaty? Rozumiem, że może nie wiesz co z nimi zrobić. Mimo wszystko wierzę, że uda Ci się znaleźć pomysł na wydanie tej sumy. Poniżej zamieszczono zdjęcia sugerujące rozwiązanie tego problemu:

ROZLICZYŁEŚ/AŚ SIĘ Z USA? ŚWIETNIE. PORA NA POLSKĘ.

Pamiętaj, że dokonanie wszystkich formalności związanych z amerykańską skarbówką nie zwalnia Cię od obowiązku rozliczenia się z naszym państwem. Warto zasięgnąć informacji osobiście w biurach rachunkowych lub w urzędzie skarbowym.

Praca w Dorney Parku – dlaczego WARTO wziąć udział w Work&Travel?

W 2015 roku wzięłam udział w programie studenckim Work&Travel. Była to moja pierwsza wyprawa za ocean i pierwszy tak daleki wyjazd. Nigdy nie żałowałam tej decyzji i zachęcam do skorzystania z programu każdego, kto wciąż ma na niego jeszcze szansę.  

JAKĄ FIRMĘ WYBRAĆ?

Pomysł wyjazdu pojawił się u mnie dopiero w marcu, kiedy miałam już ostatnie chwile na podjęcie decyzji. Zobaczyłam plakat na moim wydziale, wybrałam się na spotkanie informacyjne i zdecydowałam, że pojadę. Ze względu na to, że zgłosiłam się do programu późno, nie przeglądałam konkurencyjnych ofert. Nie zmienia to faktu, że polecam firmę CCUSA. Wszystko przebiegało sprawnie i bez problemów. Byłam również zadowolona z dobranej dla mnie pracy (ratownik wodny w parku rozrywki). Wybrałam opcję Work Experience USA. Zamieszczam link do strony internetowej CCUSA, na której opisano szczegółowo oferowane przez firmę programy, dostępne tutaj.

DLA KOGO JEST PROGRAM?

W programie mogą wziąć udział osoby posiadające status studenta uczelni wyższej (studia licencjackie, magisterskie – tryb dzienny, zaoczny czy też wieczorowy). Poziom języka angielskiego powinien być komunikatywny (a nie perfekcyjny!). Uważasz, że sobie nie poradzisz? Skoro dziesiątki tysięcy osób wzięło udział w tym programie i przeżyło, dlaczego niby Tobie ma się to nie udać?

CHĘTNIE WYBRAŁBYŚ/AŁABYŚ SIĘ DO USA, ALE ZNAJOMI NIE CHCĄ CI TOWARZYSZYĆ? 

Nikt z moich znajomych w ostateczności nie zdecydował się na wyjazd, więc pojechałam sama. Nieskromnie powiem, że podjęłam bardzo dobrą decyzję. Poznasz więcej osób niż w przypadku wyruszenia na podbój Stanów z grupą. Większość uczestników programu jedzie właśnie po to, aby nawiązywać nowe znajomości. Będąc tam, przekonasz się jakie to proste.

Jeśli chcesz poznać Twoich przyszłych współpracowników jeszcze przed wyjazdem to jest taka możliwość. Na facebookowych grupach Work&Travel można odnaleźć osoby, z którymi spotkasz się w USA. W ten sposób poznałam wielu ludzi (m.in. moją współlokatorkę) jeszcze przed wyjazdem. Można również postarać się o towarzysza podróży podczas lotu do USA (sporo osób dobiera się na grupach facebooka i wspólnie zamawia loty). Spotkania informacyjne przed wyjazdem to kolejna szansa na poznanie osób, które biorą udział w programie.

Aby zdobyć więcej informacji na temat miejsca, do którego się udajesz i gdzie będziesz pracować, polecam kontaktowanie się z osobami, które pracowały tam w poprzednich latach (znajdziecie je na facebookowych grupach – szukałam kontaktów na Dorney Park 2014). Miałam ogromne szczęście, ponieważ wiele osób cierpliwie odpowiadało na wszystkie moje pytania. Pojechałam więc spokojniejsza. Postanowiłam się odwdzięczyć, dlatego też jeśli ktoś z Was byłby zainteresowany pracą w Dorney Parku, jak i programem – służę pomocą i wszelkimi informacjami!

JAK PODJĄĆ DECYZJĘ?

Szybko. Tak, aby nie mieć wystarczająco czasu na to, żeby to jeszcze przemyśleć. Do dnia wylotu nie docierało do mnie, że jadę do USA. Lądując w Nowym Jorku pojawiła się panika i wtedy uświadomiłam sobie, że nie ma już odwrotu. Było to jednak bezsensowne zdenerwowanie, które zapoczątkowało cztery fantastyczne miesiące. Warto zdać sobie sprawę z tego, że te wakacje okażą się najlepszymi w życiu i przeminą błyskawicznie. Szkoda czasu na stres. Polecam ten sposób myślenia – pomaga. W dodatku jest to sama prawda.

JAK OTRZYMAĆ WIZĘ?

Większość formalności załatwia firma. Musiałam wypełnić wniosek wizowy, który zawierał dość zaskakujące pytania. Najbardziej zagięło mnie udzielenie odpowiedzi na pytanie, czy kiedykolwiek brałam udział w ludobójstwie. W czasie procesu wizowego należy odbyć rozmowę z konsulem, która – w moim przypadku – opierała się na prostych pytaniach. Mówiłam o miejscach w USA, które chciałabym zobaczyć (radzę nie wymieniać Vegas, ponoć nie spodoba się to rozmówcy). Konsul zapytał mnie czy jestem excited z powodu wyjazdu. Złożył mi też spóźnione życzenia urodzinowe. Na rozmowę powinny przygotować się przede wszystkim osoby posiadające rodzinę w USA lub Ci, którzy kończą studia.

24337372_1567395693314035_289798784_n

JAK WYGLĄDAŁA PRACA W DORNEY PARKU?

