Witamy w Polsce! Wrażenia znajomych z podróży po naszym kraju

U Was to chyba zimno, co? Zazwyczaj w ten sposób rozpoczyna się rozmowa z kimś, kto dowiaduje się, że jestem z Polski. Często pojawia się również: Z Polski? O! Lewandowski! łamane na Jan Paweł II. Zdarzają się osoby, których wiedza o naszym kraju naprawdę mnie zadziwia – w pozytywnym (Kolumbijczyk wymieniający skład reprezentacji polskiej na Mistrzostwach Świata Piłki Nożnej w 1986), jak i negatywnym tego słowa znaczeniu (pewien Pan: Polska? A to nie jest gdzieś w Rosji? Ja: Kiedyś było).

Zaskakują Kubańczycy, którzy pytali jak trzyma się Jaruzelski. Na Karaibach znają też Kopernika. Argentyńczyk, z którym pracowałam w Kolumbii, puszczał z telefonu muzykę Chopina i wychwalał ją bez końca. Podczas pierwszych rozmów z kolegami z tak odległych krajów nigdy nie przypuszczałam, że przejadą się kiedyś rowerem po Kaszubach, wpadną na grilla u mnie w altance i pograją we flanki z moimi znajomymi. Jakie były ich wrażenia z podróży po Polsce?

POZNAĆ NASZ KRAJ, CZYLI?

Nie ukrywam, że z chęcią odwiedzam słynne miejsca turystyczne podczas wyjazdów za granicę, choć znacznie ważniejsze jest dla mnie poznanie stylu życia mieszkańców. Jakie mają spojrzenie na świat? Gdzie spędzają czas wolny? Które problemy w kraju najbardziej im doskwierają? Czy posiadają zwyczaje przewijające się w ich życiu na co dzień?

Kiedy ktoś odwiedza mnie w Polsce odnoszę wrażenie, że tego samego oczekuje ode mnie. Być może wychodzę na ignorantkę ale co im po tym, że zjedzą kaczkę po polsku z konfiturą wiśniową w najznakomitszej restauracji serwującej tradycyjne polskie dania, skoro ta potrawa w moim domu należy raczej do rzadkości? Nie twierdzę, że nie warto jej spróbować ale staram się również pokazać jeden z najlepszych kebabów w Gdańsku, do którego wpadamy po powrocie z imprezy. Tradycja studencka, jakby nie było! Oczywiście moje transfery z innych krajów nie wyjeżdżają z Polski bez spróbowania żurku, gołąbków, placków ziemniaczanych, schabowego i  pierogów, które często goszczą na polskich stołach. W rankingu u znajomych prowadzą racuchy jabłkowe mojej mamy, która ratuje sytuację (nie mam zbyt wiele wspólnego z gotowaniem i kiedy pojawiam się w kuchni to najwyraźniej dlatego, że zabłądziłam). Ich wizyty nie obejdą się też bez degustacji tutejszych napojów wysokoprocentowych. Każde przecholowanie to dobra okazja na zaprezentowanie kolejnego, równie ważnego elementu kuchni polskiej – rosołu.

Kolejną kwestią jest zwiedzanie miasta. O ile dane miejsca posiadają naprawdę ogromną ofertę muzeów i galerii to niekoniecznie będzie to coś równie interesującego dla kogoś z Ameryki Południowej, zazwyczaj niebędącego w temacie historii i kultury naszego kraju. Znakomitym rozwiązaniem są Free Walking Tour organizowane w wielu polskich miastach. To dwugodzinne spacery z przewodnikiem (w różnych językach) opierające się przede wszystkim na ciekawostkach związanych z danym miejscem. Dostarczają wielu informacji w przypadku krótkiej wizyty w Polsce i stanowią dobre wprowadzenie do zwiedzania reszty. Teoretycznie wycieczki są darmowe ale przewodnicy utrzymują się z napiwków.

53604813_800904130290239_7043993532217950208_n
Kiedy starasz się upamiętnić wizytę znajomych w Polsce ale najwyraźniej coś nie wyszło

Wiadomo, że plan zwiedzania to rzecz gustu ale mając niewiele czasu na poznanie moich rewirów nie zabrałabym obcokrajowca do Muzeum Kaszubskiego (choć uważam, że wystawy są tam ciekawe). Znacznie lepiej sprawdzi się wycieczka rowerowa po wspomnianych terenach, objaśnienie kaszubskich zwyczajów, nauka paru wyrażeń w tym języku, porządny regionalny obiad, latem wypożyczenie kajaku, a zimą kulig z prawdziwego zdarzenia. Nie twierdzę, że należy unikać miejsc turystycznych – nie o to chodzi. Pokazałam im sporo miejsc w Polsce, które są przepiękne i interesujące, a jednocześnie licznie odwiedzane przez tłumy osób. Po prostu warto znaleźć jakiś balans i zaprezentować też trochę polskiej codzienności. Jakie są dowody na to, że poznawanie Polski w taki sposób jest dla nich ciekawe? Siedząc przy piwie w Bogocie z grupą Kolumbijczyków Juana zapytano o to, co najlepiej wspomina podczas swojego wyjazdu do Europy. Chwila, w której usłyszałam, że są to urodziny mojego wujka z toną jedzenia była bezcenna. Polska gościnność robi furorę.

CO JESZCZE ZASKAKUJE ICH W POLSCE?

Powitanie. Co kraj to obyczaj, dlatego tym razem odniosę się jedynie do osób z Ameryki Południowej. Polacy nieznający się zbyt dobrze zazwyczaj podają sobie dłoń na powitanie. W Kolumbii i Ekwadorze z marszu wita się z nieznajomymi dwoma buziakami w policzek. Z racji tego, że składając życzenia Polakom zazwyczaj całuje się w policzek trzy razy to przy powitaniu z Kolumbijczykami witałam się trzema, a oni dwoma. Wychodził z tego jakiś słaby i niezręczny taniec – trochę jak kiwanie się na boki, nie bardzo wiedząc kiedy przestać.

Kapcie. Zaskakiwały ich chyba bardziej niż polska gościnność i nieraz wciskano im je w Polsce u kogoś na odwiedzinach. Ich reakcje były bezcenne.

Piwo z sokiem. Do samego przyjazdu żyli w przekonaniu, że ich wkręcam i upierali się, że takie połączenie nie istnieje. Kiedy zobaczyli na własne oczy, że to prawda posypały się setki pytań w stylu: ale dlaczego?

Ceny w sklepach. Podczas każdego Eurotripa znajomych Polska stanowi miłą odmianę dla portfela. Często dokupowali kolejny bagaż w przypadku lotu powrotnego.

Tłumaczenie filmów w telewizji za pomocą lektora. Wielokrotnie pytali się jak to możliwe, że filmy tłumaczone są tylko i wyłącznie jednym głosem. Nie mam pojęcia dlaczego tak bardzo dziwi ich to, że w polskiej telewizji nie ma miejsca na dwóch lektorów – o damskim i męskim głosie.

Wałęsa? To on nie był starszy? Takie pytania usłyszałam od kolegi z Kolumbii podczas spaceru po Gdańsku przed ubiegłymi wyborami prezydenckimi, kiedy mijaliśmy plakat Jarosława Wałęsy.

Domek do góry nogami w Szymbarku. Wielu z Was pewnie nawet nie słyszało o takiej atrakcji – wyobraźcie więc sobie moją minę, kiedy pytali o niego znajomi z Turcji – to miejsce pojawiało się w ich kraju na wielu memach.

20151121_154621

PIERWSZE I NIEKONIECZNIE NAJLEPSZE WRAŻENIA: 

Im bardziej staram się pokazać mój kraj z jak najlepszej strony, tym bardziej mi to nie wychodzi – choć trzeba przyznać, że odwiedzający wyjeżdżali z Polski zachwyceni. Gdyby jednak ich wizyta ograniczyła się do pierwszego dnia to pewnie nigdy by tu nie wrócili.

Niezbyt miło wspominam pewien autobus z Warszawy do Gdańska. Okazało się, że zabrakło wtedy miejsca dla mnie i koleżanki, która właśnie przyleciała do Polski. Kolejny autobus również nie uporał się z liczbą poszkodowanych przez błąd w systemie rezerwacyjnym. Chyba nie muszę dodawać, że skoro kolejność wejścia była decydująca to na parkingu w Młocinach rozpętała się prawdziwa walka o przetrwanie. Pojawiło się wiele niezbyt pochlebnych, acz tradycyjnych polskich słówek w kierunku osób, które wepchnęły się w wyimaginowaną kolejkę. Czekając na kolejnego busa podeszłyśmy do Żabki po bułkę, przy której dwóch panów wyrażało wzajemną niechęć do siebie, podbijając sobie coraz to nowsze lima na twarzy. Trzeci autobus o dziwo dysponował dla nas miejscem. Szkoda, że obok kierowcy z klimą podkręconą na maksa, pomagającą mu się rozbudzić. Kiedy w końcu dotarłyśmy, moja miejscowość przywitała nas dobitnym zapachem nawożonych pól, który unosił się do dnia wyjazdu. O ile takie sytuacje były raczej zabawne, to zdarzył się też niemiły incydent. Jeden z kolegów został okradziony – a przecież to Kolumbia jest tak bardzo niebezpieczna…

Pamiętam też jak pytali się mnie o pogodę wiosną. Kiedy przyjechali, pomogłam im wnieść walizkę wypełnioną letnimi rzeczami. To było w maju 2017, kiedy w Gdańsku spadł śnieg…

13219719_1048380838548859_911283350_n
Kiedy mój tata obiecuje koledze z Kolumbii, że pierwszy raz zje grillowaną kiełbaskę ale pogoda nie dopisuje

JĘZYK POLSKI – WALCZĄ JAK MOGĄ!

Na świecie krąży przekonanie o tym, że polski to najtrudniejszy język świata. Wielu obcokrajowców poddaje się zaraz po tym, jak demonstrujemy polską wersję HelloCześć nie należy do najłatwiejszych słów. Starałam się im ułatwić życie, sięgając po inne –siema. Wyleciało mi z głowy aby wspomnieć o tym, że takie przywitanie ze starszą ekspedientką po wejściu do sklepu nie bardzo pasuje. Nie zapomnę też, kiedy podczas Work&Travel koledzy prosili abym nauczyła ich kilku zdań po polsku żeby zagadać do Polek na wyjeździe. Chęci były. Z pięknie dziś wyglądasz powstało biednie dziś wyglądasz. Pewnie zdziwiły się też, że mają piękne uszy (wnioskuję, że miały być oczy, choć może kolegom podobały się i uszy).

Za każdym razem kiedy podnosili kieliszek krzyczeli coś w stylu krokowia, co w późniejszych godzinach przerodziło się w korkowe. Tłumaczyłam, że u nas mówi się na zdrowie, choć ich wersja tego wyrażenia to kolejne polskie słówko, które być może im się przyda.

Wielokrotnie udowadniali mi jednak, że potrafią ogarnąć nasz język. Idealnie wyłapali w mojej rozmowie z koleżanką o matkoooo!, które użyli w późniejszym czasie w perfekcyjnym momencie. Podczas ostatniej wizyty kolejnych transferów strasznie wiało, więc udało im się też zapamiętać popularne określenie tego, co działo się wtedy na zewnątrz – powtarzane bez przerwy w autobusie: ale p*zga. 

Nie zapomnę też momentu, w którym jedna z koleżanek z Ekwadoru dowiedziała się, że jestem z Polski i zaśpiewała mi refren piosenki Jesteś szalona. Kolega z tego samego kraju nie był gorszy – karaoke Na szczycie Grubsona nie stanowiło dla niego większego problemu.


Obiecali, że wrócą. Część nawet dotrzymała słowa i wpadła do Polski po raz drugi! Licząc dni do kolejnych odwiedzin znajomych z innych krajów czekam na Wasze komentarze – czym zaskakuje obcokrajowców Polska? Co według Was powinno stanowić obowiązkowy punkt wizyty w naszym kraju?

2-3 dni w Paryżu. Co zobaczyć? Część II

Zapraszam na drugą część trasy. Poniższy wpis to pomysł na kolejny dzień (ewentualnie dwa) zwiedzania Paryża. Nasz plan wyglądał następująco: Katakumby Paryskie – Dzielnica Łacińska: Panteon – Ogród Luksemburski – fontanna Saint Michel i Rue du Chat qui Peche – Notre Dame – Sainte Chapelle – Pałac Sprawiedliwości – Pompidou – dzielnica Le Marais – plac Bastylii. Przegapiliście poprzednie wpisy o Paryżu? Podrzucam linki do pozostałych:

Na dzień dobry wjechało konkretne memento mori. Kto by pomyślał, że w mieście miłości znajdziecie atrakcję witającą chłodnym „Stój, to wejście do Imperium Śmierci”. KATAKUMBY PARYSKIE to zbiór szczątek 6 milionów Paryżan z różnych okresów czasu. Miejsce jest przerażające i bynajmniej nie chodzi o klimat ale o zachowanie niektórych odwiedzających, strzelających sobie tam selfie foteczki z pozostałościami po mieszkańcach Paryża. Nigdy nie zapomnę turystki podsumowującej czaszki ułożone w serce donośnym it’s sooo sweet, które wydobyło się zza aparatu pstrykającego zakazanym fleszem w każdą stronę.

Katakumby paryskie rozciągają się na 770 hektarach! XVIII-wieczne cmentarze były tak przeludnione, że obawiano się epidemii dżumy. Stworzono więc podziemne pomieszczenia, w których gromadzono zwłoki. Wśród nich znajdziecie szczątki Robespierre i Dantona. W czasie II wojny światowej było to centrum tajnych spotkań francuskiego ruchu oporu. Od XIX wieku można je odwiedzać, choć turystom udostępniono niewielki procent całej powierzchni. Od 1995 roku wzmożono środki ostrożności i powiększono ilość pracowników. Powodem było… zbyt wiele imprez w katakumbach organizowanych przez osoby zwiedzające je samodzielnie. Trasa udostępniona dla odwiedzających liczy 2km. Przy wyjściu sprawdzane są Paniom torebki. Wiele razy zapobiegano w ten sposób wynoszeniu fragmentów kości na pamiątkę… Jeśli będziecie w Paryżu jedynie dwa dni i to w sezonie – odpuśćcie sobie katakumby. W grudniu stałyśmy tam w kolejce ponad godzinę – latem doliczcie sobie kilka godzinek więcej. Zwiedzanie powinno Wam zająć jakieś 1,5h. Bilety wstępu: 13 euro (ulgowy 11 euro). Audioprzewodniki (niedostępne w języku polskim) to koszt 5 euro. Godziny otwarcia: codziennie od 10:00 do 20:30. 

DZIELNICY ŁACIŃSKIEJ znajdziecie kilka dobrych i tanich miejsc na obiad. Kręte uliczki obrazują wygląd Paryża w czasach średniowiecznych. To część miasta, która uchroniła się od kompletnej przebudowy zgodnie z PROJEKTEM HAUSSMANA (wyburzono 60% miasta aby stworzyć miejsce na nowe budynki i ulice). Jak było kiedyś? Zakładam, że XVII-wieczna stolica Francji nie przypadłby Wam do gustu. Obowiązkowym gadżetem przy wyjściu na ulice był parasol. Bynajmniej nie chodziło tu o warunki pogodowe ale o ochronę przed fekaliami, którymi mieszkańcy chlustali z okien z każdej strony. Spacer wśród rwącego rynsztoku niemogącego uporać się ze swoją zawartością był wtedy czymś normalnym. Do dziś zachowało się kilka z nich – oczywiście to tylko pamiątka po dawnych czasach, a nie ujście dla ścieków. W takich warunkach była to wylęgarnia zarazków. Liczba ludności rosła, a kilkupiętrowe domy z dobudówkami nie były w stanie wszystkich pomieścić.

Kolejnym argumentem przemawiającym za słusznością projektu Haussmana był fakt, iż ciężko było poruszać się po mieście. Pomysł znalazł sporo zwolenników, choć nie obyło się bez krytyki. Ludzie zarzucali władzom i architektowi, że dopuszcza się eksperymentu na żywym organizmie. Udało się poprawić warunki życia, rozszerzając system kanalizacyjny, stworzono szerokie bulwary i oświetlenie na ulicy. Pojawiły się parki, symetryczny układ ulic i sporo budynków neoklasycznych. Dzisiejsze ulice tej części miasta są gwarne i tętnią życiem studenckim. To wysyp kawiarni, barów, restauracji, kin, muzeów, uniwersytetów i zabytkowych kościołów. Nazwa wzięła się od łaciny, którą można było tam usłyszeć w czasach średniowiecza na każdym kroku.

Spacer po Dzielnicy Łacińskiej rozpocznijcie od PANTEON(na poniższym zdjęciu, wstęp w godzinach 10:00 – 18:30, bilety: 7 euro, ulgowy dla młodzieży w wieku 18- 25, bezpłatnie – poniżej 18 lat). To kościół i mauzoleum z 1789 roku, w którym pochowano 73 niezwykle ważne dla Francji osobistości (m.in. Maria Skłodowska-Curie). Ludwik XV wzniósł go w podzięce za odzyskanie zdrowia. Pochówek w Panteonie był największym zaszczytem, jakiego może dostąpić Francuz, choć obserwując wydarzenia z najwcześniejszych lat mauzoleum to nie byłabym tego taka pewna. Pierwsze złożone ciało przepadło – usunięto je przez Francuzów podczas rewolucji. Kawałek dalej mieści się jeden z najstarszych uniwersytetów – SORBONA. 

20170621_174455

Przechodzimy do kolejnego miejsca, które odwiedziłyśmy latem. Mowa o OGRODZIE LUKSEMBURSKIM, którego trawnik zamienia się w jedno wielkie miejsce na piknik. To był idealny plener na obiad z Lidla – bagietka z serem, polecam. XVII-wieczny ogród powstał z inicjatywy królowej Francji Marii Medycejskiej. Miał jej przypominać rodzinny dom we Florencji ale plan chyba nie wypalił. Obecnie jest to siedziba senatu francuskiego.

Będąc przy FONTANNIE SAINT MICHEL warto odbić kawałek dalej i zobaczyć najmniejszą (ponoć) ulicę świata. RUE DU CHAT QUI PECHE liczy 20 metrów długości i 1,5 metrów szerokości.

