Jedzenie na Kubie – Co? Gdzie? Za ile?

Przeciętny Kubańczyk zarabia 20-30 CUC miesięcznie. To cena za dwa obiady w tamtejszych restauracjach. Można się więc stołować jak na turystę przystało lub posilać się w przydrożnych okienkach za grosze, tak jak robią to Kubańczycy. Z czym musicie się liczyć, wybierając te opcje? 

RESTAURACJE DLA TURYSTÓW:

Być może zaskoczę Was mówiąc, że w restauracjach dla turystów zapłacicie niemało. Początkowo szukałyśmy miejsc z menu del dia (menu dnia). Takich ofert było sporo w Hawanie. W Vinales podczas wycieczki na plantację tytoniu również zamówiłyśmy zestaw. Za przystawkę, danie główne, napój i kawę zapłaciłyśmy 10CUC.

Najczęściej obiad składał się z kurczaka, ryżu i fasoli. Pojadło się też sporo manioku i platanów (dla niewtajemniczonych: coś w stylu bananów, nie do zjedzenia na surowo 😀 Przyrządza się je na ciepło i podaje w większych kawałkach lub jako chipsy). Czasami kurczaka zastępowała ryba lub wieprzowina.

Popularnym daniem jest Ropa Vieja, w dosłownym tłumaczeniu oznaczające stare ubrania. Nie próbowałyśmy, choć brzmi ciekawie. Wygląd dania przypomina stertę rozrzuconych rzeczy. Głównym składnikiem Ropa Vieja jest wołowina. Ze względu na to, że krowy należą do państwa i za ich nielegalne zabicie grozi 15 lat więzienia, kawałki wołowiny pozyskane przez Kubańczyków zwykle pochodzą ze starego zwierzęcia. Aby mięso było jadalne, należy je długo gotować i mocno doprawić. Taki przepis sprawdza się więc znakomicie w kubańskich realiach. Najpierw z wołowiny sporządza się wywar, a w późniejszym czasie dusi się ją w pomidorach.  Mięso gotuje się tak długo, aż się rozpada. Częstymi dodatkami jest ryż, fasola, maniok i platany, czyli kubański standard.

Obiad w restauracji bez zestawu kosztował jakieś 6-8CUC, z wyjątkiem Cayo Coco, gdzie było taniej! Wybierając się tam, przygotowałyśmy się na kosmiczne ceny. Nasze obawy wcale się nie sprawdziły. Zjadłyśmy świeże, najtańsze i najpyszniejsze krewetki na Kubie w altance z widokiem na morze! Cena? 5,50 CUC. W lokalu serwowano również kurczaka, ryż i fasolę w zawrotnej cenie – niespełna 3,50CUC. Na Kubie możecie też spróbować homara, dorzucając troszkę więcej CUC-ów.

Dodatkowym kosztem w restauracjach był (zasłużony) napiwek dla zespołu grającego w lokalu, o który muzycy nie wahali się prosić za każdym razem. Restauracje oferują też świeżo wyciskane soki z owoców lub tanie (i konkretne, jeśli chodzi o dawkę alkoholu) drinki. Niemniej jednak, zdecydowanie tańsze napoje – zarówno te z alkoholem, jak i bez – można zakupić w przydrożnych budkach.

IMG_3457

ŚNIADANIA I OBIADY W CASA PARTICULAR:

Jeśli zatrzymacie się w Casa Particular, gospodarze również zaproponują Wam śniadanie. W każdym domu będzie praktycznie takie samo. W cenie 5-7CUC za osobę otrzymacie chleb, tosty, ser, kiełbasę, masło, owoce (ananas, gujawa, papaja, banany), jajecznicę/omlet lub jajko sadzone oraz kawę i świeżo wyciskane soki. Często właściciele proponują też obiad, w wyższych cenach. My korzystałyśmy jedynie z pierwszego posiłku.

Mimo, że będziecie jadać śniadanie w kubańskim domu serwowane przez mieszkańców Kuby, możecie być pewni, że ich pierwszy posiłek wcale tak nie wygląda. Owoce? Masło? W większości przypadków takie luksusy zarezerwowane są tylko dla turystów. Przyznaję, że moje śniadanie to zazwyczaj kanapka i kawa. Różnica polega jednak na tym, że jeśli chciałabym zjeść coś innego to zawsze mogę udać się po składniki do sklepu z zapełnionymi półkami, bez kolejek i karteczek, które ograniczają mój zakup. Mogę też przeznaczyć na to większą kwotę niż Kubańczyk, którego pensja wynosi zawrotne 20-30 dolarów.

KUCHNIA DLA KUBAŃCZYKA:

Mając przed oczami zaopatrzenie kubańskich sklepów (a raczej jego brak) chciałabym dodać, że kupowanie produktów i samodzielne przyrządzanie jedzenia – które często sprawdza się na wyjazdach – to misterny plan, który poszedł w… odstawkę. Podstawowych składników brakuje nie tylko kubańskim gospodyniom. Kiedy wpadłyśmy do pizzerii w La Boca, właścicielka poinformowała nas, że dziś serwują tylko kurczaka lub wołowinę. Nici z pizzy – w sklepie nie było mąki.

IMG_0435
Sklep mięsny w Hawanie

Kubańczycy są mistrzami kuchni pt. coś niczego. Co więcej, w ich domach nic nie ma prawa się zmarnować. Widok gospodyni cierpliwie przebierającej ziarenka kawy nie należał do rzadkości w tym kraju.

Sytuację ratują okienka, w których sprzedają kanapki, hamburgery, spaghetti i pizzę (odpowiedniejszą nazwą byłby placek drożdżowy z odrobiną sera). Kolejki sygnalizowały nam, że miejsca są godne polecenia. Jada się tam za grosze. Dosłownie. W lokalach i przy okienkach gdzie kupują miejscowi płaci się w CUP (moneda nacional). W przeliczeniu na polskie złotówki za kawałek placka drożdżowego zapłaciłam 11 groszy, 2 grosze za gałkę loda czy też 1,30zł za małą pizzę. Jeśli zależy Wam na eleganckim podaniu to pewnie nie będziecie usatysfakcjonowani. Talerzyki zastępują pocięte faktury. Pizza ze zdjęcia poniżej naprawdę mi smakowała. Fakt, że nie była najlepszą jaką kiedykolwiek jadłam, ale taki zakup uważam za biznes życia.

328

PAŃSTWOWE LODZIARNIE? TYLKO NA KUBIE!

Będąc w Vedado, zainteresowały mnie tłumy czekające na wejście do parku. Nie mogłam uwierzyć w to, że ogromna kolejka prowadziła do lodziarni… Lody to ulubiony deser Kubańczyków – choć trzeba przyznać, że łatwo utrzymać im się na czele rankingu, bo nie mają zbyt wielkiej konkurencji. Jak wiadomo, półki ze słodyczami w kubańskich sklepach nie uginają się od nadmiaru towaru, a miejscowi odliczający każdy grosz swojej marnej kubańskiej wypłaty raczej nie wydają jej na słodkości. Skąd więc te wspomniane tłumy?

Kuba to miejsce, w którym upaństwowiono wszystko, co możliwe. Nawet lodziarnia jest instytucją państwową. Jedną z nich (przez długi czas będącą jedyną na Kubie) założył Fidel Castro i jego bliska przyjaciółka Cecilia Sanchez. Powstała w 1966 roku w Hawanie, w eleganckiej dzielnicy Vedado. Nazwa lodziarni pochodzi od ulubionego przedstawienia baletowego pary – Coppelia. Trzeba przyznać, że udało im się stworzyć prawdziwe lody dla ludu – w przeliczeniu na nasze polskie złotówki gałka kosztuje zaledwie… 4 grosze.

Z nastaniem rewolucji amerykańskie lody nie pojawiały się już w kubańskich sklepach. Brakowało nie tylko mrożonego deseru, ale i produktów mlecznych. Fidel szukał sposobu, aby uzupełnić ich niedobór w diecie Kubańczyków. Przywódca sprowadził 28 kontenerów amerykańskich lodów z restauracji Howard Johnson’s w celu stworzenia własnego odpowiednika. Nie jestem pewna, czy odpowiednik to właściwe słowo – Fidel uważał bowiem, że jego lody są o wiele lepsze, a przede wszystkim tańsze. Z pomocą swoich pracowników ustalił odpowiedni smak, sprowadził holenderskie taśmy produkcyjne i uruchomił produkcję.

Początki Coppelii wyglądały zupełnie inaczej. Zacznijmy od tego, że serwowano w niej 26 smaków. Liczba nie jest przypadkowa. Upamiętnia datę napadu na koszary w Moncada, którym dowodził młody Fidel z bratem i Che Guevara (26 lipca 1953). Wydarzenie stało się oficjalnym początkiem rewolucji. Kelnerkami w Coppelii były jedynie młode dziewczyny o nienagannej urodzie i zgrabnych nogach. Ich mundurkiem pracowniczym były krótkie spódniczki i rajstopy koronkowe (popularne na Kubie do dziś – m.in. u celniczek na lotnisku).

W dzisiejszych czasach lody podają nie tylko Panie w różnym wieku, ale i Panowie. Ubiór z dawnych lat najwyraźniej nie obowiązuje już pracowników. Kolejną zmianą jest liczba smaków, która drastycznie spadła. Jeśli sprzyja Wam szczęście, traficie na dwa lub trzy rodzaje mrożonego deseru. Po szerokim wyborze sprzed lat pozostała jedynie pusta tablica.

Moim zdaniem lody wcale nie były złe, ale ciężko uznać je za wyjątkowe. Sporo osób twierdzi, że ich dawny smak przed kryzysem nigdy więcej nie powróci. Magda Gessler pewnie porzucałaby sobie tam talerzami – plusem byłoby to, że są plastikowe. Nie oznacza to jednak, że jednorazowe.

Nie zniechęca to Kubańczyków. Do lodziarni przychodzą wszyscy – zakochane parki, grupki znajomych, rodziny z dziećmi, starsze osoby, turyści. W niektórych siedzibach istnieje nawet wydzielona strefa dla obcokrajowców. Płacąc w walucie CUC, unika się czekania w kolejce (choć nie zobaczycie jej wszędzie – wszystko zależy od popularności danej Coppelii). Turyści otrzymują nawet większy wybór smaków.

Polecam to miejsce. Bynajmniej nie chodzi mi o świetne lody, ale o autentyczną atmosferę Kuby, którą bez wątpienia można tam poczuć. Ludzie czekający na wejście do prawdziwie socjalistycznego wnętrza serwującego powszechny kubański deser stanowią duży kontrast dla turystów, których nie dotyczą kolejki i ograniczona liczba smaków. Dwa światy na Kubie zauważycie nawet w lodziarni…

coppelia 3.jpg

NASZE REKOMENDACJE:

  • Śniadania jadałyśmy w Casas Particulares. Porcje u każdego gospodarza były spore – nie musiałyśmy niczego jeść aż do wieczora.
  • Wpadnijcie na lody do wspomnianej lodziarni Coopelia! (2111 Calle L, Habana).
  • Hawana: Cafeteria JKL – kanapki, pizza, spaghetti i świeżo wyciskane soki – pysznie i tanio. Podczas naszego drugiego pobytu w Hawanie wpadaliśmy tam nawet dwa razy dziennie. W lokalu nie ma zbyt dużo miejsca. W godzinach wieczornych przygotujcie się na jedzenie, siedząc na krawężniku obok restauracji. Cały dzień szukałam adresu tej knajpki, spacerując po mieście na Google Maps. Niestety, w internetach miejsce nie istnieje. Wiem tylko, że znajdowało się na Avenida 23, Vedado). Widząc tłumy w kawiarni wnioskuję, że jeśli zapytacie o to miejsce w tej okolicy to z pewnością wskażą Wam drogę.
  • Viñales – budka z naleśnikami Papi’s na głównej ulicy, kawałek dalej od targowiska z pamiątkami (od 1,50CUC za naleśnika, cena zależała od dodatków). Je się tam przy barze, na stojąco. Nam jednak w niczym to nie przeszkadzało, bo miało być tanio i smacznie – oto wyznacznik naszych obiadów na Kubie.
  • Viñales –  Guantanamera Cafe. Znajdziecie tam przepyszną pizzę i sympatycznego właściciela, który dopiero zaczynał swoją przygodę z tym biznesem. Być może dlatego był tak entuzjastycznie nastawiony do każdego klienta. Jego mama czuwała przy barze, spacerując co chwilę między stolikami z pytaniem czy nie chcieliby może dolewki rumu do swoich solidnych drinków.
  • Playa Larga nad Zatoką Świń – restauracja Chuchi to jedna z niewielu w tej miejscowości, a na pewno jedyna z dekoracją w postaci… mrówek na suficie! Szczególnie polecam tamtejsze krewetki!
  • Cienfuegos – restauracja La Lonja (skrzyżowanie ulic Santa Clara i Santa Isabel), smacznie i tanio!
  • Cayo Coco – ranchon Las Dunas (najtańsze i najlepsze krewetki na Kubie!).
  • Matanzas – pizzeria En Familla. (skrzyżowanie Calle Rio i Calle 298). Zajmując miejsca w restauracji, poczułyśmy na nas wzrok miejscowych. W ten sposób utwierdziłyśmy się w przekonaniu, że znalazłyśmy się w dobrym miejscu i nie wydamy milionów. Po uprzedniej wymianie klapek za bluzkę między ekspedientką a klientką, złożyłyśmy zamówienie. Każda z nas zażyczyła sobie ogromną pizzę w cenie 3zł.

Zamieszkaj u Kubańczyka! Noclegi na Kubie

Myśląc o noclegu na Kubie, w mojej głowie od razu pojawia się Casa Particular. Wyrażenie w dosłownym tłumaczeniu oznacza prywatny dom. Od niedawna obywatele Kuby mogą wynajmować pokoje w swoich czterech kątach. To stosunkowo nowy sposób zarobku dla Kubańczyków i możliwość poznania tamtejszej rzeczywistości dla przybywających na wyspę turystów. Legalne Casas Particulares oznaczono niebieskim znakiem przypominającym kotwicę, który zobaczycie przy wejściu. Widnieje pod nim podpis Arrendador Divisa. Możecie się też spotkać z czerwonym oznakowaniem domostwa. To informacja, że obiekt udostępnia miejsca noclegowe jedynie Kubańczykom.  

POMOC PAŃSTWA W BIZNESIE:

Mogłoby się wydawać, że przy średnich zarobkach na Kubie (20-30 CUC) taki biznes to zastrzyk gotówki. Nic z tych rzeczy. Z pewnością jest on w miarę opłacalny, w porównaniu do innych metod pozyskiwania pieniędzy w tym kraju. Jednakże, kubańska władza przygarnia sobie solidny procent za wynajem. Gospodarze domu odprowadzają 200-300 CUC miesięcznie do skarbu państwa, bez względu na to ile rezerwacji uda im się przyjąć (1CUC = 1$).

Władze sprawdzają standard mieszkań i decydują o tym, czy w danym miejscu ugości się turystów. Każdy gospodarz notuje daty pobytu turystów, wraz z numerem paszportu oraz innymi danymi obcokrajowców, z czego jest potem skrzętnie rozliczany. W zamian za solidne opodatkowanie właścicieli państwo zobowiązało się do niewielkiej pomocy. Gospodarze mogą liczyć na dodatkowy przydział papieru toaletowego, mydła oraz niektórych produktów spożywczych w książeczce reglamentacyjnej.

ZAKAZ UDZIELANIA NOCLEGU OBCOKRAJOWCOM: 

Wyjątkiem jest posiadanie casa particular. W innym przypadku podejmowanie gości z zagranicy na noc w kubańskim domu jest zabronione. Szukanie noclegów na Kubie przez Couchsurfing możecie sobie z góry darować. Jeśli któryś Kubańczyk odważy się złamać prawo, czeka go surowa kara. O tym, że coś kombinuje władza dowie się w krótkim czasie. Mimo braku Internetu wymiana informacji na wyspie jest bardzo rozwinięta, zwłaszcza jeśli chodzi o pozyskiwanie ciekawostek dla urzędników państwowych…

6
Hawana w deszczu – widok z naszego tarasu w dzielnicy Vedado

WARUNKI W KUBAŃSKICH DOMACH:

Nie oszukujmy się – jeśli zależy Wam na wygodzie, zatrzymajcie się w dobrych hotelach. Wiele z nich znajdziecie w nadmorskim Varadero. Z całych sił zachęcam jednak do nocowania w kubańskich domach. To niepowtarzalna okazja na podejrzenie tamtejszego stylu życia. Nie liczcie na luksusy – nawet jeśli przeczytacie, że zatrzymacie się w najlepszym obiekcie w mieście! Chyba, że cena za wynajem jest naprawdę wysoka. Weźcie pod uwagę to, że dom został oceniony przez pryzmat kubańskich standardów.

dav
Taras z widokiem na morze? No przecież jest! Wody wypatrujcie w prawym górnym rogu 😉

Wystój większości pokojów, jakie nam zaoferowano przypominał trochę lata 2000. Ktoś najwyraźniej kierował się zasadą, że im więcej śliskich, świecących materiałów i niepasujących do siebie ozdób, tym lepiej. Nie ukrywam, że trochę mi się to podobało – była to dla mnie kolejna okazja do cofnięcia się w czasie. Jeśli pokój posiada wentylator i lodówkę to wiedzcie, że jest to już wysoki standard. Nie wiem czy miałyśmy po prostu szczęście, ale wszystkie wynajęte przez nas pokoje były czyściutkie.

