Włajaż na Kubę w 4 minuty

Zapraszam po krótkie wprowadzenie do tematów o  K U B I E 🇨🇺 Jak wyobrażałam sobie ten kraj przed wyjazdem? Miałam nadzieję, że w końcu zrozumiem opowieści rodziców o komunie. Słyszałam, że kolor turkusowej wody oblewającej wyspę z każdej strony jest jeszcze bardziej intensywny w rzeczywistości niż na zdjęciach. Wyobrażałam sobie, że Kubę zamieszkują pozytywni ludzie z salsą we krwi, którzy bardzo kochają swój kraj – mimo, że nie mają w nim łatwego życia. Czy to wszystko potwierdziło się na miejscu? O tym w kolejnych wpisach!

           

Witamy w Polsce! Wrażenia znajomych z podróży po naszym kraju

U Was to chyba zimno, co? Zazwyczaj w ten sposób rozpoczyna się rozmowa z kimś, kto dowiaduje się, że jestem z Polski. Często pojawia się również: Z Polski? O! Lewandowski! łamane na Jan Paweł II. Zdarzają się osoby, których wiedza o naszym kraju naprawdę mnie zadziwia – w pozytywnym (Kolumbijczyk wymieniający skład reprezentacji polskiej na Mistrzostwach Świata Piłki Nożnej w 1986), jak i negatywnym tego słowa znaczeniu (pewien Pan: Polska? A to nie jest gdzieś w Rosji? Ja: Kiedyś było).

Zaskakują Kubańczycy, którzy pytali jak trzyma się Jaruzelski. Na Karaibach znają też Kopernika. Argentyńczyk, z którym pracowałam w Kolumbii, puszczał z telefonu muzykę Chopina i wychwalał ją bez końca. Podczas pierwszych rozmów z kolegami z tak odległych krajów nigdy nie przypuszczałam, że przejadą się kiedyś rowerem po Kaszubach, wpadną na grilla u mnie w altance i pograją we flanki z moimi znajomymi. Jakie były ich wrażenia z podróży po Polsce?

POZNAĆ NASZ KRAJ, CZYLI?

Nie ukrywam, że z chęcią odwiedzam słynne miejsca turystyczne podczas wyjazdów za granicę, choć znacznie ważniejsze jest dla mnie poznanie stylu życia mieszkańców. Jakie mają spojrzenie na świat? Gdzie spędzają czas wolny? Które problemy w kraju najbardziej im doskwierają? Czy posiadają zwyczaje przewijające się w ich życiu na co dzień?

Kiedy ktoś odwiedza mnie w Polsce odnoszę wrażenie, że tego samego oczekuje ode mnie. Być może wychodzę na ignorantkę ale co im po tym, że zjedzą kaczkę po polsku z konfiturą wiśniową w najznakomitszej restauracji serwującej tradycyjne polskie dania, skoro ta potrawa w moim domu należy raczej do rzadkości? Nie twierdzę, że nie warto jej spróbować ale staram się również pokazać jeden z najlepszych kebabów w Gdańsku, do którego wpadamy po powrocie z imprezy. Tradycja studencka, jakby nie było! Oczywiście moje transfery z innych krajów nie wyjeżdżają z Polski bez spróbowania żurku, gołąbków, placków ziemniaczanych, schabowego i  pierogów, które często goszczą na polskich stołach. W rankingu u znajomych prowadzą racuchy jabłkowe mojej mamy, która ratuje sytuację (nie mam zbyt wiele wspólnego z gotowaniem i kiedy pojawiam się w kuchni to najwyraźniej dlatego, że zabłądziłam). Ich wizyty nie obejdą się też bez degustacji tutejszych napojów wysokoprocentowych. Każde przecholowanie to dobra okazja na zaprezentowanie kolejnego, równie ważnego elementu kuchni polskiej – rosołu.

Kolejną kwestią jest zwiedzanie miasta. O ile dane miejsca posiadają naprawdę ogromną ofertę muzeów i galerii to niekoniecznie będzie to coś równie interesującego dla kogoś z Ameryki Południowej, zazwyczaj niebędącego w temacie historii i kultury naszego kraju. Znakomitym rozwiązaniem są Free Walking Tour organizowane w wielu polskich miastach. To dwugodzinne spacery z przewodnikiem (w różnych językach) opierające się przede wszystkim na ciekawostkach związanych z danym miejscem. Dostarczają wielu informacji w przypadku krótkiej wizyty w Polsce i stanowią dobre wprowadzenie do zwiedzania reszty. Teoretycznie wycieczki są darmowe ale przewodnicy utrzymują się z napiwków.

53604813_800904130290239_7043993532217950208_n
Kiedy starasz się upamiętnić wizytę znajomych w Polsce ale najwyraźniej coś nie wyszło

Wiadomo, że plan zwiedzania to rzecz gustu ale mając niewiele czasu na poznanie moich rewirów nie zabrałabym obcokrajowca do Muzeum Kaszubskiego (choć uważam, że wystawy są tam ciekawe). Znacznie lepiej sprawdzi się wycieczka rowerowa po wspomnianych terenach, objaśnienie kaszubskich zwyczajów, nauka paru wyrażeń w tym języku, porządny regionalny obiad, latem wypożyczenie kajaku, a zimą kulig z prawdziwego zdarzenia. Nie twierdzę, że należy unikać miejsc turystycznych – nie o to chodzi. Pokazałam im sporo miejsc w Polsce, które są przepiękne i interesujące, a jednocześnie licznie odwiedzane przez tłumy osób. Po prostu warto znaleźć jakiś balans i zaprezentować też trochę polskiej codzienności. Jakie są dowody na to, że poznawanie Polski w taki sposób jest dla nich ciekawe? Siedząc przy piwie w Bogocie z grupą Kolumbijczyków Juana zapytano o to, co najlepiej wspomina podczas swojego wyjazdu do Europy. Chwila, w której usłyszałam, że są to urodziny mojego wujka z toną jedzenia była bezcenna. Polska gościnność robi furorę.

CO JESZCZE ZASKAKUJE ICH W POLSCE?

Powitanie. Co kraj to obyczaj, dlatego tym razem odniosę się jedynie do osób z Ameryki Południowej. Polacy nieznający się zbyt dobrze zazwyczaj podają sobie dłoń na powitanie. W Kolumbii i Ekwadorze z marszu wita się z nieznajomymi dwoma buziakami w policzek. Z racji tego, że składając życzenia Polakom zazwyczaj całuje się w policzek trzy razy to przy powitaniu z Kolumbijczykami witałam się trzema, a oni dwoma. Wychodził z tego jakiś słaby i niezręczny taniec – trochę jak kiwanie się na boki, nie bardzo wiedząc kiedy przestać.

Kapcie. Zaskakiwały ich chyba bardziej niż polska gościnność i nieraz wciskano im je w Polsce u kogoś na odwiedzinach. Ich reakcje były bezcenne.

Piwo z sokiem. Do samego przyjazdu żyli w przekonaniu, że ich wkręcam i upierali się, że takie połączenie nie istnieje. Kiedy zobaczyli na własne oczy, że to prawda posypały się setki pytań w stylu: ale dlaczego?

Ceny w sklepach. Podczas każdego Eurotripa znajomych Polska stanowi miłą odmianę dla portfela. Często dokupowali kolejny bagaż w przypadku lotu powrotnego.

Tłumaczenie filmów w telewizji za pomocą lektora. Wielokrotnie pytali się jak to możliwe, że filmy tłumaczone są tylko i wyłącznie jednym głosem. Nie mam pojęcia dlaczego tak bardzo dziwi ich to, że w polskiej telewizji nie ma miejsca na dwóch lektorów – o damskim i męskim głosie.

Wałęsa? To on nie był starszy? Takie pytania usłyszałam od kolegi z Kolumbii podczas spaceru po Gdańsku przed ubiegłymi wyborami prezydenckimi, kiedy mijaliśmy plakat Jarosława Wałęsy.

Domek do góry nogami w Szymbarku. Wielu z Was pewnie nawet nie słyszało o takiej atrakcji – wyobraźcie więc sobie moją minę, kiedy pytali o niego znajomi z Turcji – to miejsce pojawiało się w ich kraju na wielu memach.

20151121_154621

PIERWSZE I NIEKONIECZNIE NAJLEPSZE WRAŻENIA: 

Im bardziej staram się pokazać mój kraj z jak najlepszej strony, tym bardziej mi to nie wychodzi – choć trzeba przyznać, że odwiedzający wyjeżdżali z Polski zachwyceni. Gdyby jednak ich wizyta ograniczyła się do pierwszego dnia to pewnie nigdy by tu nie wrócili.

Niezbyt miło wspominam pewien autobus z Warszawy do Gdańska. Okazało się, że zabrakło wtedy miejsca dla mnie i koleżanki, która właśnie przyleciała do Polski. Kolejny autobus również nie uporał się z liczbą poszkodowanych przez błąd w systemie rezerwacyjnym. Chyba nie muszę dodawać, że skoro kolejność wejścia była decydująca to na parkingu w Młocinach rozpętała się prawdziwa walka o przetrwanie. Pojawiło się wiele niezbyt pochlebnych, acz tradycyjnych polskich słówek w kierunku osób, które wepchnęły się w wyimaginowaną kolejkę. Czekając na kolejnego busa podeszłyśmy do Żabki po bułkę, przy której dwóch panów wyrażało wzajemną niechęć do siebie, podbijając sobie coraz to nowsze lima na twarzy. Trzeci autobus o dziwo dysponował dla nas miejscem. Szkoda, że obok kierowcy z klimą podkręconą na maksa, pomagającą mu się rozbudzić. Kiedy w końcu dotarłyśmy, moja miejscowość przywitała nas dobitnym zapachem nawożonych pól, który unosił się do dnia wyjazdu. O ile takie sytuacje były raczej zabawne, to zdarzył się też niemiły incydent. Jeden z kolegów został okradziony – a przecież to Kolumbia jest tak bardzo niebezpieczna…

Pamiętam też jak pytali się mnie o pogodę wiosną. Kiedy przyjechali, pomogłam im wnieść walizkę wypełnioną letnimi rzeczami. To było w maju 2017, kiedy w Gdańsku spadł śnieg…

13219719_1048380838548859_911283350_n
Kiedy mój tata obiecuje koledze z Kolumbii, że pierwszy raz zje grillowaną kiełbaskę ale pogoda nie dopisuje

JĘZYK POLSKI – WALCZĄ JAK MOGĄ!

Na świecie krąży przekonanie o tym, że polski to najtrudniejszy język świata. Wielu obcokrajowców poddaje się zaraz po tym, jak demonstrujemy polską wersję HelloCześć nie należy do najłatwiejszych słów. Starałam się im ułatwić życie, sięgając po inne –siema. Wyleciało mi z głowy aby wspomnieć o tym, że takie przywitanie ze starszą ekspedientką po wejściu do sklepu nie bardzo pasuje. Nie zapomnę też, kiedy podczas Work&Travel koledzy prosili abym nauczyła ich kilku zdań po polsku żeby zagadać do Polek na wyjeździe. Chęci były. Z pięknie dziś wyglądasz powstało biednie dziś wyglądasz. Pewnie zdziwiły się też, że mają piękne uszy (wnioskuję, że miały być oczy, choć może kolegom podobały się i uszy).

Za każdym razem kiedy podnosili kieliszek krzyczeli coś w stylu krokowia, co w późniejszych godzinach przerodziło się w korkowe. Tłumaczyłam, że u nas mówi się na zdrowie, choć ich wersja tego wyrażenia to kolejne polskie słówko, które być może im się przyda.

Wielokrotnie udowadniali mi jednak, że potrafią ogarnąć nasz język. Idealnie wyłapali w mojej rozmowie z koleżanką o matkoooo!, które użyli w późniejszym czasie w perfekcyjnym momencie. Podczas ostatniej wizyty kolejnych transferów strasznie wiało, więc udało im się też zapamiętać popularne określenie tego, co działo się wtedy na zewnątrz – powtarzane bez przerwy w autobusie: ale p*zga. 

Nie zapomnę też momentu, w którym jedna z koleżanek z Ekwadoru dowiedziała się, że jestem z Polski i zaśpiewała mi refren piosenki Jesteś szalona. Kolega z tego samego kraju nie był gorszy – karaoke Na szczycie Grubsona nie stanowiło dla niego większego problemu.


Obiecali, że wrócą. Część nawet dotrzymała słowa i wpadła do Polski po raz drugi! Licząc dni do kolejnych odwiedzin znajomych z innych krajów czekam na Wasze komentarze – czym zaskakuje obcokrajowców Polska? Co według Was powinno stanowić obowiązkowy punkt wizyty w naszym kraju?

2-3 dni w Paryżu. Co zobaczyć? Część II

Zapraszam na drugą część trasy. Poniższy wpis to pomysł na kolejny dzień (ewentualnie dwa) zwiedzania Paryża. Nasz plan wyglądał następująco: Katakumby Paryskie – Dzielnica Łacińska: Panteon – Ogród Luksemburski – fontanna Saint Michel i Rue du Chat qui Peche – Notre Dame – Sainte Chapelle – Pałac Sprawiedliwości – Pompidou – dzielnica Le Marais – plac Bastylii. Przegapiliście poprzednie wpisy o Paryżu? Podrzucam linki do pozostałych:

Na dzień dobry wjechało konkretne memento mori. Kto by pomyślał, że w mieście miłości znajdziecie atrakcję witającą chłodnym „Stój, to wejście do Imperium Śmierci”. KATAKUMBY PARYSKIE to zbiór szczątek 6 milionów Paryżan z różnych okresów czasu. Miejsce jest przerażające i bynajmniej nie chodzi o klimat ale o zachowanie niektórych odwiedzających, strzelających sobie tam selfie foteczki z pozostałościami po mieszkańcach Paryża. Nigdy nie zapomnę turystki podsumowującej czaszki ułożone w serce donośnym it’s sooo sweet, które wydobyło się zza aparatu pstrykającego zakazanym fleszem w każdą stronę.

Katakumby paryskie rozciągają się na 770 hektarach! XVIII-wieczne cmentarze były tak przeludnione, że obawiano się epidemii dżumy. Stworzono więc podziemne pomieszczenia, w których gromadzono zwłoki. Wśród nich znajdziecie szczątki Robespierre i Dantona. W czasie II wojny światowej było to centrum tajnych spotkań francuskiego ruchu oporu. Od XIX wieku można je odwiedzać, choć turystom udostępniono niewielki procent całej powierzchni. Od 1995 roku wzmożono środki ostrożności i powiększono ilość pracowników. Powodem było… zbyt wiele imprez w katakumbach organizowanych przez osoby zwiedzające je samodzielnie. Trasa udostępniona dla odwiedzających liczy 2km. Przy wyjściu sprawdzane są Paniom torebki. Wiele razy zapobiegano w ten sposób wynoszeniu fragmentów kości na pamiątkę… Jeśli będziecie w Paryżu jedynie dwa dni i to w sezonie – odpuśćcie sobie katakumby. W grudniu stałyśmy tam w kolejce ponad godzinę – latem doliczcie sobie kilka godzinek więcej. Zwiedzanie powinno Wam zająć jakieś 1,5h. Bilety wstępu: 13 euro (ulgowy 11 euro). Audioprzewodniki (niedostępne w języku polskim) to koszt 5 euro. Godziny otwarcia: codziennie od 10:00 do 20:30. 

DZIELNICY ŁACIŃSKIEJ znajdziecie kilka dobrych i tanich miejsc na obiad. Kręte uliczki obrazują wygląd Paryża w czasach średniowiecznych. To część miasta, która uchroniła się od kompletnej przebudowy zgodnie z PROJEKTEM HAUSSMANA (wyburzono 60% miasta aby stworzyć miejsce na nowe budynki i ulice). Jak było kiedyś? Zakładam, że XVII-wieczna stolica Francji nie przypadłby Wam do gustu. Obowiązkowym gadżetem przy wyjściu na ulice był parasol. Bynajmniej nie chodziło tu o warunki pogodowe ale o ochronę przed fekaliami, którymi mieszkańcy chlustali z okien z każdej strony. Spacer wśród rwącego rynsztoku niemogącego uporać się ze swoją zawartością był wtedy czymś normalnym. Do dziś zachowało się kilka z nich – oczywiście to tylko pamiątka po dawnych czasach, a nie ujście dla ścieków. W takich warunkach była to wylęgarnia zarazków. Liczba ludności rosła, a kilkupiętrowe domy z dobudówkami nie były w stanie wszystkich pomieścić.

Kolejnym argumentem przemawiającym za słusznością projektu Haussmana był fakt, iż ciężko było poruszać się po mieście. Pomysł znalazł sporo zwolenników, choć nie obyło się bez krytyki. Ludzie zarzucali władzom i architektowi, że dopuszcza się eksperymentu na żywym organizmie. Udało się poprawić warunki życia, rozszerzając system kanalizacyjny, stworzono szerokie bulwary i oświetlenie na ulicy. Pojawiły się parki, symetryczny układ ulic i sporo budynków neoklasycznych. Dzisiejsze ulice tej części miasta są gwarne i tętnią życiem studenckim. To wysyp kawiarni, barów, restauracji, kin, muzeów, uniwersytetów i zabytkowych kościołów. Nazwa wzięła się od łaciny, którą można było tam usłyszeć w czasach średniowiecza na każdym kroku.

