O czym warto wiedzieć przed wyjazdem na Kubę?

Pora na kilka rad i praktycznych wskazówek, które pozwolą Wam nacieszyć się pobytem na wyspie bez rozczarowań. Mimo, że spontaniczny wypad do tego kraju również należałby do udanych, zachęcam Was do przygotowania się przed podróżą – szkoda byłoby nie wykorzystać wyjazdu do granic możliwości. O czym warto wiedzieć i czego się spodziewać? 

#1 NA KUBIE JEST BEZPIECZNIE. 

Niezależnie od tego, w którym kraju przebywamy należy zachować zdrowy rozsądek. Niemniej jednak, na Kubie czułyśmy się bardzo bezpiecznie. Mogłyśmy robić zdjęcia, wyjmując telefon na każdym kroku. Nie w każdym kraju Ameryki Łacińskiej poczujecie taki komfort. Niespotykane było dla mnie zostawianie torebek przy wejściu do większych supermarketów. Nie można wejść z nimi do środka – ułożono je na półce przy drzwiach i nigdy nic się z nimi nie działo. Takie zasady w sklepach świadczą o sporym zaufaniu do społeczeństwa… Dodam też, że nieraz wracałyśmy do naszych miejsc noclegowych o późnej porze. Może było to zwykłe szczęście, ale nie spotkałyśmy się z żadną nieprzyjemną sytuacją.

IMG_20190201_140827
To jedne z nielicznych niebezpieczeństw na Kubie – lepiej patrzeć pod nogi 😉

 #2 KŁAMCZUSZKI NA KUBIE. 

Turystyka na Kubie jest w fazie rozkwitu i coraz częściej reperuje kieszenie Kubańczyków. Przy marnych 20 dolarach miesięcznej wypłaty podejmują próby wyłudzania pieniędzy od przyjezdnych na wszelkie możliwe sposoby. Pomyłki przy wydawaniu reszty w innej walucie, które sprawiają, że płacicie za coś 25 razy drożej? No cóż, zdarza się… 

Tańsze cygara po znajomości od przyjaciela, którego ojciec pracuje w fabryce? Odpuśćcie, jeśli zależy Wam na oryginalnych. Wyłudzanie za nie pieniędzy na Kubie to temat rzeka. Skrócę go do jednej historii, jaka przytrafiła nam się pierwszego dnia. Zagaduje nas młody uśmiechnięty Pan, zalewając pytaniami. Niespostrzeżenie wyciąga informację, że to nasz pierwszy dzień na Kubie. Życzy udanego urlopu i zasypuje dobrymi radami. Jedną z nich jest kupno cygar. Pamiętajcie, kupujcie je tylko w fabryce albo na plantacji. No chyba, że…. w Casa Cooperativa. Jest taka promocja raz w roku przez tydzień, za chwilę zamykają to miejsce. 

To była jedna z setek informacji, które nam przekazał. Podziękowałyśmy i kontynuowałyśmy spacer, który 20 minut później przerwała pewna Pani. Hej! Pamiętam Was z lotniska, widziałam Was wczoraj! W skrócie – info od kolegi dotyczące naszego pierwszego dnia na Kubie przeszło. znów ta sama śpiewka o radach i propozycja odprowadzenia nas do Casa Cooperativa. A co tam, możemy wstąpić. Co się okazało? Odprowadziła nas do zwykłego domu, po którym biegały sobie kurki, a lokatorzy – najwyraźniej przyzwyczajeni do wizyt turystów – spokojnie kontynuowali sobie wieszanie prania. W pokoju wystawiono oryginalne paczki cygar po zawyżonych cenach, podanych jako promocyjne. Założę się, że te na sprzedaż nie miały nic wspólnego z oryginałem. Podziękowałyśmy za możliwość obejrzenia towaru, kierując się do wyjścia. Dziewczyna pożegnała nas słowami it’s ok, zdobywając się nawet na uśmiech. Najwyraźniej jeden stracony klient to nic takiego. Gdyby znaleźli choć jednego naiwniaka na miesiąc to i tak mają z tego dobry biznes.

Jak to nie chcecie śniadania? Przecież to najważniejszy posiłek dnia i trzeba go jeść! – powtarzały właścicielki domu, w którym się zatrzymałyśmy. Owszem, trzeba. Niemniej jednak, odpuszczenie go sobie przed wyjazdem pozwoliło nam zaoszczędzić 7 dolarów. Jego brak raczej nie odbił się na naszym zdrowiu. Inne zdanie na ten temat miały wspomniane panie domu.

img_20190120_102326-1 (1)
Choć trzeba przyznać, że to śniadanie było konkretne

Jedziecie do Vinales z nieznanym taksówkarzem? Chicas, opamiętajcie się! Powtarzały zawzięte gospodynie z Hawany. Próbowały nam wcisnąć swojego kierowcę w cenie 120CUC, podczas gdy na mieście znalazłyśmy podwózkę za 80CUC. Ciekawie było też w Playa Larga, z której można dojechać do Cienfuegos za 30 CUC. Szanowny Pan taksówkarz stwierdził, że najwyraźniej przesłyszałyśmy się w trakcie uzgodnień i prosił o nieco więcej – 70CUC. Kiedy zamotał się z argumentem najwidoczniej się nie zrozumieliśmy, rozpoczął próby z kolejnym – równie dobrym. Okazało się, że godzina zamówionej taksówki jest dla niego nieodpowiednia, dlatego kurs jest o wiele droższy. Podziękowałyśmy mu i zasięgnęłyśmy opinii u miłych Panów w melex’ach przy placu głównym. Zamówili dla nas taksówkę, potwierdzając słuszność naszych wymagań cenowych. Jakież było zdziwienie, kiedy podjechał po nas Pan proponujący wcześniej przejazd za 70CUC. Z uśmiechem przez zęby podwiózł mnie z dziewczynami po naszej cenie. Złota zasada na Kubie: targujcie się, zawsze.