Przebywając w domu Kubańczyków uszanujcie ich prywatną przestrzeń. Mimo, że mieszkańcy wyspy oferują pokoje, nie wynajmują Wam całego domu. Nie zaglądajcie więc do pozostałych pomieszczeń – chyba, że w towarzystwie i za przyzwoleniem gospodarzy. Chodzenie samemu po kuchni niebędącej częścią Waszej kwatery również nie jest w dobrym tonie.

ZALETY SPONTANICZNEJ REZERWACJI, BĘDĄC NA MIEJSCU:

Za pokoje wynajmowane na miejscu zażyczą sobie od Was 25-50CUC, w zależności od standardu i lokalizacji. Pamiętajcie, że w casach zapłacicie jedynie gotówką. Słyszałam od wielu osób, że wystarczy zarezerwować jedynie pokój w pierwszej miejscowości, do której traficie na Kubie. Reszta może być jednym wielkim spontanem. Jakie są argumenty przemawiające za słusznością takiego rozwiązania? Otóż nigdy nie wiadomo jak dużo czasu zajmie Wam pokonanie większej odległości, zważywszy na stan kubańskich taksówek i tamtejszych dróg. Co więcej, na Kubie będziecie mieć bardzo ograniczony dostęp do Internetu, przez co nie uda Wam się na bieżąco włączać danych wcześniej dokonanej rezerwacji czy kontaktować się z właścicielem w sprawie opóźnień. Kolejnym argumentem potwierdzającym słuszność tego rozwiązania jest fakt, iż tamtejsza poczta pantoflowa należy do najbardziej rozwiniętych na świecie. Każdy gospodarz z chęcią poleci Wam kolejnego w miejscowości, do której się wybieracie. Czy jest więc jakikolwiek sens dokonywania rezerwacji jeszcze przed wyjazdem?

32

ZALETY REZERWACJI NOCLEGÓW PRZED WYJAZDEM:

Wolałyśmy zarezerwować sobie wszystkie noclegi przed wyjazdem, korzystając z Air B&B. Wiele osób powtarzało nam, że to średnio bezpieczne, bo nie wiadomo czy te obiekty w ogóle istnieją. Cóż, nawet jeśli nie istnieją, to istnieje obsługa AirBnB, która trzyma rękę na pulsie. W przypadku reklamacji rozwiążą Wasz problem i z pewnością odzyskacie pieniądze (płatności dokonuje się za pośrednictwem ich serwisu). Dzięki serwisowi poczytałyśmy opinię Gości o wybranych miejscach noclegowych i już miałyśmy obraz, czego się spodziewać. Mogłyśmy dokonać wyboru na spokojnie, dokładnie sprawdzając lokalizację i ceny u konkurencji.

Brak Internetu? To nie problem. Jeśli zaklepiecie noclegi dużo wcześniej i macie dostęp do Internetu w późniejszym czasie to wyślijcie wiadomość do właścicieli, że pojawicie się u nich za kilka dni, a kontakt internetowy z Wami w najbliższym czasie będzie utrudniony. Koniecznie weźcie ze sobą wydruk potwierdzenia płatności i rezerwacji. Najlepiej jest mieć przy sobie wszystkie strony – po dokonaniu rezerwacji właściciele często podają w wiadomości wskazówki dojazdu. Nieraz przydały się one naszym taksówkarzom. Zapiszcie też numer telefonu oraz imię i nazwisko właścicieli. 

Główną zaletą wcześniejszych rezerwacji było to, że noclegi znalezione za pomocą Air BnB były znacznie tańsze od proponowanych nam na miejscu. Być może jest  to tylko nasze wrażenie lub zbieg okoliczności, ale potwierdziło się to kilka razy. Zauważyłyśmy też, że na Kubie taniej podróżuje się we czwórkę. Najwyraźniej płaci się tam za pokój, nie za osobę. Tym sposobem, po podziale kosztów wiele noclegów wyniosło 2-5CUC/noc za osobę. Niektóre z nich były droższe ale trzeba przyznać, że trafiły nam się w tej cenie naprawdę dobre pokoje. Poniższe zdjęcia zrobiono w naszej pierwszej casie w Hawanie. 

ŁAPCIE 100 ZŁOTYCH ZNIŻKI NA PIERWSZY NOCLEG Z AIR BnB! Kliknijcie na poniższy obrazek, który przekieruje Was na stronę. Kilka złotych wpadnie też do mnie, za co z góry dziękuję!

airbnblogo

Zapomnijcie o dokonaniu rezerwacji przez AirBnB czy Booking, będąc już na Kubie. Rezerwowanie przez wymienione portale na miejscu jest niemożliwe. Za każdym razem kiedy próbowałyśmy zabukować wybrany obiekt, pojawiał się jakiś błąd. Wcale nie wynikało to ze słabego sygnału WiFi. Być może państwo blokuje je, umożliwiając w ten sposób większy zarobek dla właścicieli, a co za tym idzie – dla siebie? Po przesłaniu linku casy do Polski nasi znajomi od razu zarezerwowali dla nas pobyt, bez najmniejszego problemu.

NIE OBYŁO SIĘ BEZ MAŁEJ AKCJI:

Podczas niespełna trzech tygodni na Kubie wyrolował nas tylko jeden gospodarz. Po naszym przyjeździe do hostelu Snack/Bar Alba w Morón właściciel oznajmił, że nie ma dla nas miejsca (które było zarezerwowane, opłacone i potwierdzone w serwisie), bo wpadli Włosi (jego rodacy) i przedłużyli pobyt. Biedak nie wiedział co ma zrobić, bo przecież nie wyrzuci ich na ulicę. Zaproponował nam nocleg w casie u koleżanki, życząc sobie za niego dwukrotnie większej ceny. Do znudzenia powtarzał nam, że to nie jego wina, że nie ma kwatery w tej samej cenie, bo przecież jego pokoje są najtańszymi w mieście. Pomijając to, że straciłyśmy cenny czas (spieszyłyśmy się na jednodniowy wypad do Cayo Coco – najpiękniejszą z kubańskich plaż), po oddaniu przez niego pieniędzy znalazłyśmy nowe miejsce noclegowe u jego sąsiada w tej samej cenie. Jeśli coś takiego spotka i Was to tak naprawdę nic się nie stanie. Kuba stoi pokojami na wynajem i szybko znajdziecie miejsce zastępcze.

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, czyli najfajniejsze plusy casy na zdjęciach poniżej, którą znalazłyśmy po zrobieniu nas w bambuko przez wspomnianego Włocha.

ŚNIADANIA I OBIADY U GOSPODARZY:

Praktycznie każdy gospodarz zaproponuje Wam śniadanie lub obiad po dopłacie. Pewnie uda Wam się zjeść taniej na mieście ale posiłki w casach były naprawdę konkretne. Śniadanie kosztowało 4-8CUC za osobę. Nie jadałyśmy obiadów u gospodarzy, choć proponowali nam je w cenie 8-10CUC, w zależności od potraw. Wszędzie spotkacie się z tym samym menu. Propozycją na pierwszy posiłek dnia będzie chleb, tosty i masło. Podadzą Wam też owoce – banana, ananasa, gujawę i papaję, Mała uwaga – na Kubie unikajcie słowa papaja, które w mowie potocznej oznacza żeńskie organy płciowe. Zamiast tego, użyjcie słowa fruta bomba. Poza tym, podadzą Wam omlet, jajecznicę lub jajko sadzone. Nie zabraknie kawy, herbaty i świeżo wyciskanych soków.

Jeśli jesteście zainteresowani posiłkiem u gospodarzy, dajcie im znać odpowiednio wcześniej. Na Kubie niełatwo jest zorganizować wszystkie potrzebne rzeczy na śniadanie czy obiad w tak krótkim czasie jak u nas.

WŁAŚCICIELE CASY – NAJLEPSZA INFORMACJA TURYSTYCZNA:

Warto posiadać luźny plan wyjazdu. Szczegóły zawsze można dopiąć, będąc już na miejscu. Z pewnością pomogą w tym gospodarze, u których się zatrzymacie. To prawdziwa informacja turystyczna, która z chęcią pomoże Wam zaplanować pobyt na Kubie. Zorganizuje też dojazd i wszelkie atrakcje. Wiadomo, że nie wszyscy podejdą do tego uczciwie, choć nasi właściciele proponowali usługi w korzystnych cenach. Zanim zdecydujecie się na sugerowane wycieczki, warto na spokojnie to sobie przekalkulować.

IMG_0827
W Vinales mogłyśmy liczyć na pomoc właścicielki casy przy planowaniu atrakcji. Ceny były uczciwe.

LISTA MIEJSC, W KTÓRYCH SIĘ ZATRZYMALIŚMY:

Hawana, Havana Panoramic and Seaview Homepierwsze dni na Kubie spędziłyśmy u dwóch Pań – prawdziwych biznesmenek.  „Ale jak to nie chcecie śniadania? Przecież to najważniejsza część posiłku!” – taką formułkę usłyszałyśmy wiele razy kiedy postanowiłyśmy, że zrezygnujemy ze śniadania w dniu wyjazdu ze względu na wczesną godzinę. Panie proponowały też podwózkę do Vinales… podbijając cenę dwukrotnie. Twierdziły, że cena jest odpowiednia bo kierowca to ich zaufany człowiek, na którym mogą polegać i nie mamy pewności, czy dojedziemy z innym taksówkarzem. I wiecie co? Dojechałyśmy z innym. O połowę taniej. Niemniej jednak, solidnego i pysznego śniadania oraz przepięknego tarasu nie można im odmówić. Za dwa noclegi i 4 osoby zapłaciłyśmy 80CUC. To była nasza najdroższa casa, ale nie żałujemy!

Vinales: Villa en La Colina 2. Jadąc z Hawany do Vinales taksówkarz powtarzał nam, że dom znajduje się daleko od centrum miasta. Okazało się, że to 15 minut spaceru od głównego placu. Cena? Hit. Za trzy noce i cztery osoby zapłaciłyśmy 34CUC. Śniadanie dodatkowo płatne – 5CUC za osobę (było konkretne, jak na kubańskie warunki przystało). Gospodarze nie zamieścili na Air BnB zdjęć pokojów. Spodziewałam się obdrapanej nory ale zdecydowałyśmy się na ten obiekt ze względu na cenę i pięknie położony taras. Wygląd miło nas zaskoczył. Właścicielka Gladys to sympatyczna osoba, która z chęcią pomoże Wam zorganizować wszystkie atrakcje i to w bardzo dobrej cenie.

Playa Larga nad Zatoką Świń, Casa Doryan. Cena za dwie noce: 39 CUC za cztery osoby. Przywitano nas powitalnym drinkiem i ofertą turystyczną ze wszystkimi atrakcjami.

Cienfuegos, Hostal Santa Elena (Apartamento independiente) był kolejnym hitem. Szkoda, że zatrzymałyśmy się tam tylko na jeden nocleg, choć tyle czasu na tę miejscowość w zupełności wystarczy. Cena: 18CUC za cztery osoby za dobę. Właścicielka Ana sporządziła nam cały plan zwiedzania miasta. 

Trinidad, hostal la Deportista  – cena: 46CUC za cztery osoby za dwie noce. Właściciele byli bardzo pomocni i załatwili nam podwózkę do kolejnego miasta w niskiej cenie.

Morón (baza wypadowa do Cayo Coco) – po opisanym wyżej incydencie w hostelu Snack/Bar Alba znalazłyśmy miejsce u ich sąsiadów w Concha Azul. Dom był ogromny, prześliczny, miał basen i serwowano w nim przepyszne śniadanie. Cena? 25CUC/noc za cztery osoby. Po małych negocjacjach z właścicielem i opowiedzeniu mu historii o wyrolowaniu nas przez jego sąsiada przystał na naszą cenę, choć pobyt w domu jest na pewno droższy.

Matanzas: Hostal Rio Real, cena: 40CUC za 2 doby i 4 osoby. Kolejny dobry wybór.

Zachęcam do korzystania z casas particulares. Okazując w ten sposób wsparcie finansowe Kubańczykom, podpatrzycie jak mieszka się na Kubie. Dajcie sobie szansę na lepsze poznanie kraju. Casas Particulares to jedna z opcji, która bez wątpienia Wam to umożliwi. Nie zapomnijcie o drobnych podarunkach z Polski (stawiałyśmy na słodycze i kosmetyki), dzięki czemu właściciele będą Was miło wspominać. Szukacie więcej informacji o Kubie? Zajrzyjcie też tutaj:

btr

Kierunek Kuba! Informacje praktyczne

Pod koniec stycznia spełniło się moje marzenie – poznanie kraju będącego twierdzą socjalizmu, skupiskiem zaradnych ludzi i zabytkowych samochodów z radiem grającym na cały regulator. Na Kubie spędziłyśmy 2 tygodnie i 4 dni. Mam nadzieję, że poniższy wpis okaże się pomocny w podróży – dajcie znać, jeśli tak będzie!

KSIĄŻKI I FILMY:

Zdecydowanie warto ogarnąć temat Kuby przed wyjazdem. Oto moja lista, która pomogła mi lepiej zrozumieć ten kraj. Nie myślicie o podróży w te strony? Po lekturze poniższych książek lub obejrzeniu wymienionych filmów Kuba pojawi się w Waszych planach!

  • M. Kurlansky, Hawana – podzwrotnikowe delirium [książka] – wszystkie informacje przekazano zwięźle i interesująco. Autor skupia się głównie na stolicy, choć znajdziecie w niej sporo zapisków na temat całej wyspy.
  • M. Stasiński, Diabeł umiera w Hawanie [książka] – zbiór reportaży traktujących o kubańskim społeczeństwie i tamtejszej polityce.
  • K. Mroziewicz, Fidelada [książka] – obserwacje życia na Kubie sporządzane przez 30-40 lat. Autor wiele razy wpadał na wyspę i jest naprawdę „w temacie”.
  • Kamerzysta na Kubie [film, Netflix] – dokument ukazujący losy trzech kubańskich rodzin na przestrzeni 40 lat.  G e n i a l n y !
  • Kuba Libre. Historia gorącej wyspy [serial, Netflix] – streszczenie kubańskiej historii w ośmiu interesujących odcinkach.

KIEDY JECHAĆ NA KUBĘ?

Jestem przekonana, że jakąkolwiek datę wyjazdu byśmy nie wybrały to i tak zaliczyłybyśmy ten wypad do udanych. Niemniej jednak, aby w pełni cieszyć się pobytem warto znać warunki na Kubie w poszczególnych porach roku. Wiosna, lato, jesień, zima? Nie o takie okresy chodzi. W tych stronach istnieje podział na:

  • porę suchą (październik – maj),
  • porę deszczową (czerwiec – wrzesień).

Odradza się podróżowania na Kubę pomiędzy wrześniem a listopadem. To okres huraganów na Karaibach. Najlepiej wybrać się tam w porze suchej. Temperatury powietrza oscylują wtedy w granicy 20-25 stopni – choć trzeba przyznać, że taka prognoza nie do końca sprawdziła się u nas. Przynajmniej nie na początku wypadu. Odwiedziłyśmy Kubę na przełomie stycznia i lutego. Hawana przywitała nas  wtedy ulewą i 14 stopniami. Po dwóch dniach wróciło słońce i przyjemne 20 stopni, ale wieczorami temperatura spadała nawet do 7 stopni. Pamiętajcie o długich spodniach i kurtce podczas pakowania.