Spacer po Dzielnicy Łacińskiej rozpocznijcie od PANTEON(na poniższym zdjęciu, wstęp w godzinach 10:00 – 18:30, bilety: 7 euro, ulgowy dla młodzieży w wieku 18- 25, bezpłatnie – poniżej 18 lat). To kościół i mauzoleum z 1789 roku, w którym pochowano 73 niezwykle ważne dla Francji osobistości (m.in. Maria Skłodowska-Curie). Ludwik XV wzniósł go w podzięce za odzyskanie zdrowia. Pochówek w Panteonie był największym zaszczytem, jakiego może dostąpić Francuz, choć obserwując wydarzenia z najwcześniejszych lat mauzoleum to nie byłabym tego taka pewna. Pierwsze złożone ciało przepadło – usunięto je przez Francuzów podczas rewolucji. Kawałek dalej mieści się jeden z najstarszych uniwersytetów – SORBONA. 

20170621_174455

Przechodzimy do kolejnego miejsca, które odwiedziłyśmy latem. Mowa o OGRODZIE LUKSEMBURSKIM, którego trawnik zamienia się w jedno wielkie miejsce na piknik. To był idealny plener na obiad z Lidla – bagietka z serem, polecam. XVII-wieczny ogród powstał z inicjatywy królowej Francji Marii Medycejskiej. Miał jej przypominać rodzinny dom we Florencji ale plan chyba nie wypalił. Obecnie jest to siedziba senatu francuskiego.

Będąc przy FONTANNIE SAINT MICHEL warto odbić kawałek dalej i zobaczyć najmniejszą (ponoć) ulicę świata. RUE DU CHAT QUI PECHE liczy 20 metrów długości i 1,5 metrów szerokości.

Czas na KATEDRĘ NOTRE DAME! Dlaczego świątynia zdobyła tak wielką sławę? To przepiękny budynek, wiadomo. Podziękowania za reklamę należą się jednak Disneyowi i Quasimodo. Film powstał na podstawie powieści Victora Hugo „Katedra Panny Maryi w Paryżu”, choć takie stwierdzenie jest mocno przesadzone. Książka skupiała się na opisie katedry, a o dzwonniku pojawił się jedynie fragment. Wyglądało to mniej węięcej tak: <producenci filmowi przeglądający powieść> „dziejeeee katedry, architektuuuura, sztuuukaaa, blablablaaaaaa… O! Garbaty dzwonnik! To się sprzeda!”. Niektórzy twierdzą, że inspiracją do wzmianki o nim był pewien rzeźbiarz o podobnej posturze, który przebywał w katedrze kiedy autor zbierał materiały. Warto dodać, że zgodnie z powieścią wybrankiem Esmeraldy nie był Quasimodo, a arcybiskup Klaudiusz Frollo. Na potrzeby filmu i dla ułatwienia przekazu najmłodszym widzom w ekranizacji Disneya Frollo wystąpił w roli sędziego.

Katedra powstała na pozostałościach po świątyniach z IX wieku. Jej budowa zajęła 180 lat (XII – XIV wiek). Cały świat kojarzy tamtejsze dwie masywne (i niesymetryczne) wieże, wyrzeźbione posągi królów oraz słynne gargulce. Charakterystyczna jest też rozeta symbolizująca wieczność, zamknięta w kole oznaczającym doczesność. W skarbcu świątyni znajduje się relikwiarz z drzewa Krzyża Świętego. Wejście do katedry składa się z trzech portali, które prowadzą do ołtarza i 29 kapliczek (od 2018 roku wśród nich znajdziecie też polską). Świątynia pamięta wiele szczególnych wydarzeń z dziejów Francji, m.in. koronację Napoleona na Cesarza Francuzów. Dodam, że w grudniu zobaczycie tam jedną z najpiękniejszych i największych szopek bożonarodzeniowych.  Wejście do środka – bezpłatne. Wstęp na wieżę – 8,50 euro (ulgowy 5,50euro). Wejście do skarbca – 4 euro. Godziny otwarcia: poniedziałek – piątek 8:00 – 18:45, sobota i niedziela 8:00 – 19:15. 

20170621_185949

Kilka metrów od słynnej katedry znajduje się SAINTE CHAPELLE. To XIII-wieczna kaplica, która w sumie nie jest kaplicą. W dzisiejszych czasach nie uznaje się jej za obiekt sakralny, choć jej niezwykle trafiony przydomek – brama do niebios – sugeruje coś innego. W przeciwieństwie do katedry Notre Dame, jego budowa potoczyła się bardzo szybko – ukończono ją w 33 miesiące. (Nie)Kaplica piastowała przeróżne role – od miejsca, w którym złożono relikwie na początku jej istnienia po magazyn z mąką w czasach Rewolucji Francuskiej. Nie nastawiałam się na coś nadzwyczajnego ale wpadające do środka promienie słoneczne sprawiły, że widok 15-metrowych witraży był warty czekania w kolejce.

Godziny otwarcia: 2.01 – 31.03 od 9:00 do 17:00, 1.04 – 30.09 od 9:00 do 19:00, 1.10 do 31.10 od 9:00 do 17:00. Ostatnie wejście możliwe jest pół godziny przed zamknięciem. Wstęp: 10 euro, obywatele UE do 26 roku życia – bezpłatnie. Od niedawna można skorzystać z aplikacji Sainte-Chapelle Windows (0,99 euro za pobranie), która przybliży Wam wybrany fragment witrażu i objaśni w skrócie jego historię. Po krótkim wstępie włączy się kamera w telefonie. Należy „wycelować” w interesującą Was część okna, która wyświetli się z bliska wraz z opisem (dostępne w kilku językach – francuski, włoski, hiszpański, niemiecki, angielski i chiński).

20170621_153637~2

Sainte Chapelle znajduje się w gmachu PAŁACU SPRAWIEDLIWOŚCI – skupisku najważniejszych instytucji sądowniczych. Po przeniesieniu dawnej siedziby Pałacu Królewskiego budynek przekształcono w więzienie. O ile w nazwie pojawiło się słowo sprawiedliwość to raczej nie miało ono zbyt wiele wspólnego z tym miejscem. Skazańcy mogli liczyć na warunki zgodne z ich statusem majątkowym. Najbiedniejsi dostawali dobite cele, zaś bogaci czasami nie mieli powodu aby narzekać na swoją odsiadkę.

20170621_154932

10 minut spacerku i znajdziecie się już przy CENTRUM POMPIDOU. Jeśli myślicie, że w nawigacji coś nie pykło i stoi przed Wami system wentylacji galerii handlowej to możecie być pewni, że jesteście na miejscu. Szczerze mówiąc, podoba mi się ten budynek – to coś zupełnie innego. Wyobrażam sobie, jak bardzo szokował mieszkańców w momencie powstania (1977). Pompidou to największa na świecie kolekcja sztuki współczesnej. Najbardziej popularne wśród odwiedzających jest piąte piętro – znajdziecie tam m.in. obrazy Pabla Picasso i Salvadora Dali. Na samej górze znajduje się taras widokowy – wiele osób twierdzi, że rozpościera się stamtąd najpiękniejsza panorama na Paryż. Niestety nie było mi dane tego sprawdzić. W niewielkim budynku naprzeciwko galerii często organizowane są wystawy czasowe (wejście bezpłatne). Odsyłam do oficjalnej strony obiektu, w której znajdziecie ceny za wszystkie rodzaje biletu, który zresztą można też nabyć przez tę stronę.

Jeśli sądzicie, że budynek przypominający awarię hydrauliczną nie wprowadzi Was w zachwyt i uważacie, że niewyjaśnione bazgroły będące jednym z cennych nabytków muzeum (kliknij tutaj aby obejrzeć to, o czym mówię) ogarnąłby nawet Wasz pies rysujący z zamkniętymi oczami, proponuję kontynuację spaceru po DZIELNICY LE MARAIS. Nazwa w dosłownym tłumaczeniu oznacza bagna i nie jest przypadkowa – tę część Paryża często zalewała Sekwana. Początkowo należała do templariuszy, a w późniejszym czasie była to dzielnica żydowska. W XVII wieku Henryk IV wybudował tam Place de Vosges (Plac Królewski), który przyciągnął w te rejony arystokratów. Niespełna 100 lat później stała się nieznacząca i zapomniana aż do lat 60-tych XX wieku, kiedy wprowadzono wiele zmian, które ożywiły to miejsce. Obecnie mieści się w niej sporo galerii sztuki, muzeów, barów (wiele z nich to miejsca przyjazne społeczności LGBT), kawiarni i sklepów ulokowanych w uroczych kamieniczkach.

PLAC BASTYLII wygląda bardzo niepozornie. Kiedyś mieścił się tam ogromny zamek, który potem przekształcono w więzienie Bastylię. Jej zdobycie było początkiem wybuchu Rewolucji Francuskiej (1 lipca 1789 roku). Doszło wtedy do ogromnych zmian polityczno-społecznych i obalenia monarchii Burbonów. W wyniku zamachu stanu władzę przejął Napoleon. Czytając o tych wydarzeniach mam wrażenie, że przeciwnicy króla chcieli zmienić w kraju wszystko co możliwe. Planowano m.in. ogólnokrajową frustrację dzieciaczków liczących sobie do dziesięciu podczas zabawy w chowanego – francuska sekunda miała trwać 0,864 sekundy, minuta 86,4 naszych sekund, zaś godzina 144 minuty. Pod Kolumną Lipcową (wykonaną z przetopionych armat Napoleona) pochowano ofiary Komuny Paryskiej, które dzielą to miejsce wraz z… mumiami egipskimi (łupy Napoleona nie mogły przetrwać w Luwrze ze względu na złe warunki do konserwacji). Do placu przylega nowoczesny gmach opery.


PROPOZYCJA W PRZYPADKU 3 DNI LUB DŁUŻSZEGO POBYTU W PARYŻU:

  • Jeśli zatrzymacie się w Paryżu na dłużej to proponuję odpuścić Le Marais i plac Bastylii w opisanej wyżej trasie zwiedzania. Lepiej ogarnąć je następnego dnia i zamiast tego dać sobie więcej czasu na uliczki w Dzielnicy Łacińskiej.
  • Katakumby w sezonie to dobry pomysł jeśli spędzicie w mieście ponad 3 dni.
  • Jeśli lubicie muzea to nie wyjedziecie z Paryża zbyt szybko.
  • Pobliski Wersal, będący przepiękną i ogromną rezydencją królów francuskich, to dobra opcja na cały dzień zwiedzania.
  • Biznesowa dzielnica La Defense z nowoczesnym Łukiem Triumfalnym i zabytkowy cmentarz Pere Lachaise, na którym spoczywa m.in. Fryderyk Chopin i Edith Piaf.

Ostrzegam, że po tak solidnych dwóch dniach nie będziecie w stanie stwierdzić ile kilometrów  pokonaliście, bo krokomierz może się Wam rozładować (checked). Dwie doby z takim planem byłyby możliwe ale i intensywne. Zdecydowanie lepszym rozwiązaniem będą więc trzy, a nawet cztery dni. Dajcie znać czy plan zwiedzania okazał się przydatny! Polecacie inne miejsca, których zabrakło we wpisie? Wszelkie sugestie mile widziane! 

2-3 dni w Paryżu. Co zobaczyć? Część I

Czy 2-3 dni w Paryżu wystarczą aby poznać stolicę Francji? Całkowite ogarnięcie tego miasta zajęłoby chyba całe życie ale weekendowy wypad powinien wystarczyć aby zobaczyć kilka fajnych miejsc i poczuć paryską atmosferę. Przereklamowany? Zbyt wielu turystów? Rozczarowuje? Nie mnie! Mój kolumbijski transfer również był nim zachwycony – o wrażeniach z pobytu napisałam trochę w poprzednim wpisie. Znajdziecie w nim również informacje praktyczne, m.in. o biletach, transporcie miejskim, noclegach, jedzeniu. Nasz dwudniowy plan zwiedzania w 2006 roku był przepełniony atrakcjami do granic możliwości, sto razy bardziej niż trójmiejska SKM-ka nad ranem. Miło wspominam ten wyjazd, choć była to bieganina za Panią przewodnik, która przedobrzyła z ilością miejsc. Nasze trasy po Paryżu przy kolejnych wizytach sprawdziły się o wiele lepiej. Jeśli ktoś nie przyjeżdża tam aby potruchtać, polecam plan z dzisiejszego wpisu. Da się go ogarnąć w dwa dni ale proponuję wydłużyć pobyt do trzech i zaserwować sobie spokojne zwiedzanie. 

DZIEŃ PIERWSZY: 

Montmartre i Sacre Coeur – Moulin Rouge – Galeria Lafayette – Opera Garnier – Luwr  – plac de la Concorde  – rejs po Sekwanie – wieża Eiffla – Pola Elizejskie i Łuk Triumfalny. 

Poza Panami, którzy próbują wyłudzić pieniądze od turystów poprzez nałożenie im nitki na palec i zażyczenie sobie odpowiedniej kwoty za uwolnienie (lub samoobsługowe wyrwanie portfela i odbiór należnej kwoty) MONTMARTRE kojarzy mi się przede wszystkim z artystami, uroczymi kawiarniami, romantyczną scenerią i wąskimi uliczkami. Dzielnica znajduje się w dość sporej odległości od centrum Paryża. Właściwie to stała się jego częścią dopiero w II połowie XIX wieku. Artyści osiedlali się tam już od dawna, a przyciągającym ich magnesem były niskie ceny za mieszkania oraz liczne bary – wizyty w nich najwyraźniej podkręcały ich kreatywność. Co ciekawe, nazwa tego miejsca pochodzi od określenia Wzgórze Męczenników (Mons Martyrorum) i nie bardzo współgra z dawnym centrum cyganerii paryskiej. Jej geneza wiąże się z legendą o śmierci Dionizego, patrona Francji. Wraz z dwoma kompanami podejmował próby nawracania Paryżan. Jego działania nie spodobały się ówczesnemu cesarzowi rzymskiemu, prześladującego chrześcijan. Misjonarzom ścięto głowy, po czym Dionizy – zgodnie z opowieścią – podniósł swoją i przeszedł z nią kilka kilometrów, szukając odpowiedniego miejsca na wieczny spoczynek. Urocza wioska, która w późniejszym czasie stała się sławną dzielnicą stolicy Francji była miejscem zamieszkania wielu wybitnych osób, m.in. Vincenta van Gogh, Pabla Picasso, Claude Monet, a nawet Fryderyka Chopina. Po wzroście zainteresowania częścią miasta (a co za tym idzie – podwyżce cen nieruchomości) artyści stopniowo przenosili się do dzielnicy Montparnasse. Mimo, że w dzisiejszych czasach miejsce oblegają turyści to wciąż można w nim spotkać wielu artystów, wąskie uliczki, urocze kamienice i klimatyczne knajpki. Z całą pewnością można stwierdzić, że każdy znajdzie tam coś dla siebie – od przepięknej bazyliki Sacre Coeur po dzielnicę Czerwonych Latarni…

SACRE COEUR to przepiękna biała świątynia, górująca nad wzgórzem Montmartre. Elewację wykonano z martwicy wapiennej, która – w połączeniu z powietrzem i deszczem – wytwarza bielący mury kalcyt, utrzymujący jasny kolor bazyliki. Sacre Coeur to kompletne przeciwieństwo katedry Notre Dame. Budowę ukończono w 1914 roku. Powstała dzięki przemysłowcom francuskim, którzy obiecali postawić tę świątynię w zamian za oszczędzenie Paryża. Francja przegrała z wojskami pruskimi, a powstanie bazyliki było swoistymi przeprosinami za grzechy przeciw Kościołowi, których – według przeciwnika – dopuściły się władze francuskie. Wstęp do środka jest bezpłatny (8:00 – 22:30). Warto do niej zajrzeć i zobaczyć jedną z największych mozaik na świecie, przedstawiającą Chrystusa ze świętymi i ważnymi dla bazyliki postaciami. Marmurowy ołtarz to miejsce wiecznej adoracji, która rozpoczęła się w 1885 roku i trwa nieprzerwanie do dnia dzisiejszego. Sacre Coeur posiada największy dzwon we Francji oraz przepiękny widok na Paryż roztaczający się zarówno przed wejściem do budynku, jak i z kopuły bazyliki (wstęp na górę – 5 euro).