Czas na KATEDRĘ NOTRE DAME! Dlaczego świątynia zdobyła tak wielką sławę? To przepiękny budynek, wiadomo. Podziękowania za reklamę należą się jednak Disneyowi i Quasimodo. Film powstał na podstawie powieści Victora Hugo „Katedra Panny Maryi w Paryżu”, choć takie stwierdzenie jest mocno przesadzone. Książka skupiała się na opisie katedry, a o dzwonniku pojawił się jedynie fragment. Wyglądało to mniej węięcej tak: <producenci filmowi przeglądający powieść> „dziejeeee katedry, architektuuuura, sztuuukaaa, blablablaaaaaa… O! Garbaty dzwonnik! To się sprzeda!”. Niektórzy twierdzą, że inspiracją do wzmianki o nim był pewien rzeźbiarz o podobnej posturze, który przebywał w katedrze kiedy autor zbierał materiały. Warto dodać, że zgodnie z powieścią wybrankiem Esmeraldy nie był Quasimodo, a arcybiskup Klaudiusz Frollo. Na potrzeby filmu i dla ułatwienia przekazu najmłodszym widzom w ekranizacji Disneya Frollo wystąpił w roli sędziego.

Katedra powstała na pozostałościach po świątyniach z IX wieku. Jej budowa zajęła 180 lat (XII – XIV wiek). Cały świat kojarzy tamtejsze dwie masywne (i niesymetryczne) wieże, wyrzeźbione posągi królów oraz słynne gargulce. Charakterystyczna jest też rozeta symbolizująca wieczność, zamknięta w kole oznaczającym doczesność. W skarbcu świątyni znajduje się relikwiarz z drzewa Krzyża Świętego. Wejście do katedry składa się z trzech portali, które prowadzą do ołtarza i 29 kapliczek (od 2018 roku wśród nich znajdziecie też polską). Świątynia pamięta wiele szczególnych wydarzeń z dziejów Francji, m.in. koronację Napoleona na Cesarza Francuzów. Dodam, że w grudniu zobaczycie tam jedną z najpiękniejszych i największych szopek bożonarodzeniowych.  Wejście do środka – bezpłatne. Wstęp na wieżę – 8,50 euro (ulgowy 5,50euro). Wejście do skarbca – 4 euro. Godziny otwarcia: poniedziałek – piątek 8:00 – 18:45, sobota i niedziela 8:00 – 19:15. 

20170621_185949

Kilka metrów od słynnej katedry znajduje się SAINTE CHAPELLE. To XIII-wieczna kaplica, która w sumie nie jest kaplicą. W dzisiejszych czasach nie uznaje się jej za obiekt sakralny, choć jej niezwykle trafiony przydomek – brama do niebios – sugeruje coś innego. W przeciwieństwie do katedry Notre Dame, jego budowa potoczyła się bardzo szybko – ukończono ją w 33 miesiące. (Nie)Kaplica piastowała przeróżne role – od miejsca, w którym złożono relikwie na początku jej istnienia po magazyn z mąką w czasach Rewolucji Francuskiej. Nie nastawiałam się na coś nadzwyczajnego ale wpadające do środka promienie słoneczne sprawiły, że widok 15-metrowych witraży był warty czekania w kolejce.

Godziny otwarcia: 2.01 – 31.03 od 9:00 do 17:00, 1.04 – 30.09 od 9:00 do 19:00, 1.10 do 31.10 od 9:00 do 17:00. Ostatnie wejście możliwe jest pół godziny przed zamknięciem. Wstęp: 10 euro, obywatele UE do 26 roku życia – bezpłatnie. Od niedawna można skorzystać z aplikacji Sainte-Chapelle Windows (0,99 euro za pobranie), która przybliży Wam wybrany fragment witrażu i objaśni w skrócie jego historię. Po krótkim wstępie włączy się kamera w telefonie. Należy „wycelować” w interesującą Was część okna, która wyświetli się z bliska wraz z opisem (dostępne w kilku językach – francuski, włoski, hiszpański, niemiecki, angielski i chiński).

20170621_153637~2

Sainte Chapelle znajduje się w gmachu PAŁACU SPRAWIEDLIWOŚCI – skupisku najważniejszych instytucji sądowniczych. Po przeniesieniu dawnej siedziby Pałacu Królewskiego budynek przekształcono w więzienie. O ile w nazwie pojawiło się słowo sprawiedliwość to raczej nie miało ono zbyt wiele wspólnego z tym miejscem. Skazańcy mogli liczyć na warunki zgodne z ich statusem majątkowym. Najbiedniejsi dostawali dobite cele, zaś bogaci czasami nie mieli powodu aby narzekać na swoją odsiadkę.

20170621_154932

10 minut spacerku i znajdziecie się już przy CENTRUM POMPIDOU. Jeśli myślicie, że w nawigacji coś nie pykło i stoi przed Wami system wentylacji galerii handlowej to możecie być pewni, że jesteście na miejscu. Szczerze mówiąc, podoba mi się ten budynek – to coś zupełnie innego. Wyobrażam sobie, jak bardzo szokował mieszkańców w momencie powstania (1977). Pompidou to największa na świecie kolekcja sztuki współczesnej. Najbardziej popularne wśród odwiedzających jest piąte piętro – znajdziecie tam m.in. obrazy Pabla Picasso i Salvadora Dali. Na samej górze znajduje się taras widokowy – wiele osób twierdzi, że rozpościera się stamtąd najpiękniejsza panorama na Paryż. Niestety nie było mi dane tego sprawdzić. W niewielkim budynku naprzeciwko galerii często organizowane są wystawy czasowe (wejście bezpłatne). Odsyłam do oficjalnej strony obiektu, w której znajdziecie ceny za wszystkie rodzaje biletu, który zresztą można też nabyć przez tę stronę.

Jeśli sądzicie, że budynek przypominający awarię hydrauliczną nie wprowadzi Was w zachwyt i uważacie, że niewyjaśnione bazgroły będące jednym z cennych nabytków muzeum (kliknij tutaj aby obejrzeć to, o czym mówię) ogarnąłby nawet Wasz pies rysujący z zamkniętymi oczami, proponuję kontynuację spaceru po DZIELNICY LE MARAIS. Nazwa w dosłownym tłumaczeniu oznacza bagna i nie jest przypadkowa – tę część Paryża często zalewała Sekwana. Początkowo należała do templariuszy, a w późniejszym czasie była to dzielnica żydowska. W XVII wieku Henryk IV wybudował tam Place de Vosges (Plac Królewski), który przyciągnął w te rejony arystokratów. Niespełna 100 lat później stała się nieznacząca i zapomniana aż do lat 60-tych XX wieku, kiedy wprowadzono wiele zmian, które ożywiły to miejsce. Obecnie mieści się w niej sporo galerii sztuki, muzeów, barów (wiele z nich to miejsca przyjazne społeczności LGBT), kawiarni i sklepów ulokowanych w uroczych kamieniczkach.

PLAC BASTYLII wygląda bardzo niepozornie. Kiedyś mieścił się tam ogromny zamek, który potem przekształcono w więzienie Bastylię. Jej zdobycie było początkiem wybuchu Rewolucji Francuskiej (1 lipca 1789 roku). Doszło wtedy do ogromnych zmian polityczno-społecznych i obalenia monarchii Burbonów. W wyniku zamachu stanu władzę przejął Napoleon. Czytając o tych wydarzeniach mam wrażenie, że przeciwnicy króla chcieli zmienić w kraju wszystko co możliwe. Planowano m.in. ogólnokrajową frustrację dzieciaczków liczących sobie do dziesięciu podczas zabawy w chowanego – francuska sekunda miała trwać 0,864 sekundy, minuta 86,4 naszych sekund, zaś godzina 144 minuty. Pod Kolumną Lipcową (wykonaną z przetopionych armat Napoleona) pochowano ofiary Komuny Paryskiej, które dzielą to miejsce wraz z… mumiami egipskimi (łupy Napoleona nie mogły przetrwać w Luwrze ze względu na złe warunki do konserwacji). Do placu przylega nowoczesny gmach opery.


PROPOZYCJA W PRZYPADKU 3 DNI LUB DŁUŻSZEGO POBYTU W PARYŻU:

  • Jeśli zatrzymacie się w Paryżu na dłużej to proponuję odpuścić Le Marais i plac Bastylii w opisanej wyżej trasie zwiedzania. Lepiej ogarnąć je następnego dnia i zamiast tego dać sobie więcej czasu na uliczki w Dzielnicy Łacińskiej.
  • Katakumby w sezonie to dobry pomysł jeśli spędzicie w mieście ponad 3 dni.
  • Jeśli lubicie muzea to nie wyjedziecie z Paryża zbyt szybko.
  • Pobliski Wersal, będący przepiękną i ogromną rezydencją królów francuskich, to dobra opcja na cały dzień zwiedzania.
  • Biznesowa dzielnica La Defense z nowoczesnym Łukiem Triumfalnym i zabytkowy cmentarz Pere Lachaise, na którym spoczywa m.in. Fryderyk Chopin i Edith Piaf.

Ostrzegam, że po tak solidnych dwóch dniach nie będziecie w stanie stwierdzić ile kilometrów  pokonaliście, bo krokomierz może się Wam rozładować (checked). Dwie doby z takim planem byłyby możliwe ale i intensywne. Zdecydowanie lepszym rozwiązaniem będą więc trzy, a nawet cztery dni. Dajcie znać czy plan zwiedzania okazał się przydatny! Polecacie inne miejsca, których zabrakło we wpisie? Wszelkie sugestie mile widziane! 

2-3 dni w Paryżu. Co zobaczyć? Część I

Czy 2-3 dni w Paryżu wystarczą aby poznać stolicę Francji? Całkowite ogarnięcie tego miasta zajęłoby chyba całe życie ale weekendowy wypad powinien wystarczyć aby zobaczyć kilka fajnych miejsc i poczuć paryską atmosferę. Przereklamowany? Zbyt wielu turystów? Rozczarowuje? Nie mnie! Mój kolumbijski transfer również był nim zachwycony – o wrażeniach z pobytu napisałam trochę w poprzednim wpisie. Znajdziecie w nim również informacje praktyczne, m.in. o biletach, transporcie miejskim, noclegach, jedzeniu. Nasz dwudniowy plan zwiedzania w 2006 roku był przepełniony atrakcjami do granic możliwości, sto razy bardziej niż trójmiejska SKM-ka nad ranem. Miło wspominam ten wyjazd, choć była to bieganina za Panią przewodnik, która przedobrzyła z ilością miejsc. Nasze trasy po Paryżu przy kolejnych wizytach sprawdziły się o wiele lepiej. Jeśli ktoś nie przyjeżdża tam aby potruchtać, polecam plan z dzisiejszego wpisu. Da się go ogarnąć w dwa dni ale proponuję wydłużyć pobyt do trzech i zaserwować sobie spokojne zwiedzanie. 

DZIEŃ PIERWSZY: 

Montmartre i Sacre Coeur – Moulin Rouge – Galeria Lafayette – Opera Garnier – Luwr  – plac de la Concorde  – rejs po Sekwanie – wieża Eiffla – Pola Elizejskie i Łuk Triumfalny. 

Poza Panami, którzy próbują wyłudzić pieniądze od turystów poprzez nałożenie im nitki na palec i zażyczenie sobie odpowiedniej kwoty za uwolnienie (lub samoobsługowe wyrwanie portfela i odbiór należnej kwoty) MONTMARTRE kojarzy mi się przede wszystkim z artystami, uroczymi kawiarniami, romantyczną scenerią i wąskimi uliczkami. Dzielnica znajduje się w dość sporej odległości od centrum Paryża. Właściwie to stała się jego częścią dopiero w II połowie XIX wieku. Artyści osiedlali się tam już od dawna, a przyciągającym ich magnesem były niskie ceny za mieszkania oraz liczne bary – wizyty w nich najwyraźniej podkręcały ich kreatywność. Co ciekawe, nazwa tego miejsca pochodzi od określenia Wzgórze Męczenników (Mons Martyrorum) i nie bardzo współgra z dawnym centrum cyganerii paryskiej. Jej geneza wiąże się z legendą o śmierci Dionizego, patrona Francji. Wraz z dwoma kompanami podejmował próby nawracania Paryżan. Jego działania nie spodobały się ówczesnemu cesarzowi rzymskiemu, prześladującego chrześcijan. Misjonarzom ścięto głowy, po czym Dionizy – zgodnie z opowieścią – podniósł swoją i przeszedł z nią kilka kilometrów, szukając odpowiedniego miejsca na wieczny spoczynek. Urocza wioska, która w późniejszym czasie stała się sławną dzielnicą stolicy Francji była miejscem zamieszkania wielu wybitnych osób, m.in. Vincenta van Gogh, Pabla Picasso, Claude Monet, a nawet Fryderyka Chopina. Po wzroście zainteresowania częścią miasta (a co za tym idzie – podwyżce cen nieruchomości) artyści stopniowo przenosili się do dzielnicy Montparnasse. Mimo, że w dzisiejszych czasach miejsce oblegają turyści to wciąż można w nim spotkać wielu artystów, wąskie uliczki, urocze kamienice i klimatyczne knajpki. Z całą pewnością można stwierdzić, że każdy znajdzie tam coś dla siebie – od przepięknej bazyliki Sacre Coeur po dzielnicę Czerwonych Latarni…

SACRE COEUR to przepiękna biała świątynia, górująca nad wzgórzem Montmartre. Elewację wykonano z martwicy wapiennej, która – w połączeniu z powietrzem i deszczem – wytwarza bielący mury kalcyt, utrzymujący jasny kolor bazyliki. Sacre Coeur to kompletne przeciwieństwo katedry Notre Dame. Budowę ukończono w 1914 roku. Powstała dzięki przemysłowcom francuskim, którzy obiecali postawić tę świątynię w zamian za oszczędzenie Paryża. Francja przegrała z wojskami pruskimi, a powstanie bazyliki było swoistymi przeprosinami za grzechy przeciw Kościołowi, których – według przeciwnika – dopuściły się władze francuskie. Wstęp do środka jest bezpłatny (8:00 – 22:30). Warto do niej zajrzeć i zobaczyć jedną z największych mozaik na świecie, przedstawiającą Chrystusa ze świętymi i ważnymi dla bazyliki postaciami. Marmurowy ołtarz to miejsce wiecznej adoracji, która rozpoczęła się w 1885 roku i trwa nieprzerwanie do dnia dzisiejszego. Sacre Coeur posiada największy dzwon we Francji oraz przepiękny widok na Paryż roztaczający się zarówno przed wejściem do budynku, jak i z kopuły bazyliki (wstęp na górę – 5 euro).

Lecimy dalej, do… MOULIN ROUGE – miejsca, w którym narodził się kankan. Przez pierwsze lata wcale nie był główną atrakcją na weselach. Aby w pełni oddać początkową niechęć do niego dodam, że nazywany był tańcem epileptyka. Najwyraźniej sporo się zmieniło w tej kwestii. Dziś Czerwony Młyn przyciąga miliony osób widowiskiem Feerie. Bierze w nim udział ponad setka artystów. Wśród nich znalazł się kiedyś Frank Sinatra i Edith Piaf. Roczny obrót miejsca wynosi około 65 milionów euro. Cena przedstawienia jest adekwatna do jego jakości (od 400zł). Dodam więc, że z zewnątrz miejsce prezentuje się całkiem fajnie. W niedalekim sąsiedztwie rozciąga się Dzielnica Czerwonych Latarni. Poza wdzięcznym skojarzeniem tej części miasta z wysypem sex-shopów, dzięki serialowi Stawka większa niż życie u Polaków pojawia się jeszcze jedna myśl związana z tym miejscem i niezwiązana z jego charakterem – ponoć najlepsze kasztany rosną na placu Pigalle (do niego właśnie przylega Moulin Rouge).

received_10154671285618848

Odwiedziny w GALERII LAFAYETTE to nie tylko sposób na zbyt gruby portfel. Roczny utarg skupiska najlepszych marek (Dior, Channel, Luis Vuitton, Versace) wynosi około miliarda euro. Jak się domyślacie, asortyment tego miejsca to naprawdę konkrecik, dlatego też galeria posiada… własną staż pożarną. Powód dla którego zobaczyłam to miejsce znajduje się na poniższych zdjęciach – wnętrze budynku nie przypomina centrum handlowego. Raczej wygląda mi to na elegancką i wytworną operę z przepiękną kopułą. Poza obejrzeniem dekoracji świątecznej można odwiedzić tamtejszy taras i cieszyć się bezpłatnym widokiem na miasto.

Kilka kroków dalej znajduje się właściwa opera, a dokładniej OPERA GARNIER (nazwa pochodzi od nazwiska architekta, który ją zaprojektował). Obejrzałyśmy budynek jedynie z zewnątrz ale jeśli ktoś przewiduje większy budżet na wizytę w Paryżu powinien zobaczyć też wnętrze, a przede wszystkim niesamowitą salę koncertową zdobioną złotem i freskami (11 euro – bilet normalny,  7 euro – osoby do 25 roku życia, godziny otwarcia: 10:00 – 17:00). Dowód na bogactwo paryskie od samego początku napotykał spore problemy. Początkowo należało osuszyć grunt – w trakcie prac zorientowano się, że istnieje tam podziemne jezioro. Następnie, wraz z zbliżającym się otwarciem w operze wybuchł pożar. Po 14 latach doczekano się jej ukończenia ale nie można powiedzieć, że pech w końcu odpuścił. W 1896 roku 6-tonowy żyrandol spadł na publiczność, zabijając jedną osobę. Wydarzenie stało się inspiracją do powstania słynnej powieści ‚Upiór w Operze’. Po 10 minutach spaceru od opery dotrzecie do  luksusowego hotelu Ritz – ulubionego miejsca Ernesta Hemingwaya, Marleny Dietrich, Charliego Chaplina, a także Coco Chanel (która mieszkała w nim 30 lat!). Niestety, miejsce przywołuje też smutne skojarzenie – księżna Diana spędziła tam ostatnią noc w swoim życiu (zginęła w wypadku samochodowym podczas ucieczki przed natarczywymi paparazzi). 

bdr

LUWR – Zwiedzanie jego wnętrza zimą wygląda spokojniej. Latem proponuję wybrać się tam z samego rana. W przeciwnym razie poczujecie nie tylko ogarniający Was zachwyt nad dziełami sztuki, ale i oddech setek turystów na plecach. Początkowo miejsce pełniło rolę twierdzy, a w XVI wieku stało się pałacem królewskim. Pod koniec XVIII wieku król Ludwik XIV dokonał w nim konkretnej rozbudowy i przeniósł się tam na stałe. Luksusowy pałac i hektary ogrodów były średnim pomysłem w czasach gdy Francja bankrutowała, no ale jak kto woli. Z czasem dwór królewski przeniósł się do Wersalu, a Luwr stał się galerią królewską. Podczas rewolucji francuskiej uznano go za własność narodową i udostępniono mieszkańcom – od 1793 roku miejsce oficjalnie stało się muzeum. Za czasów Napoleona nosiło nazwę Muzeum… Napoleona. Władca najwyraźniej poczuł się jak u siebie, o czym dowodzi fakt, iż Mona Lisa zawisła w jego sypialni. Podczas wojen napoleońskich ilość dzieł wzrastała w błyskawicznym tempie – gromadzono tam wszystkie łupy z innych krajów.