Byłam ratownikiem wodnym w parku rozrywki Dorney Park and Wildwater Kingdom w Allentown (Pensylwania). Warto zdać sobie sprawę z tego, że nazwa programu brzmi WORK and Travel, a nie tylko Travel. To nie tylko wakacje. 

Pierwsze tygodnie spędziłam na szkoleniach (teoretycznych i praktycznych) oraz egzaminach. Jeśli ktoś nie poradził sobie z egzaminem ratownika na głębokich wodach mógł zostać ratownikiem na wodach płytkich. Jeśli przystępujący do egzaminu nie podołał żadnym testom, otrzymywał zatrudnienie jako pomocnik ratownika. Nie należy się więc martwić o to, że w razie niepodołania wymaganiom trzeba będzie zakończyć amerykańską przygodę.

Każdy dzień rozpoczynano od zameldowania się w parku poprzez przejechanie swoją pracowniczą kartą przez terminal, który rejestrował czas naszej pracy. Każde spóźnienie skutkowało 1 – 3 punktami karnymi (więcej szczegółów na ten temat w dalszej części wpisu).

20150907_190809
Ostatni „punch-in” w Dorney Parku

Każdej strefie w parku przydzielano kierownika. Większość z nich była studentami w moim wieku (22-25 lat). Zajmowali się przede wszystkim rozmieszczeniem pracowników w parku oraz rotacją – regularną zamianą naszych miejsc (co prawda nie zawsze było to regularne, ale wynikało to z różnych czynników). Dbali też o to, aby nie zabrakło nam wody z lodem w naszych termosach. Podczas upałów zastępowali nas, abyśmy mogli ochłodzić się od czasu do czasu i wskoczyć do wody.

Park podzielono na 8 stref. Najnudniejszym miejscem pracy była Leniwa Rzeka. Goście parku pokonywali trasę wodną, siedząc na kółkach. Ich prędkość nie była zawrotna, a poziom wody nie należał do wysokich. W jednym z punktów na Lazy River było niewiele miejsca, aby ratownik mógł stanąć na murku. Zdarzało się, że pracownicy wpadali tam do wody – ograniczone miejsce często skutkowało utratą równowagi. 

Na nudę nie narzekano w niedzielę podczas pracy w pierwszej i ósmej strefie. W jej skład wchodził Wave Pool – basen ze sztuczną falą, cieszący się największym zainteresowaniem wśród odwiedzających park. Niektórzy twierdzili, że w słoneczne niedziele przypominał raczej gulasz. Niekiedy brakowało miejsca na skok ratownika w razie potrzeby. Biorąc pod uwagę fakt, że sztuczna fala miała sporą siłę, podczas pierwszych chwil obstawiania tego miejsca miałam wrażenie, że wszyscy się w nim topią.

Proponuję popatrzeć na poniższe zdjęcie i wyobrazić sobie jak bardzo rozbrajały mnie zadawane przez Gości pytania: Przepraszam, nie widziała Pani może mojego męża? Taki blondyn, niewysoki, miał niebieskie spodenki. Pewnego razu, po udzieleniu przeczącej odpowiedzi na to sensowne pytanie, usłyszałam serdeczne: ale jak to możliwe, że go Pani nie widziała? Przecież płacą Wam za patrzenie się na nas! 

12141756_1538555776434322_6501108752331554034_n
Wave pool w Dorney Park, autor zdjęcia: Austin Troxell

Ze względu na to, że ilość osób w basenach nieraz była ogromna, obserwowało się nie tylko kąpiących się klientów parku, ale i wodę. Pływało w niej naprawdę wszystko. Pewnego dnia podpłynął do mnie pewien nastolatek, podając znalezionego w wodzie ogórka kiszonego. Niestety, na ogórkach się nie kończyło. Nieraz pływały tam przeróżne fekalia. Aby oczyścić basen należało najpierw wyprosić z niego wszystkich Gości, nie wspominając im o tym, z czym mają przyjemność pluskać się w wodzie. Było to jedno wielkie Mission Impossible. Zamiast grzecznie wyjść z wody, ludzie podpływali do ostatniego centymetra, po czym z wielką niechęcią opuszczali basen.

Przerwa podczas pracy była jedna, bezpłatna i półgodzinna. Zważywszy na to, że trzeba było trochę się spiąć, aby szybko dotrzeć do punktu zameldowania (gdzie przejeżdża się pracowniczą kartą przez terminal naliczający czas pracy) raczej wolałam uniknąć bombardowania mnie wszelkimi pytaniami od gości na temat parku – począwszy od historii powstania danej atrakcji do próby zlokalizowania budki z lodami. Czułam się, jakby ktoś napisał mi na czole mam pół godziny przerwy, ale chętnie spędzę ten czas, odpowiadając na miliard Waszych pytań. Dlatego też mogę powiedzieć, że w tej pracy liczyła się szybkość i zwinność – podczas uciekania przed wiecznie pytającymi o coś klientami Dorney Parku w czasie jedynej przerwy.

Do komunikowania się z innymi ratownikami, zwracania uwagi gościom kąpiącym się w basenie, przywoływania kierownika i wysyłania przeróżnych komunikatów używaliśmy gwizdka. Dwa krótkie dmuchnięcia oznaczały prośbę o podejście do nas kierownika (np. kiedy skończyła nam się woda lub jeśli zaistniała potrzeba skorzystania z toalety). Jeden długi gwizdek poprzedzał skok do wody w celu pomocy danej osobie. Ustalono również, że jeśli chcemy zgłosić dziecko, które zgubiło rodziców, należy oddać dwa długie gwizdki. Szkoda, że podczas drugiego dnia mojej pracy wykonałam trzy długie gwizdki, zamiast dwóch. Widząc twarz kierownika zdałam sobie sprawę z tego, że pomyliłam sygnał dziecka, które zgubiło rodziców z zakomunikowaniem kryzysowej sytuacji w parku, jaką jest np. atak terrorystyczny.