Lecimy dalej, do… MOULIN ROUGE – miejsca, w którym narodził się kankan. Przez pierwsze lata wcale nie był główną atrakcją na weselach. Aby w pełni oddać początkową niechęć do niego dodam, że nazywany był tańcem epileptyka. Najwyraźniej sporo się zmieniło w tej kwestii. Dziś Czerwony Młyn przyciąga miliony osób widowiskiem Feerie. Bierze w nim udział ponad setka artystów. Wśród nich znalazł się kiedyś Frank Sinatra i Edith Piaf. Roczny obrót miejsca wynosi około 65 milionów euro. Cena przedstawienia jest adekwatna do jego jakości (od 400zł). Dodam więc, że z zewnątrz miejsce prezentuje się całkiem fajnie. W niedalekim sąsiedztwie rozciąga się Dzielnica Czerwonych Latarni. Poza wdzięcznym skojarzeniem tej części miasta z wysypem sex-shopów, dzięki serialowi Stawka większa niż życie u Polaków pojawia się jeszcze jedna myśl związana z tym miejscem i niezwiązana z jego charakterem – ponoć najlepsze kasztany rosną na placu Pigalle (do niego właśnie przylega Moulin Rouge).

received_10154671285618848

Odwiedziny w GALERII LAFAYETTE to nie tylko sposób na zbyt gruby portfel. Roczny utarg skupiska najlepszych marek (Dior, Channel, Luis Vuitton, Versace) wynosi około miliarda euro. Jak się domyślacie, asortyment tego miejsca to naprawdę konkrecik, dlatego też galeria posiada… własną staż pożarną. Powód dla którego zobaczyłam to miejsce znajduje się na poniższych zdjęciach – wnętrze budynku nie przypomina centrum handlowego. Raczej wygląda mi to na elegancką i wytworną operę z przepiękną kopułą. Poza obejrzeniem dekoracji świątecznej można odwiedzić tamtejszy taras i cieszyć się bezpłatnym widokiem na miasto.

Kilka kroków dalej znajduje się właściwa opera, a dokładniej OPERA GARNIER (nazwa pochodzi od nazwiska architekta, który ją zaprojektował). Obejrzałyśmy budynek jedynie z zewnątrz ale jeśli ktoś przewiduje większy budżet na wizytę w Paryżu powinien zobaczyć też wnętrze, a przede wszystkim niesamowitą salę koncertową zdobioną złotem i freskami (11 euro – bilet normalny,  7 euro – osoby do 25 roku życia, godziny otwarcia: 10:00 – 17:00). Dowód na bogactwo paryskie od samego początku napotykał spore problemy. Początkowo należało osuszyć grunt – w trakcie prac zorientowano się, że istnieje tam podziemne jezioro. Następnie, wraz z zbliżającym się otwarciem w operze wybuchł pożar. Po 14 latach doczekano się jej ukończenia ale nie można powiedzieć, że pech w końcu odpuścił. W 1896 roku 6-tonowy żyrandol spadł na publiczność, zabijając jedną osobę. Wydarzenie stało się inspiracją do powstania słynnej powieści ‚Upiór w Operze’. Po 10 minutach spaceru od opery dotrzecie do  luksusowego hotelu Ritz – ulubionego miejsca Ernesta Hemingwaya, Marleny Dietrich, Charliego Chaplina, a także Coco Chanel (która mieszkała w nim 30 lat!). Niestety, miejsce przywołuje też smutne skojarzenie – księżna Diana spędziła tam ostatnią noc w swoim życiu (zginęła w wypadku samochodowym podczas ucieczki przed natarczywymi paparazzi). 

bdr

LUWR – Zwiedzanie jego wnętrza zimą wygląda spokojniej. Latem proponuję wybrać się tam z samego rana. W przeciwnym razie poczujecie nie tylko ogarniający Was zachwyt nad dziełami sztuki, ale i oddech setek turystów na plecach. Początkowo miejsce pełniło rolę twierdzy, a w XVI wieku stało się pałacem królewskim. Pod koniec XVIII wieku król Ludwik XIV dokonał w nim konkretnej rozbudowy i przeniósł się tam na stałe. Luksusowy pałac i hektary ogrodów były średnim pomysłem w czasach gdy Francja bankrutowała, no ale jak kto woli. Z czasem dwór królewski przeniósł się do Wersalu, a Luwr stał się galerią królewską. Podczas rewolucji francuskiej uznano go za własność narodową i udostępniono mieszkańcom – od 1793 roku miejsce oficjalnie stało się muzeum. Za czasów Napoleona nosiło nazwę Muzeum… Napoleona. Władca najwyraźniej poczuł się jak u siebie, o czym dowodzi fakt, iż Mona Lisa zawisła w jego sypialni. Podczas wojen napoleońskich ilość dzieł wzrastała w błyskawicznym tempie – gromadzono tam wszystkie łupy z innych krajów.

Całość kompleksu liczy 6 hektarów! Niezwykle kontrowersyjne było powstanie szklanych piramid na dziedzińcu muzeum. Zdania na ich temat są podzielone – jedni uważają, że kompletnie nie pasują i zakłócają harmonię Luwru, inni zachwycają się szklanymi trójkątami bez końca. Tak naprawdę ich powstanie było czysto praktyczne – należało powiększyć wejście do muzeum, aby umożliwić odwiedzanie go znacznie większej części zainteresowanych.

Poza słynnym portretem Leonarda da Vinci muzeum posiada takie eksponaty jak Nike z Samotraki, Wenus z Milo, kodeks Hammurabiego, fragmenty murów Świątyni Zeusa czy tron Napoleona. Zakładając, że obejrzenie jednego eksponatu zajmie Wam 30 sekund, w muzeum spędzicie 100 dni. Jak widać na załączonym zdjęciu niełatwo będzie się trzymać tej normy.

48392493_356538355130537_197142280241414144_n

Na poniższym zdjęciu zobaczycie więcej MONA LISY niż podczas próby sfotografowania jej wśród setek turystów pstrykających telefonem z każdej strony. Dlaczego obraz zdobył tak wielką sławę? W 1910 nikt nawet o nim nie słyszał. Był bo był. Do czasu, aż zniknął z muzeum. Pracownicy zorientowali się, że go nie ma dopiero po 26 godzinach. Za sprawą złodzieja Perugia Mona Lisa zyskała sławę na całym świecie. Plakaty i ulotki przedstawiające skradziony obraz obiegły całą Francję. I wtedy się zaczęło. Pusta ściana po Mona Lisie przyciągnęła więcej osób niż wtedy, kiedy obraz wisiał jeszcze w tamtym miejscu. Początkowo za kradzież oskarżono samego Pabla Picasso. 28 miesięcy później obraz wrócił do muzeum, a Perugia aresztowano. Skazano go na zaledwie 8 miesięcy. Po odsiadce wrócił do Paryża. Do Luwru nigdy więcej już go nie wpuszczono. Większość turystów pojawia się w Luwrze jedynie dla tego obrazu. Ze względu na sporą liczbę odwiedzających (9 milionów) obraz chroni szkło kuloodporne i kilku ochroniarzy.

bty20170622_151311

Lecimy dalej, do PLAC DE LA CONCORDE. Miejsce nie cieszy się tak wielką sławą jak wspomniany wyżej Luwr czy wieża Eiffla, choć w przeszłości było równie ważną częścią stolicy Francji. Nie zapomnijcie odwiedzić tego miejsca, będąc w Paryżu w grudniu. Stoi tam wielki jarmark bożonarodzeniowy, rozciągający się aż od Pól Elizejskich. Co ciekawe, w 2017 roku zakazano jego organizacji w tej części miasta. Na początku pomyślałam, że powodem były kwestie bezpieczeństwa. Nic z tych rzeczy – burmistrz i radni uniemożliwili rozstawienie tam straganów ze względu na zbyt wielką ilość towarów chińskiego pochodzenia.

Wracając do placu de la Concorde… jego znakiem rozpoznawczym jest obelisk z egipskiej świątyni Ramzesa II w Tebach, który był prezentem dla króla Francji od egipskiego wicekróla. Nazwa miejsca oznacza Plac Zgody i średnio pasuje do tego, co działo się kiedyś w tej części Paryża. Był to bez wątpienia najbardziej krwawy plac w stolicy Francji. Jego centralne miejsce zajmowała gilotyna. Wśród osób, które straciły tam życie znalazł się m.in. Ludwik XVI, Maria Antonina i Maksymilian Robespierre. Egzekucje odbywały się najczęściej przed publicznością.

Kolejną atrakcją był GODZINNY REJS PO SEKWANIE, który umożliwił obejrzenie wszystkich znanych atrakcji paryskich z zupełnie innej perspektywy. Oświetlone budynki zachwycały jeszcze bardziej niż za dnia. Odwiedzając Paryż latem korzystałyśmy z Batobusa – autobusu wodnego na zasadzie hop on – hop off, który kursował przez cały dzień pomiędzy przystankami usytuowanym obok najpopularniejszych miejsc w mieście. Jednodniowy bilet to koszt 17 euro. Istnieje też dwudniowa, a nawet całoroczna opcja wstępu w innych cenach. Bilety można nabyć przy niektórych stacjach (kupiłyśmy je na przystanku obok Notre Dame) lub na stronie internetowej firmy. Po szczegóły zapraszam tutaj. Druga opcja to godzinny rejs po Sekwanie z audioprzewodnikiem w przeróżnych językach (wśród nich znalazł się też język polski). Będąc w Paryżu zimą, skorzystaliśmy z usług firmy Bateaux Parisiens. Od kwietnia do września statki wypływają co 30 min, w pozostałe miesiące co godzinę (spod Notre Dame i wieży Eiffla). Poza rejsem z audio przewodnikiem istnieje też możliwość wykupienia sobie tej atrakcji z kolacją na pokładzie. Jest  też opcja dla rodzin z dziećmi (na statku będzie animator). Bilety można kupić tutaj. Cena za godzinny rejs z komentarzem o danych miejscach wynosi 15 euro (zniżki dla dzieci). Aby w krótszym czasie dotrzeć na rejs z placu de la Concorde do przystani przy wieży Eiffla skorzystałyśmy z metra.

Pora na najsłynniejszą wieżę na świecie, która od lat uważana jest za symbol miasta – EIFFLA! Autor projektu stworzył stalową konstrukcję, która miała być nawiązaniem do przyszłości i nadejścia nowej epoki. Powstała z okazji setnej rocznicy Rewolucji Francuskiej w 1889 roku – ówczesna zmiana władzy i pozbycie się króla było czymś przełomowym w tamtych czasach. Poprzez nowoczesną wieżę Gustaw Eiffel chciał podkreślić to wydarzenie, tworząc niezwykle odważną nowoczesną – jak na tamte czasy – wieżę. Przyzwyczajeni do klasycznych kamienic Paryżanie uważali, że żelazna konstrukcja szpeci panoramę miasta. Krążyły nawet petycję o rozebranie konstrukcji. Nazywano ją nieudaną latarnią uliczną, szkieletem dzwonnicy, merkantylnym płodem. Jej obecność sprawiła, że kilku artystów opuściło Paryż – choć byli i tacy, którzy radzili sobie z tym w inny sposób. Guy de Maupassant każdego dnia odwiedzał restaurację we wnętrzu Eiffla, jednocześnie nienawidząc metalowej konstrukcji. Jak to możliwe? Powtarzał, że to jedyne miejsce, z którego nie widać wieży w panoramie miasta.

Eiffla waży 10 tysięcy ton i liczy 324 metry. W momencie powstania była najwyższą konstrukcją na całym świecie. Po 40 latach tytuł odebrał jej nowojorski wieżowiec Chrysler. Niespełna 20 lat później władzom przypomniało się, że przecież nie postawili na wieży antenki – w ten sposób wróciło do niej miano najwyższego budynku. Początkowo wieża miała istnieć 20 lat. Z upływem czasu Eiffel wpadł na pomysł, w jaki sposób przedłużyć jej żywot. Miejsce wzbogaciło się o stację meteorologiczną i telegraf bezprzewodowy. Dzięki niej, podczas I wojny światowej władze Paryża mogły kontrolować i kontaktować się ze swoimi oddziałami na granicy z Niemcami. W czasie II wojny światowej uszkodzono windy aby uniemożliwić hitlerowcom korzystanie z wieży. W 1944 roku Hitler wydał rozkaz zburzenia wieży i zrujnowania Paryża, który na szczęście zignorowano.

Miałam okazję podziwiać panoramę Paryża z wieży Eiffla, choć przy drugiej wizycie darowałam sobie tę atrakcję. Należy liczyć się z długim czekaniem w kolejce do wejścia. O ile wjazd na Eiffla można sobie darować, to wieczorne wino i bagietka przy mieniącej się światełkami wieży powinien być obowiązkowym punktem programu. W przypadku wjazdu na wieżę warto pomyśleć o zakupie biletu przez Internet aby skrócić czas oczekiwania (uwaga na kolejki – wybierzcie odpowiednią w zależności od biletu, który zakupiliście – wstęp windą/schodami). Od połowy czerwca do końca sierpnia wstęp w godzinach 9:00 – 00:45 (ostatni wjazd o 23:00), a wejście schodami możliwe jest do północy.  W pozostałe miesiące: 9:30 – 23:45 (ostatni wjazd o 22:30) w przypadku wejścia schodami – do 18:30 (ostatni wstęp do 18:00).

Wysokość pięter wieży: I – 57m, II – 115m, III – 276m. Ceny za wstęp przedstawiłam w tabelce:

Rodzaje biletów Od 25 lat 12 – 24 lata 4-12 lat
Wjazd windą na 2 piętro 16,30 euro 8,10 euro 4,10 euro
Wjazd windą na 3 piętro 25,50 euro 12,70 euro 6,40 euro
Wejście schodami na 2 piętro 10,20 euro 5,10 euro 2,50 euro
Wejście schodami na 2 piętro + wjazd windą na 3 piętro 19,40 euro 9,70 euro 4,90 euro

Ostatnia planowa atrakcja tego wieczoru to ŁUK TRIUMFALNY, który kończy bieg najsłynniejszej ulicy paryskiej – Champ Elysees z ekskluzywnymi sklepami, hotelami i restauracjami. Co roku odbywają się tam defilady wojskowe z okazji święta narodowego Francji (14 lipca). Pola Elizejskie pełnią też rolę mety wyścigu kolarskiego Tour de France. Wśród mieszkańców krąży opinia, iż poruszanie się samochodem na rondzie Charles de Gaulle i wyjście z tego bez szwanku to ogromny wyczyn. Wielu z nich powtarza, że za tak wielki sukces od razu powinno się wręczać prawo jazdy. Początek Pól Elizejskich wyznacza ogromny Łuk Triumfalny łączący dwanaście ulic. Wzniesiono go na cześć Napoleona po zwycięskiej bitwie w Austerlitz. Wysokość łuku wynosi 51 metrów, a szerokość 45m. Jeśli podane wymiary nie obrazują Wam wielkości budowli dodam, że w 1919 roku pewien francuski pilot upamiętnił zakończenie I wojny światowej, przelatując przez łuk samolotem Nieuport. Wygląd łuku nawiązuje do architektury starożytnego Rzymu. Ozdobiono go wizerunkami z armią francuską i scenami z pola bitwy. Na murze upamiętniono osoby biorące udział w armii napoleońskiej – wśród 660 nazwisk można znaleźć 7 Polaków. Warto wejść na Łuk Triumfalny, który oferuje przepiękny widok na miasto. Godziny otwarcia: kwiecień –  wrzesień od 10:00 do 23:00, październik – marzec od 10:00 do 22:30. Ceny: 9,50 euro (bezpłatnie dla młodzieży z UE do 25 roku życia). 

Miasto ma w sobie to coś. Co więcej, nawet miliony turystów odwiedzających Paryż nie jest w stanie mu tego odebrać. Zgadzacie się ze mną? A może macie inne zdanie o stolicy Francji? Jeśli nie mieliście jeszcze okazji aby przekonać się co sądzicie o Paryżu proponuję rozpocząć polowanie na tanie bilety i natychmiast stworzyć sobie szansę na Waszą opinię o słynnym mieście. Przed wyjazdem zajrzyjcie na bloga po drugą część wpisu z propozycją na 2 i 3 dzień w Paryżu, która pojawi się tu już niedługo – zapraszam!

3 dni w Paryżu – praktyczny przewodnik

Przed świętami udało mi się odwiedzić jedno z najsłynniejszych miejsc w Europie. To były trzy dni w towarzystwie zamarzającego transferu z Kolumbii. Pogoda w niczym nie przypominała zimowej, czego nie podzielała ubrana w 4 bluzy, kurtkę, 2 czapki i 2 pary rękawiczek koleżanka. Liczne warstwy nie pomagały – kiedy kaszlała, ludzie na ulicach myśleli, że wizyta w Paryżu była jej ostatnim życzeniem przed śmiercią. Trzeci raz w tym mieście i pierwszy zimą okazał się najbardziej wyluzowany. Mniej kolejek do atrakcji, brak tłoku, jakoś tak spokojniej, a na każdym kroku można było odczuć świąteczną atmosferę. 

CZY PARYŻ MOŻE ROZCZAROWAĆ?

Nie mnie. Za każdym razem miasto podoba mi się coraz bardziej ale zdania na jego temat są bardzo podzielone. Wiele osób uważa, że stolica Francji jest przereklamowana i wizyta w niej będzie sporym zawodem. Czasami rozczarowanie jest tak wielkie, że klasyfikuje się je do schorzenia. Mowa o syndromie paryskim, który dotyka głównie japońskich turystów. Nazwa bezpośrednio nawiązuje do Paryża ale mam wrażenie, że problem tkwi w zderzeniu się z faktem, iż wyimaginowany obraz miasta z bajki (silnie podsycany przez media) po prostu nie istnieje. Syndrom ten objawia się zawrotami głowy, dusznościami, przyspieszoną akcją serca, a nawet urojeniami. Co więcej, ambasada japońska we Francji służy pomocą w tej sprawie 24 godziny na dobę, wysłuchując rozczarowanych Japończyków na specjalnej infolinii. Nie da się ukryć, że Paryż od zawsze wychwalano w książkach i filmach. Jego zdjęcia nieustannie zalewają media społecznościowe, ograniczając się do najpiękniejszych zakątków. Aż tu nagle… okazuje się, że nie każdy mieszkaniec nosi beret, urocze uliczki są tak czyściutkie, nie wszyscy mieszkańcy to zakochane pary wieszające kłódki miłości na paryskich mostach.