Całość kompleksu liczy 6 hektarów! Niezwykle kontrowersyjne było powstanie szklanych piramid na dziedzińcu muzeum. Zdania na ich temat są podzielone – jedni uważają, że kompletnie nie pasują i zakłócają harmonię Luwru, inni zachwycają się szklanymi trójkątami bez końca. Tak naprawdę ich powstanie było czysto praktyczne – należało powiększyć wejście do muzeum, aby umożliwić odwiedzanie go znacznie większej części zainteresowanych.

Poza słynnym portretem Leonarda da Vinci muzeum posiada takie eksponaty jak Nike z Samotraki, Wenus z Milo, kodeks Hammurabiego, fragmenty murów Świątyni Zeusa czy tron Napoleona. Zakładając, że obejrzenie jednego eksponatu zajmie Wam 30 sekund, w muzeum spędzicie 100 dni. Jak widać na załączonym zdjęciu niełatwo będzie się trzymać tej normy.

48392493_356538355130537_197142280241414144_n

Na poniższym zdjęciu zobaczycie więcej MONA LISY niż podczas próby sfotografowania jej wśród setek turystów pstrykających telefonem z każdej strony. Dlaczego obraz zdobył tak wielką sławę? W 1910 nikt nawet o nim nie słyszał. Był bo był. Do czasu, aż zniknął z muzeum. Pracownicy zorientowali się, że go nie ma dopiero po 26 godzinach. Za sprawą złodzieja Perugia Mona Lisa zyskała sławę na całym świecie. Plakaty i ulotki przedstawiające skradziony obraz obiegły całą Francję. I wtedy się zaczęło. Pusta ściana po Mona Lisie przyciągnęła więcej osób niż wtedy, kiedy obraz wisiał jeszcze w tamtym miejscu. Początkowo za kradzież oskarżono samego Pabla Picasso. 28 miesięcy później obraz wrócił do muzeum, a Perugia aresztowano. Skazano go na zaledwie 8 miesięcy. Po odsiadce wrócił do Paryża. Do Luwru nigdy więcej już go nie wpuszczono. Większość turystów pojawia się w Luwrze jedynie dla tego obrazu. Ze względu na sporą liczbę odwiedzających (9 milionów) obraz chroni szkło kuloodporne i kilku ochroniarzy.

bty20170622_151311

Lecimy dalej, do PLAC DE LA CONCORDE. Miejsce nie cieszy się tak wielką sławą jak wspomniany wyżej Luwr czy wieża Eiffla, choć w przeszłości było równie ważną częścią stolicy Francji. Nie zapomnijcie odwiedzić tego miejsca, będąc w Paryżu w grudniu. Stoi tam wielki jarmark bożonarodzeniowy, rozciągający się aż od Pól Elizejskich. Co ciekawe, w 2017 roku zakazano jego organizacji w tej części miasta. Na początku pomyślałam, że powodem były kwestie bezpieczeństwa. Nic z tych rzeczy – burmistrz i radni uniemożliwili rozstawienie tam straganów ze względu na zbyt wielką ilość towarów chińskiego pochodzenia.

Wracając do placu de la Concorde… jego znakiem rozpoznawczym jest obelisk z egipskiej świątyni Ramzesa II w Tebach, który był prezentem dla króla Francji od egipskiego wicekróla. Nazwa miejsca oznacza Plac Zgody i średnio pasuje do tego, co działo się kiedyś w tej części Paryża. Był to bez wątpienia najbardziej krwawy plac w stolicy Francji. Jego centralne miejsce zajmowała gilotyna. Wśród osób, które straciły tam życie znalazł się m.in. Ludwik XVI, Maria Antonina i Maksymilian Robespierre. Egzekucje odbywały się najczęściej przed publicznością.

Kolejną atrakcją był GODZINNY REJS PO SEKWANIE, który umożliwił obejrzenie wszystkich znanych atrakcji paryskich z zupełnie innej perspektywy. Oświetlone budynki zachwycały jeszcze bardziej niż za dnia. Odwiedzając Paryż latem korzystałyśmy z Batobusa – autobusu wodnego na zasadzie hop on – hop off, który kursował przez cały dzień pomiędzy przystankami usytuowanym obok najpopularniejszych miejsc w mieście. Jednodniowy bilet to koszt 17 euro. Istnieje też dwudniowa, a nawet całoroczna opcja wstępu w innych cenach. Bilety można nabyć przy niektórych stacjach (kupiłyśmy je na przystanku obok Notre Dame) lub na stronie internetowej firmy. Po szczegóły zapraszam tutaj. Druga opcja to godzinny rejs po Sekwanie z audioprzewodnikiem w przeróżnych językach (wśród nich znalazł się też język polski). Będąc w Paryżu zimą, skorzystaliśmy z usług firmy Bateaux Parisiens. Od kwietnia do września statki wypływają co 30 min, w pozostałe miesiące co godzinę (spod Notre Dame i wieży Eiffla). Poza rejsem z audio przewodnikiem istnieje też możliwość wykupienia sobie tej atrakcji z kolacją na pokładzie. Jest  też opcja dla rodzin z dziećmi (na statku będzie animator). Bilety można kupić tutaj. Cena za godzinny rejs z komentarzem o danych miejscach wynosi 15 euro (zniżki dla dzieci). Aby w krótszym czasie dotrzeć na rejs z placu de la Concorde do przystani przy wieży Eiffla skorzystałyśmy z metra.

Pora na najsłynniejszą wieżę na świecie, która od lat uważana jest za symbol miasta – EIFFLA! Autor projektu stworzył stalową konstrukcję, która miała być nawiązaniem do przyszłości i nadejścia nowej epoki. Powstała z okazji setnej rocznicy Rewolucji Francuskiej w 1889 roku – ówczesna zmiana władzy i pozbycie się króla było czymś przełomowym w tamtych czasach. Poprzez nowoczesną wieżę Gustaw Eiffel chciał podkreślić to wydarzenie, tworząc niezwykle odważną nowoczesną – jak na tamte czasy – wieżę. Przyzwyczajeni do klasycznych kamienic Paryżanie uważali, że żelazna konstrukcja szpeci panoramę miasta. Krążyły nawet petycję o rozebranie konstrukcji. Nazywano ją nieudaną latarnią uliczną, szkieletem dzwonnicy, merkantylnym płodem. Jej obecność sprawiła, że kilku artystów opuściło Paryż – choć byli i tacy, którzy radzili sobie z tym w inny sposób. Guy de Maupassant każdego dnia odwiedzał restaurację we wnętrzu Eiffla, jednocześnie nienawidząc metalowej konstrukcji. Jak to możliwe? Powtarzał, że to jedyne miejsce, z którego nie widać wieży w panoramie miasta.

Eiffla waży 10 tysięcy ton i liczy 324 metry. W momencie powstania była najwyższą konstrukcją na całym świecie. Po 40 latach tytuł odebrał jej nowojorski wieżowiec Chrysler. Niespełna 20 lat później władzom przypomniało się, że przecież nie postawili na wieży antenki – w ten sposób wróciło do niej miano najwyższego budynku. Początkowo wieża miała istnieć 20 lat. Z upływem czasu Eiffel wpadł na pomysł, w jaki sposób przedłużyć jej żywot. Miejsce wzbogaciło się o stację meteorologiczną i telegraf bezprzewodowy. Dzięki niej, podczas I wojny światowej władze Paryża mogły kontrolować i kontaktować się ze swoimi oddziałami na granicy z Niemcami. W czasie II wojny światowej uszkodzono windy aby uniemożliwić hitlerowcom korzystanie z wieży. W 1944 roku Hitler wydał rozkaz zburzenia wieży i zrujnowania Paryża, który na szczęście zignorowano.

Miałam okazję podziwiać panoramę Paryża z wieży Eiffla, choć przy drugiej wizycie darowałam sobie tę atrakcję. Należy liczyć się z długim czekaniem w kolejce do wejścia. O ile wjazd na Eiffla można sobie darować, to wieczorne wino i bagietka przy mieniącej się światełkami wieży powinien być obowiązkowym punktem programu. W przypadku wjazdu na wieżę warto pomyśleć o zakupie biletu przez Internet aby skrócić czas oczekiwania (uwaga na kolejki – wybierzcie odpowiednią w zależności od biletu, który zakupiliście – wstęp windą/schodami). Od połowy czerwca do końca sierpnia wstęp w godzinach 9:00 – 00:45 (ostatni wjazd o 23:00), a wejście schodami możliwe jest do północy.  W pozostałe miesiące: 9:30 – 23:45 (ostatni wjazd o 22:30) w przypadku wejścia schodami – do 18:30 (ostatni wstęp do 18:00).

Wysokość pięter wieży: I – 57m, II – 115m, III – 276m. Ceny za wstęp przedstawiłam w tabelce:

Rodzaje biletów Od 25 lat 12 – 24 lata 4-12 lat
Wjazd windą na 2 piętro 16,30 euro 8,10 euro 4,10 euro
Wjazd windą na 3 piętro 25,50 euro 12,70 euro 6,40 euro
Wejście schodami na 2 piętro 10,20 euro 5,10 euro 2,50 euro
Wejście schodami na 2 piętro + wjazd windą na 3 piętro 19,40 euro 9,70 euro 4,90 euro

Ostatnia planowa atrakcja tego wieczoru to ŁUK TRIUMFALNY, który kończy bieg najsłynniejszej ulicy paryskiej – Champ Elysees z ekskluzywnymi sklepami, hotelami i restauracjami. Co roku odbywają się tam defilady wojskowe z okazji święta narodowego Francji (14 lipca). Pola Elizejskie pełnią też rolę mety wyścigu kolarskiego Tour de France. Wśród mieszkańców krąży opinia, iż poruszanie się samochodem na rondzie Charles de Gaulle i wyjście z tego bez szwanku to ogromny wyczyn. Wielu z nich powtarza, że za tak wielki sukces od razu powinno się wręczać prawo jazdy. Początek Pól Elizejskich wyznacza ogromny Łuk Triumfalny łączący dwanaście ulic. Wzniesiono go na cześć Napoleona po zwycięskiej bitwie w Austerlitz. Wysokość łuku wynosi 51 metrów, a szerokość 45m. Jeśli podane wymiary nie obrazują Wam wielkości budowli dodam, że w 1919 roku pewien francuski pilot upamiętnił zakończenie I wojny światowej, przelatując przez łuk samolotem Nieuport. Wygląd łuku nawiązuje do architektury starożytnego Rzymu. Ozdobiono go wizerunkami z armią francuską i scenami z pola bitwy. Na murze upamiętniono osoby biorące udział w armii napoleońskiej – wśród 660 nazwisk można znaleźć 7 Polaków. Warto wejść na Łuk Triumfalny, który oferuje przepiękny widok na miasto. Godziny otwarcia: kwiecień –  wrzesień od 10:00 do 23:00, październik – marzec od 10:00 do 22:30. Ceny: 9,50 euro (bezpłatnie dla młodzieży z UE do 25 roku życia). 

Miasto ma w sobie to coś. Co więcej, nawet miliony turystów odwiedzających Paryż nie jest w stanie mu tego odebrać. Zgadzacie się ze mną? A może macie inne zdanie o stolicy Francji? Jeśli nie mieliście jeszcze okazji aby przekonać się co sądzicie o Paryżu proponuję rozpocząć polowanie na tanie bilety i natychmiast stworzyć sobie szansę na Waszą opinię o słynnym mieście. Przed wyjazdem zajrzyjcie na bloga po drugą część wpisu z propozycją na 2 i 3 dzień w Paryżu, która pojawi się tu już niedługo – zapraszam!

3 dni w Paryżu – praktyczny przewodnik

Przed świętami udało mi się odwiedzić jedno z najsłynniejszych miejsc w Europie. To były trzy dni w towarzystwie zamarzającego transferu z Kolumbii. Pogoda w niczym nie przypominała zimowej, czego nie podzielała ubrana w 4 bluzy, kurtkę, 2 czapki i 2 pary rękawiczek koleżanka. Liczne warstwy nie pomagały – kiedy kaszlała, ludzie na ulicach myśleli, że wizyta w Paryżu była jej ostatnim życzeniem przed śmiercią. Trzeci raz w tym mieście i pierwszy zimą okazał się najbardziej wyluzowany. Mniej kolejek do atrakcji, brak tłoku, jakoś tak spokojniej, a na każdym kroku można było odczuć świąteczną atmosferę. 

CZY PARYŻ MOŻE ROZCZAROWAĆ?

Nie mnie. Za każdym razem miasto podoba mi się coraz bardziej ale zdania na jego temat są bardzo podzielone. Wiele osób uważa, że stolica Francji jest przereklamowana i wizyta w niej będzie sporym zawodem. Czasami rozczarowanie jest tak wielkie, że klasyfikuje się je do schorzenia. Mowa o syndromie paryskim, który dotyka głównie japońskich turystów. Nazwa bezpośrednio nawiązuje do Paryża ale mam wrażenie, że problem tkwi w zderzeniu się z faktem, iż wyimaginowany obraz miasta z bajki (silnie podsycany przez media) po prostu nie istnieje. Syndrom ten objawia się zawrotami głowy, dusznościami, przyspieszoną akcją serca, a nawet urojeniami. Co więcej, ambasada japońska we Francji służy pomocą w tej sprawie 24 godziny na dobę, wysłuchując rozczarowanych Japończyków na specjalnej infolinii. Nie da się ukryć, że Paryż od zawsze wychwalano w książkach i filmach. Jego zdjęcia nieustannie zalewają media społecznościowe, ograniczając się do najpiękniejszych zakątków. Aż tu nagle… okazuje się, że nie każdy mieszkaniec nosi beret, urocze uliczki są tak czyściutkie, nie wszyscy mieszkańcy to zakochane pary wieszające kłódki miłości na paryskich mostach.

Faktycznie, w dalszym ciągu zawiesza się kłódki. Nikt nie wspomina jednak, że co jakiś czas wywozi się je na złom z obawy przed runięciem przeciążonych barierek, które zresztą miało miejsce w 2014 roku (przygotowanie kłódek do wywozu uwieczniono na jednym z poniższych zdjęć). Pamiętajmy, że Paryż liczy 105km². Ciężko wymagać od niego wyłącznie magicznych zakątków – choć przyznaję, że jest ich tam naprawdę sporo. Berety u mieszkańców? Sporo osób ubiera się elegancko. Nie można jednak wpisać w ten schemat 2,2 miliona mieszkańców. Czy w mieście jest brudno? A no jest. Jakim cudem ma być lśniąco, skoro rocznie odwiedza go ponad 80 milionów turystów, nie zawsze dbających o czystość?

Z całą pewnością mogę jednak powiedzieć, że według mnie miasto…

ZDECYDOWANIE ZACHWYCA!

Mimo, że latem odwiedzają go miliony turystów, w dalszym ciągu plasuje się wysoko w moim rankingu. Jest w nim coś niezwykłego i nic dziwnego, że od wielu lat odwiedzane jest tak licznie przez tłumy. Będąc w Paryżu po raz pierwszy czułam, jakbym już kiedyś tam była. Takie wrażenie odniosłam też przy odwiedzinach innych miejsc znanych mi z książek i filmów: Times Square, Wielkim Kanionem, Bazyliką Świętego Piotra, rzymskim Koloseum i egipskimi piramidami – to coś nie do opisania. Paryż ma znakomity PR ale nie sądzę, że jest przereklamowany. Trzecia wizyta w tym mieście okazała się najlepsza. Brakowało w niej ciśnienia i wypchania planu zwiedzania co do minuty. Polecam tę strategię. Szkoda byłoby wspominać jedynie bieganie po stolicy Francji – chyba, że miałby to być udział w maratonie.

O CZYM WARTO WIEDZIEĆ PRZED WYJAZDEM: 

  • Jeśli lecicie do pobliskiego Beauvais pomyślcie o wcześniejszym kupnie biletów do centrum Paryża, aby uniknąć stania w kolejce po ich zakup w sezonie (szczegóły poniżej).
  • Zamówcie noclegi z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem – to miejsce jest naprawdę oblegane przez turystów. Zwlekając zbyt długo, możecie sporo przepłacić.
  • Jeśli nie szkoda Wam 15 euro na najlepszą paryską atrakcję, polecam godzinny rejs po Sekwanie (można go zakupić tutaj). Zobaczycie słynne obiekty z ciekawej perspektywy – od strony wody. Wewnątrz łodzi zamontowano audio przewodniki, dzięki którym wysłuchacie komentarzy o mijanych miejscach (m.in. w języku polskim). Postarajcie się wypłynąć po zmroku (więcej informacji we wpisie o atrakcjach).
  • Obywatele Unii Europejskiej do 26 roku życia mają darmowe wejście do publicznych muzeów w Paryżu i mogą liczyć na sporo zniżek w przypadku innych atrakcji.
  • Planując zwiedzanie poszczególnych miejsc dokładnie sprawdźcie dni i godziny otwarcia poszczególnych miejsc. Uwaga na poniedziałki lub wtorki – sporo muzeów i instytucji publicznych jest wtedy zamkniętych.
  • Raczej nie miałyśmy problemu z dogadaniem się po angielsku ale przyznam, że wiele osób zwracało się do nas tylko i wyłącznie w języku francuskim. Jestem naprawdę wdzięczna Panu ochroniarzowi w Luwrze za to, że wyjaśnił mi drogę do jednej z sal muzealnych. Jego chęć pomocy musiała mi wystarczyć, bo zbyt wiele nie udało mi się wyłapać ze wskazówek udzielonych po francusku. Z kolei pewien kelner w restauracji kazał nam poprosić o rachunek w tym języku ale przekonał go fakt, że jeśli nie wiemy jak to powiedzieć to nie zapłacimy. W tym krótkim opisie sytuacji wyszedł na największego chama ale był naprawdę sympatycznym człowiekiem, który sprawił, że moja znajomość francuskiego wzbogaciła się aż o cztery słowa.