3 (1)
Pamiątkowe zdjęcie we wspomnianej taksówce

Kiedy spotkacie się z wieloma oznakami rozkwitu turystyki na Kubie, a naciąganie i wyłudzanie pieniędzy przez niektórych Kubańczyków zacznie doprowadzać Was do szału, przypomnijcie sobie jak wygląda ich sytuacja w tym kraju (pensja 20 dolarów/miesiąc) Nie zachęcam do bycia ofiarą i rozdawania pieniędzy na prawo i lewo. Proponuję jedynie wczuć się w ich sytuację. I jak? Emocje troszkę opadły, prawda?

#3 KARTA TURYSTY I UBEZPIECZENIE.

Te rzeczy oficjalnie sprawdzają na lotnisku (nieoficjalnie: sprawdzono nam jedynie kartę turysty). Kartę turysty można zakupić w cenie 22 euro (gotówką) w Ambasadzie Kuby w Warszawie. Jeśli komuś nie po drodze do stolicy, w Internecie znajdziecie masę biur podróży w całej Polsce, które się tym zajmują. W niektórych biurach można załatwić ją sobie od ręki. Do wyrobienia potrzebne jest ksero paszportu ważnego co najmniej 6 miesięcy od wjazdu na Kubę, bilet lotniczy i adres pierwszego meldunku na Kubie. Należy też zadbać o ubezpieczenie (firmy ogarniające kartę turysty często proponują wszystko za jednym razem). Byle nie amerykańskie – takich na Kubie nie uznają… Kartę podzielono na dwie części – pierwszą zabierają Wam przy wjeździe na wyspę, a drugą przy wyjeździe.

Jeśli skorzystacie z usług Air Canada, otrzymacie kartę turysty gratis na pokładzie samolotu (w przypadku przesiadek zostanie Wam ona wręczona na ostatnim odcinku lotu). Nawet jeśli połowa pracowników lotniska wmawia Wam, że musicie ją mieć już przy pierwszym locie, to wcale tak nie jest. Wówczas zaproście ich przełożonego, który po sprawdzeniu tego faktu przyzna Wam rację (checked).

2

#4 DWIE WALUTY.

W tym kraju spotkacie się z dwoma rodzajami pieniędzy – peso cubano (CUP – kubańskie) oraz peso convertible (CUC – wymienialne). Przelicznik wygląda mniej więcej tak: 1 dolar amerykański = 1 CUC = 25 CUP. Obydwie waluty wymienicie jedynie na Kubie. Najlepiej zadbać o to na lotnisku, w kantorach (CADECA – casa de cambio) lub w bankach. W przypadku ostatniego miejsca dokładnie sprawdzają tam stan banknotów, które chcecie wymienić. Moje minimalnie naderwane 20 euro odrzucono kilka razy. Dodam też, że CUP można uzyskać jedynie z wymiany CUC. Na Kubę koniecznie przylećcie z Euro. Ze względu na średnie stosunki z USA, wymianę dolara amerykańskiego na CUC opodatkowano na 10% od kwoty całkowitej.

Kubańczycy zarabiają i płacą w peso cubano CUP, a turyści najczęściej w peso convertible CUC. Banknoty kubańskie CUP przedstawiają ludzi, a wymienialne CUC pomniki. Przed wyjazdem przeczytałam gdzieś, że patrząc na tamtejszy system polityczny pomniki zdają się mieć większą wartość od człowieka – to dobry sposób na zapamiętanie, która waluta jest na Kubie cenniejsza. CUP-ami zapłacicie w sklepach i w niektórych restauracjach, gdzie podano ceny w obu walutach. Za taksówki i wstępy do muzeum zapłacicie jedynie w CUC. No i najważniejsze: tamtejsze bankomaty nie akceptują większości kart z Europy, a terminale to niezwykle rzadki widok. Przygotujcie się na płatność jedynie gotówką!

1
Jedyny banknot, za który płaci się więcej – turyści zabierają go na pamiątkę, płacąc za niego 1 CUC

#5 INTERNET NA ZDRAPKI.

Aby uzyskać dostęp do Internetu należy udać się do placówek ETECSA, które sprzedają karty (na 1h lub 5h). Koszt zdrapki na godzinę wynosi 1 CUC (3,70zł). Miejscowi kupują tam karty telefoniczne, przez co często tworzą się konkretne kolejki. Ponoć w takich placówkach przy zakupie trzeba okazać paszport. Ponoć – my zaopatrzyłyśmy się w takie karty od koników poza sklepem. Zażyczyli sobie za nie 2 CUC. Aby połączyć się ze światem należy udać się do strefy Wi-Fi, którą odnajdziecie bardzo łatwo. Szukajcie skupiska ludzi wpatrzonych w telefony (ETECSA WiFi). Wystarczy usiąść w tym miejscu i wpisać login z hasłem (po jego ostrożnym zdrapaniu) podanym na karcie. Po zalogowaniu ukaże Wam się informacja o czasie, jaki pozostał do zużycia. Taka karta pozwala na wielokrotne korzystanie z Internetu, o ile nie przekroczy się wyznaczonego limitu czasu. Ważne, aby po korzystaniu wylogować się ze strony ETECSA. Przerwanie połączenia poprzez zwykłe wyłączenie sieci często pobrało nam minuty, które pozostały do wykorzystania na karcie. Czy Internet bez zdrapek w ogóle jest tam możliwy? A no jest – instruktor nurkowania mógł cieszyć się 3GB za jedyne 40 dolarów…

#6 CZEGO NIE MOŻE ZABRAKNĄĆ W WASZEJ WALIZCE?