IMG_0249
„Jedź na Kubę” – mówili. „Będzie ciepło” – mówili…

Pora deszczowa zaserwuje Wam konkretne upały. W tym okresie temperatura rzadko spada poniżej 30 stopni w ciągu dnia. Dodajcie do tego tropikalny klimat wyspy i macie warunki, które będą nie do zniesienia. Jakie są plusy wyjazdu w tym okresie? Mark Kurlansky w swojej książce Hawana – podzwrotnikowe delirium twierdzi, że upały i pot mieszkańców to nieodzowny element kubańskiej rzeczywistości. Podkreśla, że kto nie doświadczył na Kubie tak wysokich temperatur, nie doświadczył Kuby. Pisze, że prawdziwy Kubańczyk chodzi jedynie w cieniu kamienic. Wentylatory to nieodzowny element każdego domostwa na Kubie. Kubańczycy nie mogą uwierzyć, że nie posiadamy ich w polskich domach, skoro mamy ciepłe lato. Nie są one nam jednak tak potrzebne, jak na Kubie – oprócz wysokich temperatur występuje tam klimat tropikalny. Z kolei na próżno szukać u nich kaloryferów (widziałyśmy je tylko w kilku domach) – mimo, że noce są naprawdę chłodne.

Pogoda to ważny wyznacznik daty wyjazdu, ale nie jedyny. Karnawał w Santiago de Cuba to wielkie wydarzenie. Skalę jego świętowania porównuje się do Rio de Janeiro. Taki powód w pełni usprawiedliwia wybór lipca jako swojego miesiąca podróży na Kubę – mimo, że jest to środek pory deszczowej. Poza tym, nam również trafił się deszcz i silny wiatr, a nawet tornado. Tak naprawdę będąc przez większość czasu bez Internetu i telewizji dowiedziałam się o nim od znajomych, pytających czy jestem cała. 

JAK DOSTAĆ SIĘ NA KUBĘ?

W celu znalezienia najdogodniejszego lotu w korzystnej cenie polecam wyszukiwarki połączeń skyscanner i esky. Za bilet w dwie strony zapłaciłyśmy 2100zł (z bagażem podręcznym, rejestrowanym oraz ich ubezpieczeniem). Cena była dobra, choć można trafić taniej. Skorzystałyśmy z usług Air Canada i leciałyśmy z Warszawy do Hawany. Po drodze miałyśmy dwie przesiadki – w Monachium i Toronto.

KARTA TURYSTY I UBEZPIECZENIE:

Te rzeczy oficjalnie sprawdzają na lotnisku (nieoficjalnie: sprawdzono nam jedynie kartę turysty). Kartę turysty można zakupić w cenie 22 euro (gotówką) w Ambasadzie Kuby w Warszawie. Jeśli komuś nie po drodze do stolicy, w Internecie znajdziecie masę biur podróży w całej Polsce, które się tym zajmują. W niektórych biurach można załatwić ją sobie od ręki. Do wyrobienia potrzebne jest ksero paszportu ważnego co najmniej 6 miesięcy od wjazdu na Kubę, bilet lotniczy i adres pierwszego meldunku na Kubie. Należy też zadbać o ubezpieczenie (firmy ogarniające kartę turysty często proponują wszystko za jednym razem). Byle nie amerykańskie – takich na Kubie nie uznają… Kartę podzielono na dwie części – pierwszą zabierają Wam przy wjeździe na wyspę, a drugą przy wyjeździe.

AIR CANADA  – O CZYM TRZEBA PAMIĘTAĆ?

Jeśli skorzystacie z usług Air Canada, otrzymacie kartę turysty gratis na pokładzie samolotu (w przypadku przesiadek zostanie Wam ona wręczona na ostatnim odcinku lotu). Nawet jeśli połowa pracowników lotniska wmawia Wam, że musicie ją mieć już przy pierwszym locie, to wcale tak nie jest. Wówczas zaproście ich przełożonego, który po sprawdzeniu tego faktu przyzna Wam rację (checked).

Skorzystałyśmy z przesiadki w Toronto (9h), odbywając spacer po mieście i rejs. W przypadku dotarcia do Kanady drogą lotniczą władze wymagają electronic Transit Authorization (eTa), nawet jeśli planujecie tylko przesiadkę. Osoby wkraczające na teren Kanady samochodem czy statkiem nie muszą się o to martwić. Pozyskanie eTa jest szybkie i proste: na tej stronie wypełniacie wniosek, po czym wpłacacie 11CAD (ok. 30zł) na wskazane tam konto. Po kilkunastu godzinach na Waszego maila dotrze gotowa eTa, którą należy wydrukować i pokazać na lotnisku.

Toronto
Kiedy ławka jest mokra i uniemożliwia zdjęcia „na zamyślonego”

DOJAZD Z LOTNISKA: 

Wylądowałyśmy w Hawanie w nocy, więc zdecydowałyśmy się na taksówkę spod lotniska. Kurs do centrum miasta to 20-30 CUC (tak było w styczniu 2019). Cena zależy od godziny korzystania z taksówki i zdolności negocjacyjnych. My zapłaciłyśmy za kurs nocny 30CUC. Kierowca dziwnym trafem nie mógł znaleźć adresu – nie zważając na udzielane przez nas wskazówki GPS. Za dodatkowe kilometry spowodowane szukaniem naszego miejsca zamieszkania zażyczył sobie napiwek. Kuba od samego początku uczuliła nas na takie akcje. Wymuszanie napiwku zdarza się w tym kraju często.

lotnisko hawana

PORUSZANIE SIĘ PO KUBIE:

Uprzedzam, że Google Maps nie bardzo się tam spisze. W jaki sposób poruszać się po Kubie? Warto pobrać aplikację Maps me. To darmowy GPS działający offline (wcześniej należy jedynie ściągnąć mapę wybranego obszaru). Jest bardzo prosty w obsłudze. To nie jedyna nawigacja działająca bez Internetu, ale naprawdę spisała się podczas naszego pobytu na wyspie.

TRANSPORT NA WYSPIE:

Jako, że podróżowałyśmy z dziewczynami we czwórkę, mogłyśmy pozwolić sobie na podróże taksówką. Starałyśmy się negocjować z kierowcą tak, aby cena finalna wyniosła tyle, ile bilet autobusu na wybranym odcinku. Zazwyczaj udało się nam to osiągnąć. Tak naprawdę cena zależy od Waszego uporu.

Kiedy pewien Pan podrzucił nas pod dworzec (skąd najlepiej łapać taksówkę), kierowcy omal nie wskoczyli nam do auta, przekrzykując się w cenie. Nie zdążyłyśmy nawet oznajmić, że potrzebujemy podwózki, a odniosłam wrażenie, że targują się już o nas między sobą. Que se calmen! (niech się uspokoją) – krzyknął nasz kierowca do taksówkarzy. Nie byłyśmy nawet w stanie wyjść z samochodu. Miły Pan odstawił nas (oczywiście nie za darmo), życząc powodzenia w targowaniu. No i zaczęło się. Przed przyjazdem słyszałyśmy, że za kurs z Hawany do Viñales powinno się zapłacić jakieś 20 CUC za osobę. Taka cena rozbawiła gromadkę taksówkarzy pod dworcem. Po dłuższej chwili i upartym powtarzaniu, że szukamy podwózki w tej cenie jeden z nich w końcu zabrał nas do Viñales.

Jak nie przepłacić za Taxi na Kubie? Nie przejmujcie się gadką niektórych gospodarzy o niebezpieczeństwie w przypadku skorzystania z niesprawdzonych przez nich taksówek. Wiadomo, że wszędzie trzeba na siebie uważać. Najczęściej jednak troska ta wynika z wciśnięcia Wam podwózki znajomego. Zanim zdecydujecie się na auto proponowane przez właściciela casy, sprawdźcie jaką cenę proponują taksówkarze na mieście. Niektórzy gospodarze lubią doliczać sobie procencik za pośredniczenie w załatwieniu sprawy lub starają się windować ceny do góry dla dobra znajomych, będących Waszymi potencjalnymi kierowcami. Wielu z nich proponowało uczciwą kwotę, choć znaleźli się też tacy z ceną dwukrotnie wyższą.

Za wykonany kurs na Kubie zawsze płaci się po dotarciu do wybranego miejsca. Wiem, że jest to oczywiste, ale jeden z kierowców poprosił o zapłatę przed rozpoczęciem (grzecznie poinformowałyśmy go, że jest to niemożliwe). Przed wyruszeniem należy potwierdzić cenę ostateczną u taksówkarza. Nie ma opcji na żaden zadatek lub przetrzymanie dokumentów. Cwaniaczków zarabiających w ten sposób na turystach nie brakuje, o czym również wspominali nasi gospodarze.

Wbrew wyraźnej granicy pomiędzy Kubańczykami a turystami, kilku kierowców chętnie opowiedziało nam o życiu na Kubie, ich rodzinie czy pracy. Rozkręcali imprezę w aucie z hitami na cały regulator i włączali się do gry w czółko (zgadywanie piosenek po nuceniu), o której wcześniej nie słyszeli. Dobrze, że wzięłyśmy słodycze z Polski – trafiały w dobre ręce.

btrhdr
Nasz pierwszy kubański zimny łokieć po Hawanie miał miejsce w tym samochodzie

Jeśli wybieracie się na Kubę w mniejszym składzie i nie znaleźliście nikogo, z kim moglibyście dzielić taksówkę, możecie skorzystać z usług AUTOBUSU VIAZUL. Bilety można zakupić w informacji turystycznej, ich biurach firmowych lub online (przed odjazdem wydruk z Internetu wymienia się na oryginalny  bilet – zarezerwujcie więc sobie trochę czasu na stanie w kolejce). Nie zdziwcie się kiedy na Karaibach usłyszycie, że na autobus woła się guagua (głagła). Z kolei w Chile, Peru i Ekwadorze mieszkańcy określają tym wyrazem małe dziecko. Zadbajcie o bilety autobusowe wcześniej – szybko wyprzedają się na popularnych trasach. Musicie też wiedzieć, że w czasie podróży kierowca podkręca klimę do granic możliwości. Warto wziąć ze sobą jakieś okrycie, aby uniknąć odmrożeń.

Droższą propozycją poznania Kuby zza szyby samochodu, która cieszy się niesłabnącym zainteresowaniem wśród turystów są LUKSUSOWE KABRIOLETY. Oferują przejazd w cenie 30-40CUC za godzinę. Nie skorzystałyśmy z tej atrakcji, nie tylko ze względów ekonomicznych. Zamawiając jakikolwiek samochód na Kubie podjedzie po Was perełka motoryzacji. Trzeba przyznać, że te droższe są w znacznie lepszym stanie ale wolałyśmy zaoszczędzić tę kwotę na inne atrakcje i cieszyć się przejażdżką równie ciekawymi, aczkolwiek często dobitymi taksówkami w niższej cenie.

Jakim cudem luksusowe kabriolety są w tak dobrym stanie? Mimo, że na masce widnieje napis Chevrolet, najprawdopodobniej silnik pochodzi od nowszego samochodu. Warto dodać, że kierowcy takich samochodów to obecnie jedna z najlepiej zarabiających grup na Kubie. Osoby pracujące w sektorze turystycznym i posługujące się językiem angielskim mogą liczyć na lepsze warunki życia na wyspie.

Na Kubie istnieje też tańsza wersja podwózki, tzw. TAXI COLLECTIVO. Odjeżdża tylko wtedy, gdy zbierze się komplet osób (łatwo je zlokalizować na dworcach w danych miejscowościach). Zazwyczaj nie trzeba na to długo czekać. Kierowca życzy sobie za przejazd grosze. Dosłownie. Kurs z jednego krańca Matanzas do drugiego kosztował 10CUP (10-15 groszy?). Oczywiście taka cena obowiązuje miejscowych. Widząc turystów kierowca momentalnie aktualizuje cennik. Wartość kursu zależy więc od Waszych zdolności negocjacyjnych. Niestety nie korzystałyśmy z tego środka transportu. Taksówki używałyśmy głównie do przemieszczania się między miastami. Każde Taxi Collectivo miało słabe szanse na to, że pomieści nasze wszystkie bagaże.

IMG_3372.jpg

O wynajmie ROWERÓW na Kubie wspomnę przy okazji omawiania planu podróży. Nie spodziewajcie się jakiś górskich śmigaczy – dodam tylko, że warto sprawdzać stan ich hamulców, zanim zdecydujecie się na wypożyczenie. Rower na cały dzień kosztował nas 5CUC. Gdzie je wypożyczać? Zapytajcie gospodarzy miejsca, w którym się zatrzymacie. Oni wiedzą wszystko i wszystko Wam załatwią. Czasami doliczą sobie coś za usługę, ale kwoty te i tak będą mało znaczące.

2
Nawigacja pokazuje, że trasa jaką chcecie odbyć samochodem jest krótsza niż to, co próbują Wam wmówić właściciele? Zaufajcie gospodarzom i weźcie pod uwagę stan kubańskich dróg.

Kolejny środek transportu na Kubie to COCO TAXI – motocykl z doczepionym siedzeniem w kształcie kokosa. Oczywiście jest to opcja tylko na krótkie dystanse. Kierowcy życzą sobie 7-10 CUC za godzinny kurs po Hawanie.

BICI TAXI to kolejna popularna forma przemieszczania się na Kubie i jeden z najtańszych środków transportu. Nawet Kubańczycy korzystają z Bici Taxi. Nie czułabym się komfortowo kiedy ktoś musiałby pedałować za dwóch, choć Panowie z pewnością są do tego przyzwyczajeni. Pewnie nie byliby zadowoleni, że robię im w tym momencie średnią reklamę, nie pochwalając tego środka transportu z wyrzutów sumienia.

W informacjach praktycznych powinny się również znaleźć kwestie noclegu, jedzenia oraz plan podróży. Chciałabym przekazać Wam naprawdę sporo o Kubie, więc przygotuję wspomniane tematy w osobnych wpisach. Zachęcam do poczytania pozostałych artykułów: 

Drinki na Kubie

Zapraszam na jeden z lżejszych wpisów traktujących o Kubie! Decydując się na wyjazd w te strony czekają tam na Was drinki w bardzo niskich cenach. Lubicie rum? W niektórych sklepach zdarzało się, że był tańszy od wody. Wyspa serwuje niebezpiecznie niskie ceny tego napoju alkoholowego. Informacje w sklepach proszące o łan dolar za drinka znajdziecie na każdym kroku (w Hawanie będą one nieco wyższe). Proszę mi wierzyć, że wcale nie ma w nich znikomej ilości alkoholu (delikatnie mówiąc).

W jednym z barów zapytano nas czy życzymy sobie dolewki rumu do naszego drinka. Zanim odpowiecie na to pytanie twierdząco, proponuję spróbować Waszego koktajlu. Wówczas przekonacie się, że propozycja była miła, aczkolwiek naprawdę zbędna. Jakich drinków warto spróbować, będąc na Kubie? Przedstawiam Wam te najsłynniejsze na wyspie:

img_0598.jpeg

CUBA LIBRE!

Ten drink to klasyk. Jego nazwa w dosłownym tłumaczeniu oznacza Wolną Kubę. Miejscowi zdają się określać ten koktajl sensowniej – Mentirita, czyli „małe kłamstewko”. Żeby było śmieszniej, Cuba Libre powstała około 1900 roku w czasie starć Amerykanów, którzy pomogli Kubańczykom przegonić Hiszpanów z wyspy (po czym sami ją przejęli, taki drobiazg). Zgodnie z legendą, pewnego wieczoru jeden z amerykańskich oficerów zamówił kilka kolejek ulubionego drinka składającego się z rumu, coli, lodu i limonki. W trakcie imprezy wzniósł toast słowami „Por Cuba Libre” (za wolną Kubę), która stała się nazwą jego ulubionego koktajlu.

img_0300.jpeg

Aby podkreślić niedorzeczność najsłynniejszego drinka na Kubie dodam, że na całym świecie serwuje się go z symbolem kapitalizmu – Coca-Colą. Kuba i Korea Północna to jedyne kraje, w których oficjalnie zakazano jego sprzedaży. Kubańczycy poradzili sobie z tą drobnostką, produkując odpowiednik o nazwie Tukola (na bazie cukru trzcinowego). Właściwie to jest on napojem Coca-Cola, sporządzanym według przepisu z lat 60-tych. Firma istniała na wyspie przed rewolucją. Wraz z jej nastaniem zakłady zostały znacjonalizowane przez kubańskie władze. Obecnie firma produkująca Tukolę nazywa się Ciego Montero. Poza wspomnianym napojem zajmuje się m.in. dystrybucją kubańskiej Fanty, Sprite oraz wody butelkowanej.

MOJITO!

Drink zdobył sławę na całym świecie. Przedstawienie jego składu z pewnością mogę sobie darować. Wiele osób twierdzi, że przypadkowo nazwał go w ten sposób Ernest Hemingway. Pisarz wpadał na niego często do baru la Bodeguita del Miedo. To twierdzenie wzbudza jednak wiele wątpliwości, bo wersji z genezą nazwy Mojito jest co najmniej kilka. Istnieje kolejna teoria informująca, iż wzięła się od słowa mojo, oznaczającego rzucenie uroku. Być może miało się to odnosić do stanu piratów po skosztowaniu kilku drinków.