Co jakiś czas sprawdzano naszą czujność podkładając manekiny, które mieliśmy ratować. Często nasi kierownicy udawali topiące się osoby. Na początku miało to sens, ponieważ nie znaliśmy ich wszystkich. Niemniej jednak, po miesiącu pracy wszyscy zdążyli się już dobrze poznać. Widząc wchodzącego do wody przełożonego już wiedziałam, że powinnam przygotowywać się do skoku. Pewnego razu, podczas sprawdzianu ratowników czuwających przy basenie na końcu zjeżdżalni, jeden z kierowników zjechał do basenu i przystąpił do topienia się. Nagle gość parku, który zjechał z sąsiedniej zjeżdżalni, rzucił mu się na pomoc.

1

ZAKWATEROWANIE: 

Większość pracowników Dorney, która przyjechała do USA z innych krajów, mieszkała w domach studenckich. Były osobne budynki dla dziewczyn i chłopaków. Koszt wynosił 70$ za osobę/tydzień – dzień pracy pozwalał na pokrycie kosztów zakwaterowania. Pokoje były dwuosobowe. Nie był to szczyt marzeń, ale mieszkaliśmy w przyzwoitym i niedrogim miejscu – zważywszy na ceny zakwaterowania w USA. Kiedy rozpoczął się rok akademicki w sierpniu i do collegu powracali studenci, rozmieszczono nas w hotelach (bardzo dobre warunki). W męskim akademiku minusem były częste alarmy pożarowe spowodowane przez kilku kucharzyków, którym zdarzało się zadymić kuchnię wczesnym rankiem. Ze względu na to, że mieszkaliśmy w collegu, można było posiadać w pokoju tylko jedno piwo na osobę (oficjalnie), która ukończyła 21 rok życia. Policja, która nadzorowała kampus, była przewrażliwiona na tym punkcie. Odradzam spacer po terenie collegu, jeśli ktoś z Was znajdowałby się w konkretnym stanie nieważkości (zwłaszcza, jeśli nie skończył 21 roku życia). Wówczas panowie policjanci zabierają Was na wycieczkę – do szpitala lub na posterunek policji. Niestety, takie wycieczki nie są darmowe. Z opowiadań niektórych osób wiem, że kwoty te nie były małe.

Jeśli chodzi o osobne budynki dla chłopaków i dziewczyn – słyszałam, że uległo to zmianie i pozostał jedynie podział na piętra. Pracowałam w tym parku w 2015 roku, więc niektóre rzeczy mogły się tam już zmienić. 

DOJAZD DO PRACY:

Park znajdował się w bliskiej odległości od akademików, dlatego też często chodziliśmy do pracy pieszo. Dojazd zapewniał nam pracodawca. Mogliśmy korzystać z charakterystycznych żółtych autobusów amerykańskich. Ten sam autobus zawoził nas również na imprezy o określonych godzinach. W pobliżu były dwa kluby. W pierwszym (Main Gate) odbywały się imprezy w niedzielę wieczorem. Odniosłam wrażenie, że przeważała tam muzyka R&B. W drugim (Mixx) królowała muzyka latino, a imprezy odbywały się tam w czwartek. Być może można było odwiedzać kluby codziennie – tego nie wiem, ale z pewnością największe imprezy organizowano w niedzielę (Main Gate) i czwartek (Mixx).

autobuuus
Ten akurat nie był zbyt żółtym autobusem, ale niestety nie posiadam zdjęcia pozostałych autobusów Dorneya

DNI WOLNE: 

W Dorney Parku pracowało się 6 dni w tygodniu. Jeśli ktoś zadeklarował, że chciałby zostać tzw. Flex guardem (polecam, pod koniec pracy przyznaje się za to niemałą premię – jakieś 600$), przyznawano mu nadgodziny i pracował 9-10 godzin dziennie. Jeden dzień w tygodniu był dniem wolnym od pracy (można było wymieniać się zmianami pomiędzy pracownikami). Jeśli ktoś nie stawił się rano w parku, otrzymywał 8 punktów karnych. 4 punkty karne otrzymała osoba, która wcześniej zadzwoniła i uprzedziła o niedyspozycji. Warunkiem „call off” była jedynie choroba. W przypadku uzyskania zwolnienia od lekarza można było uniknąć punktów karnych. Gdyby komuś „udało się” zebrać 24 punkty, musiałby pożegnać się z pracą. W praktyce często naciągano tę punktację i przymykano oko na ilość punktów.

Czasami bywało i tak, że 8 osób nie mogło stawić się do pracy, ponieważ zaszkodziło im jedzenie w bufecie chińskim. Zdjęcia z Waszyngtonu wstawili na Facebooka później. Nie zachęcam do takiego rozwiązania – informuję tylko jak to wyglądało.

WADY PRACY W DORNEY PARKU:

Mimo, że dostrzegam mnóstwo zalet, które zdecydowanie przeważają nad wadami, chciałabym również opisać minusy tej pracy. Po pierwsze, praca na słońcu potrafiła naprawdę dobić podczas upału. Na szczęście, pracując w części wodnej parku mieliśmy możliwość skoku do basenu i ochłodzenia się w wodzie co jakiś czas. Jeśli wiesz, że Twój organizm nie radzi sobie z wysokimi temperaturami, warto rozważyć inną ofertę pracy.

Kolejną wadą były zarobki. Mimo, że w porównaniu do polskiej pensji były one ogromne, w pozostałych parkach na terenie USA ratownicy otrzymywali wyższe wynagrodzenie. Co więcej, mogli oni pracować w pozycji siedzącej – w przeciwieństwie do nas.