ZIMĄ CZY LATEM? KIEDY SIĘ TAM WYBRAĆ?

Jeśli miałabym komuś polecać konkretną porę to… naprawdę nie wiem co mogłabym doradzić. Raczej nie zaskoczę mówiąc, że każdy czas ma swoje plusy i minusy. Zdecydowaną zaletą wizyty w Paryżu zimą jest brak przyklejających się do Was turystów, którzy dotrzymują towarzystwa w wielogodzinnym kolejkach do najsłynniejszych atrakcji w mieście. Kolejnym faktem przemawiającym na korzyść zimy są tańsze noclegi. Z kolei sumę, którą udałoby się zaoszczędzić na hotelu chętniej wydałoby się w kawiarniach i restauracjach (chowając się co jakiś czas do środka przed zimnem). Latem możecie sobie pozwolić na jedzenie w foodtruckach czy też pikniki. Podczas ciepłych miesięcy z pewnością będziecie też więcej spacerować, przez co nie wykorzystacie tak wielu biletów na metro. Świąteczna atmosfera w Paryżu stawia wysoką poprzeczkę piknikom oraz plenerom nad Sekwaną i pod wieżą Eiffla. Jedno jest pewne – Paryż spodobał mi się o każdej porze roku i wierzę, że tak będzie też w Waszym przypadku.

JAK NAJTANIEJ DOSTAĆ SIĘ DO PARYŻA?

Dzięki linii lotniczej Wizzair można dostać się do pobliskiego Beauvais – warto skorzystać z wyszukiwarek esky lub scyscaner w celu znalezienia najtańszego i najbardziej dogodnego połączenia. Jest też opcja z lotniskiem Paris Orly lub Paryż-Roissy-Charles de Gaulle ale połączenia do Beauvais zazwyczaj okazują się być najtańsze. Ceny rozpoczynają się już od 39zł – takie okazje niełatwo upolować. W grudniu zapłaciłam 190zł za bilet w dwie strony i myślę, że była to dobra cena (poza bagażem podręcznym wliczono też drugi rejestrowany).

JAK DOJECHAĆ Z BEAUVAIS DO CENTRUM MIASTA?

Klikając tutaj możecie zakupić bilet autobusowy, który w 75 minut dowiezie Was z tego małego lotniska do ostatniej stacji metra Porte Maillot (stamtąd łatwo będzie się Wam dostać do większości miejsc w Paryżu – metro działa znakomicie, a rozkłady są naprawdę przejrzyste). Ze względu na korki moja droga na lotnisko przedłużyła się do dwóch godzin – miejcie na uwadze takie sytuacje (zdążyłam). Bilet w jedną stronę kosztuje 17 euro ale przy zakupie przejazdu w dwie strony przez Internet na wspomnianej wyżej stronie zaoszczędzicie, płacąc 29 euro. 

PORUSZANIE SIĘ PO PARYŻU:

Google maps jeszcze nigdy nie zawiodło – pokaże Wam dokładnie, z której linii metra skorzystać aby dostać się do danego miejsca. Poruszanie się po Paryżu tym środkiem transportu jest bardzo proste – wszystko jest przejrzyste i świetnie ze sobą połączone. Większość atrakcji znajduje się w 1 strefie. 1 bilet ważny 1,5h po skasowaniu to koszt 1,90 euro, a cena za 10 przejazdów (warto zakupić przy krótkim pobycie) wynosi 14,50 euro. Można je nabyć w automatach i kasach na każdej stacji. Mając taki bilet, możecie też korzystać z autobusu. Dzieci do lat 3 podróżują po mieście bezpłatnie. W wieku 4-9 lat można liczyć na 50% zniżki. Są też bilety całodniowe (Ticket Mobilis), które pozwalają na przemieszczanie się transportem publicznym do woli w ciągu danego dnia. Ich ważność wygasa po północy, a nie po 24 godzinach od momentu pierwszego skasowania biletu. Ceny za bilet całodzienny: 1-2 strefa 7,30 euro, 1-3 strefa 9,30 euro, 1-4 strefa 12 euro, 1-5 strefa 17,30 euro. W ramach karty Paris Visite można też nabyć bilet dwudniowy (19 euro), trzydniowy (26 euro) oraz pięciodniowy (38 euro).  

zone-paris_0
Większość atrakcji Paryża znajduje się w 1 strefie (poza nią znajdują się lotniska, Wersal i Disneyland)

GDZIE NOCOWAĆ?

  • Pominę hotel z pierwszej wizyty. Nie dlatego, że go nie polecam. Po prostu nie jestem pewna czy jeszcze istnieje – pierwszy raz byłam tam w 2006 roku.
  • Druga wizyta: hotel Montpellier Paris. Posiada przeróżne pokoje w dobrych cenach – polecam skromny ale przyzwoity pokój dwuosobowy ze wspólną łazienką (255zł/doba). Hotel oferuje też nieco droższe pokoje z prywatną łazienką.
  • Trzecia wizyta: hostel Generator. Jeśli komuś nie zależy na prywatności i ceni sobie możliwość poznania nowych osób to zdecydowanie polecam taką opcję. Wynajęcie łóżka w dużym pokoju sześcioosobowym z prywatną łazienką kosztowało mnie 107zł/doba. Panel z gniazdkami elektrycznymi i małe światełko miało każde z łóżek, co pozwoliło na uniknięcie wojen o ładowanie telefonu. Hostel wygląda na nowy, jest doskonale zlokalizowany, ma dobry tarasik, bar i restaurację, a nawet klub.

Jeśli dokonacie rezerwacji poprzez ten link, otrzymacie 50zł na Wasze konto za nocleg (kwota wpłynie najpóźniej do dwóch miesięcy od zakończenia pobytu w danym miejscu). Jeśli z niego skorzystacie, 50zł powędruje też do mnie – z góry dziękuję!

CO I GDZIE ZJEŚĆ?

Niestety nie wymienię tu słynnych restauracji serwujących żabie udka. Będą to raczej opcje, które nie pozwolą Wam tak łatwo zbankrutować. Polecam knajpki w Dzielnicy Łacińskiej w okolicy Fontanny Świętego Michała. Znajdziecie tam mnóstwo lokali serwujących tradycyjne crepes – naleśniki na słodko lub na słono. Ceny za porcję rozpoczynają się już od 3 euro. W budkach na zewnątrz kupicie je nawet za 2 euro, choć takie rozwiązanie jest zdecydowanie lepsze podczas podróży latem. Tym razem ja i zamarzający transfer z Kolumbii szukałyśmy nie tylko dobrego i taniego jedzenia ale okazji do ogrzania się w jakimś lokalu. Sporo niedrogich restauracji znajdziecie też na Montmarte. Jeśli szukacie miejsca w okolicy Luwru – polecam Rivoli (206, Rue de Rivoli). To połączenie kawiarni ze stołówką z dobrym jedzeniem i przyzwoitymi cenami. Latem, dobrym rozwiązaniem był dla nas zestaw z Lidla: bagietki, sery, wino. Taki obiad z widokiem na wieżę Eiffla dostarczy więcej wrażeń niż lunch w najdroższej restauracji (no… może i tego nie sprawdzałyśmy ale zakładamy, że tak właśnie by było).

BEZPIECZEŃSTWO W PARYŻU:

To, o czym zaraz napiszę może się okazać zbyt oczywiste ale chyba warto o tym wspomnieć. W żadnym wypadku nie korzystajcie z pomocy obcych ochotników przy kupowaniu biletów w metrze – chyba, że sami poprosicie o to w kasie lub zobaczycie osobę z odpowiednią „plakietką”. W przeciwnym razie możecie trafić na kogoś o średnich zamiarach, kto wręczy Wam bilet o połowę tańszy, zachowując solidną resztę dla siebie. Nie zaspokajajcie też swojej ciekawości, podając rękę cwaniaczkom pod bazyliką Sacre Coeur. Zachęcają do założenia Wam nitki na palec, a potem pyk – i nie ma portfela. Uważajcie też na kieszonkowców, którzy w tak licznie odwiedzanym przez turystów mieście nie narzekają na zarobki. Warto też dodać, że ze względu na zamachy terrorystyczne w ostatnich latach wojsko na ulicach nie należy do rzadkości.

Wraz z koleżanką wybrałam się do stolicy Francji w czasie protestu żółtych kamizelek. Ponoć. Podczas trzech dni w Paryżu (16 – 19 grudnia) nie zobaczyłyśmy ani jednej osoby ubranej w ten charakterystyczny od niedawna element garderoby. Nie wiem jakim cudem. Jedyny prawdopodobny ślad po proteście uwieczniłyśmy na poniższym zdjęciu. Podczas marszu wydarzyło się sporo smutnych incydentów ale Francuzi zapewniali nas, że sprawcy tych tragedii to niewielki odsetek uczestników. Margines społeczny podpalający kioski znalazł swoje ujście w mediach, przez co zdenerwowana mama koleżanki z Kolumbii prosiła ją o codzienny raport czy żyje. W listopadzie Macron ogłosił sporą podwyżkę cen za paliwo, a żółte kamizelki to chwytliwy element, który posiada w swoim samochodzie każdy kierowca. Podwyżka raczej nie zmieniłaby życia zamożnych Paryżan korzystających z metra, czego nie można powiedzieć o osobach mieszkających poza stolicą i poruszających się na co dzień samochodem. Tak wielki wzrost cen miałby ogromny wpływ na ich budżet domowy. Największa podwyżka od dwudziestu lat to nie jedyny powód frustracji. Macron od dawna postrzegany jest przez swoich obywateli jako prezydent bogatych. Dowodem na to jest np. zniesienie podatku majątkowego, który płaciły gospodarstwa domowe o majątku przekraczającym 1,3 miliona euro. Prezydent twierdził, że obarczenie nim zamożnych jest niesłuszną karą za ich sukces. Z kolei Francuzom nie podoba się to, że w ogłaszaniu podwyżek godzących w średniozamożnych obywateli Macron nie ma już takich oporów. Nie miałam na celu stworzenia z tego wpisu wywodu politycznego – chciałam jedynie przekazać to, czego udało nam się dowiedzieć na ten temat od mieszkańców.

bty

CO ZOBACZYĆ W PARYŻU? 

W kolejnym wpisie pojawi się propozycja zwiedzania Paryża w trzy dni. Postaram się zamieścić sporo ciekawostek o proponowanych przeze mnie miejscach. To będzie długa ale ciekawa trasa – mam nadzieję, że pozwoli Wam odkrywać to miasto z przyjemnością i bez pośpiechu!

Kierunek północ! Alcudia i Cap Formentor w 1 dzień

Na wizytę w Alcudii i Cap Formentor powinien wystarczyć Wam jeden dzień. Spacer po miasteczku otoczonym średniowiecznymi murami i punkty widokowe na Cap Formentor były dobrym pomysłem na spędzenie trzeciego dnia. Droga na półwysep przypomina przejażdżkę do Sa Calobra. Nie bez powodu. Autorem obu tras jest wspomniany w poprzednim wpisie Paretti. Pokonując tę trasę, z pewnością nie będziecie narzekać na brak zakrętów. Zacznijmy jednak od Alcudii,  uroczego miasteczka wciśniętego między dwie zatoki: Pollenca i Alkudyjską.


ALCUDIA – MUST SEE? 

Pamiętacie, że na Majorce spędziliśmy tylko trzy dni? Dla przypomnienia zamieszczam mój pierwszy wpis dotyczący wyspy, w którym opisałam cały wyjazd od strony praktycznej. Dlaczego warto znaleźć czas na to miejsce? Alcudia idealnie wpasowuje się w klimaty Majorki. Miasto tworzą obdrapane ściany w kolorze ochry z wiszącymi na nich donicami, zielone okiennice, brukowane uliczki, mnóstwo kawiarni i restauracji, które cieszyły się zainteresowaniem do późnych godzin. W każdy wtorek i niedzielę w godzinach 8:00 – 14:00 ulice zasypują stragany z przeróżnymi produktami – od owoców i warzyw po torebki Michael’a Kors’a o wątpliwym pochodzeniu. Dodajmy do tego ruiny starożytnego miasta Pollentia oraz znakomicie zachowane średniowieczne mury miejskie. Spacer po Alcudii to żywa lekcja historii. Wpływy przewijających się tam grup na przestrzeni wieków widać gołym okiem.


POLLENTIA – CZASY ŚWIETNOŚCI RZYMIAN

Początkowo dzisiejsza Alcudia należała do Fenicjan. Po nich władzę przejęli Grecy. W późniejszym czasie zadomowili się w niej Rzymianie. W 123 roku p.n.e. Quintus Caecilius Metellus Balearicus założył tam rzymskie miasto o nazwie Pollentia. Będąc w Alcudii, wciąż można podziwiać jej pozostałości. Jeśli ktoś z Was chciałby poznać historię tego miejsca i obejrzeć ruiny liczące niespełna 2000 lat w pełnym słońcu o godzinie dwunastej i 40-stopniowym upale, musi zdać sobie sprawę z ryzyka rozpadu rodziny, której pomysł zwiedzania stanowiska archeologicznego w sierpniowe południe nie do końca może się spodobać. O dziwo udało się nam zapobiec rozpadowi, a jednocześnie zobaczyć wszystkie najważniejsze punkty starożytnego miasta. Być może przyczynił się do tego brak wizyty w Muzeum Monograficznym, które tego dnia było zamknięte (zgromadzono tam wszystkie przedmioty pochodzące z wykopalisk Pollentii). 

Na podstawie przeprowadzonych badań stwierdzono, że mieścił się tam obóz wojskowy, zajmujący 15 – 21 hektarów. Wiadomo też, że mieszkańcy nie narzekali na biedę – Pollentia była dobrze prosperującym miastem (mimo ogromnego pożaru, którego doświadczyła w III wieku). Przyczyną bogactwa z pewnością było strategiczne położenie między dwiema zatokami i obecność dwóch portów. Nie zabrakło też forum – jak na rzymskie miasto przystało. Było to centrum religijne i miejsce spotkań Rzymian. Mieściły się tam świątynie (do dziś zachowały się ich fundamenty) i sporo sklepów tworzących plac targowy. W późniejszym czasie forum utraciło towarzyski klimat i przerodziło się w… cmentarz.

Ważnym punktem w Pollentii jest najmniejszy Rzymski Teatr w Hiszpanii z I wieku, który zachował się w bardzo dobrym stanie. Początkowo specjaliści uważali, że to dzieło Greków. Zmyliło ich wykonanie budowli – w przeciwieństwie do innych rzymskich teatrów ten został wykuty w skale. Choć wygląda na niewielki, to tylko pozory. Mógł pomieścić nawet 2 tysiące widzów. W późniejszym czasie stworzono tam również cmentarz (tak jak w przypadku forum). Świadczą o tym nisze grobowe, które wykuto w miejscu sceny i widowni.

Zwiedzanie Pollentii:

  • maj – wrzesień: od wtorku do niedzieli w godzinach 9:30 – 20:00,
  • październik – kwiecień: od wtorku do piątku w godzinach 10:00 – 16:00, w soboty i niedziele od 10:00 do 14:00.

Cena: 3 euro. Połączenie zwiedzania stanowiska archeologicznego i wizyty w Muzeum Monograficznym – 4 euro (zniżki dla studentów, emerytów i grup powyżej 10 osób- 2,50 euro).


ŚREDNIOWIECZNE MURY OBRONNE – NAJLEPSZY PUNKT WIDOKOWY:

Po Rzymianach przyszła pora na Maurów. Zniszczyli Pollentię, zastępując ją nowym miastem Al-Kudia. Nazwa dzisiejszej Alcudii niezbyt odbiega od tej średniowiecznej, która w dosłownym tłumaczeniu oznaczała miejsce na wzgórzu. Rządy arabskie skończyły się wraz z przejęciem władzy przez króla Jaume I. Mury obronne będące jedną z największych atrakcji Alcudii to pamiątka po jego następcy – Jaume II. Wybudowano je w 1300 roku, bez zaprawy murarskiej – powstały z precyzyjnie dobranych kamieni. Ich część stanowi kościół Świętego Jakuba, który został wbudowany w mury obronne. Legenda głosi, że w XVI wieku z krucyfiksu znajdującego się w jednej z bocznych kapliczek kapała krew i woda, kończąc okres suszy. Mury przecina kilka bram – jedną z nich jest Portal del Moll. Dwie wieże otoczone palmami, tworzące okazałe wejście do miasta to dzisiejszy symbol Alcudii.


CO I GDZIE ZJEŚĆ W ALCUDII?

Jeśli ktoś z Was zastanawia się w jaki sposób nie zbankrutować na Majorce to służę pomocą. Polecam słynne tapas. Zamawiane przez nas porcje hiszpańskich przekąsek nieraz okazywały się tak duże, że zastępowały nam obiad. Nie inaczej było w przypadku Alcudii i restauracji Satyricon (Plaza de Constitución). Talerz z pięcioma tapas kosztował 11 euro. Dołożyliśmy do tego 4,50 euro za dzban sangrii (do podziału, żeby nie było). Pieczywo i oliwki były niezamawianym przez nas dodatkiem, za który w sumie też zapłaciliśmy (tzw. kopertowe 1,75 euro, które dolicza się do stolika w większości majorkańskich restauracji). Niewiele, biorąc pod uwagę ceny w pozostałych majorkańskich restauracjach.

bty


CAP FORMENTOR – SERPENTYN CIĄG DALSZY:

O drodze do Sa Calobra pisałam w poprzednim wpisie. Przejażdżka po półwyspie Formentor wygląda podobnie. Nie bez powodu. Obie trasy stworzył ten sam człowiek – Antonio Paretti. Obiad przed majorkańskimi serpentynami nie był najlepszym pomysłem. Mimo to, poza licznymi zakrętami trasa nie należała do ekstremalnych. Takie jest przynajmniej moje zdanie. Opinie na jej temat są podzielone. Być może przyczyną postrzegania drogi jako ekstremalnej było pokonywanie trasy podczas deszczu lub mijanie się ze sporą ilością autobusów. My uniknęliśmy obu rzeczy, podziwiając przepiękne widoki i poruszając się po półwyspie bez większych problemów. Nie oznacza to jednak, że będzie lekko – uwaga na kozy i osiołki wyskakujące na drogę wtedy, kiedy najmniej się tego spodziewacie.