Poza przejściówkami amerykańskimi (choć w wielu domach widziałam już oba typy wtyczek) zadbajcie o konkretną apteczkę. Tamtejsze punkty farmaceutyczne mogą Wam niewiele zaoferować. Inny klimat, jedzenie i lód w kostkach zwiększa ryzyko użyteczności leków. Pamiętajcie o środku przeciw komarom z deet, najlepiej Mugga. To bezinteresowne lokowanie produktu – nic nie poradzę na to, że jest najlepszy. Poza komarami występują tam pchły piaskowe (checheres), na które Mugga też pomoże. Możecie go kupić tutaj. Koszt wynosi 37,50zł – pewnie znajdziecie tańsze ale słabsze środki. Gdybyście zobaczyli moje pogryzienia gwarantuję, że zapłacilibyście za niego trzy razy tyle.

Spakujcie rozmówki polsko-hiszpańskie lub pobierzcie słownik offline. Z hiszpańskim było nam o wiele łatwiej, choć wyjazd bez niego nie jest niemożliwy! Znajomość języka sprawiła, że bariera między nami a miejscowymi zacierała się dość szybko. Zwiedzanie wyspy z rozmówkami lub aplikacją ze słownikiem będzie dla Was znacznie łatwiejsze! Poza słownikiem warto wgrać sobie na telefon kilka zdjęć Polski, a nawet naszą muzykę. Kiedy znajdziecie sobie miejscowego kompana do rumu to gwarantuję, że z chęcią zobaczy i posłucha jak i gdzie sobie żyjecie. Ze względu na to, że jestem psychofanką Lady Pank, cały świat poznał już Kryzysową Narzeczoną.

Półki w tamtejszych sklepach nie uginają się od towaru, zaś w Peweksie ugną Wam się jedynie kolana, kiedy spojrzycie na ceny. Proponuję więc spakować sporo ciastek i słodyczy –  o ile są one dla Was sensem życia, tak jak dla mnie. Wzięłyśmy też owsianki w  proszku i gorące kubki. Dzięki temu zaoszczędziłyśmy trochę na przeróżne atrakcje.

trinidad (1)
Ten moment podróży, w którym wjeżdżają zupki chińskie

#7 PREZENTY DLA MIEJSCOWYCH.

Warto znaleźć na nie miejsce w swojej walizce. Ze względu na to, że Kuba to jeden wielki powiew PRL-u, mieszkańcy ucieszą się z kosmetyków (głównie pasta do zębów), długopisów i kredek, żyletek do golenia, przypraw, lakierów do paznokci, biżuterii i słodyczy. Przeczytałam gdzieś, że warto wziąć części samochodowe. Trochę nie widzę siebie podróżującej z silnikiem, więc spakowałam jedynie pozostałe rzeczy. Obdarowaliśmy nimi gospodarzy, u których spaliśmy (nie wszystkich – w niektórych domach widać było, że się powodzi), taksówkarzy i osoby poznane na Maleconie. Miałam opory, żeby rozdawać mydło obcym ludziom. W końcu mogłaby to być dla nich jakaś aluzja… Niemniej jednak, cieszyli się z każdej rzeczy. Wielu osobom prezenty sprawiły radość, ale sporo z nich zdaje się to wykorzystywać. Szczególnie widać to w Trynidadzie – popularnym turystycznym mieście na Kubie. O ubrania i długopisy proszą nawet kelnerki. Jeśli nie podoba Wam się pomysł bycia Świętym Mikołajem, w Trynidadzie możecie wymienić przywiezione rzeczy na pamiątki.

#8 BEZTROSKIE KONTAKTY DAMSKO-MĘSKIE.

Drogie Panie – choćbyście spędziły 20 godzin w samolocie i czuły się jak osoby, które właśnie przejechał czołg, a wygląd po podróży dopuszczałby taką możliwość to gwarantuję, że i tak nie przejdziecie tamtejszą ulicą niezauważone. Kubańczycy nie patyczkują się, jeśli chodzi o skomentowanie mijanej osoby. Cmokanie, gwizdanie, Linda, guapa, bjutiful lejdi – zapewne wiele razy usłyszycie coś takiego pod Waszym adresem w sklepach, na ulicach… w sumie to wszędzie. Zresztą, nie dotyczy to jedynie facetów – Kubanki również posyłają uśmiechy i śmiałe spojrzenia. W momencie, gdy starsza Pani krzyknęła guapas! w naszym kierunku dotarło do mnie, że komentowanie przechodniów to wyraz serdeczności i jest tam czymś normalnym, tak jak oddychanie.