Należy uzbroić się w cierpliwość – klienci parku potrafią wyprowadzić z równowagi. Do dziś mam przed oczami małego, drobnego chłopca na zjeżdżalni. Myślałam wtedy, że są to jego ostatnie chwile życia. Kiedy nie zjechał on jeszcze do końca i nie zdążył zejść w bezpieczne miejsce, na zjeżdżalnię wbiegły cztery kolejne osoby (nie tak wątłe jak chłopiec). Nie sposób było je zatrzymać. Na szczęście ratownik obstawiający dolną część zjeżdżalni podbiegł do małego chłopca i zgarnął go w porę, unikając zmiecenia go z powierzchni ziemi przez – delikatnie mówiąc – nieroztropnych klientów.

Czasami w parku panowały przedziwne reguły, których trzymano się kurczowo – nawet jeśli nie miały one najmniejszego sensu. Pewnego dnia udałam się do punktu medycznego po plaster. Spędziłam tam 2 godziny. Przeprowadzono ze mną szczegółowy wywiad na temat tego, jak to się stało, że starłam sobie kolano. Otrzymałam 6 stron dokumentów i na każdej z nich miałam złożyć podpis. Kolejna sytuacja miała miejsce w czasie cotygodniowego treningu (pracowałam jako ratownik wodny). Gumowa rękawiczka wysunęła mi się z podręcznej apteczki i wpadła do płytkiego basenu. Zapytałam jedną z kierowniczek czy mogłabym po nią wejść. Zgodziła się. W tym samym czasie wzięła ratowniczą „tubę” i pilnowała, aby nic mi się nie stało przez 3 sekundy mojego wejścia do basenu (byłam ratownikiem i weszłam do basenu z poziomem wody do pasa).

Chyba największą wadą było… skanowanie wody. Co to oznacza? Ciągłe gapienie się na ludzi (co jest oczywiście zrozumiałe) i na taflę wody, nawet, kiedy basen jest pusty (co jest średnio zrozumiałe). Pilnowano, abyśmy ruszali głową zgodnie ze wzorem skanowania i zapewniali, że poprawia to skuteczność i czujność ratownika. Czasami wyglądało to dość idiotycznie i wiele osób pytało się dlaczego ruszamy tak głową. Do dziś pamiętam, jak kolega ratownik stał na najnudniejszym miejscu w parku – Leniwej rzece, która była pusta. Odwrócił się, żeby podać koledze swój termos i poprosić o wodę. W tym momencie huknęła na niego nasza przełożona, która obserwowała go z ukrycia, dając mu ostrą reprymendę za chwilowe odwrócenie wzroku od pustej tafli wody.

ZALETY PRACY W DORNEY PARKU:

Mimo kilku wad, zdecydowanie polecam pracę w tym parku. Należy się po prostu dostosować do zasad, jakie tam panują (nawet jeśli nie dostrzegacie w niektórych najmniejszego sensu).

Jeśli zależy Wam na dobrej lokalizacji, aby zobaczyć jak najwięcej miejsc na wschodnim wybrzeżu poprzez jednodniowe wyjazdy w swoje dni wolne – Dorney Park to znakomity wybór!

Ponadto, w parku pracuje mnóstwo osób z różnych stron świata. Nie w każdej pracy będzie tak liczna grupa obcokrajowców, którzy chcą się integrować. Władze parku często organizują wieczory dla pracowników. Można wtedy korzystać z kolejek, kiedy nie ma już klientów z zewnątrz. Podczas takich imprez zawsze otrzymywaliśmy darmowy poczęstunek. Przygotowywano dla nas wtedy również sporo atrakcji i konkursów.

Kolejną zaletą parku jest po prostu… sam park. Jeszcze nigdy w życiu nie widziałam tylu świetnych rollercoasterów i kolejek, skupionych w jednym miejscu. Pomimo tego, że niejednokrotnie padałam po 9 godzinach pracy na słońcu i to bez krzesełka (zwłaszcza przez pierwsze dwa tygodnie), miło wspominam ten park i żałuję, że te wakacje minęły w tak szybkim tempie.

NAJWIĘKSZE ZALETY WZIĘCIA UDZIAŁU W PROGRAMIE WORK&TRAVEL:

1. Mogą to być wakacje Twojego życia:

Pracowałam w gronie świetnych osób w parku rozrywki, poznając mnóstwo rówieśników z całego świata. Spacerowałam po Times Square w Nowym Jorku, wody Niagary zalały mi telefon, zrobiłam małe rozeznanie na Harvardzie w Bostonie. Odwiedziłam Los Angeles – słynne Miasto Aniołów (bez szału) i zagrałam w kasynach Las Vegas, nie rozumiejąc zasad gry. Wybrałam się do Waszyngtonu z grupą Kolumbijczyków i Ekwadorczyków, którzy sprawili, że był to spontaniczny wyjazd bez planu i pośpiechu – zupełnie tak jak oni. Udało mi się odwiedzić Atlantic City, zwane wschodnim Las Vegas i równie piękne Ocean City. Zaliczyłam dwa oceany w ciągu jednych wakacji. Odbyłam trekkingi po najpiękniejszych Parkach Narodowych USA (śmiało można powiedzieć, że były to najpiękniejsze parki na świecie). Nie piszę tego po to aby się pochwalić, ale żeby pokazać, że takie wakacje są w zasięgu ręki, jeśli zdecydujecie się na udział w programie. 

2. Poznasz wiele osób z całego świata:

…oraz ich kulturę (Polska, Czechy, Słowacja, Hiszpania, Rumunia, Kolumbia, Ekwador, Jamajka, Ukraina, Tajwan, Hong Kong, Chiny, Dominikana, Turcja, Bułgaria, Mongolia i oczywiście USA). Pod koniec sezonu ciężko było rozstać się z ludźmi, z którymi spędziło się cztery wspaniałe miesiące. Mimo powrotu do kraju wciąż utrzymuję kontakty z wieloma osobami z parku. Co więcej – nadal się widujemy.