Faktycznie, w dalszym ciągu zawiesza się kłódki. Nikt nie wspomina jednak, że co jakiś czas wywozi się je na złom z obawy przed runięciem przeciążonych barierek, które zresztą miało miejsce w 2014 roku (przygotowanie kłódek do wywozu uwieczniono na jednym z poniższych zdjęć). Pamiętajmy, że Paryż liczy 105km². Ciężko wymagać od niego wyłącznie magicznych zakątków – choć przyznaję, że jest ich tam naprawdę sporo. Berety u mieszkańców? Sporo osób ubiera się elegancko. Nie można jednak wpisać w ten schemat 2,2 miliona mieszkańców. Czy w mieście jest brudno? A no jest. Jakim cudem ma być lśniąco, skoro rocznie odwiedza go ponad 80 milionów turystów, nie zawsze dbających o czystość?

Z całą pewnością mogę jednak powiedzieć, że według mnie miasto…

ZDECYDOWANIE ZACHWYCA!

Mimo, że latem odwiedzają go miliony turystów, w dalszym ciągu plasuje się wysoko w moim rankingu. Jest w nim coś niezwykłego i nic dziwnego, że od wielu lat odwiedzane jest tak licznie przez tłumy. Będąc w Paryżu po raz pierwszy czułam, jakbym już kiedyś tam była. Takie wrażenie odniosłam też przy odwiedzinach innych miejsc znanych mi z książek i filmów: Times Square, Wielkim Kanionem, Bazyliką Świętego Piotra, rzymskim Koloseum i egipskimi piramidami – to coś nie do opisania. Paryż ma znakomity PR ale nie sądzę, że jest przereklamowany. Trzecia wizyta w tym mieście okazała się najlepsza. Brakowało w niej ciśnienia i wypchania planu zwiedzania co do minuty. Polecam tę strategię. Szkoda byłoby wspominać jedynie bieganie po stolicy Francji – chyba, że miałby to być udział w maratonie.

O CZYM WARTO WIEDZIEĆ PRZED WYJAZDEM: 

  • Jeśli lecicie do pobliskiego Beauvais pomyślcie o wcześniejszym kupnie biletów do centrum Paryża, aby uniknąć stania w kolejce po ich zakup w sezonie (szczegóły poniżej).
  • Zamówcie noclegi z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem – to miejsce jest naprawdę oblegane przez turystów. Zwlekając zbyt długo, możecie sporo przepłacić.
  • Jeśli nie szkoda Wam 15 euro na najlepszą paryską atrakcję, polecam godzinny rejs po Sekwanie (można go zakupić tutaj). Zobaczycie słynne obiekty z ciekawej perspektywy – od strony wody. Wewnątrz łodzi zamontowano audio przewodniki, dzięki którym wysłuchacie komentarzy o mijanych miejscach (m.in. w języku polskim). Postarajcie się wypłynąć po zmroku (więcej informacji we wpisie o atrakcjach).
  • Obywatele Unii Europejskiej do 26 roku życia mają darmowe wejście do publicznych muzeów w Paryżu i mogą liczyć na sporo zniżek w przypadku innych atrakcji.
  • Planując zwiedzanie poszczególnych miejsc dokładnie sprawdźcie dni i godziny otwarcia poszczególnych miejsc. Uwaga na poniedziałki lub wtorki – sporo muzeów i instytucji publicznych jest wtedy zamkniętych.
  • Raczej nie miałyśmy problemu z dogadaniem się po angielsku ale przyznam, że wiele osób zwracało się do nas tylko i wyłącznie w języku francuskim. Jestem naprawdę wdzięczna Panu ochroniarzowi w Luwrze za to, że wyjaśnił mi drogę do jednej z sal muzealnych. Jego chęć pomocy musiała mi wystarczyć, bo zbyt wiele nie udało mi się wyłapać ze wskazówek udzielonych po francusku. Z kolei pewien kelner w restauracji kazał nam poprosić o rachunek w tym języku ale przekonał go fakt, że jeśli nie wiemy jak to powiedzieć to nie zapłacimy. W tym krótkim opisie sytuacji wyszedł na największego chama ale był naprawdę sympatycznym człowiekiem, który sprawił, że moja znajomość francuskiego wzbogaciła się aż o cztery słowa.

ZIMĄ CZY LATEM? KIEDY SIĘ TAM WYBRAĆ?

Jeśli miałabym komuś polecać konkretną porę to… naprawdę nie wiem co mogłabym doradzić. Raczej nie zaskoczę mówiąc, że każdy czas ma swoje plusy i minusy. Zdecydowaną zaletą wizyty w Paryżu zimą jest brak przyklejających się do Was turystów, którzy dotrzymują towarzystwa w wielogodzinnym kolejkach do najsłynniejszych atrakcji w mieście. Kolejnym faktem przemawiającym na korzyść zimy są tańsze noclegi. Z kolei sumę, którą udałoby się zaoszczędzić na hotelu chętniej wydałoby się w kawiarniach i restauracjach (chowając się co jakiś czas do środka przed zimnem). Latem możecie sobie pozwolić na jedzenie w foodtruckach czy też pikniki. Podczas ciepłych miesięcy z pewnością będziecie też więcej spacerować, przez co nie wykorzystacie tak wielu biletów na metro. Świąteczna atmosfera w Paryżu stawia wysoką poprzeczkę piknikom oraz plenerom nad Sekwaną i pod wieżą Eiffla. Jedno jest pewne – Paryż spodobał mi się o każdej porze roku i wierzę, że tak będzie też w Waszym przypadku.

JAK NAJTANIEJ DOSTAĆ SIĘ DO PARYŻA?

Dzięki linii lotniczej Wizzair można dostać się do pobliskiego Beauvais – warto skorzystać z wyszukiwarek esky lub scyscaner w celu znalezienia najtańszego i najbardziej dogodnego połączenia. Jest też opcja z lotniskiem Paris Orly lub Paryż-Roissy-Charles de Gaulle ale połączenia do Beauvais zazwyczaj okazują się być najtańsze. Ceny rozpoczynają się już od 39zł – takie okazje niełatwo upolować. W grudniu zapłaciłam 190zł za bilet w dwie strony i myślę, że była to dobra cena (poza bagażem podręcznym wliczono też drugi rejestrowany).

JAK DOJECHAĆ Z BEAUVAIS DO CENTRUM MIASTA?

Klikając tutaj możecie zakupić bilet autobusowy, który w 75 minut dowiezie Was z tego małego lotniska do ostatniej stacji metra Porte Maillot (stamtąd łatwo będzie się Wam dostać do większości miejsc w Paryżu – metro działa znakomicie, a rozkłady są naprawdę przejrzyste). Ze względu na korki moja droga na lotnisko przedłużyła się do dwóch godzin – miejcie na uwadze takie sytuacje (zdążyłam). Bilet w jedną stronę kosztuje 17 euro ale przy zakupie przejazdu w dwie strony przez Internet na wspomnianej wyżej stronie zaoszczędzicie, płacąc 29 euro. 

PORUSZANIE SIĘ PO PARYŻU:

Google maps jeszcze nigdy nie zawiodło – pokaże Wam dokładnie, z której linii metra skorzystać aby dostać się do danego miejsca. Poruszanie się po Paryżu tym środkiem transportu jest bardzo proste – wszystko jest przejrzyste i świetnie ze sobą połączone. Większość atrakcji znajduje się w 1 strefie. 1 bilet ważny 1,5h po skasowaniu to koszt 1,90 euro, a cena za 10 przejazdów (warto zakupić przy krótkim pobycie) wynosi 14,50 euro. Można je nabyć w automatach i kasach na każdej stacji. Mając taki bilet, możecie też korzystać z autobusu. Dzieci do lat 3 podróżują po mieście bezpłatnie. W wieku 4-9 lat można liczyć na 50% zniżki. Są też bilety całodniowe (Ticket Mobilis), które pozwalają na przemieszczanie się transportem publicznym do woli w ciągu danego dnia. Ich ważność wygasa po północy, a nie po 24 godzinach od momentu pierwszego skasowania biletu. Ceny za bilet całodzienny: 1-2 strefa 7,30 euro, 1-3 strefa 9,30 euro, 1-4 strefa 12 euro, 1-5 strefa 17,30 euro. W ramach karty Paris Visite można też nabyć bilet dwudniowy (19 euro), trzydniowy (26 euro) oraz pięciodniowy (38 euro).  

zone-paris_0
Większość atrakcji Paryża znajduje się w 1 strefie (poza nią znajdują się lotniska, Wersal i Disneyland)

GDZIE NOCOWAĆ?

  • Pominę hotel z pierwszej wizyty. Nie dlatego, że go nie polecam. Po prostu nie jestem pewna czy jeszcze istnieje – pierwszy raz byłam tam w 2006 roku.
  • Druga wizyta: hotel Montpellier Paris. Posiada przeróżne pokoje w dobrych cenach – polecam skromny ale przyzwoity pokój dwuosobowy ze wspólną łazienką (255zł/doba). Hotel oferuje też nieco droższe pokoje z prywatną łazienką.
  • Trzecia wizyta: hostel Generator. Jeśli komuś nie zależy na prywatności i ceni sobie możliwość poznania nowych osób to zdecydowanie polecam taką opcję. Wynajęcie łóżka w dużym pokoju sześcioosobowym z prywatną łazienką kosztowało mnie 107zł/doba. Panel z gniazdkami elektrycznymi i małe światełko miało każde z łóżek, co pozwoliło na uniknięcie wojen o ładowanie telefonu. Hostel wygląda na nowy, jest doskonale zlokalizowany, ma dobry tarasik, bar i restaurację, a nawet klub.

Jeśli dokonacie rezerwacji poprzez ten link, otrzymacie 50zł na Wasze konto za nocleg (kwota wpłynie najpóźniej do dwóch miesięcy od zakończenia pobytu w danym miejscu). Jeśli z niego skorzystacie, 50zł powędruje też do mnie – z góry dziękuję!

CO I GDZIE ZJEŚĆ?

Niestety nie wymienię tu słynnych restauracji serwujących żabie udka. Będą to raczej opcje, które nie pozwolą Wam tak łatwo zbankrutować. Polecam knajpki w Dzielnicy Łacińskiej w okolicy Fontanny Świętego Michała. Znajdziecie tam mnóstwo lokali serwujących tradycyjne crepes – naleśniki na słodko lub na słono. Ceny za porcję rozpoczynają się już od 3 euro. W budkach na zewnątrz kupicie je nawet za 2 euro, choć takie rozwiązanie jest zdecydowanie lepsze podczas podróży latem. Tym razem ja i zamarzający transfer z Kolumbii szukałyśmy nie tylko dobrego i taniego jedzenia ale okazji do ogrzania się w jakimś lokalu. Sporo niedrogich restauracji znajdziecie też na Montmarte. Jeśli szukacie miejsca w okolicy Luwru – polecam Rivoli (206, Rue de Rivoli). To połączenie kawiarni ze stołówką z dobrym jedzeniem i przyzwoitymi cenami. Latem, dobrym rozwiązaniem był dla nas zestaw z Lidla: bagietki, sery, wino. Taki obiad z widokiem na wieżę Eiffla dostarczy więcej wrażeń niż lunch w najdroższej restauracji (no… może i tego nie sprawdzałyśmy ale zakładamy, że tak właśnie by było).

BEZPIECZEŃSTWO W PARYŻU:

To, o czym zaraz napiszę może się okazać zbyt oczywiste ale chyba warto o tym wspomnieć. W żadnym wypadku nie korzystajcie z pomocy obcych ochotników przy kupowaniu biletów w metrze – chyba, że sami poprosicie o to w kasie lub zobaczycie osobę z odpowiednią „plakietką”. W przeciwnym razie możecie trafić na kogoś o średnich zamiarach, kto wręczy Wam bilet o połowę tańszy, zachowując solidną resztę dla siebie. Nie zaspokajajcie też swojej ciekawości, podając rękę cwaniaczkom pod bazyliką Sacre Coeur. Zachęcają do założenia Wam nitki na palec, a potem pyk – i nie ma portfela. Uważajcie też na kieszonkowców, którzy w tak licznie odwiedzanym przez turystów mieście nie narzekają na zarobki. Warto też dodać, że ze względu na zamachy terrorystyczne w ostatnich latach wojsko na ulicach nie należy do rzadkości.

Wraz z koleżanką wybrałam się do stolicy Francji w czasie protestu żółtych kamizelek. Ponoć. Podczas trzech dni w Paryżu (16 – 19 grudnia) nie zobaczyłyśmy ani jednej osoby ubranej w ten charakterystyczny od niedawna element garderoby. Nie wiem jakim cudem. Jedyny prawdopodobny ślad po proteście uwieczniłyśmy na poniższym zdjęciu. Podczas marszu wydarzyło się sporo smutnych incydentów ale Francuzi zapewniali nas, że sprawcy tych tragedii to niewielki odsetek uczestników. Margines społeczny podpalający kioski znalazł swoje ujście w mediach, przez co zdenerwowana mama koleżanki z Kolumbii prosiła ją o codzienny raport czy żyje. W listopadzie Macron ogłosił sporą podwyżkę cen za paliwo, a żółte kamizelki to chwytliwy element, który posiada w swoim samochodzie każdy kierowca. Podwyżka raczej nie zmieniłaby życia zamożnych Paryżan korzystających z metra, czego nie można powiedzieć o osobach mieszkających poza stolicą i poruszających się na co dzień samochodem. Tak wielki wzrost cen miałby ogromny wpływ na ich budżet domowy. Największa podwyżka od dwudziestu lat to nie jedyny powód frustracji. Macron od dawna postrzegany jest przez swoich obywateli jako prezydent bogatych. Dowodem na to jest np. zniesienie podatku majątkowego, który płaciły gospodarstwa domowe o majątku przekraczającym 1,3 miliona euro. Prezydent twierdził, że obarczenie nim zamożnych jest niesłuszną karą za ich sukces. Z kolei Francuzom nie podoba się to, że w ogłaszaniu podwyżek godzących w średniozamożnych obywateli Macron nie ma już takich oporów. Nie miałam na celu stworzenia z tego wpisu wywodu politycznego – chciałam jedynie przekazać to, czego udało nam się dowiedzieć na ten temat od mieszkańców.

bty

CO ZOBACZYĆ W PARYŻU? 

W kolejnym wpisie pojawi się propozycja zwiedzania Paryża w trzy dni. Postaram się zamieścić sporo ciekawostek o proponowanych przeze mnie miejscach. To będzie długa ale ciekawa trasa – mam nadzieję, że pozwoli Wam odkrywać to miasto z przyjemnością i bez pośpiechu!

Kolumbia na ekranie – ile w tym prawdy?

Kolumbii niczego nie brakuje. Spokojnie przebiłaby niejeden kraj na swoim kontynencie – jeśli tylko otrzymałaby szansę, aby się zaprezentować. Niestety, na brak złej sławy też nie może narzekać. Główne skojarzenie z nią to kwitnąca produkcja kokainy, a słynne Narcos obejrzał już chyba cały świat. Ile filmów o Kolumbii udało Wam się obejrzeć? Czy potraficie wymienić choć jeden, w którym nie zaprezentowano jej od najgorszej strony? Nie takie proste, co? Nie wymagam od wszystkich producentów tworzenia dokumentów historycznych. Warto jednak przyłożyć się trochę do swojej pracy i sprostować kilka rzeczy.


HOLLYWOODZKI MORDOR

Na potrzeby filmów należało stworzyć kraj, który byłby całkowitą odwrotnością raju. Historie o porwaniach, narkotykach, bombach i strzelaninach idealnie wpasowały się w Kolumbię. Takie filmy jak Blow, Narcos, Colombiana, Na własną rękę czy Stan zagrożenia przyciągają miliony widzów. Obraz Kolumbii w mediach jest jaki jest i dobrze się sprzedaje – nie liczyłabym więc na zmiany. Przeszłość kraju była niezwykle ciężka (więcej o niej tutaj) – jest więc z czego tworzyć takie historie. Szkoda tylko, że wykorzystano jedynie tragiczne wątki, przez co świat poznał ją tylko od najgorszej strony. Na podstawie filmów wnioskuję, że do Kolumbii przyjeżdżają jedynie handlarze kokainy, agenci specjalni czy też osoby starające się odnaleźć swoich porwanych członków rodziny. Kim zaś są filmowi Kolumbijczycy? Zabójcy z brakami w uzębieniu i meksykańskim akcentem, którzy w przerwie od uprawy koki gonią kury po Bogocie. Zawsze jakimś dziwnym trafem Amerykanie odbiegają od nich sprytem.