Wspomniany wcześniej bar la Bodeguita del Miedo został założony w 1942 roku przez Angela Martinez. Zapewne nie śniło mu się, że tamtejsze mojito zdobędzie sławę nie tylko w Hawanie, ale i na całym świecie. Przyczyniły się do tego znane osobistości, będące stałymi bywalcami w barze. Poza Hemingwayem lokal odwiedzała także Gabriel Garcia Marquez, Marlene Dietrich czy Bridget Bardot. Nie był to jednak bar zarezerwowany wyłącznie dla największych sław, o czym świadczą przesiadujące w nim liczne grupy studentów.

Kuba Hawana

DAIQUIRI!

To połączenie białego rumu, soku z limonki, lodu i odrobiny likieru maraschino. Wersji powstania Daiquiri jest chyba tyle, co klientów w ulubionym barze Hemingwaya. Jedna z nich podaje, że geneza nazwy wywodzi się od Baitiquiri – miasta, w którym znajdują się kopalnie manganu. Według niej, napój alkoholowy wymyślili tamtejsi górnicy. Uważali, że doskonale sprawdzał się w walce z upałem i zapewniał im dobre orzeźwienie podczas pracy.

Kolejna wersja mówi, że stworzył go Lucius Johnson (admirał amerykańskiej Marynarki Wojennej). Napój stał się znany i powszechny w USA na początku XX wieku. W zdobyciu sławy pomógł jego główny składnik (rum), który był najłatwiejszym alkoholem do zdobycia przez Amerykanów. Wiele źródeł podaje, że drink o identycznym składzie pili brytyjscy marynarze, wyprzedzając wymienionych wynalazców koktajlu o jakieś 140 lat.

Daiquiri rozsławił Ernest Hemingway, który swego czasu mieszkał na Kubie. Często wpadał na tego drinka do baru la Floridita. Pisarz zamawiał go z podwójną porcją rumu i lodu. Najwyraźniej spożywanie napojów alkoholowych pomagało mu przelać myśli na papier – pracownicy wspominali, że wypijał ich nawet kilkanaście dziennie. W dzisiejszych czasach miejsce odwiedzają tłumy turystów. Właściciele zadbali o wyraźne podkreślenie związku Floridity z pisarzem. Przy wejściu powita Was jego popiersie. Na ścianach lokalu rozwieszono pamiątkowe zdjęcia Ernesta z jego znajomym… Fidelem Castro.

Hemingway to jeden z niewielu Amerykanów, którego tak serdecznie wspomina się na Kubie. Mieszkańcy wyspy nazywali go pieszczotliwie Papa (tatuś). Określenie idealnie współgrało z jego posturą i siwą brodą. Pisarz spędził na Kubie ostatnie 20 lat swojego życia. Pozostawił po sobie sporo pamiątek na wyspie, z których rozkręcono niezły biznes. W dawnym miejscu zamieszkania pisarza (hotel Ambos Mundos w Hawanie) można zwiedzić jego pokój. Znajduje się tam m.in. jego maszyna do pisania. W murach hotelowego pokoju 511 Hemingway stworzył wiele znakomitych książek, które doceniano i nagradzano na całym świecie. Nie omieszkano uwiecznić go w barach i miejscach, gdzie się pojawiał. Osoby, które znały pisarza lub miały jakąkolwiek okazję, aby z nim porozmawiać często udzielały płatnych wywiadów. Kto wie, ilu z nich rzeczywiście zamieniło słówko z noblistą…

btrhdr

CANCHANCHARA!

Pora na specjał z Trynidadu, stworzony w XIX przez kubańskich partyzantów w czasie walk przeciwko Hiszpanom. Jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi, Canchanchara to symbol kubańskiej walki o niepodległość. Jednym z elementów wyposażenia żołnierzy walczących o niezależność kraju była wydrążona tykwa – roślina z gatunków dyniowatych, której wyżłobiony w środku owoc służył jako kubek. Uważali, że picie canchanchary pomaga im rozgrzać organizm w górach nad ranem.

Napój składa się z białego rumu, wody, miodu i soku z limonki. Po kilku drinkach wypowiedzenie tego słowa wcale nie jest takie proste (Kanczanczara), choć słysząc Ciamciamciaram miejscowi zapewniają, że wiedzą o co prosi klient.

PIÑA COLADA!

Tak brzmi moje drugie imię po wypadzie na Kubę. Drink serwowany jest w każdym kubańskim barze. Być może nie należy do tradycyjnych kubańskich koktajli ale cieszy się sporym zainteresowaniem. Nic dziwnego – smak tamtejszej Piña Colady jest nie do opisania!

COCO LOCO!

To typowy karaibski serwowany w kokosie, którego możecie spróbować głównie na plaży. Drink cieszy się większą popularnością na Dominikanie, ale warto go spróbować również na Kubie. Coco Loco (w dosłownym tłumaczeniu: szalony kokos) składa się z rumu, mleczka kokosowego i soku z ananasa.

CO PIJĄ MIEJSCOWI?

Rum, bez zbędnych kombinacji! W weekendy zobaczycie tłumy Kubańczyków z butelką na Maleconie – promenadzie, która z moich obserwacji jest miejscem spotkań w każdym większym mieście. Szczególnie da się to zauważyć w Hawanie. Nieważne, jakiej jakości jest spożywany przez nich rum. Ważne, że zawsze znajdzie się ktoś, z kim mogą go dzielić. Na brak kontaktów raczej nie narzekają. Kubańczycy to bardzo towarzyski naród. Być może dzięki temu od tylu lat dzielnie stawiają czoła trudnej rzeczywistości w ich kraju. Ze względu na ograniczony dostęp do Internetu, znajomości podtrzymuje się jedynie poprzez spotkania osobiste. Co tu dużo mówić – Internet, ograniczył je u nas w ogromnym stopniu…

IMG_1828
Rumu na Kubie nie brakuje nawet w najmniej zaopatrzonych sklepach…

 

O czym warto wiedzieć przed wyjazdem na Kubę?

Pora na kilka rad i praktycznych wskazówek, które pozwolą Wam nacieszyć się pobytem na wyspie bez rozczarowań. Mimo, że spontaniczny wypad do tego kraju również należałby do udanych, zachęcam Was do przygotowania się przed podróżą – szkoda byłoby nie wykorzystać wyjazdu do granic możliwości. O czym warto wiedzieć i czego się spodziewać? 

#1 NA KUBIE JEST BEZPIECZNIE. 

Niezależnie od tego, w którym kraju przebywamy należy zachować zdrowy rozsądek. Niemniej jednak, na Kubie czułyśmy się bardzo bezpiecznie. Mogłyśmy robić zdjęcia, wyjmując telefon na każdym kroku. Nie w każdym kraju Ameryki Łacińskiej poczujecie taki komfort. Niespotykane było dla mnie zostawianie torebek przy wejściu do większych supermarketów. Nie można wejść z nimi do środka – ułożono je na półce przy drzwiach i nigdy nic się z nimi nie działo. Takie zasady w sklepach świadczą o sporym zaufaniu do społeczeństwa… Dodam też, że nieraz wracałyśmy do naszych miejsc noclegowych o późnej porze. Może było to zwykłe szczęście, ale nie spotkałyśmy się z żadną nieprzyjemną sytuacją.

IMG_20190201_140827
To jedne z nielicznych niebezpieczeństw na Kubie – lepiej patrzeć pod nogi 😉

 #2 KŁAMCZUSZKI NA KUBIE. 

Turystyka na Kubie jest w fazie rozkwitu i coraz częściej reperuje kieszenie Kubańczyków. Przy marnych 20 dolarach miesięcznej wypłaty podejmują próby wyłudzania pieniędzy od przyjezdnych na wszelkie możliwe sposoby. Pomyłki przy wydawaniu reszty w innej walucie, które sprawiają, że płacicie za coś 25 razy drożej? No cóż, zdarza się… 

Tańsze cygara po znajomości od przyjaciela, którego ojciec pracuje w fabryce? Odpuśćcie, jeśli zależy Wam na oryginalnych. Wyłudzanie za nie pieniędzy na Kubie to temat rzeka. Skrócę go do jednej historii, jaka przytrafiła nam się pierwszego dnia. Zagaduje nas młody uśmiechnięty Pan, zalewając pytaniami. Niespostrzeżenie wyciąga informację, że to nasz pierwszy dzień na Kubie. Życzy udanego urlopu i zasypuje dobrymi radami. Jedną z nich jest kupno cygar. Pamiętajcie, kupujcie je tylko w fabryce albo na plantacji. No chyba, że…. w Casa Cooperativa. Jest taka promocja raz w roku przez tydzień, za chwilę zamykają to miejsce. 

To była jedna z setek informacji, które nam przekazał. Podziękowałyśmy i kontynuowałyśmy spacer, który 20 minut później przerwała pewna Pani. Hej! Pamiętam Was z lotniska, widziałam Was wczoraj! W skrócie – info od kolegi dotyczące naszego pierwszego dnia na Kubie przeszło. znów ta sama śpiewka o radach i propozycja odprowadzenia nas do Casa Cooperativa. A co tam, możemy wstąpić. Co się okazało? Odprowadziła nas do zwykłego domu, po którym biegały sobie kurki, a lokatorzy – najwyraźniej przyzwyczajeni do wizyt turystów – spokojnie kontynuowali sobie wieszanie prania. W pokoju wystawiono oryginalne paczki cygar po zawyżonych cenach, podanych jako promocyjne. Założę się, że te na sprzedaż nie miały nic wspólnego z oryginałem. Podziękowałyśmy za możliwość obejrzenia towaru, kierując się do wyjścia. Dziewczyna pożegnała nas słowami it’s ok, zdobywając się nawet na uśmiech. Najwyraźniej jeden stracony klient to nic takiego. Gdyby znaleźli choć jednego naiwniaka na miesiąc to i tak mają z tego dobry biznes.

Jak to nie chcecie śniadania? Przecież to najważniejszy posiłek dnia i trzeba go jeść! – powtarzały właścicielki domu, w którym się zatrzymałyśmy. Owszem, trzeba. Niemniej jednak, odpuszczenie go sobie przed wyjazdem pozwoliło nam zaoszczędzić 7 dolarów. Jego brak raczej nie odbił się na naszym zdrowiu. Inne zdanie na ten temat miały wspomniane panie domu.

img_20190120_102326-1 (1)
Choć trzeba przyznać, że to śniadanie było konkretne

Jedziecie do Vinales z nieznanym taksówkarzem? Chicas, opamiętajcie się! Powtarzały zawzięte gospodynie z Hawany. Próbowały nam wcisnąć swojego kierowcę w cenie 120CUC, podczas gdy na mieście znalazłyśmy podwózkę za 80CUC. Ciekawie było też w Playa Larga, z której można dojechać do Cienfuegos za 30 CUC. Szanowny Pan taksówkarz stwierdził, że najwyraźniej przesłyszałyśmy się w trakcie uzgodnień i prosił o nieco więcej – 70CUC. Kiedy zamotał się z argumentem najwidoczniej się nie zrozumieliśmy, rozpoczął próby z kolejnym – równie dobrym. Okazało się, że godzina zamówionej taksówki jest dla niego nieodpowiednia, dlatego kurs jest o wiele droższy. Podziękowałyśmy mu i zasięgnęłyśmy opinii u miłych Panów w melex’ach przy placu głównym. Zamówili dla nas taksówkę, potwierdzając słuszność naszych wymagań cenowych. Jakież było zdziwienie, kiedy podjechał po nas Pan proponujący wcześniej przejazd za 70CUC. Z uśmiechem przez zęby podwiózł mnie z dziewczynami po naszej cenie. Złota zasada na Kubie: targujcie się, zawsze.

3 (1)
Pamiątkowe zdjęcie we wspomnianej taksówce

Kiedy spotkacie się z wieloma oznakami rozkwitu turystyki na Kubie, a naciąganie i wyłudzanie pieniędzy przez niektórych Kubańczyków zacznie doprowadzać Was do szału, przypomnijcie sobie jak wygląda ich sytuacja w tym kraju (pensja 20 dolarów/miesiąc) Nie zachęcam do bycia ofiarą i rozdawania pieniędzy na prawo i lewo. Proponuję jedynie wczuć się w ich sytuację. I jak? Emocje troszkę opadły, prawda?

#3 KARTA TURYSTY I UBEZPIECZENIE.

Te rzeczy oficjalnie sprawdzają na lotnisku (nieoficjalnie: sprawdzono nam jedynie kartę turysty). Kartę turysty można zakupić w cenie 22 euro (gotówką) w Ambasadzie Kuby w Warszawie. Jeśli komuś nie po drodze do stolicy, w Internecie znajdziecie masę biur podróży w całej Polsce, które się tym zajmują. W niektórych biurach można załatwić ją sobie od ręki. Do wyrobienia potrzebne jest ksero paszportu ważnego co najmniej 6 miesięcy od wjazdu na Kubę, bilet lotniczy i adres pierwszego meldunku na Kubie. Należy też zadbać o ubezpieczenie (firmy ogarniające kartę turysty często proponują wszystko za jednym razem). Byle nie amerykańskie – takich na Kubie nie uznają… Kartę podzielono na dwie części – pierwszą zabierają Wam przy wjeździe na wyspę, a drugą przy wyjeździe.

Jeśli skorzystacie z usług Air Canada, otrzymacie kartę turysty gratis na pokładzie samolotu (w przypadku przesiadek zostanie Wam ona wręczona na ostatnim odcinku lotu). Nawet jeśli połowa pracowników lotniska wmawia Wam, że musicie ją mieć już przy pierwszym locie, to wcale tak nie jest. Wówczas zaproście ich przełożonego, który po sprawdzeniu tego faktu przyzna Wam rację (checked).

2

#4 DWIE WALUTY.

W tym kraju spotkacie się z dwoma rodzajami pieniędzy – peso cubano (CUP – kubańskie) oraz peso convertible (CUC – wymienialne). Przelicznik wygląda mniej więcej tak: 1 dolar amerykański = 1 CUC = 25 CUP. Obydwie waluty wymienicie jedynie na Kubie. Najlepiej zadbać o to na lotnisku, w kantorach (CADECA – casa de cambio) lub w bankach. W przypadku ostatniego miejsca dokładnie sprawdzają tam stan banknotów, które chcecie wymienić. Moje minimalnie naderwane 20 euro odrzucono kilka razy. Dodam też, że CUP można uzyskać jedynie z wymiany CUC. Na Kubę koniecznie przylećcie z Euro. Ze względu na średnie stosunki z USA, wymianę dolara amerykańskiego na CUC opodatkowano na 10% od kwoty całkowitej.

Kubańczycy zarabiają i płacą w peso cubano CUP, a turyści najczęściej w peso convertible CUC. Banknoty kubańskie CUP przedstawiają ludzi, a wymienialne CUC pomniki. Przed wyjazdem przeczytałam gdzieś, że patrząc na tamtejszy system polityczny pomniki zdają się mieć większą wartość od człowieka – to dobry sposób na zapamiętanie, która waluta jest na Kubie cenniejsza. CUP-ami zapłacicie w sklepach i w niektórych restauracjach, gdzie podano ceny w obu walutach. Za taksówki i wstępy do muzeum zapłacicie jedynie w CUC. No i najważniejsze: tamtejsze bankomaty nie akceptują większości kart z Europy, a terminale to niezwykle rzadki widok. Przygotujcie się na płatność jedynie gotówką!

1
Jedyny banknot, za który płaci się więcej – turyści zabierają go na pamiątkę, płacąc za niego 1 CUC

#5 INTERNET NA ZDRAPKI.

Aby uzyskać dostęp do Internetu należy udać się do placówek ETECSA, które sprzedają karty (na 1h lub 5h). Koszt zdrapki na godzinę wynosi 1 CUC (3,70zł). Miejscowi kupują tam karty telefoniczne, przez co często tworzą się konkretne kolejki. Ponoć w takich placówkach przy zakupie trzeba okazać paszport. Ponoć – my zaopatrzyłyśmy się w takie karty od koników poza sklepem. Zażyczyli sobie za nie 2 CUC. Aby połączyć się ze światem należy udać się do strefy Wi-Fi, którą odnajdziecie bardzo łatwo. Szukajcie skupiska ludzi wpatrzonych w telefony (ETECSA WiFi). Wystarczy usiąść w tym miejscu i wpisać login z hasłem (po jego ostrożnym zdrapaniu) podanym na karcie. Po zalogowaniu ukaże Wam się informacja o czasie, jaki pozostał do zużycia. Taka karta pozwala na wielokrotne korzystanie z Internetu, o ile nie przekroczy się wyznaczonego limitu czasu. Ważne, aby po korzystaniu wylogować się ze strony ETECSA. Przerwanie połączenia poprzez zwykłe wyłączenie sieci często pobrało nam minuty, które pozostały do wykorzystania na karcie. Czy Internet bez zdrapek w ogóle jest tam możliwy? A no jest – instruktor nurkowania mógł cieszyć się 3GB za jedyne 40 dolarów…

#6 CZEGO NIE MOŻE ZABRAKNĄĆ W WASZEJ WALIZCE?