Dzięki pracownikom parku z Ameryki Południowej zainteresowałam się ich krajami do tego stopnia, że postanowiłam napisać pracę magisterską o Kolumbii. Pomogli mi również w nauce języka hiszpańskiego. Kiedy się żegnaliśmy nie sądziłam, że rok później odwiedzę ich w Kolumbii i Ekwadorze, a oni przyjadą w moje strony. Playlisty z naszych wspólnych imprez składały się z utworów Lady Pank, Grubsona, Eneja, Comy i Zenka, które przeplatały się z salsą, cumbią, reggaeton. Dzięki ich wizytom w Polsce udało mi się poznać ofertę turystyczną nie tylko ich krajów, ale i mojego. Gdyby nie oni, nie wybrałabym się do muzeów i innych atrakcji, które na co dzień mam w zasięgu ręki.

3. Podszkolisz język:

W moim przypadku podszkoliłam nie tylko angielski, ale i hiszpański. Być może na początku będziesz mieć problemy ze zrozumieniem Amerykanów. Podczas pierwszych tygodni pracy powoli oswajałam się z tamtejszym językiem i nie wszystko od razu zrozumiałam. Nie byłam jedyną osobą, która na początku musiała przyzwyczaić się do amerykańskiej wersji tego języka.

Nigdy nie zapomnę reakcji gości parku na słowa koleżanki, która ze spokojem na twarzy i uśmiechem oznajmiła, że ktoś w parku odszedł z tego świata (passed away), chcąc powiedzieć, że osoba ta zemdlała (passed out). Widząc spore zaniepokojenie na twarzy rozmówcy postanowiła rozluźnić atmosferę, dodając: spokojnie – tutaj zdarza się to często.

Historia koleżanki pracującej na rollercoasterze nie jest gorsza. Pewnego dnia, przemiłym tonem i z szerokim uśmiechem – jak na pracownika amerykańskiego parku rozrywki przystało – odpowiedziała jednemu z gości w parku „yes, of course!” na niezrozumiane przez nią wcześniej pytanie. Jak się potem okazało, pytanie brzmiało: „Czy ktoś kiedykolwiek zginął na tej kolejce?”

CZY TO SIĘ OPŁACA? 

Niektórzy twierdzą, że można na tym jeszcze zarobić. Gratulacje dla tych, którym się to udało. Nie twierdzę, że jest to niemożliwe – choć w moim przypadku z pewnością niewykonalne. Wszystko zależy od tego, co chcemy zobaczyć na miejscu i w jakim stopniu potrafimy się oprzeć wyprzedażom w sklepach odzieżowych i zakupom taniego sprzętu elektronicznego. Pracowałam w Stanach trzy miesiące i wróciłam do Polski z długiem. Nie zrujnował mi życia – miesiąc pracy w Polsce i było po sprawie. Głównym powodem takiego obrotu sytuacji była porządna inwestycja w czwarty miesiąc, będący jedną wielką podróżą w wymarzone miejsca. Sporo miejsc odwiedziłam w dni wolne podczas pierwszych trzech miesięcy pracy. Myślę, że niemożliwe byłoby zwiedzić oba wybrzeża za tak niewielkie pieniądze, bez wzięcia udziału w programie. Cały swój zarobek przeznaczyłam na podróż po USA. Z pewnością mogłabym sporo zaoszczędzić i wrócić do domu z pieniędzmi, poprzestając jedynie na wschodniej części kraju lub skracając pobyt. Nie żałuję jednak, że wybrałam opcję dwóch wybrzeży oraz miesięcznego zwiedzania zachodniej części USA.

Zdaję sobie sprawę z tego, że pracę w parku oraz Work&Travel opisałam w wielkim skrócie. Jeśli chcielibyście dowiedzieć się czegoś więcej na temat programu i pracy w Dorney Parku – służę pomocą! Jeśli mieliście okazję pracować w parku i posiadacie inną opinię na jego temat, lub uważacie, że we wpisie nie poruszono ważnych kwestii – zapraszam do podzielenia się swoją opinią w komentarzach!

Szkocja na dużym ekranie

Oglądając filmy ze Szkocją w tle nie sądziłam, że dane miejsca w rzeczywistości będą tak zachwycające, jak na dużym ekranie. Tak bardzo się myliłam… Piękne krajobrazy, które posłużyły za plener filmowy, okazują się być niezwykle skuteczną reklamą. Osadzone w szkockich realiach produkcje filmowe również przyczyniły się do tamtejszego wzrostu liczby turystów. Przyznam szczerze, że do poznania Szkocji przekonał mnie właśnie jeden z filmów – Skyfall.

SKYFALL

bond-m-scotland
Kadr z filmu „Skyfall” (reż. S. Mendes), producenci: M. Wilson, B.Brocolli.

Odcinek przygód szpiega, który cieszy się sławą na całym świecie (nigdy wcześniej nie zwróciłam uwagi na to, jak niedorzeczny jest opis tej postaci) jest jednym z wielu produkcji filmowych, których akcja rozgrywa się w Szkocji. To właśnie Skyfall sprawił, że postanowiłam zobaczyć na własne oczy Dolinę Łez (ukazaną na zdjęciu powyżej). Akcja filmu toczy się również w Stambule i Szanghaju, ale Szkocja wydaje się tworzyć najpiękniejszą scenerię w filmie. Fragment, w którym Bond wraz z „M” przejeżdżają Astonem Martinem przez zamglony, górzysty region świetnie oddaje atmosferę tego miejsca. Przejazd tą samą drogą, podziwianie krajobrazów i słuchania Adele śpiewającej o Skyfall było po prostu bezcenne.