Mimo, że półwysep cieszy się ogromnym zainteresowaniem wśród turystów, kilka miejsc na Formentor jeszcze do niedawna było oazą spokoju dla wielu celebrytów. Spokój i relaks z dala od tłumów zapewniał im jeden z hoteli o niezbyt skomplikowanej nazwie – Formentor. Bywał tam m.in. Charlie Chaplin, Audrey Hepburn, księżna Diana, a nawet Dalajlama. W dzisiejszych czasach pewnie trudniej byłoby o spokój na półwyspie, ale jedno jest pewne – przepięknych widoków nie można jej odmówić!

Wysokie urwiska, horyzont na błękitnym niebie zlewający się z wodami Morza Śródziemnego i wiatr urywający głowę – tak właśnie opisałabym półwysep Formentor. Mieszkańcy Majorki nazywają go miejscem spotkań wiatrów. Podczas podziwiania widoków z wysokich klifów czapki są raczej niewskazane (o ile zależy Wam na tym, aby je zachować). Jednym z najpiękniejszych punktów widokowych jest Mirador de la Creueta, położony na klifie o wysokości 300 metrów. Poszukiwacze fejsbukowych i instagramowych plenerów będą zachwyceni – znajdą je na każdym kroku.

Myślę, że warto też zobaczyć najpopularniejszy punkt widokowy Majorki, który zobaczycie na większości pocztówek. Podziwianie zachodu słońca przy XIX-wiecznej latarni morskiej usytuowanej na samym krańcu półwyspu i Majorki było jednym z najważniejszych punktów podczas trzeciego dnia zwiedzania wyspy. Niestety, nie udało nam się dotrzeć do tego miejsca. Droga do latarni została zablokowana (Majorkę odwiedziliśmy w sierpniu). Parkingowi powiedzieli nam, że w sezonie można się tam dostać jedynie autobusem. Szkoda tylko, że nie wspomnieli o godzinach, w jakich obowiązuje ten zakaz… Dojazd samochodem w lipcu i sierpniu jest niemożliwy jedynie w godzinach 9:30- 19:00. Poza wyznaczonym czasem można śmiało ruszać do latarni

Dzień zakończyliśmy odpoczynkiem w krystalicznie czystej wodzie. Myślałam, że po takie kolory trzeba meldować się na Karaibach. Majorkańskie plaże udowodniły jednak, że dają radę i stanęły na wysokości zadania. Przeglądając zdjęcia z wyspy sądziłam, że ich autorzy opanowali Photoshop’a do perfekcji, nadając morzu intensywny odcień turkusu. Nic bardziej mylnego. Dokładnie tak wyglądają tamtejsze plaże, które z pewnością nikogo nie rozczarują!


Czwartego dnia wyruszyliśmy do Berlina, który zwiedzaliśmy do wieczora. Tak niewiele czasu na Majorce pozostawiło niedosyt – mimo, że udało nam się zobaczyć naprawdę sporo. Jedno jest pewne – zdecydowanie polecam ten kierunek, nawet jeśli miałby to być krótki wypad. Trzy dni to stanowczo za mało, aby poznać wszystkie atrakcje Majorki. Niemniej jednak, niskie ceny biletów (Ryannair, lot z Berlina) pomogą Wam poznać nieodkryte części wyspy przy kolejnym wypadzie na Majorkę. My z pewnością jeszcze tam wrócimy!

Sa Calobra i Soller – najpierw droga, potem obiad. Nie odwrotnie.

Tytuł wpisu jest radą dla wszystkich tych, którzy planują dojazd do zatoki Sa Calobra. Słuchając rozmów znajomych spierających się o najbardziej ekstremalne drogi nad przepaściami przypomina mi się Bogusław Linda i jego słynna kwestia Co ty wiesz o zabijaniu (w sumie nie jest to oryginalny fragment filmowy – troszkę go uproszczono, no ale nieważne). Przyznaję jednak, że Majorka trzyma poziom zawiłych dróg i adrenalinki. To jedno wielkie wyzwanie dla kierowców i sprawdzenie ich umiejętności, które doskonale i bezwzględnie weryfikuje trasa prowadząca do zatoki. Mimo to, osoby szukające życia na krawędzi mogą się troszkę rozczarować. Oczekiwana ekstremalność drogi nie zalicza się do mission impossible. Asfaltowa jezdnia tworząca serpentyny jest w bardzo dobrym stanie. Większy zawód mogą jednak przeżyć optymiści rezygnujący z tego powodu z solidnego ubezpieczenia auta. Zanim zdecydujecie się na niewykupienie dodatkowej ochrony pojazdu powinniście poznać zasady na tamtejszych ulicach. Jedną z nich jest: cofa ten, kto ulegnie spojrzeniu kierowcy z naprzeciwka. Wąskie drogi nie pozwalają na swobodne mijanie się samochodów. Pomysł poruszania się tam bez ubezpieczenia powinien przysporzyć więcej adrenaliny niż słynna droga, która – nieco przesadnie – nazywana jest drogą samobójców. Niemniej jednak, to określenie z pewnością pasowałoby do trasy podczas deszczu. W takich warunkach nie chciałabym sprawdzać czy faktycznie jest ono aż tak nietrafione. Przyznaję też, że zupełnie inne emocje towarzyszyłyby mi podczas pokonywania tej trasy autobusem… 

bty
W drodze do Sa Calobra

Pora na przepiękne słowa podróżnicze, którymi postaram się odwrócić uwagę od niedojechania do zatoki Sa Calobra: W podróży nie liczy się cel, a droga. Mając jednak na uwadze to, że taki cytat nie wystarczy, należałoby wspomnieć dlaczego nie udało nam się tam dotrzeć. Po kilku godzinach w Valldemossie (osobny wpis na temat zwiedzania tego miasteczka znajdziecie tutaj), późnym popołudniem postanowiliśmy wypróbować majorkańskie serpentyny. Będąc na miejscu okazało się, że parking przy zatoce dostępny jest wyłącznie do 19:00. Chciałam tylko dodać, że od tej godziny dzieliło nas jeszcze 30 minut. Podjęliśmy próby znalezienia innego miejsca parkingowego, które okazały się bezskuteczne. Właśnie z tak głupiego powodu nie odwiedziliśmy tego miejsca. Myślę, że był to jeden z uroków zwiedzania Majorki w sezonie. Zdaję sobie sprawę z tego, że straciliśmy okazję na poznanie jednej z najciekawszych (i najbardziej zatłoczonych) atrakcji wyspy ale nie żałuję, że się tam wybraliśmy. Droga do zatoki była atrakcją samą w sobie. 


TRASA Z VALLDEMOSSY DO SA CALOBRA:

Pewien szalony i utalentowany architekt zdecydował się stworzyć krętą drogę prowadzącą do zatoki Sa Calobra, nie zważając na niesprzyjające (delikatnie mówiąc) jej powstaniu warunki. Antonio Paretti zaprojektował trasę przypominającą splątaną serpentynę, rzuconą niedbale na Sierra de Tramuntana. Nie do końca zgadzam się z opisami tej drogi w przewodnikach turystycznych. Odnoszę wrażenie, że wiele z nich stawia trasę na równi z przejazdem po kładce nad buchającym gorącą lawą wulkanem. Nie można jednak odmówić jej atrakcyjności i malowniczości. Pokonując słynną drogę, różnica wysokości na odcinku 4 kilometrów wynosi 800 metrów! Średnie nachylenie trasy wynosi 7% i stanowi nie lada wyzwanie dla rowerzystów (których zobaczycie tam na każdym kroku). Jednym z najsłynniejszych punktów MA-10 jest Nus de sa Corbata – nazwa w polskim tłumaczeniu oznacza Węzeł Krawata. Droga krzyżuje się tam sama ze sobą. Nie był to jednak najtrudniejszy moment tej trasy – czytając przewodniki, spodziewałam się czegoś ekstremalnego. Najwidoczniej autorów troszkę poniosło. Niemniej jednak, poza Węzłem Krawata pokonacie jeszcze 300 innych zakrętów, które sprawią, że na nudę raczej nie będziecie narzekać.

zakret

Podczas budowy trasy usunięto ponad 30 tysięcy metrów sześciennych skał, które w późniejszym czasie wykorzystano do wyrównania drogi. Droga powstała w 1932 roku, bez pomocy maszyn. Zgodnie z planem architekta, podczas planowania serpentyn unikano tworzenia tunelów na trasie. Podczas przejażdżki nie zobaczycie też zbyt wielu zabezpieczeń i barierek ochronnych na krawędzi jezdni, o których Paretti mógłby pomyśleć (taki wniosek nasunął mi się wiele razy podczas mijania się na tej trasie samochodów).



CALA TUENT – SĄSIEDNIA PLAŻA:

Pobliska Cala Tuent była doskonałą alternatywą, która zastąpiła nam zatokę Sa Calobra. Wieczorem odpoczywało tam zaledwie kilka osób. Skromna gromadka na plaży nie była częstym widokiem na Majorce. Zapewne nie wyglądałaby tak Sa Calobra (to tylko moje marne pocieszenie, choć może jest ono trochę trafne). Relaks na spokojnej, kamienistej plaży był nawet zadowalającą nagrodą pocieszenia.


KOLACJA I WIECZORNY SPACER W SOLLER:

Wieczorem zdecydowaliśmy się na przystanek w majorkańskim Soller – mieście pomarańczy. W przeszłości owoce zapewniały mieszkańcom ogromne zyski. W XVIII wieku eksportowano je do południowej Francji, skąd trafiały do różnych zakątków Europy. W II połowie XIX wieku sytuacja nie wyglądała już tak dobrze – tamtejsze drzewa zostały zniszczone przez szkodniki, wskutek czego plantatorzy wyjechali do sąsiednich krajów w poszukiwaniu nowego miejsca pracy. Do owoców będących znakiem rozpoznawczym miasta nawiązuje kolor słynnego tramwaju łączącego Soller z pobliskim portem. Nie spędziliśmy wystarczająco dużo czasu w tym miejscu abym mogła napisać o nim coś więcej. Odniosłam wrażenie, że sporo się w nim dzieje, choć może jest ono gwarne jedynie w sezonie. Z chęcią zweryfikuję to podczas kolejnej wizyty na wyspie.

Postaram się opisać chociaż klimat miasteczka, w którym spędziliśmy piątkowy wieczór. Przy Placu Konstytucji – poza przepięknym neogotyckim kościołem Świętego Bartłomieja – zobaczycie wysyp knajpek. Większość z nich walczy o klientów muzyką na żywo. Szkoda tylko, że wszyscy artyści mają mikrofony… Nie żebym miała jakiś problem z ich głosem, ale skoro występują w tym samym momencie to mogliby chociaż umówić się na jakąś wspólną piosenkę. Na szczęście śpiewający duet w wybranej przez nas restauracji był najgłośniejszy. Lokal (Cafeteria Bar Nadal) należał do energicznej właścicielki, która – w wolnych chwilach od przeciskania się pomiędzy stolikami z tacą i szerokim uśmiechem – dbała o gardło śpiewających, donosząc im co jakiś czas lekarstwo w kieliszkach. Co ciekawe, Bar Nadal nie cieszy się zbyt dobrą opinią na TripAdvisor. Nie bywam na tej stronie ale restauracja bardzo mi się spodobała więc postanowiłam sprawdzić czy tylko ja tak bardzo ją zachwalam. Okazuje się, że wiele osób posiada o tym miejscu zupełnie inne zdanie. Mimo wielu niezbyt… przychylnych opinii polecam  ten lokal!

Wydawałoby się, że przestrzeń pomiędzy restauracjami na placu w sezonie letnim jest niewielka. Najwyraźniej nie dla Majorczyków. Postanowili, że uda im się tam jeszcze wcisnąć zabytkowy tramwaj z drewnianymi wagonikami. Ciężko wyobrazić sobie podobną trasę tramwajów w Gdańsku, gdzie oddzielone barierkami tory powstają w miejscu o znacznie większej przestrzeni.


Valldemossa, Sa Calobra (a właściwie tylko droga do Sa Calobra), Cala Tuent, Soller – tam właśnie spędziliśmy nasz drugi dzień na Majorce. Jak oceniacie majorkańskie serpentyny? Zgadzacie się z moimi spostrzeżeniami czy macie raczej inne zdanie o wspomnianych wyżej miejscach? Jak bardzo powinnam się załamać pominięciem zatoki Sa Calobra? Czy Soller również Was zachwyciło? Czekam na odpowiedzi i wszelkie sugestie w komentarzach!

Valldemossa – 1 dzień w krainie Chopina

Dlaczego nie powinniście pominąć tego miejsca na Waszej trasie? Valldemossa to urocze miasteczko wciśnięte w surowe pasmo górskie Sierra de Tramuntana. Do brukowanych uliczek przylegają budynki w kolorze ochry z zielonymi okiennicami. Tamtejsze domy najwyraźniej mają już swoje lata, ale stare mury poobwieszane doniczkami dodają miasteczku jeszcze więcej uroku. Całość otaczają gaje oliwne, drzewa migdałowe, pomarańczowe i cytrusowe. Do dziś nie potrafię zrozumieć fenomenu Valldemossy – spokojnej atmosfery przy jednoczesnych wizytach tłumów w miasteczku.


To miejsce pojawia się w każdym przewodniku turystycznym dotyczącym Majorki. Miasteczko wychwalała też moja koleżanka, która od 20 lat mieszka na wyspie. Wypadało więc osobiście sprawdzić czy miejsce jest naprawdę tak wyjątkowe. Po jednodniowym wypadzie potwierdzam wszystko, co mówiła. Z grona oczarowanych wyłamał się Fryderyk Chopin. Kompozytor spędził na Balearach sześć tygodni. O dziwo, nie schlebiał temu miejscu, delikatnie mówiąc. Na jego obronę dodam, że miał ku temu solidne powody. Pobyt Chopina i jego dziewczyny George Sand sprawił, że Valldemossa stała się niezwykle popularna. W dzisiejszych czasach władze miasta pewnie nie wypłaciłyby się za reklamę, a Fryderyk mógłby sobie śmiało zażyczyć jakiś procencik z dochodów turystycznych. W takiej sytuacji nie musiałby martwić się o jedyny minus tej wyspy – wygórowane ceny…

bty
Przerażające upamiętnienie słynnej pary w klasztorze Kartuzów

DLACZEGO CHOPIN NIE POLUBIŁ MAJORKI?

Zacznijmy jednak od tego, jakim cudem przeprowadził się z gwarnego i tętniącego życiem XIX-wiecznego Paryża do spokojnej Majorki, znajdującej się pośrodku niczego. Przed wyjazdem skarżył się na problemy ze zdrowiem. Lekarz zalecił mu zmianę klimatu, która miałaby zwalczyć przewlekłe przeziębienie. Wkrótce okazało się, że to nie grypa a gruźlica, która kilka lat później odebrała mu życie. W chorobie nie pomagał klimat podczas zimy, którą tam spędził. Majorce nigdy nie brakowało słońca, bez względu na porę roku. Niemniej jednak, w chwili przeprowadzki Chopina nastały tam ulewy, które utrzymały się do momentu opuszczenia przez niego wyspy.

Kolejnym powodem, który pomógł mu znienawidzić Majorkę był problem ze sprowadzeniem jego pianina. Po wielokrotnych próbach zlokalizowania instrumentu okazało się, że przetrzymują go celnicy w Palmie. W zamian za wydanie zażądali od Chopina sporej sumy (połowy jego wartości). W dzisiejszych czasach sprawa byłaby prostsza – dzięki procentom z obrotu turystycznego Fryderyk miałby fortunę, za którą kupiłby sobie z dziesięć takich pianin. Prawdopodobnie pozdrowiłby też cwaniaczków z celnego jednym ze swoich palców u dłoni. Niestety, w tamtych czasach musiał po prostu błagać ich o przychylność. Prośby były bezskuteczne, a pracownicy nieugięci. Artysta stworzył więc znakomite dzieła (Polonez C-mol, Ballada Majorkańska) na pożyczonym fortepianie, którego stan pozostawiał wiele do życzenia. Obecnie w klasztorze Kartuzów można obejrzeć jego notatki, zastępczy fortepian oraz pianino, które po długim czasie w końcu trafiło w jego ręce. 

Co więcej, Fryderyk i George chyba nie do końca zdawali sobie sprawę z tego, że przeprowadzają się do świata konserwatystów. Mieszkańcom nie podobała się nieobecność pary na niedzielnej mszy. Związek Chopina ze starszą o sześć lat kobietą i mieszkanie pod jednym dachem z jej dziećmi nie było zbyt dobrze postrzegane. Sytuacji nie poprawiał charakter pisarki, która była bardzo wyemancypowana jak na tamte czasy. Paliła cygara, nosiła spodnie i przeklinała. Takim zachowaniem nie zjednała sobie Majorczyków. Swoją frustrację przelewała na karty papieru, tworząc książkę Zima na Majorce. 

Kiedy informacja o gruźlicy Chopina obiegła całą wioskę, najemca wyrzucił ich z mieszkania, paląc wszystkie rzeczy mające z nim jakąkolwiek styczność. Po żmudnych poszukiwaniach nowego domu i braku jakichkolwiek perspektyw (nawet na wyprowadzkę – z obawy przed zarazą nikt nie chciał przewieźć ich rzeczy powozem do portu) wprowadzili się do dawnego klasztoru (Kartuzi opuścili to miejsce 2 lata wcześniej – za czasów Fryderyka mieszkało tam zaledwie trzech braci). Przeprowadzka do celi sprawiła, że wiele pamiątek po Chopinie i George Sand ocalało – nie zniszczono ich, w przeciwieństwie do pozostałych właścicieli mieszkań. Pobyt Fryderyka i jego wybranki określiłabym mianem „piątek, trzynastego”, z jedną małą różnicą – pechowy dzień zamienił się w całą zimę. 

bdr
Wyraz twarzy Chopina doskonale odzwierciedla jego stosunek do Majorki

ZWIEDZANIE REAL CARTOIXA DE VALLDEMOSSA

Klasztor zachował swój ascetyczny klimat – surowe mury, prostota i cisza przybliżają odwiedzającym jego dawny charakter. Początkowo budynek nie miał nic wspólnego z domem braci zakonnych. Był rezydencją królewską, wzniesioną przez króla Majorki Jaime II dla chorującego na astmę syna. Klimat Valldemossy miał pomóc młodemu Sancho w walce z chorobą. W 1399 roku pałac przekazano Kartuzom, którzy z jednego budynku stworzyli kompleks klasztorny (kościół, liczne kaplice, cele zakonne, tarasy i krużganki). Bracia zakonni zamieszkiwali klasztor w Valldemossie aż do nastania rządu antyklerykalnego Juana Mendizabala, który skonfiskował praktycznie całą posiadłość. W 1835 roku opuścili klasztor. Kompleks podzielono na 9 mieszkań, które wynajęto osobom prywatnym. Jedną z nich był właśnie Fryderyk ChopinPo uiszczeniu opłaty za wstęp i otrzymaniu imprezowej bransoletki zastępującej bilet rozpoczniecie zwiedzanie klasztoru, prawdopodobnie w takiej kolejności, w jakiej opisałam te miejsca. Najpierw jednak kilka informacji o braciach:

Jak wyglądało życie średniowiecznych członków tego zgromadzenia? Właściwie to ich obecny styl życia niezbyt odbiega od tego sprzed 1000 lat. Wszystko odbywało się zgodnie z regułą: samotność, milczenie, kontemplacja. Posiadali osobne cele sprzyjające zachowaniu pierwszej zasady. Rzadko korzystają z telefonów komórkowych, radia, telewizji czy też Internetu. To kolejny dowód na to, że niewiele się u nich zmieniło – choć nie mając do nich dostępu w średniowieczu zdecydowanie łatwiej było tego przestrzegać. Łącznikiem ze światem był i jest dla nich przeor. Osobisty kontakt z otoczeniem ograniczają do wspólnego spaceru, odbywającego się raz w tygodniu. Bracia zakonni poświęcali sporo czasu pracy i modlitwie. Ich dieta jest jednym wielkim postem. Opiera się głównie na warzywach, rybach i daniach mlecznych. Mięso dozwolone było tylko w małej ilości podczas choroby. Jeśli ktoś chciałby poznać więcej szczegółów z życia Kartuzów, odsyłam do filmu Philipa Groninga. Podczas półrocznego pobytu w klasztorze stworzył dokument Wielka cisza, którego powstanie było możliwe dzięki przyjaźni reżysera z przeorem.