Ile razy można zdobyć się na wymuszony uśmiech w odpowiedzi na: „Jesteś z Kolumbii? O, Escobar! El patron”? To tak jak ze słabym żartem, który słyszysz po raz setny i już dawno Cię nie śmieszy ale nieznikający z twarzy uśmiech rozmówcy i jego oczekiwanie na Twoje chichotanie sprawia, że znów wymuszasz u siebie rozbawienie historią. Podczas podróży po Europie z Kolumbijką stwierdzam, że Diana radziła sobie z takim wyrazem twarzy znakomicie. 


DLACZEGO KOLUMBIJCZYCY NIE LUBIĄ NARCOS?

Oglądałam Narcos i wciągnął mnie od samego początku. Mimo to, całkowicie rozumiem niezadowolenie Kolumbijczyków i popieram ich protest wobec filmu. Nie chodzi o błędne przedstawienie niektórych wątków (choć mogło być to zamierzone), jak śmierć kochanki Escobara w serialu. Obecnie mieszka na Florydzie, wydała książkę i ma się dobrze – poza tym, że wniosła pozew do sądu przeciwko twórcom serialu. Pozostałe 27 błędów wytyka produkcji syn Escobara (zainteresowanych odsyłam do tego artykułu). Sebastian Marroquin (syn Pabla) miał 16 lat w momencie śmierci Pabla. Jego serialowa postać to przypadek Benjamina Buttona – chłopiec w ogóle nie rośnie. Przez dwie serie Narcos niezmiennie cieszy się dzieciństwem.

Kolejną wtopę dostrzegą jedynie osoby hiszpańskojęzyczne. Mimo, że głównego aktora wychwala się za rolę barona narkotykowego na całym świecie, Kolumbijczycy nie mogą się z tym zgodzić. Twierdzą, że mężczyzna kaleczy hiszpański i nie posiada typowego dla mieszkańców Medellin akcentu (aktor pochodzi z Brazylii, gdzie ojczystym językiem jest portugalski). Filmowa żona Pabla jest Meksykanką, czego również nie da się ukryć. Słuchając wypowiedzi aktorów ma się wrażenie, że większość z nich jest właśnie z Meksyku.

By_Carlos_Barretta_stk_001935_(11015974963)
Wagner Moura wcielający się w rolę Escobara, autor zdjęcia: Ze Carlos Baretta, źródło

Co więcej, mieszkańców Medellin przedstawiono jako niepoprawnych kablarzy, chętnie wypełniających swoje obowiązki w zamian za okazałą sumkę. To, że Escobar rozdawał pieniądze w rodzinnym mieście jest prawdą. Prawdą jest też, że sporo osób pomagało mu w osiąganiu celów. Niemniej jednak, nie chodziło im tylko o pieniądze. Ci ludzie nieraz otrzymywali od niego hojne wsparcie finansowe, nie zdając sobie sprawy z jego zbrodni (do czasu). Można powiedzieć, że utożsamiano go ze słynnym Robin Hood’em. Escobar fundował ubogim domy, szkoły, szpitale, przytułki oraz boiska. Sprzeciwiał się też ówczesnej władzy w kraju, co było kolejnym plusem dla tamtejszej społeczności. Niełatwo było więc przekonać wszystkich, że jest on zbrodniarzem. W filmie zabrakło przede wszystkim wyjaśnień z jakimi problemami zmagał się wtedy kraj (Escobar był tylko jednym z wielu) i co tak naprawdę ułatwiło dojście do władzy właścicielowi kartelu w Medellin (wojna domowa – walka wszystkich ze wszystkimi).

Historia Pabla sprzedała się jako ciekawa historyjka. Świąteczne billboardy w Madrycie z podekscytowanym Escobarem i podpisem Białe Święta rozśmieszają wszystkich przechodniów. Niezwykłym powodzeniem cieszą się też koszulki z nadrukiem jego twarzy. Za sprawą Narcos podkręcił się ruch turystyczny w rodzinnym mieście gangstera. Wycieczki Śladami Escobara kończące się rozmową z jego bratem Roberto to najbardziej rozchwytywane oferty fakultatywne. Wiele osób przebierało się za niego w Halloween – był to dość popularny pomysł na kreację. W Internecie krążą jego cytaty motywacyjne, stawiając go w świetle mentora. Za grubo. To tak, jakby nagle pojawiła się moda na odzież z Hitlerem. Wszystko zostało podane w otoczce swobodnej popkultury i od jakiegoś czasu zaczęło się już wymykać spod kontroli. Być może serial jest dla nas po prostu dobrą alternatywą na zimowy wieczór ale w Kolumbii niechętnie ogląda się złe wspomnienia rujnowania kraju w postaci hollywoodzkiego thrillera. I choć rodzinny Medellin Escobara ogłoszono najbardziej innowacyjnym miastem na świecie, to jest to mało znaczące. Wszystko przyćmiewa jeden serial, który (świadomie lub nie) przyczynia się do międzynarodowej fascynacji Escobarem. Jak mają się z tym czuć obywatele Kolumbii? Większość z nich odczuło skutki jego działalności na własnej skórze – tracąc bliskich, znajomych, rodzinę czy dobre imię swojego kraju. Dlaczego miałby się pojawić uśmiech na ich twarzy po usłyszeniu tego nazwiska? Jak bardzo lekceważy się przez to tysiące kolumbijskich śmiałków, którzy przeciwstawili mu się, umierając w torturach?

600px-Billboard_narcos_netflix
billboard w Madrycie, źródło, autor: Johanna (flickr.com), licencja.

NA SZCZĘŚCIE AMERYKANIE PRZYBĘDĄ NA RATUNEK…

Według twórców serialu cała historia tego kraju streszcza się do Escobara oraz heroicznych wysiłków amerykańskiej agencji rządowej DEA. Takie filmy to istna propaganda USA, wychwalająca niekończące się zasługi względem Kolumbii. Typowy scenariusz hollywoodzkiego filmu traktującego o Kolumbii? Proszę bardzo: bohaterzy z północy przybywają z pomocą, aby położyć kres problemom narkobiznesu i zaprowadzić w tym kraju porządek raz na zawsze. Oczywiście bezinteresownie. Nie omieszkano też zdobyć się na wątki typu: większe sukcesy od lokalnej policji i kolumbijskich służb specjalnych. To nic, że obce im były realia tego państwa. Po kilku godzinach w Kolumbii działają lepiej i wydajniej niż lokalsi. Nie da się zaprzeczyć, że Stany Zjednoczone pomogły Kolumbii w złapaniu Escobara. P o m o g ł y – a nie złapały. To kolumbijskim siłom udało się go schwytać. Takiego jasnego przekazu zabrakło w Narcos. Zamiast tego pojawił się obraz służb z USA, bez których akcja nie zakończyłaby się sukcesem. Temat korupcji kolumbijskiej przewija się w każdym odcinku. O przekupstwach po amerykańskiej stronie, które wielokrotnie miały miejsce podczas akcji w tym kraju, nie usłyszycie ani słowa.

Serialowe przedstawienie USA jako kolumbijską ofiarę narkobiznesu podkreśla fragment przemówienia Nancy Reagan, który zamieszczono w jednym z odcinków. Pierwsza dama składa w nich obietnicę ochrony młodego pokolenia przed nadciągającym z południa niebezpieczeństwem. Szkoda tylko, że w tym samym czasie amerykańskich agentów CIA oskarżono o pomoc w rozwoju narkobiznesu w Afganistanie i ułatwienie przemycania narkotyków z Nicaragui do USA. Właściwie to zdecydowana większość białego towaru z Kolumbii wędrowała do Stanów Zjednoczonych. Brak możliwości eksportu do wspaniałego sąsiada z północy położyłby niejeden kartel, zmuszając go do zamknięcia swojej działalności.

1534776514_885749_1534778047_noticia_normal_recorte1
Escobar w serialu Narcos, producenci: Ch. Brancato, C. Bernard, D. Miro, źródło

Wyższość Amerykanów nie kończy się jedynie na tym serialu – spotkacie się z nią w wielu produkcjach filmowych. Często Kolumbia pojawia się tylko na parę sekund. Tak krótki czas w zupełności wystarcza na przedstawianie jej jako kraju zarośniętego koką. Doskonałym przykładem na to jest film o nazwie Xxx z Vin Diesel. Po wylądowaniu helikoptera na polu kokainy (jak to w Kolumbii) mężczyzna wysiada z dwoma innymi koleżkami. Najwyraźniej panowie przeszkodzili w pracy wątłym rolnikom zbierającym kokę, którzy – na widok trzech Gringo – rzucają wszystko, uciekając w panice i wrzeszcząc, że przybyli Amerykanie… Nie brakuje też historii o niezwyciężonych obywatelach USA, którym po kilku godzinach udaje się pokonać przywódców kolumbijskich partyzantek. Norma.


BOGOTA TO NIE MEKSYK W TROPIKACH!

Tego chyba nigdy pojmie żaden producent filmowy rodem z Hollywood. Większość filmów o Kolumbii nagrano w Los Angeles lub pobliskim Meksyku. O ile można wybaczyć twórcom brak funduszy na zdjęcia w odpowiednim kraju, to rażące błędy powstałe w wyniku ich lenistwa lub ignorancji na długo pozostaną w mojej pamięci. W filmie Na własną rękę Arnold Schwarzenegger udaje się do Kolumbii, aby pomścić sprawców morderstwa jego rodziny (jakżeby inaczej). Akcja oficjalnie toczy się w kolumbijskim Mompox, zaś sceny nagrano w meksykańskim Coetepec. Otóż Mompox, w przeciwieństwie do tego, co usłyszycie w filmie – dzieli spora odległość od dżungli. Nigdy nie była to ani siedziba, ani kryjówka partyzantów.

Ciekawe jest też przedstawienie stolicy Kolumbii w filmie Stan Zagrożenia. To opowieść o wicedyrektorze CIA prowadzącym śledztwo w sprawie śmierci przyjaciela prezydenta USA. Podczas dochodzenia odkrywa powiązania poważanych polityków z właścicielami karteli narkotykowych. O ile film wcale nie jest taki najgorszy, to scena z gonitwy po Candelarii – słynnej kolumbijskiej dzielnicy w Bogocie – psuje naprawdę wszystko. Filmowe miejsce (na trzech pierwszych zdjęciach, kadr z filmu Clear and Present Danger, 1994, producenci: M. Neufeld, R. Rehme) w niczym nie przypomina niskich i kolorowych domków o architekturze kolonialnej, które tworzą bogotańską Candelarię (na pozostałych zdjęciach mojego autorstwa).

Pora na hit. Mr & Mrs Smith zdobył sławę na całym świecie. Po premierze filmu na twórców spłynęła fala krytyki ze strony Kolumbijczyków, a nawet samego burmistrza Bogoty. Wzmianka o kraju będącym Mordorem Hollywood pojawiła się na początku produkcji, kiedy para wspomina moment poznania się w Bogocie. Chciałabym wierzyć w to, że nie mieli na myśli stolicy Kolumbii. Niestety, wjechał nawet podpis, że chodzi właśnie o nią. Ten fragment to solidny argument na to, aby film zaliczono do kategorii Science Fiction. Bomby na każdym kroku w tropikalnym i gorącym miasteczku o niewysokiej zabudowie, będącym sercem dżungli – tak właśnie przedstawiono Bogotę. W sukience, którą miała na sobie Andżela, grypa murowana. Brad Pitt natomiast wcale nie musiałby chłodzić się przy wiatraku – zakładam, że przy 10-15 stopniach można się bez tego obejść. Takie temperatury można znaleźć w Kolumbii, ale nie w stolicy. Kraj podzielony jest na 5 stref klimatycznych – w każdej z nich panuje inny klimat. Poniżej zamieszczam kilka scen z filmowej Bogoty, a także zdjęcie prawdziwej Bogoty – rozwiniętego miasta o chłodnym klimacie, położonym wysoko w górach i z dala od dżunglii (Mr&Mrs Smith, 2005, producenci: A. Goldman, A. Milchan, L. Foster, E. McLeod, P. Wachsberger).


JEDŹCIE DO KOLUMBII – POZNAJCIE TĘ PRAWDZIWĄ! 

W amerykańskich filmach nie dowiecie się, że Kolumbijczycy są najbardziej pomocnym narodem na świecie, który zrobi wszystko abyście poczuli się w ich domach jak u siebie. Przed powrotem do Polski wielokrotnie usłyszałam od każdego z nich, że mam dom w Kolumbii, który będzie na mnie zawsze czekać. Kraj zajmuje drugie miejsce na świecie pod względem bioróżnorodności, produkuje znakomitą kawę, a większość owoców w halach targowych widziałam po raz pierwszy w życiu. Co więcej, w istnieje tam 5 stref klimatycznych i każdy rodzaj pogody – w zależności od tego, do której części się wybierzecie. Bogota będąca Atenami Ameryki Południowej, nowoczesny Medellin zwany Miastem Wiecznej Wiosny, strefa kawy z jeepami, miejscowości o architekturze kolonialnej, rajskie plaże, rzeka pięciu kolorów, dżungla amazońska, Zaginione Miasto starsze od słynnego Machu Picchu, znakomita kuchnia, salsa i niezwykła gościnność mieszkańców to moje główne skojarzenia z Kolumbią. Szkoda tylko, że świat nigdy nie pozna jej od takiej strony. Hollywoodzka wizja tego kraju ma zbyt wielką siłę przebicia… 

Historia Kolumbii – dobry scenariusz dla filmu akcji

Historia Kolumbii byłaby świetnym scenariuszem dla filmu akcji, który niestety opierałby się na faktach. Znane produkcje filmowe zwykle ograniczają się do przedstawiania jej jako siedziby porywaczy i karteli narkotykowych. Rzadko fatygują się do ukazania zalet tego kraju, które nie są już tak powszechnie znane. Niemniej jednak, filmy o pozytywach Kolumbii z pewnością nie cieszyłyby się takim powodzeniem jak historie o porachunkach karteli narkotykowych. Co tu dużo mówić – przeszłość tego kraju ułatwiła stworzenie takiego obrazu w mediach, a fabuła tych filmów nie wzięła się znikąd. To kraj mający za sobą trudne i krwawe czasy, który prowadzi w moim rankingu skomplikowanych historii. Z jakimi konfliktami zmagała się Kolumbia? Jak wygląda odwieczny podział tamtejszego społeczeństwa? Dlaczego tak trudno dojść do porozumienia w sprawie pokoju?


ŚWIĘTOWANIE DNIA NIEPODLEGŁOŚCI, W KTÓRYM NIE ZDOBYTO OSTATECZNEJ NIEPODLEGŁOŚCI

Po okresie kolonizacji hiszpańskiej Kolumbia oficjalnie zdobyła niepodległość 20 lipca 1810 roku. W praktyce wyglądało to troszkę inaczej. Niezależność wywalczono wtedy chwilowo. Pierwsze lata niepodległości historycy określają wyrażeniem Patria Boba – Ojczyzna Niedorzeczna. Jedną z przyczyn porażki był brak jedności w walce z wrogiem – powstańcy kłócili się między sobą, pogłębiając podziały w społeczeństwie. Dlaczego więc 20 lipca uznawany jest za rocznicę odzyskania niepodległości? Fakt, wywalczonej wolności nie utrzymano wtedy zbyt długo. Zdobywanie niezależności potraktowano raczej jako proces, a wydarzenia z 20 lipca zapoczątkowały go i odegrały w nim ogromną rolę (m.in. usunięcie wicekróla). Chwilowa niepodległość stopniowo przeradzała się w trwałą wolność. Całkowita niezależność od hiszpańskich konkwistadorów nastąpiła niecałą dekadę później, dzięki zwycięskiej bitwie pod Boyaca (1819). Przyczynił się do tego Simon Bolivar – dowódca powstańców. To, że jest on bohaterem narodowym odczujecie w Kolumbii na każdym kroku. Szkoły, place, instytucje, nagrody, ulice – wszystko to dopełnia tzw. „imienia Bolivara”. Nie zawsze postrzegano go jednak tak dobrze – wychwalany w dzisiejszych czasach i na początku swojej kariery dowódca zmarł w osamotnieniu, uciekając przed nagonkami na jego osobę.

14212203_1121120301274912_6529140213561891877_n
Na fejsie był podpis, że to chata Juana. Zakładam, że tutaj wypadałoby zamieścić bardziej rzetelne informacje. A więc: Dom, w którym od czasu do czasu mieszkał Simon Bolivar (Bogota)

Po pokonaniu konkwistadorów hiszpańskich przez wojska Bolivara utworzono Wielką Kolumbię – kraj składający się z dzisiejszych terenów Wenezueli, Ekwadoru, Panamy i Kolumbii. Warto zaznaczyć, że już wtedy nasilały się podziały w społeczeństwie kolumbijskim. Zwolennicy Bolivara popierali jego centralistyczną wizję kraju (dożywotni prezydent, wiceprezydent kierownikiem administracji, rozdział Kościoła od państwa), której sprzeciwiał się Francisco Santander. Uważał, że Kolumbia powinna mieć charakter federacyjny, a władza nie powinna skupiać się w jednym miejscu. Bolivar dążył natomiast do połączenia wszystkich państw Ameryki Południowej, które kolonizowali Hiszpanie. Udało mu się tylko z czterema krajami ale sprawowanie nad nimi władzy było bardzo trudne. Aby ogarnąć to wszystko musiał posuwać się do rządów dyktatorskich, przez co przysporzył sobie wrogów. Doszło nawet do nieudanego zamachu na jego osobę. W obliczu narastających problemów postanowił oddać stanowisko prezydenta. Niedługo potem zmarł (grudzień 1830). Do końca swoich dni nie przestawał podejmować prób złączenia państw dawnej Wielkiej Kolumbii, której rozpad przypłacił załamaniem psychicznym.