TEN JEDEN DZIEŃ (ONE DAY)

sdsc
Kadr z filmu „Ten Jeden Dzień” (reż. L. Scherfig), producent: N. Jacobson

Kolejną produkcją filmową ze szkockim plenerem jest melodramat One Day – ekranizacja powieści Davida Nicollsa, która stała się światowym bestsellerem. Mimo, że akcja filmu z Edynburgiem w tle była dość krótka, stolica Szkocji zaprezentowała się w nim z najlepszej strony. Filmowa para zdobyła Fotel Artura – szczyt wygasłego wulkanu, położonego w samym sercu miastaKolejnym szkockim akcentem w filmie był spacer głównych bohaterów po ulicy Royal Mile. W ekranizacji powieści świetnie oddano nostalgiczny klimat pięknego Edynburga.

WALECZNE SERCE (BRAVEHEART)

SIGgeTd
Kadr z filmu „Waleczne Serce” (reż. M. Gibson), producent: M. Gibson, A. Ladd, B. Davey

Nie sposób pominąć filmu Waleczne Serce (Braveheart) – ekranizacji powieści Binda Harry’ego, wyreżyserowanej przez Mela Gibsona (który odegrał w nim główną rolę). Mimo, że większość filmu nagrano w Irlandii, zainteresowanie Szkocją po jego premierze znacznie wzrosło. Akcja rozgrywa się w jednym najpiękniejszych szkockich zamków – Stirling. Braveheart to opowieść o Williamie Wallace – dowódcy powstania szkockiego przeciwko Anglii. Główny bohater jest postacią historyczną, jednak wydarzenia przedstawione w filmie nie mają zbyt wiele wspólnego z faktami historycznymi. Oto kilka przykładów:

  • Według wielu historyków, William Wallace nie żył w ubóstwie i nie wychowywał go stryj. Źródła historyczne podają, że należał on do arystokracji szkockiej i był rycerzem już za czasów bitwy o Stirling.
  • Prawdziwe imię Murrion,wybranki Wallace, brzmiało Marian. Gibson twierdzi, że zmiana imienia jego żony była celowym zamierzeniem. Reżyser chciał uniknąć mylenia jej z Maid Marian – małżonką Robin Hooda.
  • Francuska księżniczka Izabela, która była wybranką króla Anglii Edwarda I, nie mogła w rzeczywistości spotkać się z Williamem. Byłoby to dość trudne, ponieważ z historycznego punktu widzenia Izabela miałaby wtedy cztery lata… Pomijając ten mały szczegół, zwrócono też uwagę na jej „sekretne” rozmowy w języku francuskim na dworze angielskim. W tamtych czasach język francuski był bardzo dobrze znany mieszkańcom angielskiego dworu, a więc niezrozumienie przez nich rozmów księżniczki w jej ojczystym języku było mało prawdopodobne.
  • Pojawiły się także sprzeczności z historią, dotyczące ubioru. Filmowi żołnierze szkoccy nosili klity, które w rzeczywistości pojawiły się kilka wieków później. Zarzucono też zbyt bogate umundurowanie angielskiej armii, której członkowie byli zbyt ubodzy, aby zapewnić sobie mundur. Twórcy filmu twierdzą, że ta niezgodność była również zamierzona, aby łatwiej było odróżnić widzom żołnierzy szkockich od angielskich, bez konieczności wsłuchiwania się w ich akcent.
  • Za czasów Williama Wallace w Szkocji nie malowano już twarzy. Robiły to pogańskie plemiona celtyckie podczas podbojów rzymskich.
  • Najbardziej rażącym błędem według znawców historii jest brak mostu podczas bitwy o Stirling, który w dużej mierze pomógł Szkotom odnieść zwycięstwo nad Anglikami. Most ten był źle zbudowany i niestabilny, co pozwalało przekraczać go jedynie trzem osobom w tym samym czasie. Wojska szkockie odniosły zwycięstwo, czekając, aż Anglicy przekraczający most stracili życie, wpadając w przepaść.

Słuchając osób zarzucających reżyserowi niedokładność historyczną, warto pamiętać, że Braveheart nie jest dokumentem historycznym, a filmem produkcji Hollywood. Nie można więc wymagać od niego, aby w pełni pokrywał się z faktami. Niemniej jednak, oglądając ten film, warto zdawać sobie sprawę z tych różnic.

SERIA PRZYGÓD HARREGO POTTERA

HPPoA0898-1600x667
Kadr z filmu „Harry Potter i Więzień Azkabanu” (reż. A. Cuarón), producenci: M. Barnathan, C. McDougall, T. Seghatchian
800px-A_Scottish_Adventure-_The_Jacobite_over_Glenfinnan_Viaduct
źródło: 96tommy, licencja, źródło: Wikimedia Commons

Przygody Harrego Pottera nagrywano w wielu miejscach na terenie Szkocji. Z pewnością każdy kojarzy wiadukt (Glennfinan Viaduct), którym przejeżdżał Hogwart Express. Dolina Łez (Glen Coe) również miała swoje pięć minut – tam właśnie mieściła się chatka Hagrida.

Poza Glen Coe i wiaduktem Glennfinan, w poszczególnych częściach Harrego Pottera pojawiły się też takie miejsca, jak: Loch Etive, Loch Eilit, odcinek pomiędzy stacjami kolejowymi Corrour a Rannoch czy też Loch Arkaig.

Znalazłam też kilka informacji w Internecie, mówiących o tym, że Uniwersytet w Glasgow rzekomo posłużył za plan filmowy w ekranizacjach Harrego Pottera. Kiedy zobaczyłam to miejsce byłam pewna, że nagrano tam którąś z jego części. Niestety, po dłuższych poszukiwaniach rzetelnego źródła potwierdzającego te informacje, okazało się to nieprawdą. Nie zmienia to faktu, że każdy, kto chciałby poczuć atmosferę Hogwartu, powinien odwiedzić Uniwersytet Glasgow, znakomicie oddający jego klimat.

hogwaert20171003_163059

Warto też dodać, że Edynburg stał się inspiracją dla autorki serii przygód Harrego Pottera. Architektura miasta idealnie pasuje do opisów scenerii w jej książkach. Ponadto, miejscem, w którym powstały powieści był Elephant House – jedna z chińskich restauracji w stolicy Szkocji, ciesząca się z tego powodu ogromnym zainteresowaniem wśród turystów.