Poza przejściówkami amerykańskimi (choć w wielu domach widziałam już oba typy wtyczek) zadbajcie o konkretną apteczkę. Tamtejsze punkty farmaceutyczne mogą Wam niewiele zaoferować. Inny klimat, jedzenie i lód w kostkach zwiększa ryzyko użyteczności leków. Pamiętajcie o środku przeciw komarom z deet, najlepiej Mugga. To bezinteresowne lokowanie produktu – nic nie poradzę na to, że jest najlepszy. Poza komarami występują tam pchły piaskowe (checheres), na które Mugga też pomoże. Możecie go kupić tutaj. Koszt wynosi 37,50zł – pewnie znajdziecie tańsze ale słabsze środki. Gdybyście zobaczyli moje pogryzienia gwarantuję, że zapłacilibyście za niego trzy razy tyle.

Spakujcie rozmówki polsko-hiszpańskie lub pobierzcie słownik offline. Z hiszpańskim było nam o wiele łatwiej, choć wyjazd bez niego nie jest niemożliwy! Znajomość języka sprawiła, że bariera między nami a miejscowymi zacierała się dość szybko. Zwiedzanie wyspy z rozmówkami lub aplikacją ze słownikiem będzie dla Was znacznie łatwiejsze! Poza słownikiem warto wgrać sobie na telefon kilka zdjęć Polski, a nawet naszą muzykę. Kiedy znajdziecie sobie miejscowego kompana do rumu to gwarantuję, że z chęcią zobaczy i posłucha jak i gdzie sobie żyjecie. Ze względu na to, że jestem psychofanką Lady Pank, cały świat poznał już Kryzysową Narzeczoną.

Półki w tamtejszych sklepach nie uginają się od towaru, zaś w Peweksie ugną Wam się jedynie kolana, kiedy spojrzycie na ceny. Proponuję więc spakować sporo ciastek i słodyczy –  o ile są one dla Was sensem życia, tak jak dla mnie. Wzięłyśmy też owsianki w  proszku i gorące kubki. Dzięki temu zaoszczędziłyśmy trochę na przeróżne atrakcje.

trinidad (1)
Ten moment podróży, w którym wjeżdżają zupki chińskie

#7 PREZENTY DLA MIEJSCOWYCH.

Warto znaleźć na nie miejsce w swojej walizce. Ze względu na to, że Kuba to jeden wielki powiew PRL-u, mieszkańcy ucieszą się z kosmetyków (głównie pasta do zębów), długopisów i kredek, żyletek do golenia, przypraw, lakierów do paznokci, biżuterii i słodyczy. Przeczytałam gdzieś, że warto wziąć części samochodowe. Trochę nie widzę siebie podróżującej z silnikiem, więc spakowałam jedynie pozostałe rzeczy. Obdarowaliśmy nimi gospodarzy, u których spaliśmy (nie wszystkich – w niektórych domach widać było, że się powodzi), taksówkarzy i osoby poznane na Maleconie. Miałam opory, żeby rozdawać mydło obcym ludziom. W końcu mogłaby to być dla nich jakaś aluzja… Niemniej jednak, cieszyli się z każdej rzeczy. Wielu osobom prezenty sprawiły radość, ale sporo z nich zdaje się to wykorzystywać. Szczególnie widać to w Trynidadzie – popularnym turystycznym mieście na Kubie. O ubrania i długopisy proszą nawet kelnerki. Jeśli nie podoba Wam się pomysł bycia Świętym Mikołajem, w Trynidadzie możecie wymienić przywiezione rzeczy na pamiątki.

#8 BEZTROSKIE KONTAKTY DAMSKO-MĘSKIE.

Drogie Panie – choćbyście spędziły 20 godzin w samolocie i czuły się jak osoby, które właśnie przejechał czołg, a wygląd po podróży dopuszczałby taką możliwość to gwarantuję, że i tak nie przejdziecie tamtejszą ulicą niezauważone. Kubańczycy nie patyczkują się, jeśli chodzi o skomentowanie mijanej osoby. Cmokanie, gwizdanie, Linda, guapa, bjutiful lejdi – zapewne wiele razy usłyszycie coś takiego pod Waszym adresem w sklepach, na ulicach… w sumie to wszędzie. Zresztą, nie dotyczy to jedynie facetów – Kubanki również posyłają uśmiechy i śmiałe spojrzenia. W momencie, gdy starsza Pani krzyknęła guapas! w naszym kierunku dotarło do mnie, że komentowanie przechodniów to wyraz serdeczności i jest tam czymś normalnym, tak jak oddychanie.

Z przykrością stwierdzam, że zaprzepaściłam na Kubie swoją życiową szansę. Bezmyślnie zlekceważyłam oświadczyny od Pana na ulicy, dla którego byłam miłością od pierwszego wejrzenia. No nic, człowiek uczy się na błędach. Przebiła mnie koleżanka, która usłyszała że jest przepiękna. Adresat stwierdzenia podkreślił swoje słowa, dotykając jej ramienia. Przytulenie było dla niego niemożliwe – jego drugie ramię było zajęte prowadzeniem swojej dziewczyny.

kubaa (1)
Dobra, to nie Kubańczycy – po prostu nie miałam innego zdjęcia, które oddałoby powyższy tekst 😀

Jeszcze inny, nowo poznany znajomy zwinnie sprowadził rozmowę o życiu w Polsce do zaproszenia Klaudii na kolację z mięsem krokodyla. Po dyplomatycznej odmowie i zademonstrowaniu przez nią zdjęcia swojego chłopaka, adorator machnął ręką na ten argument: To nic, a ja mam żonę. Okazało się, że jego wybranka pochodziła z Niemiec. Szukanie przez Kubańczyków małżonka-sponsora z innych krajów jest zjawiskiem powszechnym i doczekało się nawet własnej terminologii. Wyspiarze oferujący towarzystwo w zamian za wsparcie finansowe, kosmetyki, ubrania lub wypady na imprezy nazywają się jineteros (lub jineteras – panie). Niemniej jednak, nie zawsze chodzi jedynie o pieniądze. Posiadanie chłopaka z zagranicy to dla nich prestiż i okazja do wydostania się z wyspy. Zdaję sobie sprawę z tego, że generalizuję, ale nie da się nie zauważyć beztroskiego podejścia w tamtejszych kontaktach damsko-męskich. Przekonacie się o tym, odwiedzając Kubę!

Co najbardziej zdziwiło Was spośród wymienionych powyżej rzeczy? A może mieliście okazję odwiedzić wyspę? O czym jeszcze należy pamiętać Waszym zdaniem, wybierając się w te strony? Podzielcie się swoim zdaniem w komentarzach!

img_1300 (1)
Pamiątkowe zdjęcie z delikatną obczajką Pana po prawej

Samochody na Kubie – zabytki na czterech kółkach

Pierwszą dłuższą trasę pokonałyśmy niebieskim Chevroletem, rocznik 1952. Wuja (taki przydomek otrzymywali od nas starsi, najmilsi taksówkarze) bezgranicznie wierzył w możliwości swojego samochodu. Na pierwszej prostej troszkę się rozszalał, dociskając gazu. Lady in Red z głośników Pioneera zagłuszyła problemy z silnikiem, który prawdopodobnie pochodził z innego pojazdu. W trakcie poszukiwań pasów, których nie było w niebieskiej perełce, zrozumiałyśmy dlaczego na wjeździe do Kuby pytają o polisę ubezpieczeniową. Ale spokojnie, przecież nie przekroczyliśmy prędkości. Licznik cały czas wskazywał 20km/h. Nawet wtedy, gdy wuja zatrzymał auto.

DLACZEGO KUBA JEST SKUPISKIEM STARYCH SAMOCHODÓW?

Moje pierwsze chwile na Kubie można opisać jednym słowem: niedowierzanie. W to, że cofnięcie się w czasie jest naprawdę możliwe. Rosyjskie Łady, zabytkowe Chevrolety i maluchy jeżdżące po kubańskich drogach obok haseł rewolucyjnych, niskich budynków i palm przełamujących moje wyobrażenie socjalistycznego kraju to obraz, którego nigdy nie zapomnę. Wysłużone samochody kubańskie idealnie współgrały z obdrapanymi ścianami tamtejszych kamienic. Wszystkie te elementy stworzyły niepowtarzalny klimat, którego na próżno szukać w pozostałych krajach.

Czy są tu jacyś fani Dirty Dancing 2? Ekskluzywne przyjęcia rodziny Katie oraz ich beztroskie życie w luksusowych hotelach stanowiły dobry kontrast dla losów Kubańczyka Javiera. W latach 30-tych i 40-tych Kuba była rajem dla Amerykanów. Zapewniano im tam zabawę bez zamartwiania się o prohibicję. Dzisiejsze Las Vegas byłoby niczym w porównaniu do ówczesnej Kuby. Wszystko zmieniło się po przejęciu władzy przez Fidela Castro. Po uciekających z wyspy Amerykanach pozostały jedynie luksusowe samochody oraz… embargo. Wraz z nadejściem rewolucji na Kubę nałożono sankcje i zatrzymano import amerykańskich samochodów. Brakowało nie tylko pojazdów, ale i części zamiennych. Sympatyzowanie się z ZSRR sprawiło, że w latach sześćdziesiątych na ulicach pojawiło się się sporo ład, wołg oraz naszych polskich maluchów, pieszczotliwie zwanych tam Polaczkami (El Polaquito). 

PO 50 LATACH HANDEL AUTAMI NA KUBIE ZNÓW JEST MOŻLIWY.

To wspaniałomyślne zmiany wprowadzane przez kubański rząd w ostatnich latach. Wcześniej Kubańczykom zakazano handlu samochodami, które zakupili po 1959 roku. Jedyną opcją było ewentualne przekazanie ich państwu, które zapłaciłoby za te nabytki niewielkie pieniądze. Co więcej, w przypadku wyprowadzki właściciela za granicę taki samochód trafiłby w ręce rządu. Jakie opcje mieli Kubańczycy? Poza utrzymywaniem przy życiu amerykańskich samochodów sprzed 1959 roku, można było zakupić radziecką maszynę od państwa. Oczywiście, jeśli jakimś cudem pozwoliłaby na to sytuacja finansowa Kubańczyka.

Poza zdobyciem astronomicznej sumy na zakup pojazdu, trzeba było mieć pozwolenie na samochód. Legalne zdobycie dokumentu było skomplikowanym procesem, który mogły przejść jedynie osoby zasłużone dla państwa. Zwieńczeniem pozytywnej weryfikacji był podpis wiceprezydenta Rady Ministrów. Zważywszy na procedurę, czasami zdobycie takiego papierka zajmowało lata. Jego bezsensowność podkreślał fakt, iż Kubańczycy bardzo szybko dostrzegli w tym biznes – ponoć pozwolenia sprzedawano nawet w Internecie.

ZMIANY, KTÓRE NIEWIELE ZMIENIŁY. 

Od 2011 roku rząd zezwolił na handel wszystkimi samochodami, a nawet posiadanie kilku aut (windując do góry podatek od drugiego pojazdu). Warunkiem jest zapłata 4% podatku od kwoty całkowitej, zarówno przez kupującego, jak i sprzedającego. Ponadto, państwo żąda od kupującego deklaracji na piśmie, że pieniądze nie pochodzą z nielegalnych źródeł. Salony samochodowe wcale nie przeżyły oblężenia po ich wprowadzeniu. Dlaczego? Jakim cudem Kubańczyk zarabiający 20-30 dolarów miesięcznie mógłby pozwolić sobie na taki nabytek? Co więcej, liczne podatki i opłaty państwowe sprawiły, ceny pojazdów wielokrotnie wzrosły. Wspaniała władza miała na to jednak wytłumaczenie – obiecała, że większość pieniędzy z podatków od sprzedaży przekaże na rozwój transportu publicznego. Większym powodzeniem cieszy się rynek wtórny, choć ceny używanych samochodów zwalają z nóg przeciętnego Europejczyka równie szybko, co kwoty z salonów. Oto przykłady:

maluch - ogłoszenie
Maluch za ponad 40 tys. złotych. Ponoć to dobra okazja.
maluch - silnik z tico
Maluch z silnikiem od Tico – jedyne 55 tys. złotych.
ogłoszenie 1
Rosyjską ładę ceni się troszkę więcej – w tym przypadku jest to ok. 70 tysięcy złotych.
Renault
Zdecydowanie nowocześniejszy samochód, co widać po cenie. 370 tys. złotych za Renault Fluence

Przyznam szczerze, że wcale nie spędziłam całego wieczoru na szukaniu najbardziej absurdalnych cen za auta w ogłoszeniach na ichniejszej wersji otomoto (źródło). Tak właśnie przedstawiają się kwoty za samochody na Kubie. Mam nadzieję, że ich właściciele potraktują udostępnienie tych ogłoszeń jako formę reklamy.

RADIO – NAJWAŻNIEJSZY ELEMENT W SAMOCHODZIE KUBAŃCZYKA. 

Odniosłam wrażenie, że najważniejszym elementem wyposażenia samochodu jest radio i głośniki. Skoro grają, to wszystko inne zaczyna być mało istotne. Niezwykle ważny jest też działający klakson. Nie wyobrażam sobie, żeby Kubańczyk nagle przestał pozdrawiać nim co chwilę swoich znajomych (trąbią nawet kiedy przejeżdżają obok ich domów). Częstotliwość trąbienia potwierdza fakt, iż na Kubie wszyscy się znają. Niestety, wyposażenie w klakson i radio pewnie nie przekonałoby mechanika z Europy, który miałby potwierdzić, że samochód nadaje się do jazdy. Myślę, że przynajmniej połowa kubańskich pojazdów nie uzyskałaby pieczątki z przeglądu. Bagażnik na sznurek, zwisające ostatkiem sił lusterko, wentylacja w postaci dziury w spróchniałej podłodze, popękana przednia szyba czy brak gałek przy uchwytach do otwierania okien naprawdę nie należy do rzadkości. Pasy bezpieczeństwa? Ponoć niektórzy je tam widzieli. Brak hamulca? Przecież tutaj gdzieś był drewniany pachołek, to zawsze można podłożyć pod koło.

Do dziś myślę o ludziach, którzy obserwowali mnie, jak wysiadam z samochodu w Viñales. Drzwi z mojej strony nie otwierały się od wewnątrz. Musiałam czekać aż ktoś mnie wypuści, wychodząc przy tym na primadonnę, która nie otworzy sobie ich sama. Szkoda, że nie widzieli już jak pchałyśmy z koleżankami jedną z taksówek – może nadrobiłabym trochę w ich oczach. Pamiętam też, jak koleżanki z przerażeniem zasugerowały mi, abym zapytała Pana czy oby na pewno zaraz nie wybuchniemy. Przeziębienie na Kubie miało swoje plusy – katar uniemożliwił mi wyczucie spalin, które tamtejsze samochody wydychały w ogromnych ilościach. Na Kubie można też znaleźć nowsze modele. Miałyśmy okazję przejechać się nawet takim z klimatyzacją! Jednakże, są one zdecydowaną mniejszością – przynajmniej na razie.

ffffff

KUBAŃCZYCY – NAJBARDZIEJ KREATYWNY NARÓD NA ŚWIECIE.

Takie jest moje zdanie. Nie sprawdza się u nich stereotyp leniwego Latynosa. Według rządu jest to skutek kubańskiej rewolucji zaganiającej wszystkich do pracy. Według mnie przyczyną jest zwyczajna walka o przetrwanie w kraju ogarniętym socjalizmem. Nie zdziwię się, jeśli ktoś po wypadzie na Kubę nagle zacznie wierzyć w magię. Bynajmniej nie chodzi o santerię (wierzenia afrykańskie, które do dziś można zaobserwować u mieszkańców), ale o dar przywracania do życia przez miejscowych największych gruchotów na czterech kółkach. Właściciele aut są samowystarczalnymi mechanikami! Mało tego, potrafią naprawić swój pojazd bez użycia oryginalnych części i narzędzi z przeciętnego warsztatu samochodowego!