Z przykrością stwierdzam, że zaprzepaściłam na Kubie swoją życiową szansę. Bezmyślnie zlekceważyłam oświadczyny od Pana na ulicy, dla którego byłam miłością od pierwszego wejrzenia. No nic, człowiek uczy się na błędach. Przebiła mnie koleżanka, która usłyszała że jest przepiękna. Adresat stwierdzenia podkreślił swoje słowa, dotykając jej ramienia. Przytulenie było dla niego niemożliwe – jego drugie ramię było zajęte prowadzeniem swojej dziewczyny.

kubaa (1)
Dobra, to nie Kubańczycy – po prostu nie miałam innego zdjęcia, które oddałoby powyższy tekst 😀

Jeszcze inny, nowo poznany znajomy zwinnie sprowadził rozmowę o życiu w Polsce do zaproszenia Klaudii na kolację z mięsem krokodyla. Po dyplomatycznej odmowie i zademonstrowaniu przez nią zdjęcia swojego chłopaka, adorator machnął ręką na ten argument: To nic, a ja mam żonę. Okazało się, że jego wybranka pochodziła z Niemiec. Szukanie przez Kubańczyków małżonka-sponsora z innych krajów jest zjawiskiem powszechnym i doczekało się nawet własnej terminologii. Wyspiarze oferujący towarzystwo w zamian za wsparcie finansowe, kosmetyki, ubrania lub wypady na imprezy nazywają się jineteros (lub jineteras – panie). Niemniej jednak, nie zawsze chodzi jedynie o pieniądze. Posiadanie chłopaka z zagranicy to dla nich prestiż i okazja do wydostania się z wyspy. Zdaję sobie sprawę z tego, że generalizuję, ale nie da się nie zauważyć beztroskiego podejścia w tamtejszych kontaktach damsko-męskich. Przekonacie się o tym, odwiedzając Kubę!

Co najbardziej zdziwiło Was spośród wymienionych powyżej rzeczy? A może mieliście okazję odwiedzić wyspę? O czym jeszcze należy pamiętać Waszym zdaniem, wybierając się w te strony? Podzielcie się swoim zdaniem w komentarzach!

img_1300 (1)
Pamiątkowe zdjęcie z delikatną obczajką Pana po prawej

Samochody na Kubie – zabytki na czterech kółkach

Pierwszą dłuższą trasę pokonałyśmy niebieskim Chevroletem, rocznik 1952. Wuja (taki przydomek otrzymywali od nas starsi, najmilsi taksówkarze) bezgranicznie wierzył w możliwości swojego samochodu. Na pierwszej prostej troszkę się rozszalał, dociskając gazu. Lady in Red z głośników Pioneera zagłuszyła problemy z silnikiem, który prawdopodobnie pochodził z innego pojazdu. W trakcie poszukiwań pasów, których nie było w niebieskiej perełce, zrozumiałyśmy dlaczego na wjeździe do Kuby pytają o polisę ubezpieczeniową. Ale spokojnie, przecież nie przekroczyliśmy prędkości. Licznik cały czas wskazywał 20km/h. Nawet wtedy, gdy wuja zatrzymał auto.

DLACZEGO KUBA JEST SKUPISKIEM STARYCH SAMOCHODÓW?

Moje pierwsze chwile na Kubie można opisać jednym słowem: niedowierzanie. W to, że cofnięcie się w czasie jest naprawdę możliwe. Rosyjskie Łady, zabytkowe Chevrolety i maluchy jeżdżące po kubańskich drogach obok haseł rewolucyjnych, niskich budynków i palm przełamujących moje wyobrażenie socjalistycznego kraju to obraz, którego nigdy nie zapomnę. Wysłużone samochody kubańskie idealnie współgrały z obdrapanymi ścianami tamtejszych kamienic. Wszystkie te elementy stworzyły niepowtarzalny klimat, którego na próżno szukać w pozostałych krajach.

Czy są tu jacyś fani Dirty Dancing 2? Ekskluzywne przyjęcia rodziny Katie oraz ich beztroskie życie w luksusowych hotelach stanowiły dobry kontrast dla losów Kubańczyka Javiera. W latach 30-tych i 40-tych Kuba była rajem dla Amerykanów. Zapewniano im tam zabawę bez zamartwiania się o prohibicję. Dzisiejsze Las Vegas byłoby niczym w porównaniu do ówczesnej Kuby. Wszystko zmieniło się po przejęciu władzy przez Fidela Castro. Po uciekających z wyspy Amerykanach pozostały jedynie luksusowe samochody oraz… embargo. Wraz z nadejściem rewolucji na Kubę nałożono sankcje i zatrzymano import amerykańskich samochodów. Brakowało nie tylko pojazdów, ale i części zamiennych. Sympatyzowanie się z ZSRR sprawiło, że w latach sześćdziesiątych na ulicach pojawiło się się sporo ład, wołg oraz naszych polskich maluchów, pieszczotliwie zwanych tam Polaczkami (El Polaquito). 

PO 50 LATACH HANDEL AUTAMI NA KUBIE ZNÓW JEST MOŻLIWY.

To wspaniałomyślne zmiany wprowadzane przez kubański rząd w ostatnich latach. Wcześniej Kubańczykom zakazano handlu samochodami, które zakupili po 1959 roku. Jedyną opcją było ewentualne przekazanie ich państwu, które zapłaciłoby za te nabytki niewielkie pieniądze. Co więcej, w przypadku wyprowadzki właściciela za granicę taki samochód trafiłby w ręce rządu. Jakie opcje mieli Kubańczycy? Poza utrzymywaniem przy życiu amerykańskich samochodów sprzed 1959 roku, można było zakupić radziecką maszynę od państwa. Oczywiście, jeśli jakimś cudem pozwoliłaby na to sytuacja finansowa Kubańczyka.

Poza zdobyciem astronomicznej sumy na zakup pojazdu, trzeba było mieć pozwolenie na samochód. Legalne zdobycie dokumentu było skomplikowanym procesem, który mogły przejść jedynie osoby zasłużone dla państwa. Zwieńczeniem pozytywnej weryfikacji był podpis wiceprezydenta Rady Ministrów. Zważywszy na procedurę, czasami zdobycie takiego papierka zajmowało lata. Jego bezsensowność podkreślał fakt, iż Kubańczycy bardzo szybko dostrzegli w tym biznes – ponoć pozwolenia sprzedawano nawet w Internecie.