MERIDA WALECZNA (BRAVE)

Merida_Waleczna
Kadr z filmu „Merida Waleczna” (reż. B. Chapman, M. Andrews), producent: K. Sarafian

Merida Waleczna to opowieść o młodej księżniczce, wywodzącej się ze Szkocji. Mimo tego, że jest to film animowany, szkockie krajobrazy zostały w nim przedstawione w całej swej okazałości. Osoby tworzące animację wybrały się do Szkocji po inspirację. Wersja przez nich stworzona stała się świetną reklamą górzystego regionu, zwanego Highlands. Dzięki Brave powstała kampania marketingowa, która przyciągnęła wielu turystów i wzbudziła zainteresowanie bajkowymi krajobrazami.

Wygląd głównej bohaterki nie jest przypadkowy. Rudy kolor włosów posiada bardzo dużo Szkotów. Aby podkreślić włosy księżniczki Meridy, twórcy filmu stworzyli specjalne oprogramowanie, które zapewniało naturalny ruch włosów podczas poruszania głową.

KOD DA VINCI (THE DA VINCI CODE)

Rosslyn_Chapel
filmowa kaplica Rosslyn, autor zdjęcia: Anne Burgess, licencja

Gotycka architektura szkockiej kaplicy Rosslyn, położonej na południe od Edynburga, stworzyła doskonałe warunki dla filmu. Obecnie miejsce pełni rolę kościoła anglikańskiego. Mimo ciekawej historii jaką posiada, została rozsławiona dopiero po premierze Da Vinci Code.

Przedstawiona w książce historia miejsca mija się z prawdą. Według niej, kaplicę mieli wybudować templariusze. Źródła historyczne podają jednak, że nigdy nie przybyli oni do Szkocji. Dekoracje, w których można dostrzec elementy chrześcijańskie, żydowskie, egipskie czy też pogańskie powstały w XVIII i XIX wieku,  podczas odbudowy kaplicy.

W wyniku powstania książki oraz filmu Kod da Vinci, zainteresowanie kaplicą Rosslyn znacznie wzrosło. Dzięki zyskom, jakie przyniosła promocja tego miejsca, możliwe było podjęcie renowacji obiektu.

Opisane powyżej filmy to zaledwie kilka z wielu produkcji filmowych, których akcja rozgrywa się w Szkocji. Do ich grona należą też między innymi: Iluzjonista, Makbet, Hamlet, 39 kroków Alberta Hitchcock’a, Highlander czy też Outlander. Szkocja cieszy się sporym zainteresowaniem twórców filmowych już od wielu lat. Jej krajobrazy idealnie sprawdzają się tam, gdzie potrzebna jest piękna, nostalgiczna sceneria. Mieliście okazję obejrzeć wymienione filmy lub miejsca, w których je nakręcono? Czy uważacie, że warto zwrócić uwagę na inne produkcje filmowe, będące wizytówką Szkocji?

Kijów – informacje praktyczne

Pierwszą rzeczą, która zaskoczyła mnie w Kijowie było to, co zobaczyłam na kijowskich parkingach… Luksusowe samochody od zawsze kojarzyły mi się z Monte Carlo i Miami. Nigdy nie sądziłam, że do ich grona dołączy stolica Ukrainy. Kolumny najdroższych modeli czarnych BMW, Mercedesów i Land Roverów (z przyciemnianymi szybami, przednimi również) wyłaniały się na ulice z każdej strony. Były też Łady, jednak te pierwsze zdecydowanie przeważały.

20170402_110506

JAK DOSTAĆ SIĘ DO KIJOWA?

Najlepszy, najtańszy i najwygodniejszy sposób to podróż samolotem. Wybrałam linie WizzAir – lot z Gdańska do Kijowa na lotnisko Żuliany, znajdujące się 8km od centrum miasta. Warto śledzić promocje linii lotniczych (m.in. w listopadzie, grudniu, styczniu), które pozwalają na zakup biletów już od 140zł w dwie strony. W cenę wliczono jedynie bagaż podręczny, który w zupełności mi wystarczył. WizzAir oferuje też loty z Warszawy (lotnisko Chopina), Katowic, Lublina, Poznania i Wrocławia.

Można też skorzystać z usług LOT czy też z Ukrainian Airlines, oferujących połączenia z Warszawy na lotnisko Boryspol, oddalone od centrum Kijowa o 29km. WizzAir oferuje znacznie tańsze połączenia, chociaż czasami można załapać się na promocję pozostałych linii lotniczych.

Aby odwiedzić Ukrainę, niezbędny jest paszport.

DOJAZD Z LOTNISKA DO CENTRUM:

Żuliany: Wychodząc z Terminalu A, zaraz przy głównej ulicy znajduje się przystanek autobusowy dla linii nr 9 (koszt: 4UAH, bilet kupujemy w autobusie, u kontrolera), który dowiózł naszą szóstkę na ulicę Volodymirską, do biura DayFlat – po odebraniu kluczy do naszego apartamentu od razu się tam udaliśmy.

Boryspol: Można skorzystać ze SkyBusa, który oferuje przejazd na dworzec kolejowy w cenie 80UAH, lub do najbliższej stacji metra (koszt: 50UAH). Trasa zajmuje 45minut. Przystanek znajduje się po prawej stronie za wyjściem z Terminalu F.

GDZIE NOCOWAĆ?