Pierwszym punktem Waszego zwiedzania będzie KOŚCIÓŁ ŚWIĘTEGO BARTŁOMIEJA – freski we wnętrzu świątyni to dzieło zakonnika Emanuela Bayeu – szwagra słynnego Goyi. Zwróćcie uwagę na obraz Świętej Katarzyny, która pochodzi właśnie z Valldemossy. Zajrzyjcie też do zakrystii, w której zamieszczono kilka ciekawych pamiątek po zakonnikach.

XVIII-wieczna APTEKA MNICHÓW to jedna wielka klimatyczna ekspozycja drewnianych pojemników na preparaty lecznicze, szklanych butelek, moździerzy, kasetek i narzędzi do wyrabiania pigułek. Do tworzenia mikstur bracia zakonni wykorzystywali jedynie zioła, które uprawiali w ogrodzie klasztornym. To miejsce mogłoby posłużyć za świetną scenerię niejednej produkcji filmowej.

CELE MNICHÓW to kolejna część kompleksu, udostępniona zwiedzającym. W każdym pomieszczeniu znajdziecie informacje na temat historii danej celi. W jednej z nich mieści się biblioteka, w której dyskutowali bracia. Spotkania w otoczeniu książek brzmią zbyt swobodnie jak na Kartuzów? Dodam więc, że rozmowy te odbywały się co tydzień i trwały maksymalnie pół godziny. Kartuzi słynęli ze wspaniałych księgozbiorów. Nic dziwnego – uważano ich za najlepiej wykształcone zgromadzenie. Tamtejsza biblioteka posiada sporo cennych woluminów, m.in. rękopisy mnichów z XV wieku.

Zajrzyjcie też do pięknego ogrodu – trzeba przyznać, że mieli rozmach. Taras przy celi z pewnością pomógł im w zachowaniu kolejnej reguły, jaką było milczenie – rozpościerający się widok na gaje oliwne sprawił, że zamurowało mnie z wrażenia

Kolejnym punktem Waszego zwiedzania będzie WYSTAWA ZWIĄZANA Z FRYDERYKIEM CHOPINEM I GEORGE SAND. Rozłożono ją w trzech salach. Jest to drugi największy zbiór pamiątek po kompozytorze (klasztor w Valldemossie ustępuje jedynie warszawskiemu muzeum Fryderyka Chopina). Interesującą częścią wystawy są pokreślone zapisy nutowe słynnych Preludiów Fryderyka, a także listy do przyjaciół, w których opisał swoje życie na Majorce. Możliwość odczytania ich (bez jakichkolwiek tablic informacyjnych, które zazwyczaj tłumaczą dany tekst w muzeach) i obserwowania krajobrazu, jaki podziwiał w momencie pisania było bezcenne. Zachował się też fortepian i wyczekiwane przez niego pianino, a także kosmyk włosów, grzebień i szkatułka. Równie cennym elementem ekspozycji jest rękopis Zimy na Majorce autorstwa George Sand, biżuteria pisarki oraz ponad sto rycin stworzonych przez jej syna podczas pobytu na wyspie. Zwiedzanie celi Fryderyka Chopina jest dodatkowo płatne (4 euro). Nie żałujcie pieniędzy – naprawdę warto ją zobaczyć.

Co roku w klasztorze odbywa się Festiwal Chopinowski z udziałem najwybitniejszych pianistów. Koncerty przyciągają gości z całego świata – często pojawiają się na nich znani artyści oraz głowy państwa. 

Czas na kolejną część klasztoru – byłą drukarnię, w której zobaczycie jedną z najlepszych kolekcji prasy drukarskiej w Europie. Wpadnijcie tez do sali ze wspomnieniem Ludvika Salvadora Habsburga-Lorena – podróżnika, miłośnika przyrody i autora najznakomitszej pracy naukowej o Balearach. Najbardziej interesujące wydają się być jego zdjęcia z dalekich wypraw. W budynku mieści się też wystawa z obrazami przedstawiającymi majorkańskie pasmo górskie Serra de Tramuntana oraz zbiór malarstwa współczesnego z obrazami Joana Miró i Pabla Picasso.

Ostatnim punktem będzie wizyta W PAŁACU wspomnianego już wcześniej KRÓLA SANCHO. Patrząc na wystój wnętrz niektórych pomieszczeń w tej części mam spore wątpliwości co do tego, czy w ogóle miała ona jakiś związek z klasztorem. Najprawdopodobniej w tym miejscu znajdowała się kiedyś arabska posiadłość Mussa. Historycy twierdzą, że wzięła się od niej nazwa miasteczka – Valldemossa. W pałacu znajduje się sporo cel klasztornych (z oryginalnymi okienkami, przez które podawało się jedzenie mnichom), które zostały dobudowane po przejęciu budynku przez Kartuzów. Obecnie w jednej z nich mieści się sala koncertowa.


CO JESZCZE WARTO ZOBACZYĆ?

Po zobaczeniu całego kompleksu klasztoru Kartuzów zajrzyjcie na jeden z tarasów widokowych w mieście. Polecam miejsce w sąsiedztwie pałacu Sancho. MIRANDA DES LLEDONERS to dobry punkt na wakacyjną foteczkę. Misję zakrycia słupa energetycznego na poniższym zdjęciu uważam za udaną.

img_20180803_1456552.jpg

Z tarasu rozciąga się widok na dolną część Valldemossy z kolejnym miejscem, do którego warto wstąpić. Jest nim KOŚCIÓŁ PARYSKI ŚWIĘTEGO BARTŁOMIEJA, patrona Valldemossy. Klimatyczne uliczki poprowadzą Was do spokojniejszej części miasteczka. Mimo, że brukowane dróżki uniemożliwiają zasianie trawnika, mieszkańcy dają radę i nie narzekają na brak zieleni:

Podczas spaceru zobaczycie sporo kolorowych płytek ze wspomnieniem kolejnej ważnej świętej dla miasteczka – Cataliny Thomas. Barwne kafelki przedstawiają sceny z jej życia. Urodziła się w Valldemossie – w rodzinnym domu świętej mieści się kaplica z jej figurą i kilka informacji o życiu Cataliny. Jej dzieciństwo nie należało do najłatwiejszych – osierocona dziewczynka od najmłodszych lat musiała zarabiać na swoje utrzymanie. Była służącą i pasterką – zajęcia, jakimi się trudniła przekreślały jej marzenie o wstąpieniu do zakonu. Po jakimś czasie przyjęło ją zgromadzenie augustianek z Palmy. Zmarła w wieku 43 lat. Została pochowana w stolicy Majorki, gdzie spędziła większość życia.


CO I GDZIE ZJEŚĆ W VALLDEMOSSIE?

Wpadliśmy do jednej z restauracji na hiszpańskie tapas – spora ilość przystawek zastąpiła nam obiad. Polecam je wszystkim tym, którzy woleliby nie wydawać fortuny na zestaw obiadowy. Będąc w Valldemossie, obowiązkowo należy spróbować COCA DE PATATA. Nazwa intryguje, ale muszę dodać, że jest to po prostu słodkie ciastko ziemniaczane, które przypomina nadmuchaną pyzę. Polecam, polecam. Najlepsze (według koleżanki, która mieszka na Majorce od 20 lat) cocas de patata serwują w niepozornym BAR MERIENDAS (Via Blanquerna 12). Do pełni szczęścia zamówcie sobie napój migdałowy HORCHATA DE ALMENDRAS.


PARKING W VALLDEMOSSIE:

Samochód najlepiej pozostawcie na parkingu przy Informacji Turystycznej Valldemossy (Av. Palma 13) – otrzymacie tam 1,50 euro zniżki na bilet do klasztoru Kartuzów.


GODZINY OTWARCIA I KOSZT ZWIEDZANIA:

Bilety można zakupić przy budynku klasztoru w okienku. Cena: 9,50 euro – osoba dorosła, zniżki dla studentów (6 euro) i grup powyżej 10 osób (8,50 euro). Wizyty w klasztorze:

  • kwiecień – wrzesień od poniedziałku do soboty w godzinach 9:30 – 18:30 i w niedziele od 10:00 do 13:00.
  • marzec i październik od poniedziałku do soboty w godzinach 9:30 – 17:30 i w niedziele październikowe od 10:00 do 13:00.
  • luty i listopad od poniedziałku do piątku od 9:30 do 17:00,
  • styczeń i grudzień od poniedziałku do soboty – 9:30 – 15:00.

Koncerty na pianinie:

  • marzec – październik: 10.30, 11.45, 13.00, 14.30, 15.45, 17:00,
  • luty i listopad: 10.30, 12.00, 14.00, 15.45,
  • w soboty od lutego do listopada: 10.30, 11.45, 13.45.

W momencie kupna biletów otrzymacie darmowy informator w języku polskim, w którym napisano kilka zdań na temat każdego pomieszczenia w klasztorze. Warto też pobrać aplikację do odczytania kodu QR, aby skorzystać z bezpłatnego audioprzewodnika.

bty


Po Valldemossie obraliśmy kolejny kierunek – Sa Calobra. Tego samego dnia wpadliśmy też na kolację i wieczorny spacer do Soller – miasta pomarańczy. Mimo, że opis naszego dnia wygląda jak jedna wielka bieganina to zapewniam, że wcale tak nie było! Muszę jednak przyznać, że nie wszystko odbyło się zgodnie z naszym planem… O tym w kolejnym wpisie – zapraszam, zapraszam!

Palma de Mallorca- jednodniowy spacer

Cztery dni wolnego, tanie bilety na Majorkę, dodatkowe zwiedzanie Berlina przy okazji wylotu ze stolicy Niemiec, wakacje na przepięknej wyspie – brzmi zachęcająco? Zapraszam do poczytania poprzedniego wpisu, w którym zamieściłam wszystkie informacje praktyczne dotyczące takiego wyjazdu. Tutaj natomiast skupię się na Palmie de Mallorca, w której spędziliśmy jeden dzień. Zdecydowaliśmy się na spokojny spacer i obranie strategii zobaczę tyle ile mi się uda. We wpisie zamieściłam jednodniowy plan zwiedzania Palmy, a także opis najciekawszych atrakcji w stolicy Majorki. 

SPORE MIASTO Z LUZACKIM KLIMATEM:

Stolica Majorki nie należy do najmłodszych miast. Oficjalne początki datuje się na okres panowania Rzymian, którzy w 123 roku p.n.e. założyli tam swoją osadę. Panowanie przeróżnych narodów na wyspie odcisnęło piękny ślad w architekturze miasta. Ciężko uchwycić na zdjęciu interesujące budynki ze względu na kolejny plus Palmy – miasto posiada wiele drzew. W latach 50-tych XX wieku Majorkę ogarnęła turystyka masowa, która stworzyła tam wiele stanowisk pracy. Obecnie Palma to najbardziej zaludnione miejsce na wyspie. Zamieszkuje je połowa Majorczyków. Największe stare miasto w Europie, plaża z krystalicznie czystą wodą, konkretne życie nocne, znakomite restauracje i przyjemny klimat – w taki sposób można opisać stolicę Majorki. Brzmi nierealnie? Miejscowi twierdzą, że to raj na Ziemi (choć nie zawsze łatwo jest im pogodzić życie codzienne z turystami). Ich słowa potwierdza brytyjski The Sunday Times, który ogłosił miasto najlepszym miejscem do życia. To właśnie powody, dla których powinniście wpaść do stolicy Majorki, nawet jeśli miałoby to być jednodniowe zwiedzanie.

PALMA CZY PALMA DE MALLORCA? ZMIANY, ZMIANY, ZMIANY…

W momencie obejmowania rządów przez nowe partie polityczne zawsze następuje szereg zmian, często pozbawionych sensu #aWłaśnieŻeNieBędęPoprawnaPolitycznie. Nie inaczej jest na Majorce – nazwa jej stolicy zmienia się co cztery lata w wyniku przejęcia władzy przez kolejną grupę. Konserwatyści obstają przy Palma de Mallorca. Twierdzą, że łatwo pomylić ją z Las Palmas na Wyspach Kanaryjskich (odnotowano sporo takich przypadków), zaś przedłużone miano pozwoliłoby na lepszą identyfikację tego miejsca. Przeciwnicy dodatku de Mallorca zarzucają konserwatystom ignorancję i brak szacunku do historycznej nazwy Palma, którą miasto nosiło już za czasów Rzymian (z kilkoma dłuższymi przerwami). Za kilka lat wraz z objęciem rządów przez nową partię można spodziewać się kolejnych zmian. Turystów wita na lotnisku ogromny napis Palma de Mallorca, podczas gdy drogowskazy na ulicach wskazują kierunek do Palmy. Jakie zdanie mają na ten temat miejscowi? Większość z nich posługuje się krótszą nazwą, traktując de Mallorca jako dodatek, swego rodzaju nazwisko. Co więcej, dokładają kolejną nazwę – Ciutat, która w języku katalońskim oznacza po prostu miasto.

bdr
Pierwszy człon nazwy jest jak najbardziej uzasadniony – dowody na to będą zasypywać Was z każdej strony

PIERWSZE WRAŻENIE – OGROMNE LOTNISKO:

Lądując, podziwialiśmy przez szybę jeden z typowych obrazów Majorki – gaje oliwne. Po wejściu na lotnisko zaskoczył nas jego ogrom. To jeden z największych portów lotniczych w Europie, który w 2017 roku obsłużył 28 milionów pasażerów… Po przylocie rozpoczęliśmy standardowe przygotowania do wyjścia na miasto – rozdzielenie ściśniętego do granic możliwości bagażu podręcznego na dwie torby, odświeżenie po podróży, odebranie darmowych map z punktu informacji turystycznej i wizyta w wypożyczalni samochodów. Około godziny 14:00 zameldowaliśmy się w centrum miasta. Pierwszym punktem wizyty w Palmie był… konkretny obiad – słynna hiszpańska paella.

bty

CO ZOBACZYĆ W PALMIE PRZEZ JEDEN DZIEŃ?

Po pierwsze, zaparkujcie samochód w okolicy katedry La Seu, która jest najważniejszym zabytkiem w mieście. Zadbajcie o to, aby zobaczyć jej wnętrze (w odróżnieniu od nas…). Nie martwcie się o miejsce parkingowe – jest ich tam naprawdę sporo. Ceny za pozostawienie samochodu wraz z informacjami o poruszaniu się po wyspie znajdziecie w moim poprzednim wpisie

Katedra La Seu to najpopularniejszy zabytek na Majorce. Powstała w XIII wieku za sprawą Jakuba I w podziękowaniu za przetrwanie groźnego sztormu. Wcześniej mieścił się tam meczet. Prace nad katedrą rozpoczęto w 1306 roku i zakończono trzysta lat później. Będąc w środku, zwróćcie uwagę na największą rozetę na świecie. Składa się z 1236 szkiełek, które w czasie słonecznych dni tworzą niesamowitą grę świateł. Na początku XX wieku katedra zyskała nowy wygląd za sprawą żelaznego baldachimu symbolizującego koronę cierniową – wykonał go sam Antoni Gaudi. Cennymi elementami są też alabastrowe sarkofagi średniowiecznych władców Majorki i mural autorstwa Miquela Barcelo, przedstawiający biblijne rozmnożenie chleba i ryb. Jego powstanie wywołało oburzenie ze strony konserwatywnych katolików, którym nie spodobał się fakt, iż autor ceramicznych reliefów był agnostykiem (do tego stopnia, że dzieło odsłonięto podczas jego nieobecności). Informacje o godzinach zwiedzania i cenach biletów podano na oficjalnej stronie internetowej katedry.

Paseo Maritimo to słynna promenada przy porcie ze sporą ilością jachtów. Miejsce jest typowym bulwarem hiszpańskim, który charakteryzuje się wysypem palm, ławeczek i mieszkańców uprawiających jogging, jeżdżących na rolkach czy też na rowerze. Przylega do niego sporo knajpek, restauracji oraz klubów nocnych. Najpopularniejszym z nich jest trzypiętrowy Tito – na każdym poziomie oferuje inny rodzaj muzyki (godziny otwarcia: 23:00 – 6:00, z wyjątkiem środy i niedzieli, Avinguda de Gabriel Roca, 31, 07014 Palma). Jeśli ten opis niezbyt Was przekonuje, załączam link do wirtualnego spaceru po Tito’s Mallorca. Bilety nie należą do najtańszych. Na pocieszenie dodam, że w cenę wliczone są dwa drinki przy barze (40 euro). Wejściówki na poszczególne dni można zakupić tutaj

Almudaina – pierwotnie była to arabska cytadela. Jedyną pozostałością po niej jest kawałek muru z łukiem bramy, przez którą statki wpływały do twierdzy. Pozostała część pałacu królewskiego została wzniesiona w późniejszym czasie przez chrześcijańskich władców. Obecnie w budynku mieści się letnia rezydencja króla Hiszpanii. Obejrzeliśmy ją jedynie z zewnątrz. Dla zainteresowanych wnętrzem: wstęp 7 euro, studenci, seniorzy +65 oraz dzieci do 5 lat płacą 4 euro. Wizyty możliwe są w okresie kwiecień – wrzesień, od wtorku do niedzieli w godzinach 10:00 – 19:00, w pozostałe miesiące od 10:00 do 18:00). Darmowe zwiedzanie: 18 maja (Międzynarodowy Dzień Muzeów), 12 października (Święto Narodowe Hiszpanii, w godzinach 15:00 – 18:00 od października do marca i 17:00 – 20:00 od kwietnia do września). W pobliżu pałacu znajdują się też ogrody królewskie (S’Hort el Rei) i słynna rzeźba Joana Miró, która przedstawia… jajo. Jedna z legend głosi, że dotknięcie dzieła katalońskiego artysty zapewnia nadzwyczajną płodność. Proszę więc o samodzielne podjęcie decyzji czy rzeźba okaże się Waszym must see podczas spaceru po Palmie.