ZMIANY, KTÓRE NIEWIELE ZMIENIŁY. 

Od 2011 roku rząd zezwolił na handel wszystkimi samochodami, a nawet posiadanie kilku aut (windując do góry podatek od drugiego pojazdu). Warunkiem jest zapłata 4% podatku od kwoty całkowitej, zarówno przez kupującego, jak i sprzedającego. Ponadto, państwo żąda od kupującego deklaracji na piśmie, że pieniądze nie pochodzą z nielegalnych źródeł. Salony samochodowe wcale nie przeżyły oblężenia po ich wprowadzeniu. Dlaczego? Jakim cudem Kubańczyk zarabiający 20-30 dolarów miesięcznie mógłby pozwolić sobie na taki nabytek? Co więcej, liczne podatki i opłaty państwowe sprawiły, ceny pojazdów wielokrotnie wzrosły. Wspaniała władza miała na to jednak wytłumaczenie – obiecała, że większość pieniędzy z podatków od sprzedaży przekaże na rozwój transportu publicznego. Większym powodzeniem cieszy się rynek wtórny, choć ceny używanych samochodów zwalają z nóg przeciętnego Europejczyka równie szybko, co kwoty z salonów. Oto przykłady:

maluch - ogłoszenie
Maluch za ponad 40 tys. złotych. Ponoć to dobra okazja.
maluch - silnik z tico
Maluch z silnikiem od Tico – jedyne 55 tys. złotych.
ogłoszenie 1
Rosyjską ładę ceni się troszkę więcej – w tym przypadku jest to ok. 70 tysięcy złotych.
Renault
Zdecydowanie nowocześniejszy samochód, co widać po cenie. 370 tys. złotych za Renault Fluence

Przyznam szczerze, że wcale nie spędziłam całego wieczoru na szukaniu najbardziej absurdalnych cen za auta w ogłoszeniach na ichniejszej wersji otomoto (źródło). Tak właśnie przedstawiają się kwoty za samochody na Kubie. Mam nadzieję, że ich właściciele potraktują udostępnienie tych ogłoszeń jako formę reklamy.

RADIO – NAJWAŻNIEJSZY ELEMENT W SAMOCHODZIE KUBAŃCZYKA. 

Odniosłam wrażenie, że najważniejszym elementem wyposażenia samochodu jest radio i głośniki. Skoro grają, to wszystko inne zaczyna być mało istotne. Niezwykle ważny jest też działający klakson. Nie wyobrażam sobie, żeby Kubańczyk nagle przestał pozdrawiać nim co chwilę swoich znajomych (trąbią nawet kiedy przejeżdżają obok ich domów). Częstotliwość trąbienia potwierdza fakt, iż na Kubie wszyscy się znają. Niestety, wyposażenie w klakson i radio pewnie nie przekonałoby mechanika z Europy, który miałby potwierdzić, że samochód nadaje się do jazdy. Myślę, że przynajmniej połowa kubańskich pojazdów nie uzyskałaby pieczątki z przeglądu. Bagażnik na sznurek, zwisające ostatkiem sił lusterko, wentylacja w postaci dziury w spróchniałej podłodze, popękana przednia szyba czy brak gałek przy uchwytach do otwierania okien naprawdę nie należy do rzadkości. Pasy bezpieczeństwa? Ponoć niektórzy je tam widzieli. Brak hamulca? Przecież tutaj gdzieś był drewniany pachołek, to zawsze można podłożyć pod koło.

Do dziś myślę o ludziach, którzy obserwowali mnie, jak wysiadam z samochodu w Viñales. Drzwi z mojej strony nie otwierały się od wewnątrz. Musiałam czekać aż ktoś mnie wypuści, wychodząc przy tym na primadonnę, która nie otworzy sobie ich sama. Szkoda, że nie widzieli już jak pchałyśmy z koleżankami jedną z taksówek – może nadrobiłabym trochę w ich oczach. Pamiętam też, jak koleżanki z przerażeniem zasugerowały mi, abym zapytała Pana czy oby na pewno zaraz nie wybuchniemy. Przeziębienie na Kubie miało swoje plusy – katar uniemożliwił mi wyczucie spalin, które tamtejsze samochody wydychały w ogromnych ilościach. Na Kubie można też znaleźć nowsze modele. Miałyśmy okazję przejechać się nawet takim z klimatyzacją! Jednakże, są one zdecydowaną mniejszością – przynajmniej na razie.

ffffff

KUBAŃCZYCY – NAJBARDZIEJ KREATYWNY NARÓD NA ŚWIECIE.

Takie jest moje zdanie. Nie sprawdza się u nich stereotyp leniwego Latynosa. Według rządu jest to skutek kubańskiej rewolucji zaganiającej wszystkich do pracy. Według mnie przyczyną jest zwyczajna walka o przetrwanie w kraju ogarniętym socjalizmem. Nie zdziwię się, jeśli ktoś po wypadzie na Kubę nagle zacznie wierzyć w magię. Bynajmniej nie chodzi o santerię (wierzenia afrykańskie, które do dziś można zaobserwować u mieszkańców), ale o dar przywracania do życia przez miejscowych największych gruchotów na czterech kółkach. Właściciele aut są samowystarczalnymi mechanikami! Mało tego, potrafią naprawić swój pojazd bez użycia oryginalnych części i narzędzi z przeciętnego warsztatu samochodowego!