Wynajęte przez nas mieszkanie było ładne, czyste, ogromne i dobrze zlokalizowane (blisko metra, barów, supermarketów). Wszystko w bardzo dobrej cenie – 4216UAH za cały pobyt dla 6 osób (35zł/doba/osoba). Przedpłata nie była wymagana. Nie ukrywam, że było to dla mnie kluczowe, zważywszy na stan konta przed wypłatą. Jedynym minusem była niewygodna sofa w salonie. Szczegóły rezerwacji tutaj.

Wejście do mieszkania nie zachwycało:

…czego nie można powiedzieć o wnętrzu (poniższe zdjęcia obiektu pochodzą z booking.com)

Kolejną dobrą i tanią opcją jest Dream House Hostel, szczegóły tutaj.

PORUSZANIE SIĘ PO MIEŚCIE:

Przed wyjazdem warto zainstalować bezpłatną i prostą w obsłudze aplikację MAPS ME. Jest to nawigacja, która działa bez połączenia z Internetem (potrzebujemy go jedynie w celu pobrania mapy danego miejsca). Dzięki niej można z łatwością namierzyć pobliskie atrakcje, lokale, bary, muzea, supermarkety czy też zlokalizować najbliższy bankomat.

Podczas całego pobytu poruszaliśmy się metrem, które dowiozło nas do wszystkich ważniejszych miejsc w Kijowie. Jeden przejazd, a właściwie jeden żeton, który umożliwia przejazd, kosztuje 4UAH (około 60 groszy). Żetony można kupić w automacie na każdej stacji lub w kasie. Zawsze, gdy kupowaliśmy 6 żetonów, Panie w kasie (widząc jedynie dwie osoby przy okienku) za każdym razem tłumaczyły nam, że wystarczy kupić tylko jeden żeton na osobę i można zmieniać linię metra do woli. Miło. Aczkolwiek, nie znając ukraińskiego, trochę nam zajmowało tłumaczenie, że o tym wiemy.

Do korzystania z metra zachęca nie tylko cena, ale i wygląd stacji. Są po prostu piękne. Co więcej, to najgłębsze stacje metra na świecie (miały być schronem w razie wybuchu III wojny światowej). Rekordowa, o nazwie Arsenalna, liczy 105,5m głębokości. Dla porównania, najgłębsza stacja metra w Warszawie liczy 23 metry głębokości. Wjazd ruchomymi schodami do wyjścia na miasto trwa mniej więcej 4 minuty (nie wierzyłam, dopóki nie dojechałam do końca ruchomych schodów, za którymi zobaczyłam następne). Warto się skupić, żeby na nie wejść, bo nie należą do najwolniejszych. Ułatwieniem dla osób nieznających ukraińskiego są oznaczenia stacji metra. Oprócz ich nazw wprowadzono też numery, aby nie mieć na sumieniu załamanych cyrylicą turystów. Warto dodać, że w podziemiach metra kijowskiego nie ma koszy na śmieci. Nie jest to niedopatrzenie ze strony władz, ale obawa, że mogłyby zostać wykorzystane do podłożenia bomby przez terrorystów.

Схема_Київського_метро
Mapa kijowskiego metra, Agenty zmin, licencja, Wikimedia Commons

GDZIE ZJEŚĆ SMACZNIE, TANIO I TRADYCYJNIE? 

Puzata Chata – sieć restauracji, w których można zjeść dania kuchni regionalnej. Potrawy są już przygotowane, należy tylko wskazać, o które prosimy. Podwójna porcja wareników (pierogów ukraińskich) w zestawie z piwem 0,5l kosztowało niecałe 15zł. Sieciówka cieszy się powodzeniem wśród turystów. Przekonaliśmy się o tym, kiedy z trudem znaleźliśmy stolik dla sześciu osób (mimo, że lokale są spore).

Varenichnaya Katyusha – Porcje są niewielkie ale ceny pozwalają na zamówienie kilku dań (dania kosztowały 7-12zł). Poza tradycyjnymi daniami ukraińskimi zachwyca też wystrój lokalu (dekoracje czasów radzieckich).

20170403_163242

CO ZJEŚĆ NA UKRAINIE?

Pierwszą rzeczą, której warto spróbować podczas podczas pobytu w Kijowie jest Barszcz Ukraiński, różniący się od naszego w Polsce. Wersja u sąsiadów zawiera kapustę, buraki, marchew, mięso i kwaśną śmietanę. Kolejnym tradycyjnym daniem, a właściwie zupą, jest Soljanka – zupa rybna przygotowana na bulionie warzywnym, z dodatkiem cytryny, oliwek, kwaśnej śmietany i przypraw. Warto spróbować jednej z potraw tatarskich – Czeburak. Jest to ostro przyprawiony ogromny smażony pieróg, wypełniony baraniną. Typowym ukraińskim daniem są odpowiedniki naszych pierogów. Wareniki to opcja na słodko: z twarogiem lub owocami, natomiast Pielmieni to pierogi z mięsnym farszem. Do obu wersji dodaje się porcje śmietany. Popularne na Ukrainie jest także spożywanie kwasu chlebowego.

WALUTA W KIJOWIE: 

Oficjalną walutą na Ukrainie jest hrywna, która dzieli się na 100 kopiejek. 1UAH = 0,14zł (dane z października 2017).

CENY W KIJOWIE:

Niektórzy twierdzą, że w Kijowie można kupić wszystko za grosze. Inni uważają, że Ukraina to tanie państwo, ale jej stolica już nie bardzo. Tego, jak czułam się podczas zakupów w Kijowie raczej nie można porównać do zakupów Skandynawów w polskich sklepach. Mimo to, ceny są niskie:

ceny w KIjowie

CO ZOBACZYĆ W KIJOWIE? O tym w kolejnym wpisie, poświęconym kijowskim atrakcjom.

Temat z pewnością nie został przeze mnie wykorzystany (mimo wielu starań), dlatego wszelkie uwagi czy też inne przydatne informacje w komentarzach będą mile widziane!