Almudaina i La Seu
Almudaina (po lewej) i katedra La Seu, autor: M. Furtschegger, Wikimedia,  licencja.

Łaźnie Arabskie to jedna z niewielu pamiątek po Maurach, która przetrwała do dnia dzisiejszego. Mieści się na dachu prywatnego pałacu. Zwiedzającym udostępniono m.in. salę ze sporą kopułą, przez którą wpadające światło słoneczne rozgrzewało wodę w zbiorniku do kąpieli. Wstęp: 2 euro,  otwarte codziennie od 9:00 do 19:00 w okresie kwiecień – wrzesień (w pozostałe miesiące od 9:00 do 17:30).

Ratusz miejski w Palmie mieści się w przepięknym XVI-wiecznym budynku. Zegar zajmujący jego centralną część jest jeszcze starszy (1368). Będąc tam, spójrzcie w górę – jego dach podtrzymują figury kariatyd i atlasów. Prawdopodobnie drewniany gzyms jest dziełem jednego ze stolarzy okrętowych.

bty

Obok siedziby władz miasta sporo miejsca zajmuje 500-letnie drzewo oliwne. Pochodzi z miejscowości Pollenca – przesadzono je stamtąd w 1999 roku. Mimo konkretnego wieku nadal owocuje (pod koniec listopada).

bty

W pobliżu ratusza znajduje się kościół Świętej Eulalii, będący świadkiem wielu ważnych wydarzeń w historii miasta. Jednym z nich jest bunt rolników przeciwko uprzywilejowanej klasie za czasów Królestwa Majorki, a także powstanie chłopskie w 1391 roku i atak na dzielnicę żydowską. Wielu Żydów nie przeżyło, niektórzy zdołali uciec do Afryki, jeszcze inni szukali ratunku, „nawracając się” na chrześcijaństwo właśnie w tym kościele.

Warto dodać kilka słów o Eulalii, której kult jest i był bardzo popularny w Katalonii. Dziewczynka (dosłownie – w momencie śmierci miała 13 lat) żyła na przełomie III i IV wieku. Zginęła śmiercią męczeńską podczas prześladowań chrześcijan za czasów Dioklecjana. Eulalia nie chciała odrzucić chrześcijaństwa, przez co spotkała ją surowa kara. Zgodnie z legendą, Rzymianie poddali jej ciało 13 torturom, które zniosła zadziwiająco dobrze. Zamknięto ją w beczce z nożami i staczano w dół ulicy, odcięto jej piersi i ukrzyżowano na belkach tworzących literę X. Po wielu cierpieniach Rzymianie odebrali jej życie przez dekapitację (oddzielenie głowy od reszty ciała). Legenda głosi, że w momencie ścięcia z szyi dziewczyny wyleciała gołębica.

bty

Parlament Balearów – kiedyś mieściło się tam kasyno. Właściwie to budynek nie miał nic wspólnego z hazardem (poza nazwą). Od samego początku był miejscem spotkań ważnych osobistości, w którym toczyły się dyskusje na temat polityki i gospodarki wyspy. Sąsiaduje z nim Palau March, który powstał dzięki pewnemu miliarderowi. Nieprzypadkowo obrał sobie takie miejsce na jego powstanie. Wielokrotnie prowokował śmietankę towarzyską spotykającą się w dawnym kasynie, która nie chciała włączyć go do swojego grona z powodu zajęcia, jakim trudnił się w młodości. Juan March rozpoczął karierę od wypasu świń. Z czasem stał się najbogatszym człowiekiem w Hiszpanii (oczywiście wspomniana praca nie zapewniła tak pokaźnego majątku – March inwestował w przemysł tytoniowy między Walencją a północną Afryką). Obecnie mieści się tam galeria sztuki z obrazami takich artystów jak Salvador Dali czy Henry Moore (wstęp 4,50 euro, kwiecień – październik od poniedziałku do piątku w godzinach 10:00 – 18:30, w pozostałe miesiące do 14:00). 

bdr

W siedzibie banku Caixa Forum Palma w przeszłości mieścił się Grand Hotel. Warto przyjrzeć mu się z bliska – to najpiękniejszy budynek secesyjny w mieście. Obecnie znajduje się tam galeria sztuki malarza Camarasy. Uprzedzam, że próby uwiecznienia go na zdjęciu mogą okazać się porażką (budynku, nie malarza – choć pewnie nie łatwo też o zdjęcie artysty). Siedzibę Caixa Forum zasłaniają drzewa zasypujące Palmę z każdej strony.

bdr

Passeig des Born – aleja łącząca Plac Króla Joan Caries z Placem Królowej, której granicę wyznaczają dwa sfinksy. Przylegają do niej ekskluzywne sklepy, bary, restauracje i drzewa bananowca. Kolejną słynną ulicą jest La Rambla. Dawniej spacer nią był troszkę utrudniony – znajdowało się tam koryto rzeki.

Dla osób dysponujących większą ilością czasu:

  • Mercat Olivar – słynna hala targowa w Palmie, oferująca najświeższe produkty. To przede wszystkim warzywa, owoce, mięso, ryby i ciasta. Znajdziecie tam również kilka miejsc z hiszpańskim tapas (godziny otwarcia: 7:00 – 14:30 od poniedziałku do czwartku oraz od 7:00 do 20:00 w piątki i soboty).
  • Skorzystajcie z zabytkowego pociągu, który przeniesie Was z Palmy do Soller, po drodze pokonując tunele wykute w skale. Rozkład jazdy znajdziecie na oficjalnej stronie internetowej kolei Soller. Pociąg odjeżdża ze stacji Eusebio Estada w Palmie, naprzeciwko Placa d’Espanya i kursuje kilka razy dziennie.

Po spacerze w Palmie obraliśmy kolejny kierunek – Alaró. Była to doskonała baza wypadowa podczas krótkich wakacji. Kolejne dwa dni były równie udane. Odwiedziliśmy przepiękne miasteczko o nazwie Valldemossa. Wypróbowaliśmy zawiłe drogi prowadzące do Sa Calobra, byliśmy w Soller, Alcudii i Cap de Formentor. Znaleźliśmy też kilka godzin na kąpiel w turkusowej wodzie. Więcej informacji o poszczególnych miejscach wkrótce pojawi się w kolejnych wpisach. Zapraszam!

bty

Majorka w 3 dni – plan podróży i informacje praktyczne

Majorka – wyspa wchodząca w skład Balearów, kształtem przypominająca kraj, do którego należy. Na konturach granic podobieństwa się jednak nie kończą. To, jak wiele ma do zaoferowania Hiszpania jest kolejną wspólną cechą tego kraju i wyspy. Sto osiemdziesiąt przepięknych plaż i turkusowy kolor wody, w której odbijają się zacumowane luksusowe jachty to główne skojarzenie z Majorką. Niemniej popularne jest łączenie tego miejsca z konkretnymi imprezami Anglików. Co ciekawe, jest to również idealna destynacja turystyczna dla niemieckich emerytów. Nasi zachodni sąsiedzi odwiedzają ją tak licznie, że wyspa od dłuższego czasu nazywana jest siedemnastym landem. 

TROCHĘ HISTORII:

Zanim wyspę podbili turyści, Majorka znajdowała się pod władaniem Fenicjan (około 1000 roku p.n.e.). W późniejszym czasie przejęli ją Grecy, którzy nadali jej pierwszą nazwę – Ballein. Geneza wywodzi się od słynnych balerinek, które się tam produkuje tamtejszych strzelaczy z procy, którzy brali udział w wojnach punickich. Z biegiem czasu przyszła pora na sprawowanie rządów przez Rzymian. Najpiękniejszą pamiątką po nich jest dzisiejsza stolica wyspy oraz Alcudia ze starożytnymi ruinami i murami obronnymi.

IMG_20180804_125646
Niepohamowane szczęście na twarzach towarzyszy, którzy w 40 stopniach zwiedzali ze mną rzymskie ruiny

Swoje pięć minut na Majorce mieli też Wandalowie i Wizygoci, dzięki którym powstało sporo kościołów katolickich. Po nich przyszła kolej na Arabów. Akurat w tym przypadku nie można powiedzieć, że mieli oni swoje pięć minut, bo zasiedzieli się na wyspie troszkę dłużej. Trzy wieki ich panowania poskutkowały wspaniałą architekturą w wielu majorkańskich miastach, m.in. pałac Almudaina w Palmie. Przez kilkanaście lat Majorka była samodzielnym królestwem (1276-1349), po czym stała się własnością Aragonii i Hiszpanii. Wyspa od zawsze interesowała przybyszy z całego świata. Nie obyło się też bez piratów. Aby uniknąć pustoszenia przez nich tamtejszych miejscowości, coraz częściej zakładano miasta w głębi lądu.

PALMA DE MALLORCA
„Pięć minut” Arabów zostawiło po sobie wiele przepięknych śladów w architekturze

Warto dodać, że po sekularyzacji klasztoru Kartuzów w Valldemossie dawne cele braci przekształcono w mieszkania do wynajęcia. Z takiej oferty skorzystał Fryderyk Chopin. Kompozytor mieszkał tam wraz ze swoją dziewczyną George Sand (zima 1838/1839). Właściwie to nie do końca mieszkali oni razem – posiadali osobne cele. Francuska pisarka była bardzo wyemancypowana jak na tamte czasy. Paliła cygara, nosiła spodnie, często przeklinała i była o sześć lat starsza od Fryderyka. To wszystko nie podobało się katolickiej rodzinie Chopina. Odległa Majorka okazała się idealnym miejscem, aby uciec od ich sprzeciwu. Niestety, miejsce raczej nie przyniosło im szczęścia. Rozwinięcie tego wątku pojawi się we wpisie o Valldemossie.

chopin i george sand
Nieco przerażające upamiętnienie Fryderyka i George. Na szczęście to nie jedyna pamiątka po nich w klasztorze – poza ogromnymi posągami funkcjonuje tam również Muzeum Chopina.

Nie rozumiem jak ktoś mógłby nazwać Majorkę Wyspą Spokoju (chyba, że byłaby to osoba w konkretnym stanie nieważkości – choć i to wydaje się być nieprawdopodobne). Właśnie takie miano posiadała jeszcze przed II wojną światową. Po 1945 roku nazwa była coraz bardziej nietrafiona. Po podbojach Fenicjan, Greków, Rzymian, Arabów i Hiszpanów Majorkę zagarnęła turystyka masowa. Aby lepiej zobrazować obecne zainteresowanie tym miejscem dodam, że na 600 tysięcy mieszkańców przypada 8 milionów turystów. Niemniej jednak, poznawanie Majorki nie było przedzieraniem się przez tłumy, które jest bardzo powszechne o tej porze roku w Rzymie czy też Paryżu. Wiadomo, nie czułam się jak rozbitek na bezludnej wyspie i nazwanie jej spokojną wydaje mi się mocno przesadzone. Nie oberwałam jednak kijem od selfie, o co nietrudno latem w popularnych europejskich stolicach. Omijając najpopularniejsze kurorty i znane plaże raczej nie odczujecie obecności 8 milionów turystów. Widząc statystyki przyjazdów w celach turystycznych chyba bardziej prawdopodobne wydawało mi się pisanie pracy magisterskiej na Majorce przez moją siostrę od tamtejszych pustych uliczek, a tu proszę…

JAK DOSTAĆ SIĘ NA WYSPĘ I NIE WYDAĆ FORTUNY NA BILETY?

Wbrew pozorom, jest to możliwe i wykonalne. Trzeba tylko pokombinować i przesunąć wygodę podróży na drugi plan. O ile promocje z polskich miast nie powalają na kolana i nie trafiają się zbyt często (Ryannair: Warszawa Modlin, Wrocław Strachowice, Kraków Balice) to ceny za loty u naszych zachodnich sąsiadów same się proszą o wypad na Baleary. Bilety z berlińskiego portu lotniczego Tegel czy też Schonefeld można nabyć już od 86 złotych w dwie strony. Dodam, że Flix Busem dojedziecie wprost pod same drzwi tego drugiego lotniska – już bliżej się nie da. No chyba, że w przyszłości utworzą przystanek na terminalu. Postarajcie się o miejscówki kilka miesięcy wcześniej – gwarantuje, że zapłacicie za nie grosze! Jeżeli obudzicie się zbyt późno to tragedii i tak nie będzie (zakup biletów u nas odbył się na ostatnią minutę – zapłaciliśmy 69zł w jedną stronę). W szukaniu najodpowiedniejszych i najtańszych biletów lotniczych polecam tradycyjnie internetową wyszukiwarkę Esky. Być może podróż nie należała do najwygodniejszych (8 godzin drzemki w autobusie i 3 godziny oczekiwania na lotnisku przy kawie), ale naprawdę warto było trochę się pomęczyć i zapłacić niewiele. Oczywiście drugą opcją jest dojazd do Berlina własnym samochodem i pozostawienie go na jednym z pobliskich (i niedrogich) parkingów przy wybranym porcie lotniczym (w linku zamieszczam jeden z nich).

DCIM101GOPROGOPR1308.
Guten Morgen i te sprawy – po przylocie z Palmy postanowiliśmy wrócić do Gdańska późniejszym autobusem i spędzić 10h w Berlinie – oczywiście niedługo wjedzie relacja

WYPOŻYCZANIE SAMOCHODU I PORUSZANIE SIĘ PO MAJORCE:

Przestrzeń wyspy pokrywają surowe góry Tramuntana, uwielbiające komplikować życie kierowcom. Poza mieszkańcami przyzwyczajonymi do zawiłych serpentyn, nie lada wyzwanie stoi przed bliskimi zawału turystami w wypożyczonych samochodach. Jeśli ktoś kojarzy tamtejsze ulice rozciągające się nad przepaścią i zasady tam panujące (wąskie drogi niepozwalające na mijanie się aut – cofa ten, kto ulegnie spojrzeniu i cierpliwości kierowcy z naprzeciwka) to z pewnością podejmie decyzję o inwestycji w solidne ubezpieczenie. Mimo wszystko, poruszanie się samochodem po Majorce to najlepsze (i najciekawsze) rozwiązanie. Pozwoli Wam zaoszczędzić sporo czasu i zobaczyć znacznie więcej niż w przypadku korzystania z transportu publicznego. Jeśli znajdziecie jakiegoś szaleńca, który zgodzi się być kierowcą to macie problem z głowy.

Wyspa nie należy do tanich destynacji turystycznych ale koszt wynajęcia pojazdu nie będzie przerażający. Skorzystaliśmy z usług Enterprise, mającego swoją siedzibę na lotnisku w Palmie. Samochód zarezerwowaliśmy przez Internet jeszcze przed wyjazdem (na stronie rentalcars). Ceny w wypożyczalniach rozpoczynają się już od 45 zł/dzień. Dostaliśmy bardziej wypasiony i większy wóz w tej samej cenie. Nie okazał się jednak trafnym prezentem, wspominając wąskie dróżki nad przepaścią…

GOPR1204_Moment

GPS to usługa, która jest dodatkowo płatna. Poruszając się z Google Maps czy też Here We Go (darmowa aplikacja) wcale nie musicie wypożyczać nawigacji z wypożyczalni. Dokupiliśmy kompletne i drogie ubezpieczenie (20 euro/dzień). Generalnie wszystkie pojazdy posiadają podstawową ochronę, ale pracownik wypożyczalni streszczający nam zalety dodatkowej asekuracji był bardzo przekonujący. Stwierdziliśmy więc, że chcemy się ubezpieczyć na wypadek zagłady świata i wszystkich innych nieszczęść, które nie spotkały nas przez całe życie ale z pewnością nadejdą podczas trzech dni na Majorce. Niemniej jednak przyznaję, że kupiliśmy sobie tak naprawdę święty spokój. O ile takie coś być może nie jest Wam potrzebne to z pewnością warto zadbać o ubezpieczenie wkładu własnego – niemałej kwoty, którą wypożyczalnia zamraża na koncie podczas udostępniania samochodu i pobiera w razie jego uszkodzenia. W momencie jej zabezpieczenia środki pozostaną na Waszym koncie. Po szczegóły odsyłam na strony internetowe wybranych przez Was wypożyczalni.

Pamiętajcie, że cena za wynajem samochodu przez kierowcę, który ukończył 30 rok życia jest niższa niż w przypadku młodszego szofera. Można też dokupić zgodę na drugiego kierowcę. Jest to bardzo kosztowne i zupełnie niepotrzebne – tak twierdzi pracownik wypożyczalni, który delikatnie nam to zasugerował. Decyzja należy jednak do Was.

Parkingi: Koszt pozostawienia samochodu w odwiedzonych przez nas miejscach wahał się od 0,60 euro do 2,50 euro za godzinę. W przypadku skorzystania z parkingu w Valldemossie otrzymaliśmy niewielką zniżkę na wstęp do klasztoru Kartuzów (1,50 euro – to już pół piwa jakieś lody, jakby nie było). Kolejna dobra wiadomość – zazwyczaj nie płaci się za godziny w czasie siesty (14:00 – 16:00). Białe linie na ulicach oznaczają darmowe miejsca parkingowe, niebieskie – płatne, żółte – spory mandat jeśli pozostawimy tam auto.

GDZIE NOCOWAĆ?