16

Wnętrza starych samochodów na wyspie nie mają już zbyt wiele wspólnego z pierwotnym stanem. Po nastaniu rewolucji w kraju brakowało części zamiennych. Kubańczyk musiał wykazać się nie lada sprytem i kreatywnością – do naprawy używano tego, co było osiągalne. Silniki sowieckich ład często trafiały do zabytkowych chevrolet’ów. Zniszczone blachy samochodów wymieniano na te, które samodzielnie wykonano z dostępnych materiałów. Nie zawsze komponowały się kolorystycznie z resztą. Gdzieniegdzie widać też pociągnięcia farby olejnej na karoserii. Często wlewa się w nie nielegalne paliwo, co z kolei nie przyczynia się do poprawy ich stanu. Ze względu na ceny za pełen bak i niewielki miesięczny przydział, korzystanie ze stacji w garażach na tyłach domostw nie jest jakimś zaskoczeniem.

Hitem jest według mnie domowa produkcja płynu hamulcowego u Kubańczyków. Przepis? Brązowy cukier należy zmieszać z alkoholem i potrząsać tak, aż kryształki ulegną rozpuszczeniu. W celu nadania odpowiedniej konsystencji trzeba dodać szampon. To nie wymysł Internetów, a fakt – potwierdzenie znajdziecie w poniższym nagraniu (szósta minuta). Odcinek Clarkson’a na Kubie najwyraźniej nagrano wieki temu ale zapewniam, że z mojego punktu widzenia na wyspie nic się nie zmieniło (czego nie można powiedzieć o prowadzącym!).

Dzięki obecności starych samochodów, Kuba staje się jeszcze bardziej wyjątkowa. Doskonale rozumiem osoby, które wybierają się tam tylko w celu obcowania z żywym muzeum na czterech kółkach. Tak wielkiej ilości perełek motoryzacji i ogromnych pokładów cierpliwości u właścicieli nie znajdziecie w żadnym innym miejscu na świecie! To kolejny powód, aby odwiedzić tę niezwykłą wyspę. Czy okazał się dla Was przekonujący? A może mieliście okazję zobaczyć samochody na Kubie w akcji na własne oczy? Podzielcie się wrażeniami w komentarzach!

btrhdr
Nasz pierwszy kubański zimny łokieć miał miejsce w tym samochodzie

Raj na Kubie? Zależy dla kogo.

Kuba jest wyjątkowa. Zaryzykuję stwierdzeniem, że foldery turystyczne oferujące wycieczki w te rejony skupiają się przede wszystkim na pięknych karaibskich plażach, cygarach i kolorowych drinkach. Urocze kamieniczki odrestaurowanej Starówki na fotografiach w mediach społecznościowych świetnie komponują się z samochodami starszych marek. Taki obraz Kuby nie jest przekłamany, ale niepełny i zupełnie wyrwany z kontekstu.

Jak powszechnie wiadomo, panuje tam socjalizm. Jednakże, nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, jaki ma to wpływ na mieszkańców. Miejscowi widzą w turystach bogatych przybyszy. Bez wyjątków. Wystarczającym argumentem dla nich jest fakt, że stać nas na bilet lotniczy. Goście korzystający z hotelowych udogodnień stanowią silny kontrast dla mieszkańców, którzy z frustracją obserwują, jak wiedzie się osobom z innych krajów. Dwa światy na Kubie podkreślają dwie waluty. W jednej zarabiają miejscowi – CUP, a w drugiej płacą turyści – CUC.

JAK WYGLĄDA DRUGA STRONA RAJU?

Elegancka ulica Obispo z budynkami odrestaurowanymi przez UNESCO to tylko mały skrawek Hawany. Mark Kurlansky w książce „Hawana – podzwrotnikowe delirium” porównuje to miasto do urodzinowego tortu, który stoi już za długo. Nie spotkałam się z trafniejszym określeniem. Spędzając na Kubie zaledwie 2,5 tygodnia nie sądziłam, że Kubańczycy poruszą ze mną tematy związane z sytuacją w ich kraju. Dlaczego mieliby otworzyć się przed obcymi z daleka (których zresztą jest w Hawanie na pęczki), wpuszczać ich do swoich domów i z ochotą demonstrować, jak sobie biednie żyją? Co innego proszenie o długopisy czy ubrania, które można było nawet wymienić za pamiątki – taką ofertę otrzymałyśmy w Trynidadzie. Mimo to, poznałam sporo fajnych osób, z którymi udało mi się porozmawiać o kubańskiej rzeczywistości. Często pytano mnie jak wiedzie się Polakom po upadku komunizmu. Nie mam porównania z lat 80-tych, ale powtarzałam opowieści rodziców i starałam się przybliżać obecną sytuację w kraju. Kilka razy w głosie rozmówców wyczuwałam smutek i bezradność.

TO, CO NA KUBIE NAZYWA SIĘ BUDYNKIEM, W EUROPIE ZWIE SIĘ RUINĄ.

Na wyspie nie ma bezdomnych. Przynajmniej nie zauważyłam ich podczas mojego pobytu. Obywatele kraju otrzymują od państwa mieszkanie. Jeśli ktoś byłby zainteresowany kupnem jakiejś posiadłości, cena za lokum w centrum Hawany wynosi 10-20 tysięcy CUC (1CUC – 3,70 złotych). Fajnie? Przed udzieleniem odpowiedzi na to pytanie proponuję zerknąć, w jakim są stanie. Spacerując po stolicy, natknęłam się na sporo przestrzeni pomiędzy budynkami – to nie było patio, a pamiątka po zawalonej kamienicy. Ciepła woda? Być może będzie w casas particulares (domy Kubańczyków, w których wynajmują pokoje turystom – oczywiście wysoko opodatkowane i kontrolowane przez państwo), ale w przeciętnym kubańskim gospodarstwie domowym to oznaka luksusu. Spłuczki w toaletach? Nie w każdej. W hotelach i casach pewnie się trafią. Możliwe, że niedziałające.