16

Wnętrza starych samochodów na wyspie nie mają już zbyt wiele wspólnego z pierwotnym stanem. Po nastaniu rewolucji w kraju brakowało części zamiennych. Kubańczyk musiał wykazać się nie lada sprytem i kreatywnością – do naprawy używano tego, co było osiągalne. Silniki sowieckich ład często trafiały do zabytkowych chevrolet’ów. Zniszczone blachy samochodów wymieniano na te, które samodzielnie wykonano z dostępnych materiałów. Nie zawsze komponowały się kolorystycznie z resztą. Gdzieniegdzie widać też pociągnięcia farby olejnej na karoserii. Często wlewa się w nie nielegalne paliwo, co z kolei nie przyczynia się do poprawy ich stanu. Ze względu na ceny za pełen bak i niewielki miesięczny przydział, korzystanie ze stacji w garażach na tyłach domostw nie jest jakimś zaskoczeniem.

Hitem jest według mnie domowa produkcja płynu hamulcowego u Kubańczyków. Przepis? Brązowy cukier należy zmieszać z alkoholem i potrząsać tak, aż kryształki ulegną rozpuszczeniu. W celu nadania odpowiedniej konsystencji trzeba dodać szampon. To nie wymysł Internetów, a fakt – potwierdzenie znajdziecie w poniższym nagraniu (szósta minuta). Odcinek Clarkson’a na Kubie najwyraźniej nagrano wieki temu ale zapewniam, że z mojego punktu widzenia na wyspie nic się nie zmieniło (czego nie można powiedzieć o prowadzącym!).

Dzięki obecności starych samochodów, Kuba staje się jeszcze bardziej wyjątkowa. Doskonale rozumiem osoby, które wybierają się tam tylko w celu obcowania z żywym muzeum na czterech kółkach. Tak wielkiej ilości perełek motoryzacji i ogromnych pokładów cierpliwości u właścicieli nie znajdziecie w żadnym innym miejscu na świecie! To kolejny powód, aby odwiedzić tę niezwykłą wyspę. Czy okazał się dla Was przekonujący? A może mieliście okazję zobaczyć samochody na Kubie w akcji na własne oczy? Podzielcie się wrażeniami w komentarzach!

btrhdr
Nasz pierwszy kubański zimny łokieć miał miejsce w tym samochodzie

Raj na Kubie? Zależy dla kogo.

Kuba jest wyjątkowa. Zaryzykuję stwierdzeniem, że foldery turystyczne oferujące wycieczki w te rejony skupiają się przede wszystkim na pięknych karaibskich plażach, cygarach i kolorowych drinkach. Urocze kamieniczki odrestaurowanej Starówki na fotografiach w mediach społecznościowych świetnie komponują się z samochodami starszych marek. Taki obraz Kuby nie jest przekłamany, ale niepełny i zupełnie wyrwany z kontekstu.

Jak powszechnie wiadomo, panuje tam socjalizm. Jednakże, nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, jaki ma to wpływ na mieszkańców. Miejscowi widzą w turystach bogatych przybyszy. Bez wyjątków. Wystarczającym argumentem dla nich jest fakt, że stać nas na bilet lotniczy. Goście korzystający z hotelowych udogodnień stanowią silny kontrast dla mieszkańców, którzy z frustracją obserwują, jak wiedzie się osobom z innych krajów. Dwa światy na Kubie podkreślają dwie waluty. W jednej zarabiają miejscowi – CUP, a w drugiej płacą turyści – CUC.

JAK WYGLĄDA DRUGA STRONA RAJU?

Elegancka ulica Obispo z budynkami odrestaurowanymi przez UNESCO to tylko mały skrawek Hawany. Mark Kurlansky w książce „Hawana – podzwrotnikowe delirium” porównuje to miasto do urodzinowego tortu, który stoi już za długo. Nie spotkałam się z trafniejszym określeniem. Spędzając na Kubie zaledwie 2,5 tygodnia nie sądziłam, że Kubańczycy poruszą ze mną tematy związane z sytuacją w ich kraju. Dlaczego mieliby otworzyć się przed obcymi z daleka (których zresztą jest w Hawanie na pęczki), wpuszczać ich do swoich domów i z ochotą demonstrować, jak sobie biednie żyją? Co innego proszenie o długopisy czy ubrania, które można było nawet wymienić za pamiątki – taką ofertę otrzymałyśmy w Trynidadzie. Mimo to, poznałam sporo fajnych osób, z którymi udało mi się porozmawiać o kubańskiej rzeczywistości. Często pytano mnie jak wiedzie się Polakom po upadku komunizmu. Nie mam porównania z lat 80-tych, ale powtarzałam opowieści rodziców i starałam się przybliżać obecną sytuację w kraju. Kilka razy w głosie rozmówców wyczuwałam smutek i bezradność.

TO, CO NA KUBIE NAZYWA SIĘ BUDYNKIEM, W EUROPIE ZWIE SIĘ RUINĄ.

Na wyspie nie ma bezdomnych. Przynajmniej nie zauważyłam ich podczas mojego pobytu. Obywatele kraju otrzymują od państwa mieszkanie. Jeśli ktoś byłby zainteresowany kupnem jakiejś posiadłości, cena za lokum w centrum Hawany wynosi 10-20 tysięcy CUC (1CUC – 3,70 złotych). Fajnie? Przed udzieleniem odpowiedzi na to pytanie proponuję zerknąć, w jakim są stanie. Spacerując po stolicy, natknęłam się na sporo przestrzeni pomiędzy budynkami – to nie było patio, a pamiątka po zawalonej kamienicy. Ciepła woda? Być może będzie w casas particulares (domy Kubańczyków, w których wynajmują pokoje turystom – oczywiście wysoko opodatkowane i kontrolowane przez państwo), ale w przeciętnym kubańskim gospodarstwie domowym to oznaka luksusu. Spłuczki w toaletach? Nie w każdej. W hotelach i casach pewnie się trafią. Możliwe, że niedziałające.

Hotele i casas particulares to jedyne opcje noclegu dla turystów. Kubańczyk nie może przenocować w swoich czterech ścianach przybysza z zagranicy. Grożą za to surowe kary. Przyjeżdżają znajomi z innych krajów? Co za problem? Zawsze można szybciutko założyć hotel – pod warunkiem, że władze okażą się wielkoduszne i wyrażą na to zgodę. A co, jeśli Kubańczycy chcieliby odwiedzić znajomych? Większości z nich nigdy nie będzie stać na jakikolwiek bilet lotniczy. Przeciętna wypłata wynosi 20-30 dolarów na miesiąc (trochę więcej wyciągają osoby z branży turystycznej, posługujące się językiem angielskim). To równowartość dwóch obiadów w restauracji dla turystów. Poznałyśmy Kubańczyka, któremu udało się odwiedzić kilka innych państw dzięki projektom na uniwersytecie. Niemniej jednak, takie wyjazdy możliwe były jedynie do krajów, w których władza propaguje idee socjalistyczne (Wenezuela, Ekwador, Boliwia, Nicaragua).

JEDZENIE NA KUBIE: TURYŚCI VS. MIESZKAŃCY.  

Poranny posiłek turysty składa się z tostów, sera, owoców, soku lub kawy, omleta albo jajecznicy. Miejscowych nie stać na takie śniadanie. Kubańska kuchnia to odzwierciedlenie zasady coś z niczego. Lodówki mieszkańców świecą pustkami, o ile w ogóle je mają. Podstawą diety jest ryż z fasolą. Często na stole pojawia się kurczak. Wołowiny nie jadają praktycznie wcale. To mięso zarezerwowane dla najlepszych restauracji. Za zabicie państwowej krowy Kubańczykom grozi 15 lat więzienia. Tyle, ile za pozbawienie życia człowieka.

Często jada się tam pizzę. Odpowiedniejszym określeniem kubańskiej wersji tego dania byłby placek drożdżowy posypany serem. Udało nam się znaleźć kilka barów dla lokalsów (z obiadami w cenie 4zł i lodami po 4 grosze). W jednym z nich jedzenie podawano na pociętych fakturach. Pod moim kawałkiem pizzy krył się rachunek za telewizję. Właśnie w takich miejscach znajdziecie autentyczną Kubę.

KARTKI NA ŻYWNOŚĆ I KOLEJKI DO PUSTYCH SKLEPÓW.

Mieszkańców obowiązuje książeczka wyznaczająca racje żywnościowe (libreta de abastecimiento). Szkoda tylko, że przydzielone jedzenie starcza zaledwie na jedną kolację. Możliwe, że jest to zamierzone, bo niby gdzie Kubańczycy mają się zaopatrzyć skoro sklepy świecą pustkami? Wracając na rowerach do Trynidadu postanowiłyśmy zrobić sobie przystanek w pizzerii. Wielki rysunek placka drożdżowego z dodatkami wyglądał zachęcająco. Na wejściu powitała nas uśmiechnięta Pani właścicielka, która nieco zmieszanym tonem głosu oznajmiła, że w sklepie nie było mąki. Zamiast pizzy podała nam pyszny kubański standard: kurczak i ryż z fasolą. To nie tak, że w żadnym sklepie nie ma towaru. Widziałyśmy dobrze zaopatrzone peweksy, a nawet sklep Adidasa. Nie są to jednak miejsca na zakupy dla osób utrzymujących się z kubańskich pensji.

PODZIAŁ NIE OMINĄŁ SŁUŻBY ZDROWIA.

Kuba wydała na świat mnóstwo znakomitych lekarzy będących świetną kartą przetargową w interesach międzynarodowych. Wielokrotnie „wymieniano ich” na ropę, m.in. z Wenezuelą. Zagraniczne pensje swoich obywateli przejmowały kubańskie władze. Oddawały im z tego niewielką część, przygarniając resztę na cele państwowe. Mnóstwo kubańskich lekarzy spotkacie nie tylko w szpitalu, ale i w taksówkach. Takie zajęcie jest sto razy bardziej opłacalne od służby zdrowia. Warto też wspomnieć o tamtejszych aptekach. Jak wyglądają? W Piñar del Rio królowały waty, soczewki, nici dentystyczne, pasty do zębów i zioła (rozłożone na półkach jak najszerzej). Poprosiłam o tabletki na gardło. Miła Pani sprzedała mi ostatnie dwie kapsułki, jakie były w aptece. Według opisu na opakowaniu powinny pomóc na wszystkie możliwe dolegliwości. W przypadku leczenia obcokrajowców na Kubie sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Znakomici lekarze kubańscy od lat przyciągają pacjentów z zagranicy. Nigdy nie brakuje dla nich odpowiednich leków. Amerykanom i Kanadyjczykom leczącym się odpłatnie w tamtejszych klinikach sprawnie wyznacza się odpowiedni termin na operację. Dla porównania, miejscowi nieraz czekają na zabieg kilka miesięcy, będąc w bardzo poważnym stanie, nie wspominając o kompletnym braku wyposażenia szpitali (jeszcze do niedawna rękawiczki jednorazowe na Kubie były rzeczą wielokrotnego użytku).

ibuprofen Kuba
Tabletki na przeziębienie, grypę, bóle głowy i ciała, gorączkę, zatkany nos, ból gardła i kaszel

SOCJALIZM – JEDYNA SŁUSZNA DROGA DO WOLNOŚCI.

Ogromna ilość plakatów i transparentów na Kubie nie pozwoli Wam zapomnieć ani na chwilę o jedynej słusznej ideologii politycznej. Bracia na zawsze – wzruszające słowa ze zdjęciem prezydentów Wenezueli i braćmi Castro pojawiały się w wielu miejscach na Kubie. Sporo było też takich haseł, jak: Socjalizm – jedyna droga do wolności, Kuba jest nasza czy też Hasta la victoria, siempre! Paradoksalnie, wzniosłe cytaty o niesłabnącym sukcesie Kuby często pojawiały się na budynkach w opłakanym stanie. Wyłaniające się zza rogu wizerunki Che Guevary, braci Castro, a nawet Lenina mają nieustanie przypominać Kubańczykom, że tak właśnie powinno się żyć. Czy wszyscy to kupują?

Wielu Kubańczyków nie kryje frustracji z powodu sytuacji w kraju. Doskonale wiedzą, że można żyć inaczej i z niecierpliwością wyczekują zmiany. Niemniej jednak, nie wszyscy wydają się być niezadowoleni. Poza Kubańczykami czekającymi na lepsze czasy, mam w głowie biuro przewodnika z Playa Larga – w każdym kącie wisiało zdjęcie Fidela, Lenina i chwalebne teksty o rewolucji, a na biurku leżał słownik rosyjskiego. Nie wydaje mi się też, że popularna piosenka o kontrowersyjnym komendancie Che Guevara również śpiewana jest tylko na pokaz. Kolejnymi sympatykami władzy na Kubie byli muzycy, którzy zaprosili nas na koncert do domu przyjaciela. Okazało się, że właścicielem posiadłości był były minister. Poza kubańskimi hitami, w repertuarze zespołu przewinęło się sporo piosenek wychwalających rewolucję. Zwieńczeniem koncertu był film o Fidelu Castro, wyświetlony na starym rzutniku i prześcieradle przewieszonym przez trzepak.

Pomijając zastraszanie mieszkańców, wychwalanie stanu rzeczy na Kubie może być skutkiem wszechobecnej manipulacji w kraju. Mieszkańcy mają bardzo ograniczony dostęp do Internetu, który stale kontrolowany jest przez władze. Co więcej, Kubańczykom udostępniono jedynie kanały telewizyjne o charakterze socjalistycznym (pozostałe dostępne są tylko w drogich hotelach). Mieszkańcy mają bezwzględny zakaz krytykowania władzy. Nie mogą organizować strajków, ani brać w nich udziału. Nie wolno im też zakładać innej partii politycznej. Władze najwyraźniej stwierdziły, że jedyna Komunistyczna Partia Kuby w zupełności wystarczy.

kubaa

FLORYDA – ZIEMIA OBIECANA? 

Niektórym wiedzie się tam trochę lepiej. Chłopak oprowadzający nas po Hawanie zadał pytanie o drugie największe skupisko Kubańczyków. Padły chyba wszystkie nazwy większych miejscowości, aż w końcu usłyszałyśmy odpowiedź – Miami. Podkreśla to fakt, iż senatorem Florydy jest syn kubańskich emigrantów – Marco Rubios. Najczęstszym powodem posiadania smartfona, głośników Pioneera i wygodniejszego życia na Kubie jest rodzina w USA, regularnie wspierająca finansowo swoich krewnych. Poza pieniędzmi, emigranci wysyłają im pendrivy z muzyką, filmami oraz informacjami ze świata. El paquete – bo tak nazywa się przesyłana z USA zawartość pamięci USB – zostało zalegalizowane dopiero dwa lata temu. Sporo osób korzysta z tej amerykańskiej wysyłki. Otwarto nawet sklepy, które sprzedają je w Hawanie Kubańczykom.

Odnioszę wrażenie, że USA dla Kubańczyków jest tym, co NRD dla Polaków za komuny. Miliony wyspiarzy podejmowało próbę ucieczki do północnego sąsiada drogą morską. Wielu z nich przypłaciło to swoim życiem. Niejednokrotnie ratowały ich fundacje amerykańskie, czuwające nad Zatoką Meksykańską. Wyławiano z wody tysiące osób, płynących na Florydę przeładowaną i prymitywną łodzią. Główną motywacją do emigracji było obowiązujące do czasów Obamy prawo suchej stopy. Jeśli uchodźca kubański przedostał się na brzeg USA drogą morską, na powitanie otrzymywał prawo pobytu oraz wsparcie w szukaniu pracy i miejsca zamieszkania. Ci, których złapano na morzu odsyłano do domu. Wśród emigrantów żyjących sobie w dostatku na Florydzie znalazło się sporo osób, których przerosła tęsknota za krajem. Wielu z nich wróciło na Kubę po wielu latach.


Mimo przeciwności losu większość Kubańczyków wykazuje beztroskie podejście do życia, zwłaszcza w relacjach damsko-męskich. Gwizdy, rzucanie komplementów, zagadywanie i dobitne wyrażanie swojej opinii na temat przechodzącej obok dziewczyny/chłopaka jest tam zupełnie normalne. W codziennych problemach z pewnością pomaga im muzyka, którą słychać wszędzie. Butelka rumu również pozwala zapomnieć o tamtejszej rzeczywistości, chociaż na chwilę. O Kubie mogłabym pisać w nieskończoność, choć słowa i zdjęcia nie oddadzą w pełni atmosfery panującej w tym kraju. Ruszajcie na Kubę, aby osobiście przekonać się, jak wyjątkowym miejscem jest ta wyspa!

sdr

Włajaż na Kubę w 4 minuty

Zapraszam po krótkie wprowadzenie do tematów o  K U B I E 🇨🇺 Jak wyobrażałam sobie ten kraj przed wyjazdem? Miałam nadzieję, że w końcu zrozumiem opowieści rodziców o komunie. Słyszałam, że kolor turkusowej wody oblewającej wyspę z każdej strony jest jeszcze bardziej intensywny w rzeczywistości niż na zdjęciach. Wyobrażałam sobie, że Kubę zamieszkują pozytywni ludzie z salsą we krwi, którzy bardzo kochają swój kraj – mimo, że nie mają w nim łatwego życia. Czy to wszystko potwierdziło się na miejscu? O tym w kolejnych wpisach!