Dysponowanie samochodem pomoże Wam w znalezieniu tańszego hotelu w mniej turystycznych i tańszych miejscowościach. Za nocleg zapłaciliśmy niemało ale była to najtańsza opcja na jaką mogliśmy się zdecydować. Ceny poza sezonem spodobałyby się nam bardziej (Majorkę odwiedziliśmy w sierpniu). Mimo, że nasz hotel nie należał do najtańszych to szczerze go polecam – Ca’ n Beia Suites w miejscowości Alaró (w cenę wliczono pyszne śniadania). Rezerwując pobyt poprzez ten link otrzymacie 50 złotych w prezencie na Wasze konto (po zakończeniu pobytu). Za skorzystanie z mojego linku pieniądze wpłyną również do mnie, za co z góry dziękuję! Nocując w miejscowości Alaró możecie zostawić samochód na bezpłatnym parkingu przy Parque de San Tugores. Znalezienie wolnego kawałka nie należało do łatwych zadań w sezonie, ale zawsze jakoś się udawało. 

CO ZJEŚĆ I WYPIĆ, BĘDĄC NA MAJORCE? Z góry uprzedzam, że to nie wszystkie typowe dania i alkohole na wyspie (nie chciałam dobić tym wpisem do kilometra). Jeśli uważacie, że brakuje tu czegoś istotnego to koniecznie dajcie znać w komentarzach!

  • Ensaimada – coś pomiędzy ciastem drożdżowym a francuskim, ułożone w charakterystycznego ślimaka. To chyba najbardziej znany element majorkańskiej kuchni, który zazwyczaj jada się tam na śniadanie. Skład? Jajka, mąka, cukier, woda oraz… saim – smalec wieprzowy.
  • Pa amboli – bagietka oblana oliwą zdaje się być średnim daniem sztandarowym wyspy, ale nie ma nic wspólnego z biedronkową buła z paczki! Polecam zamawiać je z oliwkami, sobrassadą (suszoną kiełbasą) lub z owocami morza.
  • Coca – imprezownia impezownią, ale coca to tylko słodkie i puszyste ciastko z dodatkami (sardynki, rodzynki, wędliny – oczywiście składniki te nie są łączone).
  • Frit mallorquin – jeden wielki misz masz, który – o dziwo… był dobry. W skrócie: ziemniaki smażone na oliwie z dodatkiem podrobów wieprzowych lub jagnięcych. Dorzuca się do tego czerwoną paprykę, cebulę i doprawia czosnkiem, goździkiem lub cynamonem.
  • Sangria – tego specyfiku chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Może i nie jest typowa dla Majorki ale wybierając się do Hiszpanii korzystajcie z okazji i zamawiajcie w czasie upałów wino z owocami.
  • Aros Brut w dosłownym tłumaczeniu oznacza brudny ryż i przypomina hiszpańską paellę. Jest to ryż z dodatkiem szafranu, mięsem królika i warzywami.
  • Tombet –  bakłażany, pomidory, ziemniaki i czerwona papryka, które podsmaża się na oliwie z oliwek. Częstym dodatkiem jest czosnek lub pietruszka.
  • Tunel – wspomaga imprezę, trawienie i przemianę materii. Jest to najpopularniejszy likier na wyspie. Jego podstawowymi składnikami są: tymianek, mięta i anyż.

JAKIE MIEJSCA ODWIEDZIĆ PODCZAS KRÓTKIEGO WYPADU?

Nasz pobyt na Majorce trwał zaledwie 3 dni (czwarty dzień przeznaczyliśmy na poznanie Berlina, zaraz po przylocie z Palmy). Mając tak niewiele czasu aż chciałoby się zacytować staropolskie „Szału nie ma, d*py nie urywa”, ale przy dobrym planie tyle dni wystarczy na poznanie kilku interesujących miejsc. Proponuję zaplanować trasę jeszcze przed wyjazdem lub skorzystać z naszego planu:

Dzień I: Palma De Mallorca

Dzień II: Valldemossa + Sa Calobra + Soller

Dzień III: Alcudia + Cap de Formentor + plaża

Więcej informacji na temat poszczególnych miejscowości pojawi się w kolejnych wpisach. W międzyczasie proponuję rozpocząć polowanie na tanie bilety i odliczanie do znalezienia się w raju… Być może nie do końca będzie to paradise dla kierowców, ale widoki z trasy i adrenalinka tworząca się przy pokonywaniu majorkańskich serpentyn z pewnością na długo pozostanie w pamięci każdego… 

Jezioro Como w 1 dzień: Lecco, Varenna, Bellagio

Podziwianie alpejskich szczytów, rejs po włoskim jeziorze, przepiękne wille, klimatyczne uliczki, niesamowite zabytki architektury, najsmaczniejsze lody na świecie – za grubo na jeden weekend? Tak właśnie może wyglądać Wasz koniec tygodnia, o czym przekonacie się, czytając dzisiejszy wpis. Proponuję Wam weekendowy wypad do Włoch: jednodniowy wypoczynek nad jeziorem Como w połączeniu z jednodniowym zwiedzaniem Bergamo. O tym, jak dostać się do Lombardii i co zobaczyć w Bergamo przeczytacie w moim poprzednim wpisie (klikając tutaj).

JEZIORO COMO – HOLLYWOOD NA WAKACJACH:

Przepiękne widoki nad najgłębszym alpejskim jeziorem sprawiły, że tamtejsze miejscowości wiele razy pojawiały się w znakomitych produkcjach filmowych. Przykładem może być Willa Balbianelli, którą zobaczycie w Casino Royale i Gwiezdnych Wojnach. Jezioro Como odwiedzała wiele razy Angelina Jolie i Brad Pitt. Przy odrobinie szczęścia można ich spotkać, choć już nie w tym samym składzie. Stałym bywalcem w tamtych rejonach był też Napoleon, Winston Churchill, Alfred Hitchcock, Frank Sinatra oraz Greta Garbo. Alpejskie miasteczka nad jeziorem Como upodobał sobie również Matt Damon, Catherine Zeta-Jones, Robert De Niro, Bruce Springsten i Donatella Versace. Na odważniejszy krok zdecydował się George Clooney, który wraz z Bradem Pitt zagrał w filmie Ocean’s Twelve, którego sceny kręcono właśnie w Lombardii. To miejsce spodobało mu się wtedy tak bardzo, że postanowił sprawić sobie tamtejszą willę Oleandra. Letnie rezydencje nad jeziorem Como posiada też Madonna i Sylvester Stallone. Mimo licznych zaproszeń z ich strony i sfrustrowania naszą odmową musieliśmy odpuścić. Mieliśmy przecież bardzo ambitny plan: Lecco, Varenna i Bellagio w jeden dzień.

Lagodicomo (1)
Jezioro Como kształtem przypomina odwróconą literę Y, źródło: Wikimedia,  domena publiczna

DOJAZD NAD JEZIORO COMO: 

Są dwie opcje. Pierwsza – wynajęcie samochodu (który możesz zarezerwować tutaj). Mimo, że pierwszy pomysł wydaje się najwygodniejszy i niedrogi, postanowiliśmy skorzystać z opcji numer dwa: pociąg. Dokonanie wyboru ułatwiły nam dopłaty za wypożyczenie auta w przypadku kierowcy, który nie skończył 26 roku życia i obserwacja tamtejszego ruchu samochodowego (czyt. dostawczaki jeżdżące po najwęższych uliczkach w mieście). Najdogodniejsze dla siebie połączenia możecie znaleźć na stronie przewoźnika trenitalia lub w wyszukiwarce połączeń goeuro. Ile czasu zajmuje taka podróż?

  • Bergamo – Lecco: 40 minut,
  • Lecco – Varenna (przystanek Varenna Esino): 21 minut.
  • Przesiadka w Lecco i oczekiwanie na pociąg do Varenny trwa zazwyczaj 14 minut.

IMG_20180608_125136

Bilet w dwie strony z Bergamo do Varenny (z przesiadką w Lecco) kosztował 11 euro.  Kupiliśmy je w kasie na dworcu kolejowym w Bergamo. Możecie je również nabyć w tamtejszych automatach czy też przez Internet (trenitalia.it). Na tablicy z informacją o naszym kierunku pojawił się peron 1 z dodatkowym opisem. W późniejszym czasie –  i na szczęście nie za późno – zdaliśmy sobie sprawę z tego, że był on bardzo istotny. Okazuje się, że pociąg do Lecco odjeżdża z peronu pierwszego, który położony jest za budynkiem dworca – wychodząc na perony od razu kierujcie się na prawo, wzdłuż budynku dworca. Po chwili zobaczycie dodatkowy tor, z którego odjeżdża Wasz pociąg. Pamiętajcie o skasowaniu biletu w kasowniku na dworcu przed wejściem do pociągu! Możecie zapomnieć o skasowaniu w przypadku biletu zakupionego przez Internet na konkretną godzinę lub z wyznaczoną miejscówką. Godziny podróży trenitalia w Lombardii są elastyczne – zakupiony bilet jest ważny do trzech godzin od skasowania (na odległość 50 km). Postanowiliśmy skorzystać z takiego rozwiązania i zrobić sobie dłuższy przystanek w pierwszej miejscowości:


LECCO

Po wysiadce na dworcu będziecie mieć spore wątpliwości co do tego, czy warto tam cokolwiek zobaczyć, ale po przejściu na drugą stronę budynku i 15 minutach spaceru w kierunku wieży przekonacie się na własne oczy, że to była dobra decyzja.

IMG_20180608_125302
i już wiadomo gdzie znajduje się główny plac w mieście

Na to miasteczko zarezerwowaliśmy sobie jakąś godzinę. Proponuję kierować się w stronę wież kościelnych i dzwonnic, gdzie zazwyczaj mieści się plac główny. Wieża, którą można zobaczyć już po wyjściu z dworca należy do Bazyliki Świętego Mikołaja. Jego relikwie przetransportowano z Myry (obecnie: Demre w południowej Turcji) do Bari (południe Italii), gdzie wzniesiono też katedrę pod jego wezwaniem. Mimo, że za miasto Świętego Mikołaja uważa się wspomniane Bari, to często można się spotkać ze wspomnieniem jego osoby w całych Włoszech.

Pierwsze wzmianki o Bazylice San Nicoló pochodzą z VII wieku. 500 lat później świątynię przebudowano, nadając jej styl romański. Należąca do niego dzwonnica liczy 96 metrów wysokości. Jak sama nazwa wskazuje, mieści w sobie dzwony, a dokładniej – dziewięć dzwonów.

IMG_20180608_133621

W 2013 roku Lecco zdobyło tytuł Alpejskiego Miasta Roku. Oprócz gromadki turystów, tę miejscowość docenił znacznie wcześniej Aleksander Mazzoni. Pisarz włoski sprezentował miastu najlepszą XIX-wieczną reklamę turystyczną w jednym ze swoich dzieł literackich – Narzeczeni (I promessi sposi). Mazzoni urodził się w Milanie, ale w dzieciństwie wpadał często z rodzicami nad jezioro Como, stąd inspiracja lombardzkim Lecco. Równie ważną postacią dla miasteczka był Mario Cermenati – geolog i założyciel miejskiego muzeum. Postać Cermenatiego stoi na placu już od 1927 roku, choć nie jest to ten sam pomnik. Pierwotny posąg wykonano z brązu. Stopiono go podczas II wojny światowej żeby zasilić faszystowski budżet wojenny. W 1945 roku w jego miejscu pojawiła się marmurowa rzeźba, która do dziś stoi na Piazza Cermenati, tuż przy jeziorze.

Po wykwintnym śniadaniu nad brzegiem jeziora (bułka z serem), wróciliśmy na dworzec i ruszyliśmy do Varenny. Kolejny przystanek przyćmił Lecco… i to konkretnie. Usiądźcie w pociągu po lewej stronie – widoki będą znacznie lepsze.


VARENNA

Wysiadamy na przystanku Varenna-Esino. Wychodząc z dworca zobaczycie mnóstwo wskazówek, które podpowiadają jak dojść nad jezioro. Wiele osób twierdzi, że Varenna przypomina Cinque Terre. Zgadzam się w stu procentach. Znalazłam jednak zasadniczą różnicę pomiędzy tymi dwoma miejscami. Nie wiem, czy mieliśmy akurat szczęście, ale nie była ona tak zatłoczona jak wspomniane Cinque Terre. Po II wojnie światowej miasteczko zyskało popularność i stało się słynną destynacją turystyczną. Język niemiecki słyszy się tam na każdym kroku. Nic dziwnego, że przyciąga turystów jak magnes – restauracje serwujące znakomitą kuchnię włoską, hotele z najwyższej półki, przepiękne widoki, promenada Riva Grande, średniowieczny zamek di Vezio, rejsy po wodach Como oraz luksusowe wille z ogrodami sprawiły, że nie mogło być inaczej.

Kolejną zaletą jest też pogoda. Mimo, że Varenna usytuowana jest w sąsiedztwie Szwajcarii (znanej ze świetnych ośrodków narciarskich), temperatura w tym mieście nigdy nie spada poniżej zera. Potwierdza to występująca tam roślinność. Ciepły i przytulny krajobraz przełamuje widok na wody Como z promenady Riva Grande – Alpy otoczone jeziorem przypominają norweskie fiordy. Na zwiedzanie tego miasteczka w zupełności wystarczą Wam jakieś 4 godziny. Właśnie tyle czasu spędziliśmy w Varennie.

Pospacerujcie nad promenadą Riva Grande, zatrzymajcie się w tamtejszych lodziarniach, wpadnijcie na Piazza San Giorgio z zabytkowym trzynastowiecznym kościołem Świętego Jerzego. Jeśli komuś z Was nie przeszkadza 40-minutowy spacer pod górkę to proponuję zamek di Vezio (wstęp 4 euro – właściwie to budowla nie jest aż tak wielką atrakcją jak widoki, które możecie stamtąd podziwiać). Można też odwiedzić willę Cipresi (wstęp: 4 euro) oraz willę Monastero (wstęp do willi i ogrodów botanicznych 8 euro, wstęp obejmujący jedynie ogrody – 4 euro). Zwiedzanie możliwe jest od marca do listopada w godzinach 9:00 – 19:00. 

Pobujaliśmy się trochę po Varennie i po 4 godzinach przyszła pora na kolejne i ostatnie już miasteczko. Do Bellagio dostaliśmy się dzięki statkom, które kursują w sezonie. Istnieje też wygodniejsza (i oczywiście droższa) opcja przedostania się do sąsiednich miejscowości – skorzystanie z taxi boat. W cenie 100 euro możecie odbyć kurs z Varenny do Bellagio. Nie jest to opłata za osobę, ale za motorówkę. Jak widać, w przypadku większej liczby osób cena nie będzie tragiczna. Wybraliśmy jednak piętnastominutowy rejs statkiem. Bilety zakupiliśmy w okienku nad przystanią (9,20 euro/osoba/dwie strony, rozkład promów znajdziecie na stronie navigazionelaghi).


BELLAGIO

W trakcie rejsu z Varenny zobaczycie pierwszą atrakcję w okolicy – Punto Spartivento. To punkt, w którym łączą się trzy odnogi jeziora. Przy brzegu Como natraficie na wysyp restauracji, które oferują piękny widok podczas obiadu. Mimo, że Bellagio jest wymarzoną destynacją turystyczną dla bogatych emerytów niemieckich i gwiazd Hollywood to ceny za dania są naprawdę znośne. Przeglądając tamtejsze menu odniosłam wrażenie, że tyle samo zapłacilibyśmy za obiad w Bergamo (chodzi mi głównie o lokale oferujące menu dnia – tego właśnie szukajcie, to ratunek dla portfeli).

Co zobaczyć w Bellagio? A więc… Miasto posiada dwie równoległe aleje. Jedna z nich przylega do jeziora. Druga mieści się nieco wyżej – zaprowadzą Was do niej wciśnięte w klimatyczną uliczkę schody Serbelloni. Polecam też rzut okiem na willę Gotica, która była kiedyś XIX-wiecznym kościołem anglikańskim. Można ją obejrzeć jedynie z zewnątrz, ponieważ obecnie jest ona… zwykłym budynkiem mieszkalnym. Patrząc na ten neogotycki budynek ze strzelistą wieżą ciężko wypchnąć z głowy skojarzenie, że mieszka w nim rodzina Adamsów.

IMG_20180608_182306

Tamtejsza romańska Bazylika San Giacomo to kościół, który wciąż jest świątynią, w odróżnieniu od Willi Gotica. Powstał na przełomie XI i XII wieku. Jego wygląd wielokrotnie ulegał zmianie – w XVII wieku ktoś wpadł nawet na pomysł stworzenia z niego świątyni barokowej. Dwieście lat później znów reprezentował styl romański. Wnętrze świątyni posiada wiele cennych zabytków. Jednym z nich jest rzeźba Chrystusa należąca do żołnierzy hiszpańskich. Zgodnie z legendą, zaginęła podczas powodzi i została odnaleziona przez miejscowych rybaków, którzy zanieśli ją do kościoła. Każdego roku podczas okresu wielkanocnego odbywają się tam procesje z jej udziałem.

Odwiedziliśmy też Willę Serbelloni, która jest jedynym hotelem pięciogwiazdkowym w Bellagio. Goście decydujący się na nocleg w tym miejscu na biedę raczej nie narzekają, a ewentualny problem ciężkiego portfela na wakacjach rozwiązują sklepy Armaniego, Versace i Dolce&Gabbana. Willa powstała w 1566 roku. Jeden z właścicieli – książę Serbelloni – wpompował w nią niemałe pieniądze (a konkretniej – w ogród). Gościła wiele ważnych osobistości, m.in. Leonarda da Vinci i cesarza Massimiliana I.

Kolejną dobrą miejscówką jest restauracja La Pergola (Pescallo Piazza del Porto 4), posiadająca kawałek plaży z dala od tłumów.

Piękne kamienice sprawiają, że ciężko uwierzyć w niewielką rybacką wioskę, którą było kiedyś Bellagio. Pocztówkowe widoki znajdziecie nad jeziorem Como na każdym kroku. Przejdźcie się wzdłuż promenady, zatrzymajcie się w jednej z restauracji z widokiem na Alpy i odwiedźcie willę Melzi (na którą zabrakło nam czasu).

Kolejna zaleta Bellagio: idealny plener do romantycznych zdjęć:

PODSUMOWUJĄC:

Ciężko wymienić konkretne miejsca, które warto zobaczyć po przyjeździe do Lecco, Varenny czy Bellagio – miasteczka są atrakcją samą w sobie. Ich piękno nieraz docenili producenci filmowi i gwiazdy Hollywood, które zakochały się w tych stronach tak bardzo, że kupiły w nich letnie rezydencje. Wille, palmy, woda, góry – to wszystko znajdziecie nad jeziorem Como. Pobliski port lotniczy w Bergamo ułatwia sprawę – to miejsce jest wprost na wyciągnięcie ręki!