Hotele i casas particulares to jedyne opcje noclegu dla turystów. Kubańczyk nie może przenocować w swoich czterech ścianach przybysza z zagranicy. Grożą za to surowe kary. Przyjeżdżają znajomi z innych krajów? Co za problem? Zawsze można szybciutko założyć hotel – pod warunkiem, że władze okażą się wielkoduszne i wyrażą na to zgodę. A co, jeśli Kubańczycy chcieliby odwiedzić znajomych? Większości z nich nigdy nie będzie stać na jakikolwiek bilet lotniczy. Przeciętna wypłata wynosi 20-30 dolarów na miesiąc (trochę więcej wyciągają osoby z branży turystycznej, posługujące się językiem angielskim). To równowartość dwóch obiadów w restauracji dla turystów. Poznałyśmy Kubańczyka, któremu udało się odwiedzić kilka innych państw dzięki projektom na uniwersytecie. Niemniej jednak, takie wyjazdy możliwe były jedynie do krajów, w których władza propaguje idee socjalistyczne (Wenezuela, Ekwador, Boliwia, Nicaragua).

JEDZENIE NA KUBIE: TURYŚCI VS. MIESZKAŃCY.  

Poranny posiłek turysty składa się z tostów, sera, owoców, soku lub kawy, omleta albo jajecznicy. Miejscowych nie stać na takie śniadanie. Kubańska kuchnia to odzwierciedlenie zasady coś z niczego. Lodówki mieszkańców świecą pustkami, o ile w ogóle je mają. Podstawą diety jest ryż z fasolą. Często na stole pojawia się kurczak. Wołowiny nie jadają praktycznie wcale. To mięso zarezerwowane dla najlepszych restauracji. Za zabicie państwowej krowy Kubańczykom grozi 15 lat więzienia. Tyle, ile za pozbawienie życia człowieka.

Często jada się tam pizzę. Odpowiedniejszym określeniem kubańskiej wersji tego dania byłby placek drożdżowy posypany serem. Udało nam się znaleźć kilka barów dla lokalsów (z obiadami w cenie 4zł i lodami po 4 grosze). W jednym z nich jedzenie podawano na pociętych fakturach. Pod moim kawałkiem pizzy krył się rachunek za telewizję. Właśnie w takich miejscach znajdziecie autentyczną Kubę.

KARTKI NA ŻYWNOŚĆ I KOLEJKI DO PUSTYCH SKLEPÓW.

Mieszkańców obowiązuje książeczka wyznaczająca racje żywnościowe (libreta de abastecimiento). Szkoda tylko, że przydzielone jedzenie starcza zaledwie na jedną kolację. Możliwe, że jest to zamierzone, bo niby gdzie Kubańczycy mają się zaopatrzyć skoro sklepy świecą pustkami? Wracając na rowerach do Trynidadu postanowiłyśmy zrobić sobie przystanek w pizzerii. Wielki rysunek placka drożdżowego z dodatkami wyglądał zachęcająco. Na wejściu powitała nas uśmiechnięta Pani właścicielka, która nieco zmieszanym tonem głosu oznajmiła, że w sklepie nie było mąki. Zamiast pizzy podała nam pyszny kubański standard: kurczak i ryż z fasolą. To nie tak, że w żadnym sklepie nie ma towaru. Widziałyśmy dobrze zaopatrzone peweksy, a nawet sklep Adidasa. Nie są to jednak miejsca na zakupy dla osób utrzymujących się z kubańskich pensji.

PODZIAŁ NIE OMINĄŁ SŁUŻBY ZDROWIA.

Kuba wydała na świat mnóstwo znakomitych lekarzy będących świetną kartą przetargową w interesach międzynarodowych. Wielokrotnie „wymieniano ich” na ropę, m.in. z Wenezuelą. Zagraniczne pensje swoich obywateli przejmowały kubańskie władze. Oddawały im z tego niewielką część, przygarniając resztę na cele państwowe. Mnóstwo kubańskich lekarzy spotkacie nie tylko w szpitalu, ale i w taksówkach. Takie zajęcie jest sto razy bardziej opłacalne od służby zdrowia. Warto też wspomnieć o tamtejszych aptekach. Jak wyglądają? W Piñar del Rio królowały waty, soczewki, nici dentystyczne, pasty do zębów i zioła (rozłożone na półkach jak najszerzej). Poprosiłam o tabletki na gardło. Miła Pani sprzedała mi ostatnie dwie kapsułki, jakie były w aptece. Według opisu na opakowaniu powinny pomóc na wszystkie możliwe dolegliwości. W przypadku leczenia obcokrajowców na Kubie sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Znakomici lekarze kubańscy od lat przyciągają pacjentów z zagranicy. Nigdy nie brakuje dla nich odpowiednich leków. Amerykanom i Kanadyjczykom leczącym się odpłatnie w tamtejszych klinikach sprawnie wyznacza się odpowiedni termin na operację. Dla porównania, miejscowi nieraz czekają na zabieg kilka miesięcy, będąc w bardzo poważnym stanie, nie wspominając o kompletnym braku wyposażenia szpitali (jeszcze do niedawna rękawiczki jednorazowe na Kubie były rzeczą wielokrotnego użytku).

ibuprofen Kuba
Tabletki na przeziębienie, grypę, bóle głowy i ciała, gorączkę, zatkany nos, ból gardła i kaszel

SOCJALIZM – JEDYNA SŁUSZNA DROGA DO WOLNOŚCI.