20160828_153632
Jedno z wielu upamiętnień Bolivara, murale w Bogocie

PODZIAŁY, PODZIAŁY, PODZIAŁY…

XIX i XX wiek był jedną wielką rywalizacją bloków politycznych. Nie chodzi tu o zwykłe kłótnie w rządzie. Nieraz dochodziło do konkretnych starć zbrojnych. Największym z nich była Wojna Tysiąca Dni pomiędzy konserwatystami a liberałami, która ogarnęła całą Kolumbię. Za broń chwytały nawet dzieci. Ponad 100 000 osób straciło wtedy życie. Historyk Marco Palacio informuje, że zginął w niej co piąty Kolumbijczyk w wieku 18-30 lat. Po licznych wojnach domowych następowały uchwalania coraz to nowszych konstytucji. Był też czas na wojnę z Peru i konflikt dyplomatyczny z USA, które pomogły Panamie oderwać się od Kolumbii i uzyskać niepodległość. Oczywiście nie była to bezinteresowna pomoc z ich strony – dzięki temu Amerykanie mogli wybudować i kontrolować Kanał Panamski.

35171_174219_1
Dzieci biorące udział w Wojnie Tysiąca Dni, źródło: revistaarcadia.com, domena publiczna

POCZĄTKI WOJNY W TRAKCIE KONFERENCJI DOTYCZĄCEJ POKOJU NA ŚWIECIE…

Po chwili spokoju (i wzroście gospodarczym za sprawą eksportu kawy, kauczuku, tytoniu oraz bananów) znów nasilały się podziały – tym razem między chłopami a bogatymi właścicielami ziemskimi. Chłopi sprzeciwiali się ówczesnym rządom, które ułatwiały życie i interesy bogatym. O równe szanse i koniec z niesprawiedliwością walczył charyzmatyczny Jorge Eliecer Gaitan, który nazywał się głosem ludu. Jego przemówienia przyciągały miliony Kolumbijczyków liczących na zmiany w kraju. Kandydował w wyborach prezydenckich, których nie dożył. W kwietniu 1948 zastrzelono go, gdy wychodził ze swojego biura w Bogocie. To wydarzenie spowodowało zamieszki w stolicy, zwane Bogotazo, będące początkiem kolejnego konfliktu o trafnej nazwie La Violencia (przemoc). Aby przedstawić to, jak wyglądała Bogota podczas Bogotazo dodam, że protest odbywał się bez dowódców – jedna wielka samowolka. Zniszczenia, których dopuszczono się przez zaledwie dwa dni oszacowano na 10 mln dolarów. Co więcej, w Bogocie odbywało się wtedy międzynarodowe spotkanie Organizacji Państw Amerykańskich. Wybór Kolumbii na tę konferencję był ogromnym wyróżnieniem. Organizację kojarzono bowiem z pokojem, solidarnością i współpracą między państwami po II wojnie światowej. Wybuch Bogotazo był więc jedną wielką kompromitacją.

1000_n_r
Gaitan na banknocie – 1000 pesos wygląda sympatycznie – niestety jest to równowartość zaledwie 1,20zł

Co potem? W ogromnym skrócie: przejęcie rządów przez generała Pinilla w wyniku zamachu stanu, korupcje na ogromną skalę, obalenie jego rządów oraz sojusz pomiędzy konserwatystami i liberałami, który i tak nie poprawił już tragicznej sytuacji w kraju. Był to ciekawy, a zarazem nieskuteczny pomysł na spór między partiami. Porozumienie zakładało piastowanie najważniejszych stanowisk w kraju na zmianę przez okres 16 lat. W praktyce nie było już tak wspaniale. To, co wymyślała i wprowadzała w życie jedna partia podczas swoich rządów modyfikowano lub usuwano chwilę później, gdy do władzy dochodzili jej przeciwnicy.


PARTYZANTKI CHCIAŁY DOBRZE. NA POCZĄTKU. 

Problemy w kraju sprawiły, że w latach 60-tych i 70-tych powstały lewicowe partyzantki FARC, ELN i M-19. Początkowo starały się bronić ubogich przed niesprawiedliwością, z naciskiem na początkowo… W późniejszym czasie najwyraźniej stwierdziły, że bardziej opłacalny jest handel narkotykami.  M-19 nie paliła się aż tak do narkobiznesu jak inni z tej branży, choć podejrzewano ją o współpracę z kartelem z Medellin. W 1990 roku M-19 stała się legalną partią polityczną. Warto nadmienić, że 5 lat wcześniej jej członkowie przeprowadzili zamach na Pałac Sprawiedliwości w Bogocie, porywając i zabijając część pracowników. Zniszczono większość dokumentów i plików niezbędnych do prowadzenia dochodzenia, utrudniając m.in. ekstradycję Escobara do USA, który był prawdopodobnie hojnym sponsorem grupy. Ze względu na liczne aresztowania członków odpowiedzialnych za ten atak, partia nie cieszyła się dużym poparciem – rozwiązano ją 7 lat później.

descarga.jpg_1718483347
Atak na Pałac Sprawiedliwości w Bogocie (1985), źródło: telesurtv.net

KIEDY MYŚLISZ, ŻE GORZEJ JUŻ BYĆ NIE MOŻE…

Pozostałe grupy partyzanckie połączyły siły i przeprowadzały ataki na jeszcze większą skalę. W odpowiedzi na to utworzono oddział paramilitarny AUC, wspierany przez rząd kolumbijski. Niespodzianka – granica między walką z przeciwnikiem a handlem narkotykami tutaj również okazała się cieniutka. Członkowie rządowego AUC byli związani z narkobiznesem w jeszcze większym stopniu niż partyzanci. Płacili kartelom za ochronę, a 70% budżetu pochodziło z narkobiznesu. Ich zbrodnie były jeszcze okrutniejsze. Jak  bardzo beznadziejna była wtedy sytuacja chłopów na wsi? Opowiadając się za FARC i ELN ginęli z rąk AUC. Za wspieranie rządu i oddziałów paramilitarnych mordowała ich partyzantka… Co ciekawe, kilka dowódców AUC po demilitaryzacji podjęła współpracę ze swoim wrogiem – partyzantką FARC, tworząc grupę BACRIM. O co walczyli? Chyba sami nie wiedzą. Była to działalność czysto przestępcza.

Colombia_2008-02-04_40 (2)
Marsz przeciwko partyzantom FARC, źródło: Wikimedia Commons

GWIAZDECZKA NARCOS:

Sytuacji nie ułatwiały kartele narkotykowe, dla których lata 80-te były złotym czasem w Kolumbii. W Medellin rządził Pablo Escobar. Słynny baron narkotykowy dorobił się ogromnej fortuny – wielokrotne pojawiał się na liście najbogatszych ludzi świata w magazynie Forbes. Początkowo wiele osób z jego rodzinnego miasta Medellin postrzegało go jako miejscowego Robin Hooda, który stawiał domy biednym, budował szkoły, boiska, szpitale i rozdawał pieniądze. Nie wszyscy wierzyli w to, że zabił tysiące osób (w tym trzech kandydatów na prezydenta, ministrów, sędziów czy też dziennikarzy). Co więcej, chciał pozbyć się prezydenta Kolumbii, podkładając bombę w samolocie Avianca. Głowa państwa ocalała (prezydent poleciał do Cali innym samolotem), w przeciwieństwie do 107 pasażerów i załogi. Atak na prezydenta był odpowiedzią na wypowiedzenie wojny kartelom. Kolejnym powodem była groźba ekstradycji barona do USA. W obawie przed nią po jakimś czasie sam oddał się w ręce kolumbijskiej policji ale wszystko odbyło się na jego warunkach, a samo poddanie się było jedną wielką kpiną z władz kraju. Sam zaprojektował i nadzorował miejsce swojej odsiadki. Więzienie przypominało luksusową willę, w której regularnie odbywały się imprezy. Strażnicy? Owszem, przydali się – na zmywaku i do biegania z tacą pełną drinków. Escobara odwiedzali przyjaciele oraz panie trudniące się najstarszym zawodem świata. Sam również składał wizyty – wpadał do rodziny i przyjaciół. Podczas odsiadki widziano go na urodzinach córki, w centrum handlowym i na meczach lokalnej drużyny piłkarskiej.

Juan_Pablo_Escobar_y_su_padre_en_el_año_1977
Escobar z synem, źródło: Wikimedia Commons

Mimo to, postanowił uciec. Miał coraz więcej wrogów, którzy wiedzieli gdzie go szukać. Swoim działaniem wyprzedził rząd kolumbijski, którzy przejrzał na oczy i zamierzał przenieść go do więzienia z prawdziwego zdarzenia. W pościg za nim ruszyły amerykańskie jednostki specjalne. Uruchomiono też kolumbijski Blok Poszukiwawczy, który skupiał się na schwytaniu barona. Powstała też nielegalna organizacja o nazwie Los Pepes. Szukała go na własną rękę, zabijając mu pracowników, przyjaciół i członków rodziny. Niektórzy członkowie twierdzą, że współpracowali z organizacją paramilitarną AUC. Escobar zginął w 1993 roku na dachu jednego z budynku w Medellin. Zastrzelono go podczas ucieczki (choć krąży też wersja, że popełnił samobójstwo). Skupienie się głównie na schwytaniu Escobara przez policję i rząd Kolumbii poskutkowało rozwojem konkurencji, np. kartelu braci Orejuela z Cali. Wielu członków tego rodzinnego biznesu złapano za czasów prezydenta Sampera. Co ciekawe, podejrzewano, że jego kampanię finansował właśnie ten kartel. Ostatecznie oczyszczono go z zarzutów.

Barrio_Pablo_Escobar
Dzielnica Escobara, autor: N. Burgher, licencja CC BY 2.0, Wikimedia Commons

WALKA WSZYSTKICH ZE WSZYSTKIMI – HAPPY END, ALE NA RÓŻNYCH WARUNKACH. 

Do partyzantek, grupy paramilitarnej, gangów narkotykowych dodajmy sobie jeszcze korupcję i płatnych zabójców. Wszyscy walczyli ze wszystkimi, gubiąc się w tym, kto tak właściwie jest ich wrogiem. Tradycyjnie, najbardziej cierpiała ludność cywilna. Próby dojścia do jakiegokolwiek porozumienia podejmowano wiele razy i zazwyczaj kończyły się one niepowodzeniem… 

Z pomocą USA prezydent Pastrana podjął walkę z partyzantami, opryskując uprawy koki chemikaliami. Nie obyło się bez skutków ubocznych. Były nimi zanieczyszczenia wody oraz zniszczenia wszystkich innych pól stanowiących utrzymanie rolników. Chemikalia wywołały u Kolumbijczyków problemy ze skórą i układem oddechowym. Jego następcą był Alvaro Uribe, który był zwolennikiem AUC, a o porozumieniach pokojowych z FARC nawet nie chciał słyszeć. Później przyszła pora na rządy Juana Manuel Santos, który postanowił powrócić do dialogu pokojowego z przywódcami FARC. Po wielu próbach w końcu udało mu się osiągnąć z nimi porozumienie, które miałoby zakończyć konflikt. Wysiłki Santosa nagrodzono Pokojową Nagrodą Nobla.

Zawziętym przeciwnikiem porozumień z partyzantami i działalnością Santosa był jego poprzednik – Alvaro Uribe. Prowadził zaciekłą kampanię, w której przekonywał obywateli do głosowania na nie. Złośliwi mawiali, że stosunek Uribe do Kolumbii przypomina miłość do swojej byłej dziewczyny – kocha ją, a jednocześnie robi jej na złość. Uribe twierdzi, że tak długiego porozumienia w sprawie pokoju (liczącego 297 stron) nie można podsumować jednym pytaniem, jakie zawarto w plebiscycie. W wyborach padło bowiem pytanie Czy chciałbyś/abyś pokoju? Głosujący mieli do wyboru dwie odpowiedzi: tak lub nie.

Juan_Manuel_Santos_y_Álvaro_Uribe
Santos (po lewej) i Uribe (po prawej), źródło: Wikimedia Commons

KOLUMBIA – KRAJ, W KTÓRYM WŁADZE PYTAŁY OBYWATELI CZY CHCĄ POKOJU.

W październiku 2016 roku zorganizowano referendum. 50,21% społeczeństwa opowiedziało się za nie, a 49,78% zagłosowało na tak. Wynik plebiscytu potwierdził odwieczny podział Kolumbijczyków. Pomimo porażki i większości głosów przeciwko rozejmowi, obie strony konfliktu ogłosiły kontynuację zawieszenia broni i dalsze negocjacje. We wrześniu 2017 partyzanci utworzyli nową partię polityczną Rewolucyjna Alternatywna Siła Ludowa. 

Miałam okazję wysłuchać zarówno zwolenników, jak i przeciwników porozumienia z FARC – wybrałam się do Kolumbii w trakcie plebiscytu. Większość mieszkańców Bogoty opowiadała się za tak. Nawoływali do zakończenia 52-letniego konfliktu, wybaczenia sobie nawzajem, stworzenia możliwości do rozwoju kraju poprzez demilitaryzację terenów zajętych przez partyzantów, a także do uzyskania świętego spokoju raz na zawsze. Uważają też, że jest to szansa na wzrost gospodarczy kraju, pojawienie się wielu inwestorów zagranicznych i rozwój turystyki (wojna domowa nie byłaby najlepszą reklamą wyjazdu do tego kraju). Dla odmiany, w Medellin można było dostrzec setki billboardów nawołujących do głosowania przeciwko rozejmowi. Przeciwnicy powtarzali, że chcą pokoju ale nie na takich warunkach. Twierdzili, że FARC traktowany jest zbyt pobłażliwie. Uważają też, że godząc się na takie porozumienie, rebelianci unikną odpowiedzialności za dokonane zbrodnie, a sam pokój zapanuje tylko oficjalnie.

Votaciones-pleb
Wyniki głosowania za pokojem (kolor zielony) i przeciw porozumieniu (pomarańczowy) w Kolumbii, źródło

Rząd kolumbijski dodaje, że rozejm z FARC nie oznacza braku ścigania przestępców. Rebelianci niepopierający rozmów pokojowych nadal byliby ścigani przez rząd bez możliwości odbycia łagodnej kary. Ponadto, partyzanci zobowiązali się do zniszczenia nielegalnych upraw koki. W przypadku niedopełnienia tego, rząd spryska wszystkie plantacje, zrzucając na nie chemikalia w akcji lotniczej. Partyzanci otrzymali od rządu środki pieniężne, które wspomogły demilitaryzację grupy i powrót do rozpoczęcia życia wolnego od przestępstwa w ciągu 24 miesięcy od zakończenia konfliktu. Dokładnie taką pomoc finansową oferował były prezydent Alvaro Uribe organizacji paramilitarnej AUC, podczas swoich rządów. Według Santosa to najlepsza umowa, jaką udało się wynegocjować po czterech latach. Obecny prezydent Ivan Duque (od 2018) zapowiedział rewizję porozumień, przewidując surowsze kary dla partyzantów.

Jefa_de_Estado_participa_en_ceremonia_de_la_Firma_de_la_Paz_entre_el_Gobierno_de_Colombia_y_las_FARC_E.P._(29953487045)
Podpisanie porozumień pokojowych pomiędzy rządem a FARC w Hawanie, Wikimedia Common, domena publiczna

CZY DOBRZE SIĘ CZUJĘ, POLECAJĄC WYJAZD DO KOLUMBII SKORO KILKADZIESIĄT LAT TEMU ODWIEDZINY KRAJU BYŁY RÓWNOZNACZNE Z SAMOBÓJSTWEM?

Zdaję sobie sprawę z tego, że przedstawiona we wpisie historia Kolumbii to jedynie jej zarys. Starałam się skupić na odwiecznych podziałach społeczeństwa w Kolumbii, które występują tam już od niepamiętnych czasów. Obecnie nie wyrażają się one w przelewaniu krwi – tak, jak było jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Każdego roku kraj odwiedza coraz więcej osób, z zachwytem wspominających swój pobyt w Kolumbii. Więcej informacji o bezpieczeństwie w Kolumbii znajdziecie w osobnym wpisie, klikając tutaj.

Czy to możliwe, że przez te wszystkie lata sytuacja uległa aż tak wielkiej poprawie? Na to pytanie odpowiem w inny sposób. Czy miliony turystów odwiedzających Dubrownik myśli o bombardowaniach tego miejsca na początku lat 90-tych (patrząc na krwarą historię Kolumbii, te wydarzenia również nie są tak odległe w czasie), w których zginęło 3 tysiące osób? Czy osoby, które chciałyby odwiedzić Sarajewo obawiają się o swoje bezpieczeństwo ze względu na oblężenie miasta, które miało miejsce ponad 20 lat temu? Wątpię. Porównanie Kolumbii do tych miast jest dość śmiałe i przedziwne ale uważam, że znakomicie oddaje jej obecną sytuację, jeśli chodzi o zmiany na przestrzeni takiego okresu czasu. Emocje po tylu latach już opadły ale pamięć o tragicznych czasach wojny wciąż jest jeszcze żywa. Mam nadzieję, że podpisane porozumienie rządu i partyzantów sprawi, że Kolumbia w końcu ruszy do przodu pełną parą i pozwoli zaprezentować się światu od lepszej i zdecydowanie mniej znanej strony.