           

Boston i okolice – z wizytą na Harvardzie

Z wielkim trudem przychodzi mi wypowiedzenie Boston, Massachusetts bez poprzedzenia ich słowami Mariusz Max-Kolonko. O Bostonie mówi się, że jest przedłużeniem Europy. Jego architektura i sporo mieszkańców o irlandzkich korzeniach zdaje się to potwierdzać. Po drugiej stronie rzeki leży Cambridge. Znajduje się tam pewna uczelnia, której nikomu nie trzeba przedstawiać. Od dziesiątek lat bezwzględnie zgarnia pierwsze miejsca w rankingach najlepszych uniwersytetów na świecie. Zachęcam do poznania historii Harvardu i przespacerowania się po kampusie. Wbrew pozorom, jest on dostępny nie tylko dla studentów. 

JAK DOJECHAĆ?

  • DO BOSTONU: Z Nowego Jorku można tanio dojechać tam autobusami Greyhound lub Peter Pan. Kolejnym przewoźnikiem posiadającym połączenia do Bostonu jest Bolt Bus. Bilety można zakupić już od 10$. Jeśli ktoś chciałby dostać się tam samochodem, musi przygotować się na kosztowne parkingi. Szczegółowe informacje na temat cen i adresów parkingów można znaleźć tutaj.
  • DO CAMBRIDGE: najpierw należy dostać się do Bostonu. Samochodem jest oczywiście najprościej. Informacje o parkingach w Cambridge można znaleźć tutaj. Ponadto, można dojechać do Cambridge z Bostonu metrem (najstarszym w USA). Z South Station po 20 minutach będziecie już na przystanku Harvard (czerwona linia, metro jest całodobowe).

CO I GDZIE ZJEŚĆ?

  • W BOSTONIE – owoce morza, zwłaszcza homary! Specjałem tego miasta jest lobster roll – bułka z mięsem homara. Nie należą one do najtańszych posiłków, w restauracji James Hook (15 Northern Ave) można zakupić takie danie w cenie 18,99$.
  • W CAMBRIDGE: Studenci Harvardu jednogłośnie polecają burgery w lokalu Bartley’s (1246 Massachusetts Ave, ceny wraz menu dostępne są tutaj), który miał swoje pięć minut m.in. w filmie Buntownik z wyboru.

Osoby z ograniczonym budżetem powinny skorzystać z oferty gastronomicznej tamtejszych food trucków. Większość z nich serwuje świetne i – w przeciwieństwie do wymienionych wyżej lokali – tanie jedzenie. Homary w food truckach czy też w budkach nad morzem również są niczego sobie.

IMG_20150728_140403
Jeden z bostońskich food trucków. I koleżanka.

RZECZ O HARVARDZIE: 

University of Harvard to najstarsza uczelnia w Stanach Zjednoczonych (rok powstania – 1636), która plasuje się na pierwszym miejscu w rankingach najlepszych uniwersytetów. Nazwa wywodzi się od Johna Harvarda – duchownego, który był jednym z hojnych darczyńców tej instytucji. Przez czternaście lat szkoła nosiła miano collegu. W 1780 roku ogłoszono ją uniwersytetem. Autorem wielu istotnych zmian w jego funkcjonowaniu był Charles Eliot, prezydent Harvardu w latach 1869-1909. Jedną z nich było połączenie teorii z praktyką. Wprowadzono program nauczania, opierający się na prowadzeniu badań.

KOSZT STUDIOWANIA NA HARVARDZIE:

Szkoła posiada ogromny majątek (około 38 miliardów dolarów), przez co ogłoszono ją najbogatszą uczelnią na świecie. Ile kosztują studia na Harvardzie? 55% studentów może liczyć na coroczne solidne stypendium wysokości 50 tysięcy dolarów. W mojej głowie pojawił się obraz stypendysty mieszkającego w luksusowym penthousie, podjeżdżającego na zajęcia najlepszym porsche, po czym doczytałam artykuł… Otóż koszt pokrycia nauki na Harvardzie wynosi 43,5 tys. dolarów (rok studiowania). Należy doliczyć do tego opłaty za wynajęcie pokoju czy też wyżywienie… Takie ceny za studia to jakiś kosmos. Niemniej jednak, zdobycie wykształcenia wyższego w USA jest niezwykle kosztowne, nie tylko na Harvardzie. Amerykańscy studenci mawiają, że kredyt to u nich norma. Często rodzice zaczynają odkładać pieniądze na wykształcenie dziecka tuż po jego narodzinach.

(NIE)ZNANI STUDENCI, ABSOLWENCI I WYKŁADOWCY: 

Mimo kosmicznych cen, uczelnia kształci 22 tysiące wybitnych studentów. Może poszczycić się znakomitymi absolwentami. Harvard wypuścił ze swoich murów 48 Laureatów Nagrody Nobla, 32 głowy państwa oraz 48 zwycięzców Nagrody Pullitzera (przyznawanej za wybitny wkład w amerykańską literaturę, dziennikarstwo i muzykę). Byli to m.in. amerykańscy prezydenci: Theodor Roosevelt, John Kennedy, George Bush, Barack Obama. Harvard ukończyli również: Natalie Portman, Matt Damon, Hilary Duff, Michelle Obama, Henry Kissinger, założyciel Facebooka – Mark Zuckenberg, a także nasi rodacy – Czesław Miłosz (będący nie tylko studentem, ale i wykładowcą na tej uczelni) i Maciej Sawicki – były gracz Legii Warszawa i obecny sekretarz PZPN. Bill Gates (założyciel Microsoftu i najbogatszy człowiek świata) rozpoczął studia, ale w późniejszym czasie zrezygnował z edukacji na Harvardzie. Przerwanie nauki najwyraźniej nie wyszło mu na straty. Proszę o niedoszukiwanie się w tym stwierdzeniu jakiegokolwiek przesłania do studentów.

800px-Harvard_University_Academic_Hoods
autor zdjęcia: Joe Hall (flickr.com), licencja

STUDIA NA HARVARDZIE = BRAK ŻYCIA TOWARZYSKIEGO?

Oprowadzający nas po kampusie student rozpoczął swoją wycieczkę pytaniem do uczestników: Co sądzicie o tutejszych studentach? Nie czekając na naszą odpowiedź, sam postanowił nam jej udzielić. „Zazwyczaj wszyscy twierdzą, że jesteśmy sztywniakami bez poczucia humoru, dla których jedyną rozrywką jest zmiana miejsca w bibliotece. I w sumie… to prawda”. Już sama odpowiedź na to pytanie dowodzi, że raczej nie brakuje im poczucia humoru. O tym, że wielu z nich nie pogardzi dobrą zabawą, świadczy coroczna huczna impreza Eleganza, będąca pokazem mody i tańca. Patrząc na ilość barów w Cambridge odnoszę wrażenie, że studenci z pewnością znajdują czas na wieczorne wypady.

2

POZNAJ HARVARD DZIĘKI STUDENTOM: – Student-Led Public Walking Tour. 

Jeśli mówicie po angielsku to naprawdę w a r t o  skorzystać z wycieczek po kampusie. Przewodnikami są studenci – dowiecie się o historii i zwyczajach na Harvardzie, których nie znajdziecie w książkach i przewodnikach. Kalendarz Student-Led Public Walking Tour dostępny jest tutaj. Oprowadzanie rozpoczyna się zbiórką przy Harvard Information Center, zaś cała wycieczka trwa ponad godzinę. Zapisy nie są obowiązkowe, ale radzę o nich pomyśleć – chętnych jest sporo, a liczba miejsc ograniczona (maks. 35 osób). Wycieczka jest bezpłatna, ale należy wesprzeć oprowadzającego nas studenta napiwkiem (5-10$). Poza Student-Led Public Walking Tour, polecam Waszej uwadze pozostałe wycieczki po kampusie (zwłaszcza Memorial Hall i Tour of Widener Library). Więcej informacji można znaleźć tutaj.

3

Podczas spaceru po kampusie natkniecie się na statuę Johna Harvarda z wytartą stopą… którą pocierają studenci, aby zapewnić sobie szczęście w egzaminach. Pomnik Harvarda nazywany jest Pomnikiem Trzech Kłamstw z powodu kilku nieścisłości. Po pierwsze, osobą uwiecznioną na monumencie nie jest John Harvard (mimo podpisu na pomniku). Modelem dla jego autora – Daniela Chestera był amerykański prawnik Sherman Hoar. Po drugie, John Harvard nie był założycielem uniwersytetu – w przeciwieństwie do tego, o czym informuje napis wygrawerowany na posągu. Po trzecie, szkoły nie założono w 1638 roku. Rokiem, w którym rozpoczęła się jej działalność był 1636.

RZECZ O BOSTONIE:

Zdaję sobie sprawę z tego, że z reguły to Harvard jest dodatkiem do zwiedzania Bostonu. Zdecydowałyśmy jednak, że nasz plan będzie wyglądać inaczej. Większość czasu poświęciłyśmy na poznanie uniwersytetu. Niemniej jednak, udało nam się odwiedzić kilka miejsc w Bostonie. 

Stolica stanu Massachusetts powstała w 1630 roku. Paradoksalnie, najstarsze miasto USA słynie z najnowocześniejszych technologii. To również siedziba ośrodków naukowych i finansowych. Poza ekskluzywnymi sklepami i restauracjami, miasto posiada wiele zabytków i zieleni. Brakuje mu jedynie… gorącej herbaty, której picie do dziś jest tam zakazane. Napój od setek lat uważany był przez Amerykanów za symbol Wielkiej Brytanii, z którą raczej nie przyjaźnili się w przeszłości. W 1773 roku bostońscy buntownicy (przebrani za Indian) wdarli się na pokład statku przewożącego herbatę i zatopili go na znak protestu przeciw wprowadzeniu przez Brytyjczyków cła. To wydarzenie nazwano Bostońskim piciem herbaty.

SPACER PO BOSTONIE:

Zwiedzanie rozpoczęłyśmy od najbogatszej dzielnicy – Beacon Hill, która silnie kontrastuje z nowoczesną zabudową w centrum. Mieści się tam Dom Stanowy z 1713 roku – najstarszy zachowany budynek w Bostonie. Urocze kamienice, brukowane ulice i chodniki tworzą niesamowity klimat, zwłaszcza po zmroku. Kontynuowałyśmy nasz spacer przez Boston Public Garden, aż do Biblioteki Publicznej – jednej z najpiękniejszych bibliotek na świecie (moim skromnym zdaniem). Na koniec pozostawiłyśmy sobie Prudential Tower – drugi największy budynek w Bostonie, liczący 229 metrów wysokości. Na 50 piętrze mieści się taras widokowy (informacje o cenach i godzinach otwarcia można znaleźć tutaj). Boston posiada przepiękne wieżowce, wchodzące w skład nowoczesnej części miasta. Można odnieść wrażenie, że wygląd każdego z nich został skrzętnie przemyślany i idealnie wpasował się w panoramę.

PODSUMOWUJĄC: 

Poznanie kultowej uczelni, która zdobyła sławę na całym świecie było niezapomnianym doświadczeniem. Mimo, że pomysł przeznaczenia większości czasu na zwiedzanie Harvardu uniemożliwił odhaczenie wszystkich atrakcji Bostonu to nie żałuję, że tak właśnie wyglądał nasz plan. Zarówno Boston, jak i Cambridge to interesujące miasta – jeden dzień na oba miejsca pozostawia lekki niedosyt. Niemniej jednak, naprawdę warto było odwiedzić te strony, nawet jeśli był to ekspresowy wypad do Massachussetts.

Filadelfia w 1 dzień

Filadelfia to półtoramilionowe miasto, leżące w północno-wschodniej części USA nad rzeką Delaware. Obecnie jest najważniejszym ośrodkiem przemysłowym, handlowym i edukacyjnym w Pensylwanii. Posiada najlepsze szkoły prawnicze i uniwersytety medyczne, a także sporo muzeów i galerii sztuki, usytuowanych przy alei Benjamina Franklina (zwanej skrawkiem Paryża). Liczne zabytki potwierdzają ogromną rolę tego miasta w przeszłości – to tam podpisano Deklarację Niepodległości, uchwalono Konstytucję i stworzono pierwszą stolicę Stanów Zjednoczonych (1790- 1800).

Większości osób miasto kojarzy się z pięściarzem Rocky Balboa. Filmowa postać Sylwestra Stallone doczekała się nawet swojego pomnika w miejscu nagrania końcowej sceny, w której Rocky wbiega po schodach Muzeum Sztuki. Filadelfia zaprezentowała się również w produkcji filmowej o niezbyt skomplikowanej nazwie – Filadelfia (1993). Główną rolę odegrał w niej Tom Hanks. Na potrzeby tego filmu powstała znakomita piosenka Streets of Philadelphia, autorstwa Bruce Springsten’a. Utwór stał się hitem w krótkim czasie. Aktor i muzyk są przyjaciółmi z dzieciństwa. W 1994 roku ich pracę nagrodzono Oskarami (w kategorii: najlepszy aktor, oryginalna piosenka). Dla wielu osób Filadelfia jest po prostu punktem na trasie z Nowego Jorku do Waszyngtonu, który przy okazji można odhaczyć. Dlaczego warto odwiedzić to miasto i co oferuje poza dobrą lokalizacją? O tym w dzisiejszym wpisie.

Trade-in-Sleep-for-a-Morning-Workout-2-1
Kadr z filmu „Rocky Balboa” (2006), reż. S. Stallone, prod. S. Stallone, I. Winkler, R. Chartoff

TROCHĘ HISTORII:

Akcenty europejskie w architekturze miasta to skutek dawnej kolonizacji Szwedów, Holendrów i Brytyjczyków, którzy stopniowo wypierali stamtąd indiańskie plemię Delaware (począwszy od XVII wieku). W 1681 roku Brytyjczyk William Pen założył tam Pensylwanię, zawierając układ z wodzem plemienia. Zgodnie z ustaleniami Filadelfia miała być rolniczą wioską, charakteryzującą się tolerancją religijną. Jak widać, sporo zmieniło się od tamtego czasu. Obecnie jest to najważniejsze miasto Pensylwanii, które było świadkiem wielu rewolucji, konferencji i bitew na przestrzeni lat.

MIASTO BRATERSKIEJ MIŁOŚCI I OGROMNEJ LICZBY ZABÓJSTW: 

Nazwa miasta oznacza braterską miłość i wywodzi się z greki. Wprowadzona przez Williama Penn tolerancja sprawiła, że miasto zamieszkuje mieszanka wielu narodowości. Większość z nich to Afroamerykanie. Ponadto, w Filadelfii rządził pierwszy czarnoskóry burmistrz. W mieście można też spotkać sporo Włochów, Azjatów, Irlandczyków oraz Polaków, skupionych w dzielnicy Port Richmond. Co ciekawe, City of Brotherly Love może „pochwalić” się tytułem najbardziej skorumpowanego miasta w kraju i największym odsetkiem zabójstw na tle innych przestępstw (powiało braterską miłością, nie ma co). W latach 70-tych liczba zabójstw na 100 tysięcy osób przekraczała 600. W 2008 roku Filadelfia zajęła 22 miejsce w rankingu najniebezpieczniejszych miast i 6 miejsce pod względem najniebezpieczniejszych aglomeracji w USA. Na pierwszym miejscu uplasował się sąsiedni Camden, znajdujący się po drugiej stronie rzeki Delaware.

giphy
W utworze „Streets of Philadelphia” Bruce Springsteen zaprezentował nie tylko najładniejsze części miasta…

PHILADELPHIA EAGLES: 

Filadelfia to nie tylko miasto z bogatą historią, pierwsza stolica USA, mieszanka narodowości, braterska miłość i ogromna liczba zabójstw. Zdecydowanie warto wybrać się na jeden z meczów drużyny Philadelphia Eagles (nawet jeśli ktoś nie wie o co chodzi w tej grze). Panująca tam atmosfera wynagrodzi Wam nieznajomość zasad. Patrick Varine – jeden z reporterów i kibic Pittsburg Steelers mawia, że kocha filadelfijską drużynę, bo fani jego ulubionego zespołu z Pittsburga sprawiają wrażenie mniej szalonych, w porównaniu do sympatyków filadelfijskiej drużyny. Kiedy Steelers rozgrywa mecz, burmistrz miasta nie musi wysyłać tam ekipy robót publicznych, która natłuszcza słupy oświetleniowe aby uniemożliwić pijanym kibicom atrakcyjną wspinaczkę, w przeciwieństwie do władz Filadelfii.