Ogromna ilość plakatów i transparentów na Kubie nie pozwoli Wam zapomnieć ani na chwilę o jedynej słusznej ideologii politycznej. Bracia na zawsze – wzruszające słowa ze zdjęciem prezydentów Wenezueli i braćmi Castro pojawiały się w wielu miejscach na Kubie. Sporo było też takich haseł, jak: Socjalizm – jedyna droga do wolności, Kuba jest nasza czy też Hasta la victoria, siempre! Paradoksalnie, wzniosłe cytaty o niesłabnącym sukcesie Kuby często pojawiały się na budynkach w opłakanym stanie. Wyłaniające się zza rogu wizerunki Che Guevary, braci Castro, a nawet Lenina mają nieustanie przypominać Kubańczykom, że tak właśnie powinno się żyć. Czy wszyscy to kupują?

Wielu Kubańczyków nie kryje frustracji z powodu sytuacji w kraju. Doskonale wiedzą, że można żyć inaczej i z niecierpliwością wyczekują zmiany. Niemniej jednak, nie wszyscy wydają się być niezadowoleni. Poza Kubańczykami czekającymi na lepsze czasy, mam w głowie biuro przewodnika z Playa Larga – w każdym kącie wisiało zdjęcie Fidela, Lenina i chwalebne teksty o rewolucji, a na biurku leżał słownik rosyjskiego. Nie wydaje mi się też, że popularna piosenka o kontrowersyjnym komendancie Che Guevara również śpiewana jest tylko na pokaz. Kolejnymi sympatykami władzy na Kubie byli muzycy, którzy zaprosili nas na koncert do domu przyjaciela. Okazało się, że właścicielem posiadłości był były minister. Poza kubańskimi hitami, w repertuarze zespołu przewinęło się sporo piosenek wychwalających rewolucję. Zwieńczeniem koncertu był film o Fidelu Castro, wyświetlony na starym rzutniku i prześcieradle przewieszonym przez trzepak.

Pomijając zastraszanie mieszkańców, wychwalanie stanu rzeczy na Kubie może być skutkiem wszechobecnej manipulacji w kraju. Mieszkańcy mają bardzo ograniczony dostęp do Internetu, który stale kontrolowany jest przez władze. Co więcej, Kubańczykom udostępniono jedynie kanały telewizyjne o charakterze socjalistycznym (pozostałe dostępne są tylko w drogich hotelach). Mieszkańcy mają bezwzględny zakaz krytykowania władzy. Nie mogą organizować strajków, ani brać w nich udziału. Nie wolno im też zakładać innej partii politycznej. Władze najwyraźniej stwierdziły, że jedyna Komunistyczna Partia Kuby w zupełności wystarczy.

kubaa

FLORYDA – ZIEMIA OBIECANA? 

Niektórym wiedzie się tam trochę lepiej. Chłopak oprowadzający nas po Hawanie zadał pytanie o drugie największe skupisko Kubańczyków. Padły chyba wszystkie nazwy większych miejscowości, aż w końcu usłyszałyśmy odpowiedź – Miami. Podkreśla to fakt, iż senatorem Florydy jest syn kubańskich emigrantów – Marco Rubios. Najczęstszym powodem posiadania smartfona, głośników Pioneera i wygodniejszego życia na Kubie jest rodzina w USA, regularnie wspierająca finansowo swoich krewnych. Poza pieniędzmi, emigranci wysyłają im pendrivy z muzyką, filmami oraz informacjami ze świata. El paquete – bo tak nazywa się przesyłana z USA zawartość pamięci USB – zostało zalegalizowane dopiero dwa lata temu. Sporo osób korzysta z tej amerykańskiej wysyłki. Otwarto nawet sklepy, które sprzedają je w Hawanie Kubańczykom.

Odnioszę wrażenie, że USA dla Kubańczyków jest tym, co NRD dla Polaków za komuny. Miliony wyspiarzy podejmowało próbę ucieczki do północnego sąsiada drogą morską. Wielu z nich przypłaciło to swoim życiem. Niejednokrotnie ratowały ich fundacje amerykańskie, czuwające nad Zatoką Meksykańską. Wyławiano z wody tysiące osób, płynących na Florydę przeładowaną i prymitywną łodzią. Główną motywacją do emigracji było obowiązujące do czasów Obamy prawo suchej stopy. Jeśli uchodźca kubański przedostał się na brzeg USA drogą morską, na powitanie otrzymywał prawo pobytu oraz wsparcie w szukaniu pracy i miejsca zamieszkania. Ci, których złapano na morzu odsyłano do domu. Wśród emigrantów żyjących sobie w dostatku na Florydzie znalazło się sporo osób, których przerosła tęsknota za krajem. Wielu z nich wróciło na Kubę po wielu latach.


Mimo przeciwności losu większość Kubańczyków wykazuje beztroskie podejście do życia, zwłaszcza w relacjach damsko-męskich. Gwizdy, rzucanie komplementów, zagadywanie i dobitne wyrażanie swojej opinii na temat przechodzącej obok dziewczyny/chłopaka jest tam zupełnie normalne. W codziennych problemach z pewnością pomaga im muzyka, którą słychać wszędzie. Butelka rumu również pozwala zapomnieć o tamtejszej rzeczywistości, chociaż na chwilę. O Kubie mogłabym pisać w nieskończoność, choć słowa i zdjęcia nie oddadzą w pełni atmosfery panującej w tym kraju. Ruszajcie na Kubę, aby osobiście przekonać się, jak wyjątkowym miejscem jest ta wyspa!

sdr