Bezpieczeństwo w Kolumbii – więcej wiary w ludzi i mniej Netflixa

Odtwarzając obraz Kolumbii w mojej głowie na podstawie produkcji filmowych nie wyszłoby z tego nic innego jak kraj pełen skorumpowanych ludzi przyprószonych kokainą z bombami i strzelaninami na każdym kroku. Jak bardzo różniła się ta wizja od Kolumbii, którą zastałam na miejscu? Na lotnisku w Bogocie powitał mnie ogromny billboard z tamtejszym hasłem reklamowym El riesgo es que te quieras quedar (Ryzyko jest takie, że będziesz chciał/a zostać). Widząc to, miałam mieszane uczucia i wrażenie, że cwaniaczki wiedzą jak zabrać się za turystykę. Nie potrzebowałam jednak dużo czasu aby przekonać się jak trafne są te słowa. Dodam, że nie jestem samobójcą.


PORWĄ CIĘ, PODRZUCĄ NARKOTYKI, ZASTRZELĄ, A W NAJLEPSZYM PRZYPADKU OKRADNĄ, CZYLI STANDARDOWE PRZEPOWIEDNIE… 

Przed wyjazdem zdążyłam obejrzeć Narcos i Colombianaktóre raczej nie pomagały w organizacji mojej wyprawy do Kolumbii. Mało tego, oglądali je też moi rodzice. Chyba nie muszę dodawać, że pomysł wyjazdu średnio im się podobał. Przed kieszonkowcami ostrzegali mnie wszyscy. Właściwie to wizja obrabowania mnie była jedną z łagodniejszych przepowiedni. Kilka razy powtarzano mi, że napady kończą się u nich zadźganiem nożem i wciąż porywa się tam ludzi dla okupu. Nie jestem w stanie policzyć ile razy usłyszałam, że moje blond włosy to radar pozwalający porywaczom wycenić mój okup na więcej (bo przecież gringo biedny nie jest). Co ciekawe, żadna z osób udzielająca mi tych rad nie była w Kolumbii. Skąd więc takie opinie? Czyżby poznali ten kraj przez pryzmat znakomitych hollywoodzkich produkcji filmowych?

received_1128926037161005
Oto, jak bardzo stresowałyśmy się w Kolumbii…

CZY W KOLUMBII JEST BEZPIECZNIE? NAJCZĘSTSZE PYTANIE PO POWROCIE DO POLSKI.

Moja magisterka poświęcona odpowiedzi na to pytanie liczy 150 stron. To solidny dowód na to, że nie da się tego skrócić do zwykłego tak lub nie. Jestem żywym (dosłownie) przykładem na to, że podróż po tym kraju będzie niezapomniana – tylko w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Warto uzmysłowić sobie, że cieszący się sławą serial Narcos opowiada o Kolumbii sprzed dwudziestu/trzydziestu lat. Postrzeganie dzisiejszego Medellin jako najgroźniejszego miasta na świecie jest jak twierdzenie, że mięso w Polsce kupicie tylko na kartki. Wstrzymam się jednak z zaliczeniem go do najbezpieczniejszych miejsc na tej planecie.

I jak tu się nie czuć bezpiecznie z taką obstawą? Nocne zwiedzanie Bogoty na motorze!

W kolejnym wpisie przedstawię Wam historię Kolumbii. Poznanie jej szokującej przeszłości pozwoli Wam zrozumieć mieszkańców, którzy uważają, że bezpieczeństwo w tym kraju ma się dobrze. Faktycznie, w porównaniu do dawnych lat dzisiejsza Kolumbia jest wręcz oazą spokoju. Narkobiznes nadal się tam kręci, ale w ostatnich dekadach odsunął się daleko w cień. Niemniej jednak, patrząc na to wszystko z perspektywy Europejczyka stwierdzam, że do wysokiego poziomu bezpieczeństwa W DUŻYCH MIASTACH jeszcze sporo im brakuje. Nie czułam się zbyt pewnie w centrum Medellin i Bogoty. Pozostałe miejsca w Kolumbii były spokojne i  bezpieczne. Proszę nie interpretować tego jako ostrzeżenia przed utratą życia. Największym zagrożeniem są kradzieże i rabunki. W jaki sposób zminimalizować ryzyko ich wystąpienia? Poniżej wypisałam kilka zasad, których warto się trzymać nie tylko w Kolumbii ale i pozostałych państwach tego kontynentu. Mimo że są one dość banalne, postanowiłam je zamieścić. Być może okażą się przydatne dla tych, którzy wybierają się tam po raz pierwszy.

20160901_115636
Ogromna Bogota – jak zwiedzić ją bezstresowo? Poniższe zasady bezpieczeństwa z pewnością okażą się przydatne!

ZASADY BEZPIECZEŃSTWA W PODRÓŻY PO AMERYCE POŁUDNIOWEJ:

1# Niewskazany jest spacerek na chińskiego turystę, czyt. dumne afiszowanie się z aparatem lustrzanym na szyi, klikanie zdjęć nowym iPhonem na każdym kroku czy też zakładanie sobie na głowę GoPro. Takim zachowaniem możecie liczyć na zdjęcia… tego wszystkiego z Waszych głów przez cwaniaczków, których tam nie brakuje. 

2# Radzę zrezygnować z obwieszania się złotem niczym Don Wasyl – chyba, że drogocenne naszyjniki są nietrafionym prezentem urodzinowym i szukacie wymówki, aby się ich pozbyć. 

3# W przypadku tłoku (lub spaceru po centrum Medellin, o którym kiedyś opowiem) lepiej przerzucić plecak na brzuch i mieć na niego oko. Nieważne jak bardzo jest zniszczony – gorzej niż mój na pewno nie wygląda. Mimo to, znajomi z Kolumbii radzili mi go nosić z przodu.

4# Nie noście przy sobie paszportu – lepiej zostawić go w hotelowym sejfie lub w innym bezpiecznym miejscu i posługiwać się jego kserokopią.

5# Najpotrzebniejsze rzeczy przechowujecie w nerce przewieszonej na pasie? Cóż, tylko złodziej ograniczony umysłowo w niemałym stopniu nie zorientowałby się, że trzymacie tam najcenniejsze przedmioty. Polecam płaskie i mniejsze nerki, które można nosić pod koszulką, a także rozdzielanie pieniędzy na kilka kieszeni. Dodam, że w chowanie pieniędzy bawiłam się tylko zapobiegawczo w przypadku spaceru po Bogocie i Medellin.

6# Uważajcie skąd wypłacacie pieniądze i z jakiego bankomatu korzystacie. Polecam nie robić tego samotnie po zmroku i w dzielnicach niecieszących się dobrą sławą.

7# Nie zapuszczajcie się w puste uliczki miast, zwłaszcza po zmroku – polecam tyrolkę w strefie kawy lub kolumbijską grę Tejo, które będą bezpieczniejszym sposobem na poczucie adrenalinki podczas Waszej podróży. 

20160829_143557
Puste ulice nie zawsze oznaczają potencjalne zagrożenie. Powyższe zdjęcie Bogoty liczącej 8 mln mieszkańców przypomina miasto widmo z prostego powodu – zrobiłam je podczas meczu kolumbijskiej drużyny narodowej.


CZYM KOLUMBIA MOŻE WAS PRZESTRASZYĆ?

Podczas pierwszych dni w Bogocie zastanawiałam się czy ten niedorzeczny pomysł samotnej wyprawy po Kolumbii wjechał do mojej głowy na trzeźwo. Po jakimś czasie żałowałam, że zarezerwowałam sobie na ten kraj tylko dwa miesiące. Co sprawiło, że pojawiły się obawy?

  • W dużych kolumbijskich miastach nie brakuje wysokich płotów z kolczatkami.
  • Wszystkie bankomaty są zabudowane – tych na zewnątrz było niewiele.
  • Nawet przeciętne osiedla w Bogocie mają portiernie. W przypadku odwiedzin portier informuje domowników o  przybyciu Gości i pyta, czy wyrażają zgodę na ich wejście.
  • Rodzice kolumbijskich znajomych prosili, abym nie spacerowała po Bogocie w pojedynkę. Odprowadzali mnie gdzie tylko mogli i byli przerażeni moim pomysłem pracy w hostelu – o którym wiedziałam jedynie, że istnieje (ponoć). Odwieźli mnie na dworzec autobusowy, z którego udałam się do Armenii. Podarowali mi telefon z kolumbijską kartą SIM i prosili, abym odezwała się jak już będę na miejscu. Kiedy tata koleżanki robił zdjęcia tablicy rejestracyjnej autobusu, wolałam nie pytać dlaczego.
  • Po sesji zdjęć tablicy rejestracyjnej przyszła pora na… nagrywanie wszystkich pasażerów autobusu. Pracownik linii przeszedł z kamerą, nadmieniając ilość pasażerów. Chciałabym zobaczyć to nagranie – moja mina musiała być bezcenna.
  • Podczas dwóch miesięcy w Kolumbii byłam świadkiem jednej kradzieży. Nie wiem czy to dobry bilans ale z pewnością poprawię go mówiąc, że turystka odzyskała swój plecak. Pewien złodziejaszek kręcący się w centrum Medellin zabrał jej pakunek z prędkością światła. Dziesięć innych osób natychmiast zareagowało i odbiło mu go jeszcze szybciej, oddając rzeczy dziewczynie.
  • Policja i wojsko z giwerami obstawia większe miasta na każdym kroku. Widać ich na placach, w pobliżu atrakcji turystycznych, przy budynkach rządowych i na dworcu autobusowym. W przypadku wejścia do galerii handlowej mogą Was objąć rutynowe kontrole (Paniom sprawdzane są torebki). Co ciekawe, widok wojska nie niepokoi Kolumbijczyków. Twierdzą, że to ich uspokaja.

20160901_11373920160901_135026


PO CO W OGÓLE SIĘ TAM PCHAĆ?

Jeśli ktoś z Was ma już dosyć i nie widzi sensu mojego występu w charakterze obronnym Kolumbii, niech będzie cierpliwy. Wojsko wojskiem, giwery giwerami ale w niektórych miejscach patrol służb bezpieczeństwa nie był  konieczny. Na placu głównym pewnego bezpiecznego (to teoria mieszkańców, którą potwierdzam w stu procentach) miasteczka stacjonowała policja. Kawałek dalej mieścił się hostel z zepsutym zamkiem w drzwiach. Jego zamiennikiem stała się pufa, którą tarasowano wejście. Dalekie to od bogotańskich kolczatek i portierni. Nie jestem pewna czy zamek jest już naprawiony więc powstrzymam się od nazwy tej miejscowości. Wymienione wcześniej zasady podróży po Ameryce Południowej stały się moim nawykiem i nie przeszkadzały w cieszeniu się wyjazdem, nawet w najmniejszym stopniu. To proste – wystarczy zachować trochę ostrożności, która przyda się tam bardziej niż w Azji czy Europie. Dlaczego tak bardzo podoba mi się w Kolumbii? Oto kilka argumentów:

  • Po serii zdjęć tablic rejestracyjnych i nagrywania pasażerów w autobusie do Armenii zagadała do mnie pewna Pani. Nie kryjąc zdziwienia moją podróżą w pojedynkę, podarowała mi swój numer telefonu. Dzwoń do mnie jeśli z tym hotelem będzie coś nie tak. Mieszkam blisko to pomogę. Ot tak, bezinteresownie. Obca osoba. Takie coś słyszałam kilka razy dziennie.
  • Odniosłam wrażenie, że Kolumbijczycy są pozytywnie nastawieni do turystów. Nie chodzi o kontakty klient-sprzedawca, ale o szczerą sympatię. Większość cieszy się, że ktoś docenia Kolumbię i nie ogranicza jej jedynie do Escobara. To naród, który jest bardzo dumny ze swojego kraju i stara się pokazywać go z jak najlepszej strony.
  • Mój hiszpański zrobił furorę w Kolumbii, co strasznie zmotywowało mnie do dalszej nauki. Nieważne, jak tragicznie porozumiewacie się w tym języku. Dla nich ważne jest to, że próbujecie! Nawet jeśli chcąc powiedzieć, że Niestety muszę już wyjeżdżać mówicie Na szczęście muszę już wyjeżdżać… (checked).
  • Rodziny znajomych witały mnie w swoich domach jak córkę, która wróciła z dalekiej podróży. Ich gościnność przekraczała wszelkie graniceTakiego przyjęcia mogłaby pozazdrościć mi sama królowa angielska. Często rozmawiałam z nimi o różnicach pomiędzy naszymi krajami. To nie była pogadanka z grzeczności ale szczere zainteresowanie tym, jak to wszystko wygląda u nas w Polsce.
  • Obiło mi się kiedyś o uszy, że nie byłam w Ameryce Południowej jeśli nie zostałam okradziona. Cóż… w Kolumbii poznałam mnóstwo osób, które podróżowały po tym kontynencie samotnie przez kilka, kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt miesięcy (głównie dziewczyny). Nikt z tych osób nie został okradziony, więc dyskutowałabym nad słusznością tego stwierdzenia. Miałam wielkie szczęście do ludzi podczas tego wyjazdu. Poznałam mnóstwo wspaniałych osób, których opowieści sprawiły, że chciało się wyruszać w tę samą trasę. Ogromne wrażenie zrobiło na mnie angielsko-niemieckie małżeństwo sympatycznych sześćdziesięciolatków. Od dwóch lat jest w podróży, przemierzając Amerykę Południową i Centralną. Można? Można! I żadne tam Narcosy, a niezapomniana przygoda! O zaletach tego kraju można pisać bez końca. Postaram się przedstawić je w kolejnych wpisach!

Kierunek północ! Alcudia i Cap Formentor w 1 dzień

Na wizytę w Alcudii i Cap Formentor powinien wystarczyć Wam jeden dzień. Spacer po miasteczku otoczonym średniowiecznymi murami i punkty widokowe na Cap Formentor były dobrym pomysłem na spędzenie trzeciego dnia. Droga na półwysep przypomina przejażdżkę do Sa Calobra. Nie bez powodu. Autorem obu tras jest wspomniany w poprzednim wpisie Paretti. Pokonując tę trasę, z pewnością nie będziecie narzekać na brak zakrętów. Zacznijmy jednak od Alcudii,  uroczego miasteczka wciśniętego między dwie zatoki: Pollenca i Alkudyjską.


ALCUDIA – MUST SEE? 

Pamiętacie, że na Majorce spędziliśmy tylko trzy dni? Dla przypomnienia zamieszczam mój pierwszy wpis dotyczący wyspy, w którym opisałam cały wyjazd od strony praktycznej. Dlaczego warto znaleźć czas na to miejsce? Alcudia idealnie wpasowuje się w klimaty Majorki. Miasto tworzą obdrapane ściany w kolorze ochry z wiszącymi na nich donicami, zielone okiennice, brukowane uliczki, mnóstwo kawiarni i restauracji, które cieszyły się zainteresowaniem do późnych godzin. W każdy wtorek i niedzielę w godzinach 8:00 – 14:00 ulice zasypują stragany z przeróżnymi produktami – od owoców i warzyw po torebki Michael’a Kors’a o wątpliwym pochodzeniu. Dodajmy do tego ruiny starożytnego miasta Pollentia oraz znakomicie zachowane średniowieczne mury miejskie. Spacer po Alcudii to żywa lekcja historii. Wpływy przewijających się tam grup na przestrzeni wieków widać gołym okiem.


POLLENTIA – CZASY ŚWIETNOŚCI RZYMIAN

Początkowo dzisiejsza Alcudia należała do Fenicjan. Po nich władzę przejęli Grecy. W późniejszym czasie zadomowili się w niej Rzymianie. W 123 roku p.n.e. Quintus Caecilius Metellus Balearicus założył tam rzymskie miasto o nazwie Pollentia. Będąc w Alcudii, wciąż można podziwiać jej pozostałości. Jeśli ktoś z Was chciałby poznać historię tego miejsca i obejrzeć ruiny liczące niespełna 2000 lat w pełnym słońcu o godzinie dwunastej i 40-stopniowym upale, musi zdać sobie sprawę z ryzyka rozpadu rodziny, której pomysł zwiedzania stanowiska archeologicznego w sierpniowe południe nie do końca może się spodobać. O dziwo udało się nam zapobiec rozpadowi, a jednocześnie zobaczyć wszystkie najważniejsze punkty starożytnego miasta. Być może przyczynił się do tego brak wizyty w Muzeum Monograficznym, które tego dnia było zamknięte (zgromadzono tam wszystkie przedmioty pochodzące z wykopalisk Pollentii). 