28236672_10214668295361772_1403117981_n
Mecz drużyny Philadelphia Eagles, autor zdjęcia: Szymon Krajewski (2015)

Philadelphia Eagles wygrały minione mistrzostwa futbolu amerykańskiego (2018), będące najważniejszym wydarzeniem sportowym w USA. Co roku Super Bowl cieszy się wielką oglądalnością (ponad 100 milionów Amerykanów), dlatego też ceny za reklamy w telewizji podczas przerw są gigantyczne. Stacja NBC zażyczyła sobie w tym czasie 5 mln dolarów za 30 sekund. Super Bowl to nie tylko rozgrywanie meczu najlepszych drużyn, które dostały się do finału. Wydarzenie jest prawdziwą ceremonią, którą uważa się za nieformalne święto narodowe. To również dzień spożycia największej ilości jedzenia w USA, zaraz po Dniu Dziękczynienia. Super Bowl rozpoczyna się hymnem narodowym w wykonaniu amerykańskich sław. W 2018 roku odśpiewała go Pink. W przerwie finału na scenie pojawił się Sting i Justin Timberlake. Możliwość występu podczas mistrzostw to wielkie wyróżnienie dla amerykańskich artystów.

Zwycięstwo Philadelphia Eagles było ogromnym zaskoczeniem dla Amerykanów. Drużyna pokonała New England Patriots wynikiem 41:33, mimo, że musiała sobie poradzić bez wielu kontuzjowanych zawodników. Rezerwowi pokazali na co ich stać. Nick Foles był jednym z nich, który zdobył tytuł najlepszego gracza. Były to pierwsze mistrzostwa, w których zdobyto wielką liczbę jardów (1151). Starcie obu drużyn było zacięte – 10 minut przed końcem meczu New England Patriots przejęli prowadzenie, ale nie na długo. 3 minuty przed ostatnim gwizdkiem Philadelphia Eagles odzyskała panowanie nad sytuacją i po raz pierwszy wygrała Super Bowl. Ich rywalom zabrakło naprawdę niewiele.

27337093_1821339097912770_5165634810149186402_n
Takie memy zasypały Facebook’a w USA po wygranej Philadelphia Eagles, NFL Memes

JAK DOJECHAĆ:

Zakładam, że ktoś z Polski raczej nie wybierze się do Filadelfii na weekend. Z pewnością większość osób wpadnie tam w czasie zwiedzania wschodniej części USA. Dlatego też najtańszą opcją jest lot do Nowego Jorku (polecam wyszukiwarkę lotów eSky.pl) i dojazd do Filadelfii jednym z przewoźników: Megabus, Greyhound, Busbud lub Peter Pan. Przed zakupem biletu warto porównać wszystkie oferty na tej stronie. Pokonanie trasy autobusem zajmuje około 2 godzin. Wybrałam firmę Megabus i zapłaciłam 20$ za bilet w dwie strony. Wraz ze znajomymi wysiedliśmy przy dworcu kolejowym (30th Street Station, 2955 Market St).

27781717_1666043646788767_1684815357_n

CO ZJEŚĆ W FILADELFII?

Miasto słynie z tzw. Philly cheesesteak. To po prostu bułka z kawałkami podsmażanej wołowiny, potrójną porcją roztopionego sera, papryką i cebulą. Dobre, aczkolwiek niezbyt wymyślne – zważywszy na to, że jest to sztandarowe danie miasta.


CO ZOBACZYĆ W JEDEN DZIEŃ?

Wbrew wielu opiniom uważam, że jest to ciekawe miasto i może sporo zaoferować odwiedzającym. Jeśli kogoś nie interesują wszystkie muzea, jeden dzień w Filadelfii w zupełności wystarczy. Moja propozycja zwiedzania obejmuje poniższe miejsca:

LOVE PARK ARCH: Filadelfia to kolebka państwa amerykańskiego, którą można porównać do naszego polskiego Gniezna – pomijając fakt, iż pierwsza polska stolica jest od niej o kilkaset lat starsza. Mimo to odniosłam wrażenie, że spośród licznych atrakcji (głównie o charakterze historycznym) turyści najbardziej szaleją na punkcie Love Park Arch. Po odwiedzinach Filadelfii przez moich współpracowników Facebook został zalany zdjęciami z tego miejsca. Napis Love każdego dnia przyciąga tłumy osób. Nawiązuje do braterskiej miłości – motta Filadelfii. Szczerze mówiąc, pominęliśmy go podczas naszego zwiedzania, ale skoro cieszy się tak wielkim zainteresowaniem to nie wypada o nim nie wspomnieć.

5818691534_349f0bcae2_b
Douglas Muth (flickr.com), licencja

Po kilku minutach dotrzecie już do RATUSZA. Jego wygląd potwierdza, że miasto posiada raczej europejski charakter. Odniosłam wrażenie, że władowano w niego sporo zbędnych detali, bez których mógłby prezentować się znacznie lepiej. Liczy 167 metrów i miał swoje pięć minut w latach  1894 – 1909. Był wtedy najwyższym budynkiem mieszkalnym na świecie. Zamierzeniem architektów było stworzenie z niego najwyższego budynku na świecie. Cel nie został osiągnięty. Jego budowa trwała aż 30 lat – w tym czasie zdążyła powstać francuska wieża Eiffla, która przejęła tytuł najwyższej budowli. Oglądając „z dołu” zegar umieszczony na wieży ma się wrażenie, że jest raczej niewielki. Nic z tych rzeczy – jego tarcza posiada 8 metrów średnicy. Na wieży ratusza mieści się punkt widokowy. Wstęp: dorośli – 8$, dzieci do lat 3 – bezpłatnie, studenci – 4$, seniorzy i żołnierze – 6$. Godziny otwarcia: poniedziałek – piątek 9:30 – 16:15, soboty 11:00 – 16:00. Bilety dostępne tutaj

11

Jeśli ktoś byłby zainteresowany wydaniem kilkunastu dolarów na panoramę miasta z ratuszem, może odwiedzić sąsiedni wieżowiec ONE LIBERTY OBSERVATION DECK z tarasem widokowym. Otwarte codziennie od 10:00 do 20:00, wstęp: 14,50$ (zniżki dla dzieci). Bilety można kupić tutaj.

INDEPENDENCE PARK to najczęściej odwiedzane przez turystów miejsce w Filadelfii. Nie bez powodu – to również najbardziej zabytkowy fragment USA, który odegrał wielką rolę w historii kraju. Najważniejszymi elementami wchodzącymi w skład Independece Park są:

  • Independence Hall z 1732 roku, w której podpisano Deklarację Niepodległości i uchwalono Konstytucję Stanów Zjednoczonych. Budynek można zwiedzić bezpłatnie i z przewodnikiem (zwiedzanie możliwe jest co 15 minut). W tym celu należy odebrać bilety w sąsiednim Visitor Center i stawić się przy Independence Hall o wyznaczonej godzinie. 
  • Dzwon Wolności z 1753 roku, który przeniesiono do Liberty Bell Center – wejście bezpłatne, należy zarezerwować trochę czasu na oczekiwanie w kolejce. Dawniej, dzwon Wolności informował mieszkańców o zwycięstwach i porażkach podczas wojny o niepodległość.
  • Sala Kongresowa z 1787 roku, będąca niegdyś siedzibą sądu hrabstwa Filadelfii. W tym miejscu odbywały się pierwsze posiedzenia kongresu i utworzono zasady ustrojowe – wiele z nich obowiązuje w USA do dziś.

DOM KOŚCIUSZKI, a dokładniej Taddeus (ciekawa i oryginalna odmiana imienia Tadeusz w wersji amerykańskiej) Kosciuszko National Memorial znajduje się na wschód od Parku Niepodległości. W przypadku jednodniowego zwiedzania można sobie go odpuścić – kamienica została ubogo wyposażona, ale warto o niej wspomnieć ze względu na sam fakt jej istnienia (jeszcze do lat 70-tych XX wieku była ona w kompletnej ruinie). Tadeusz Kościuszko uważany jest za bohatera narodowego w USA. Był on generałem brygady i głównym inżynierem wojskowym Filadelfii. Znaczenie tej osoby w USA podkreślają liczne pomniki i ulice nazwane jego imieniem. W ilości monumentów przebija go jedynie George WashingtonZwiedzanie Domu Kościuszki – wypełnionego pamiątkami związanymi z jego osobą – możliwe jest od kwietnia do października, w soboty i niedziele (w godzinach: 12:00 – 14:00). 

301_Pine_Philly_Kosciuszko_Museum
Dom Kościuszki, autor zdjęcia; Smallbones (Wikimedia commons), domena publiczna.

DOM BETSY ROSE to kolejna atrakcja miasta, którą można odwiedzić w razie gdyby ktoś dysponował większą ilością czasu.  Jest to mieszkanie słynnej (w USA) szwaczki, która – zgodnie z legendą – uszyła amerykańską flagę na zlecenie generała Georga Washingtona. Właściwie to opowieść mija się z prawdą, a stworzenie tej legendy to zasługa wnuka Betsy. Obecne wnętrze domu odzwierciedla jego wygląd za czasów kolonialnych. Szczegóły na temat godzin otwarcia obiektu, opłat za wstęp i przewodnika można znaleźć na oficjalnej stronie obiektu, klikając tutaj

Betsy_Ross_1777_cph.3g09905
          Betsy Rose i George Washington, Jean Leon Gerome Ferris (Wikimedia), domena publiczna. 

Można śmiało powiedzieć, że ELFRETH’S ALLEY to najpiękniejsza ulica w mieście. Uważana jest też za najstarszą część Filadelfii, mimo niewystarczających dowodów. Jej początki sięgają 1727 roku. Trzydzieści domów przylegających do Elfreth’s Alley pochodzi z XVIII wieku. Mimo, że uliczka jest krótka, świetnie oddaje kolonialną atmosferę.

4353709000_3f0162e460_b
autor: Celine Harrand (flickr.com), licencja

Filadelfijskie CHINATOWN zamieszkują nie tylko Chińczycy. Osiedlili się tam również Wietnamczycy, Koreańczycy, Tajlandczycy i wiele innych nacji azjatyckich. Dawniej chińska część miasta przypominała slumsy, w których nie brakowało palaczy opium. To jednak przeszłość. Mimo, że nie jest najczystszą częścią miasta – i nic nie wskazuje na to, aby kiedyś nią została – azjatyckie sklepy i restauracje potrafią oddać atmosferę Państwa Środka. Początek Chinatown wyznacza łuk przyjaźni – brama z typowymi zdobieniami chińskimi pai fang. 

Po Chinatown proponuję półgodzinny spacer do Philadelphia Museum of Art przez amerykańskie Pola Elizejskie – Benjamin Franklin Parkaway. Ulicę przepełnioną flagami krajów z całego świata zaprojektował francuski architekt Greber, na wzór Pól Elizejskich w Paryżu. Benjamin Franklin Parkaway rozpoczyna się przy Ratuszu. Jej koniec wyznacza wzgórze, na którym ulokowano Muzeum Sztuki Filadelfii. Do ulicy przylega wiele ciekawych budynków (Bazylika Katedralna Św. Piotra i Pawła, Muzeum Historii Naturalnej, Instytut Franklina, Galeria Sztuki Barnes Foundation, Muzeum Sztuk Pięknych Rodin Museum, Biblioteka Publiczna posiadająca tabliczki z pismem klinowym z 3000 r. p.n.e.). Ten fragment miasta nazywa się kawałkiem Paryża w Filadelfii. 

14
Widok na wieżę ratusza

EASTERN STATE PENITENTIARY to dość nietypowa atrakcja, którą oferuje turystom miasto od 1994 roku. Więzienie było pierwszym zakładem karnym, w którym wprowadzono resocjalizację. Co więcej, dysponowało bieżącą wodą i ogrzewaniem. W tamtych czasach takie rzeczy należały do rzadkości – kiedy więźniowie w Eastern State Penitentiary posiadali już ogrzewanie, w Białym Domu było ono dopiero w planach. Więzienie było najnowocześniejszym i najdroższym budynkiem w okolicy. Mieściła się w nim sala operacyjna, salon fryzjerski, a nawet dentysta. W momencie ukończenia (1836) zakład karny posiadał 450 cel rozsianych na powierzchni 44,5 tys. metrów kwadratowych. Niemniej jednak, więźniowie nie żyli w luksusach, jak mogłoby się wydawać…

Cele nie były tak szykowne jak pozostałe pomieszczenia w budynku. Wejścia zostały obniżone, aby więźniowie mogli się kłaniać Bogu, wchodząc do środka. Pomieszczenia wyposażono w łóżko, szafkę, toaletę, umywalkę, Biblię, niewielkie okienko w suficie i wyjście na taras (każda cela miała swój, więźniowie spędzali na nim samotną godzinę każdego dnia). Nieco inaczej wyglądała cela Al Capone, który odbył tu swoją pierwszą odsiadkę w życiu. Wypełniono ją droższymi meblami, dziełami sztuki i książkami. Jednakże, cisza i odosobnienie stopniowo wykańczały nawet twardego szefa chicagowskiej mafii. Al Capone skarżył się, że nocą torturują go duchy jego ofiar.

eastern-state-penitentiary-3004123_960_720
Cela Al Capone

Zgodnie z planem resocjalizacji osoby odbywające odsiadkę były izolowane od reszty więźniów, przebywając w kompletnej ciszy (w razie naruszenia zasad na śmiałków czekały nieciekawe kary). Miało to wzbudzić w nich skruchę i zmusić do przemyślenia swojego postępowania. Takie odosobnienie wykańczało niejedną osobę. Sporo więźniów narzekało na przedziwne szepty w ich głowach. Mawiali że wielokrotnie widywali jakieś postacie, które po chwili znikały w obdrapanych murach Eastern State Penitentiary. Większość pracowników twierdzi, że było to popadanie w obłęd osamotnionych więźniów. Niemniej jednak, sporo osób uznaje budynek za nawiedzony. Śmiałkowie mogą odbyć w Eastern State Penitentiary nocne zwiedzanie. Szczegóły na temat biletów wstępu i godzin otwarcia można znaleźć na oficjalnej stronie internetowej obiektu, klikając tutaj

eastern-state-penitentiary-2934199_960_720
Eastern State Penitentiary

PHILADELPHIA MUSEUM OF ART uważane jest za najlepsze muzeum w mieście. Można tam znaleźć dwunastowieczne krużganki francuskie, przedmioty pochodzące z epoki renesansu, XVIII-wieczne wyposażenie domu z Londynu, elementy  związane z rzemiosłem amiszów czy też prace Duchampa i Rodina. Jednakże, powodem popularności tego miejsca nie są wymienione rzeczy. Znacznie popularniejsze okazują się schody prowadzące do wnętrza muzeum, za sprawą wspomnianej wcześniej produkcji filmowej „Rocky Balboa”. Właściwie to więcej turystów można spotkać przy schodach, po których wbiegał Sylvester Stallone w końcowej scenie filmu, niż we wnętrzu muzeum przy cennych artefaktach. I choć w informacjach o atrakcjach miasta schody nazwano Rocky Steps, miejscowi – których spytacie o wskazówki dotyczące dotarcia na miejsce – przeszyją Was dziwnym wzrokiem i niezrozumieniem (sprawdzone). Dlatego też najlepiej zapytać o budynek Museum of Art, a nie o Rocky Steps. Jeśli ktoś nie jest fanem sztuki i nie przepada za tym filmem, mimo wszystko powinien odwiedzić to miejsce. Pokonanie wielu schodów i wdrapanie się na górę wynagrodzi Wam świetny widok na miasto.

1 (2)16

PODSUMOWUJĄC: 

Mimo, że w panoramie miasta nie brakuje wieżowców, Filadelfia wyróżnia się na tle innych nowoczesnych aglomeracji USA – spacer po Independence Park to żywa lekcja amerykańskiej historii. Właśnie tak wyobrażałam sobie to miasto, zanim je odwiedziłam. Nie zaskoczyło, ale i nie zawiodło. Szczerze mówiąc, nie wiem dlaczego tak bardzo polubiłam Filadelfię. Daleko jej do ideału, ale ma w sobie coś wyjątkowego. Jeśli ktoś nie planuje odwiedzin w muzeach, jeden dzień w tym mieście powinien wystarczyć.