Na podstawie przeprowadzonych badań stwierdzono, że mieścił się tam obóz wojskowy, zajmujący 15 – 21 hektarów. Wiadomo też, że mieszkańcy nie narzekali na biedę – Pollentia była dobrze prosperującym miastem (mimo ogromnego pożaru, którego doświadczyła w III wieku). Przyczyną bogactwa z pewnością było strategiczne położenie między dwiema zatokami i obecność dwóch portów. Nie zabrakło też forum – jak na rzymskie miasto przystało. Było to centrum religijne i miejsce spotkań Rzymian. Mieściły się tam świątynie (do dziś zachowały się ich fundamenty) i sporo sklepów tworzących plac targowy. W późniejszym czasie forum utraciło towarzyski klimat i przerodziło się w… cmentarz.

Ważnym punktem w Pollentii jest najmniejszy Rzymski Teatr w Hiszpanii z I wieku, który zachował się w bardzo dobrym stanie. Początkowo specjaliści uważali, że to dzieło Greków. Zmyliło ich wykonanie budowli – w przeciwieństwie do innych rzymskich teatrów ten został wykuty w skale. Choć wygląda na niewielki, to tylko pozory. Mógł pomieścić nawet 2 tysiące widzów. W późniejszym czasie stworzono tam również cmentarz (tak jak w przypadku forum). Świadczą o tym nisze grobowe, które wykuto w miejscu sceny i widowni.

Zwiedzanie Pollentii:

  • maj – wrzesień: od wtorku do niedzieli w godzinach 9:30 – 20:00,
  • październik – kwiecień: od wtorku do piątku w godzinach 10:00 – 16:00, w soboty i niedziele od 10:00 do 14:00.

Cena: 3 euro. Połączenie zwiedzania stanowiska archeologicznego i wizyty w Muzeum Monograficznym – 4 euro (zniżki dla studentów, emerytów i grup powyżej 10 osób- 2,50 euro).


ŚREDNIOWIECZNE MURY OBRONNE – NAJLEPSZY PUNKT WIDOKOWY:

Po Rzymianach przyszła pora na Maurów. Zniszczyli Pollentię, zastępując ją nowym miastem Al-Kudia. Nazwa dzisiejszej Alcudii niezbyt odbiega od tej średniowiecznej, która w dosłownym tłumaczeniu oznaczała miejsce na wzgórzu. Rządy arabskie skończyły się wraz z przejęciem władzy przez króla Jaume I. Mury obronne będące jedną z największych atrakcji Alcudii to pamiątka po jego następcy – Jaume II. Wybudowano je w 1300 roku, bez zaprawy murarskiej – powstały z precyzyjnie dobranych kamieni. Ich część stanowi kościół Świętego Jakuba, który został wbudowany w mury obronne. Legenda głosi, że w XVI wieku z krucyfiksu znajdującego się w jednej z bocznych kapliczek kapała krew i woda, kończąc okres suszy. Mury przecina kilka bram – jedną z nich jest Portal del Moll. Dwie wieże otoczone palmami, tworzące okazałe wejście do miasta to dzisiejszy symbol Alcudii.


CO I GDZIE ZJEŚĆ W ALCUDII?

Jeśli ktoś z Was zastanawia się w jaki sposób nie zbankrutować na Majorce to służę pomocą. Polecam słynne tapas. Zamawiane przez nas porcje hiszpańskich przekąsek nieraz okazywały się tak duże, że zastępowały nam obiad. Nie inaczej było w przypadku Alcudii i restauracji Satyricon (Plaza de Constitución). Talerz z pięcioma tapas kosztował 11 euro. Dołożyliśmy do tego 4,50 euro za dzban sangrii (do podziału, żeby nie było). Pieczywo i oliwki były niezamawianym przez nas dodatkiem, za który w sumie też zapłaciliśmy (tzw. kopertowe 1,75 euro, które dolicza się do stolika w większości majorkańskich restauracji). Niewiele, biorąc pod uwagę ceny w pozostałych majorkańskich restauracjach.

bty


CAP FORMENTOR – SERPENTYN CIĄG DALSZY:

O drodze do Sa Calobra pisałam w poprzednim wpisie. Przejażdżka po półwyspie Formentor wygląda podobnie. Nie bez powodu. Obie trasy stworzył ten sam człowiek – Antonio Paretti. Obiad przed majorkańskimi serpentynami nie był najlepszym pomysłem. Mimo to, poza licznymi zakrętami trasa nie należała do ekstremalnych. Takie jest przynajmniej moje zdanie. Opinie na jej temat są podzielone. Być może przyczyną postrzegania drogi jako ekstremalnej było pokonywanie trasy podczas deszczu lub mijanie się ze sporą ilością autobusów. My uniknęliśmy obu rzeczy, podziwiając przepiękne widoki i poruszając się po półwyspie bez większych problemów. Nie oznacza to jednak, że będzie lekko – uwaga na kozy i osiołki wyskakujące na drogę wtedy, kiedy najmniej się tego spodziewacie.

Mimo, że półwysep cieszy się ogromnym zainteresowaniem wśród turystów, kilka miejsc na Formentor jeszcze do niedawna było oazą spokoju dla wielu celebrytów. Spokój i relaks z dala od tłumów zapewniał im jeden z hoteli o niezbyt skomplikowanej nazwie – Formentor. Bywał tam m.in. Charlie Chaplin, Audrey Hepburn, księżna Diana, a nawet Dalajlama. W dzisiejszych czasach pewnie trudniej byłoby o spokój na półwyspie, ale jedno jest pewne – przepięknych widoków nie można jej odmówić!

Wysokie urwiska, horyzont na błękitnym niebie zlewający się z wodami Morza Śródziemnego i wiatr urywający głowę – tak właśnie opisałabym półwysep Formentor. Mieszkańcy Majorki nazywają go miejscem spotkań wiatrów. Podczas podziwiania widoków z wysokich klifów czapki są raczej niewskazane (o ile zależy Wam na tym, aby je zachować). Jednym z najpiękniejszych punktów widokowych jest Mirador de la Creueta, położony na klifie o wysokości 300 metrów. Poszukiwacze fejsbukowych i instagramowych plenerów będą zachwyceni – znajdą je na każdym kroku.

Myślę, że warto też zobaczyć najpopularniejszy punkt widokowy Majorki, który zobaczycie na większości pocztówek. Podziwianie zachodu słońca przy XIX-wiecznej latarni morskiej usytuowanej na samym krańcu półwyspu i Majorki było jednym z najważniejszych punktów podczas trzeciego dnia zwiedzania wyspy. Niestety, nie udało nam się dotrzeć do tego miejsca. Droga do latarni została zablokowana (Majorkę odwiedziliśmy w sierpniu). Parkingowi powiedzieli nam, że w sezonie można się tam dostać jedynie autobusem. Szkoda tylko, że nie wspomnieli o godzinach, w jakich obowiązuje ten zakaz… Dojazd samochodem w lipcu i sierpniu jest niemożliwy jedynie w godzinach 9:30- 19:00. Poza wyznaczonym czasem można śmiało ruszać do latarni

Dzień zakończyliśmy odpoczynkiem w krystalicznie czystej wodzie. Myślałam, że po takie kolory trzeba meldować się na Karaibach. Majorkańskie plaże udowodniły jednak, że dają radę i stanęły na wysokości zadania. Przeglądając zdjęcia z wyspy sądziłam, że ich autorzy opanowali Photoshop’a do perfekcji, nadając morzu intensywny odcień turkusu. Nic bardziej mylnego. Dokładnie tak wyglądają tamtejsze plaże, które z pewnością nikogo nie rozczarują!


Czwartego dnia wyruszyliśmy do Berlina, który zwiedzaliśmy do wieczora. Tak niewiele czasu na Majorce pozostawiło niedosyt – mimo, że udało nam się zobaczyć naprawdę sporo. Jedno jest pewne – zdecydowanie polecam ten kierunek, nawet jeśli miałby to być krótki wypad. Trzy dni to stanowczo za mało, aby poznać wszystkie atrakcje Majorki. Niemniej jednak, niskie ceny biletów (Ryannair, lot z Berlina) pomogą Wam poznać nieodkryte części wyspy przy kolejnym wypadzie na Majorkę. My z pewnością jeszcze tam wrócimy!

Sa Calobra i Soller – najpierw droga, potem obiad. Nie odwrotnie.

Tytuł wpisu jest radą dla wszystkich tych, którzy planują dojazd do zatoki Sa Calobra. Słuchając rozmów znajomych spierających się o najbardziej ekstremalne drogi nad przepaściami przypomina mi się Bogusław Linda i jego słynna kwestia Co ty wiesz o zabijaniu (w sumie nie jest to oryginalny fragment filmowy – troszkę go uproszczono, no ale nieważne). Przyznaję jednak, że Majorka trzyma poziom zawiłych dróg i adrenalinki. To jedno wielkie wyzwanie dla kierowców i sprawdzenie ich umiejętności, które doskonale i bezwzględnie weryfikuje trasa prowadząca do zatoki. Mimo to, osoby szukające życia na krawędzi mogą się troszkę rozczarować. Oczekiwana ekstremalność drogi nie zalicza się do mission impossible. Asfaltowa jezdnia tworząca serpentyny jest w bardzo dobrym stanie. Większy zawód mogą jednak przeżyć optymiści rezygnujący z tego powodu z solidnego ubezpieczenia auta. Zanim zdecydujecie się na niewykupienie dodatkowej ochrony pojazdu powinniście poznać zasady na tamtejszych ulicach. Jedną z nich jest: cofa ten, kto ulegnie spojrzeniu kierowcy z naprzeciwka. Wąskie drogi nie pozwalają na swobodne mijanie się samochodów. Pomysł poruszania się tam bez ubezpieczenia powinien przysporzyć więcej adrenaliny niż słynna droga, która – nieco przesadnie – nazywana jest drogą samobójców. Niemniej jednak, to określenie z pewnością pasowałoby do trasy podczas deszczu. W takich warunkach nie chciałabym sprawdzać czy faktycznie jest ono aż tak nietrafione. Przyznaję też, że zupełnie inne emocje towarzyszyłyby mi podczas pokonywania tej trasy autobusem… 

bty
W drodze do Sa Calobra

Pora na przepiękne słowa podróżnicze, którymi postaram się odwrócić uwagę od niedojechania do zatoki Sa Calobra: W podróży nie liczy się cel, a droga. Mając jednak na uwadze to, że taki cytat nie wystarczy, należałoby wspomnieć dlaczego nie udało nam się tam dotrzeć. Po kilku godzinach w Valldemossie (osobny wpis na temat zwiedzania tego miasteczka znajdziecie tutaj), późnym popołudniem postanowiliśmy wypróbować majorkańskie serpentyny. Będąc na miejscu okazało się, że parking przy zatoce dostępny jest wyłącznie do 19:00. Chciałam tylko dodać, że od tej godziny dzieliło nas jeszcze 30 minut. Podjęliśmy próby znalezienia innego miejsca parkingowego, które okazały się bezskuteczne. Właśnie z tak głupiego powodu nie odwiedziliśmy tego miejsca. Myślę, że był to jeden z uroków zwiedzania Majorki w sezonie. Zdaję sobie sprawę z tego, że straciliśmy okazję na poznanie jednej z najciekawszych (i najbardziej zatłoczonych) atrakcji wyspy ale nie żałuję, że się tam wybraliśmy. Droga do zatoki była atrakcją samą w sobie. 


TRASA Z VALLDEMOSSY DO SA CALOBRA:

Pewien szalony i utalentowany architekt zdecydował się stworzyć krętą drogę prowadzącą do zatoki Sa Calobra, nie zważając na niesprzyjające (delikatnie mówiąc) jej powstaniu warunki. Antonio Paretti zaprojektował trasę przypominającą splątaną serpentynę, rzuconą niedbale na Sierra de Tramuntana. Nie do końca zgadzam się z opisami tej drogi w przewodnikach turystycznych. Odnoszę wrażenie, że wiele z nich stawia trasę na równi z przejazdem po kładce nad buchającym gorącą lawą wulkanem. Nie można jednak odmówić jej atrakcyjności i malowniczości. Pokonując słynną drogę, różnica wysokości na odcinku 4 kilometrów wynosi 800 metrów! Średnie nachylenie trasy wynosi 7% i stanowi nie lada wyzwanie dla rowerzystów (których zobaczycie tam na każdym kroku). Jednym z najsłynniejszych punktów MA-10 jest Nus de sa Corbata – nazwa w polskim tłumaczeniu oznacza Węzeł Krawata. Droga krzyżuje się tam sama ze sobą. Nie był to jednak najtrudniejszy moment tej trasy – czytając przewodniki, spodziewałam się czegoś ekstremalnego. Najwidoczniej autorów troszkę poniosło. Niemniej jednak, poza Węzłem Krawata pokonacie jeszcze 300 innych zakrętów, które sprawią, że na nudę raczej nie będziecie narzekać.

zakret

Podczas budowy trasy usunięto ponad 30 tysięcy metrów sześciennych skał, które w późniejszym czasie wykorzystano do wyrównania drogi. Droga powstała w 1932 roku, bez pomocy maszyn. Zgodnie z planem architekta, podczas planowania serpentyn unikano tworzenia tunelów na trasie. Podczas przejażdżki nie zobaczycie też zbyt wielu zabezpieczeń i barierek ochronnych na krawędzi jezdni, o których Paretti mógłby pomyśleć (taki wniosek nasunął mi się wiele razy podczas mijania się na tej trasie samochodów).



CALA TUENT – SĄSIEDNIA PLAŻA:

Pobliska Cala Tuent była doskonałą alternatywą, która zastąpiła nam zatokę Sa Calobra. Wieczorem odpoczywało tam zaledwie kilka osób. Skromna gromadka na plaży nie była częstym widokiem na Majorce. Zapewne nie wyglądałaby tak Sa Calobra (to tylko moje marne pocieszenie, choć może jest ono trochę trafne). Relaks na spokojnej, kamienistej plaży był nawet zadowalającą nagrodą pocieszenia.


KOLACJA I WIECZORNY SPACER W SOLLER:

Wieczorem zdecydowaliśmy się na przystanek w majorkańskim Soller – mieście pomarańczy. W przeszłości owoce zapewniały mieszkańcom ogromne zyski. W XVIII wieku eksportowano je do południowej Francji, skąd trafiały do różnych zakątków Europy. W II połowie XIX wieku sytuacja nie wyglądała już tak dobrze – tamtejsze drzewa zostały zniszczone przez szkodniki, wskutek czego plantatorzy wyjechali do sąsiednich krajów w poszukiwaniu nowego miejsca pracy. Do owoców będących znakiem rozpoznawczym miasta nawiązuje kolor słynnego tramwaju łączącego Soller z pobliskim portem. Nie spędziliśmy wystarczająco dużo czasu w tym miejscu abym mogła napisać o nim coś więcej. Odniosłam wrażenie, że sporo się w nim dzieje, choć może jest ono gwarne jedynie w sezonie. Z chęcią zweryfikuję to podczas kolejnej wizyty na wyspie.

Postaram się opisać chociaż klimat miasteczka, w którym spędziliśmy piątkowy wieczór. Przy Placu Konstytucji – poza przepięknym neogotyckim kościołem Świętego Bartłomieja – zobaczycie wysyp knajpek. Większość z nich walczy o klientów muzyką na żywo. Szkoda tylko, że wszyscy artyści mają mikrofony… Nie żebym miała jakiś problem z ich głosem, ale skoro występują w tym samym momencie to mogliby chociaż umówić się na jakąś wspólną piosenkę. Na szczęście śpiewający duet w wybranej przez nas restauracji był najgłośniejszy. Lokal (Cafeteria Bar Nadal) należał do energicznej właścicielki, która – w wolnych chwilach od przeciskania się pomiędzy stolikami z tacą i szerokim uśmiechem – dbała o gardło śpiewających, donosząc im co jakiś czas lekarstwo w kieliszkach. Co ciekawe, Bar Nadal nie cieszy się zbyt dobrą opinią na TripAdvisor. Nie bywam na tej stronie ale restauracja bardzo mi się spodobała więc postanowiłam sprawdzić czy tylko ja tak bardzo ją zachwalam. Okazuje się, że wiele osób posiada o tym miejscu zupełnie inne zdanie. Mimo wielu niezbyt… przychylnych opinii polecam  ten lokal!

Wydawałoby się, że przestrzeń pomiędzy restauracjami na placu w sezonie letnim jest niewielka. Najwyraźniej nie dla Majorczyków. Postanowili, że uda im się tam jeszcze wcisnąć zabytkowy tramwaj z drewnianymi wagonikami. Ciężko wyobrazić sobie podobną trasę tramwajów w Gdańsku, gdzie oddzielone barierkami tory powstają w miejscu o znacznie większej przestrzeni.


Valldemossa, Sa Calobra (a właściwie tylko droga do Sa Calobra), Cala Tuent, Soller – tam właśnie spędziliśmy nasz drugi dzień na Majorce. Jak oceniacie majorkańskie serpentyny? Zgadzacie się z moimi spostrzeżeniami czy macie raczej inne zdanie o wspomnianych wyżej miejscach? Jak bardzo powinnam się załamać pominięciem zatoki Sa Calobra? Czy Soller również Was zachwyciło? Czekam na odpowiedzi i wszelkie sugestie w komentarzach!