Budapeszt – praktyczny przewodnik

Mówi się, że kto nie był nad Balatonem, nie był na Węgrzech. Dopuszczam też możliwość, że mówi tak jedynie moja mama. W odpowiedzi na to mogłabym po prostu stwierdzić, że nie było mnie na Węgrzech i zakończyć wpis, ale zaryzykuję i przedstawię Wam relację z trzydniowego wypadu do Budapesztu. Spośród wielu pięknych miejsc w tym kraju udało mi się odwiedzić jedynie stolicę. Mam nadzieję, że kiedyś pojadę jeszcze nad Balaton, a tymczasem zapraszam do poczytania praktycznego przewodnika po Budapeszcie.

O CZYM WARTO WIEDZIEĆ? 

Mimo tylu sąsiednich państw o zróżnicowanej kulturze, Węgrzy czują się otoczeni przez samych swoich. Po I wojnie światowej utracili 70% terytorium w ramach traktatu w Trianon. Żal z powodu tego, co się stało do dziś przewija się w w węgierskiej kulturze.

Pozostając w nostalgicznym klimacie – znacie utwór White Dove grupy Scorpions? Jeśli nie kojarzycie go po tytule, tutaj możecie sprawdzić o jaką piosenkę chodzi. Po usłyszeniu melodii z pewnością wielu z Was zareaguje podobnie do mnie (czyt. aaaaaa to jest to!!!). Wykonanie słynnej grupy rockowej odniosło znacznie większy sukces niż węgierski zespół Omega, który stworzył ten utwór. Tytuł oryginalnej piosenki jest nieco bardziej skomplikowany niż angielska wersja: Gyöngyhajú lány (tłum. Dziewczyna o perłowych włosach). Oryginału możecie posłuchać tutaj (dla niecierpliwych – od 0.32).

Népkerti_pálya,_Jubileumi_Rockfesztivál,_az_Omega_együttes_koncertje,_Kóbor_János_(Mecky)._Fortepan_10914
Grupa Omega na koncercie, autor zdjęcia: Urbán Tamás, licencja, Wikimedia Commons

POLAK, WĘGIER, DWA BRATANKI? CZYM ZASKOCZĄ CIĘ WĘGRY? 

Lengyel, magyar – két jó barát, együtt harcol, s issza borát! Nie, nie usiadłam na klawiaturze. Powyższe słowa to słynne powiedzenie: Polak, Węgier, dwa bratanki, i do szabli, i do szklanki. Zażyła przyjaźń dwóch narodów 23 marca obchodzi nawet swoje święto. Czy faktycznie jesteśmy do Węgrów tak podobni, jak wynika to ze znanego przysłowia? 

Jeśli chodzi o język, to podobieństw raczej brak. Zapewne wiele razy usłyszeliście, że polski jest najtrudniejszym językiem świata. Patrząc na węgierski, nie byłabym tego taka pewna. Jeśli ktoś chciałby rozpocząć naukę i przyswoić sobie słówka w języku naszych braci, zawsze warto je zapamiętywać na zasadzie skojarzeń. Tylko w jaki sposób można skojarzyć sobie Lengyelország, oznaczające Polskę?

IMG_5525
W takim składzie stawiałyśmy czoła językowi węgierskiemu. Wielokrotnie kończyło się to niepowodzeniem.

WĘGIERSKIE ZWYCZAJE:  

Spotykając się z Węgrami przydatne może okazać się słówko egészségére. Zapewne wszyscy z Was domyślają się, że chodzi o Na zdrowie! Ale spokojnie, podczas czekania na odwzajemnione stuknięcie się szklanką piwa z Węgrem będziecie mieć dużo czasu na przypomnienie sobie tego słówka. W sumie to wieczność – Węgrzy nie wznoszą toastów piwem. Jedna z legend głosi, że w 1848 roku austriaccy żołnierze pozbawili życia 13 węgierskich żołnierzy, wznosząc toast po każdej egzekucji. Stąd unikanie tego do dnia dzisiejszego. Niemniej jednak, Ildikó (Węgierka, będąca moim doskonałym źródłem informacji) nie łączy braku takiego zwyczaju z tą legendą. Nie potrafi wyjaśnić dlaczego nie ma tam toastów. Po prostu, nie ma i już.

Pozostając przy temacie toastów (a właściwie to przy ich braku), warto też wspomnieć o zwyczajach na węgierskim weselu. Otóż beztroską zabawę panny młodej podczas szczególnej imprezy przerywa… porwanie jej przez członków rodziny. Pan Młody – chcąc odbić małżonkę – wykonuje zadanie wymyślone przez porywaczy. Ildikó wspomina, że jej brat nieprzerwanie przez dwie minuty musiał prawić komplementy teściowej.

Miłe słowa pod adresem teściowej z pewnością padają również w Wigilię. Na Węgrzech jest to Dzień Miłości. Tego dnia, podczas ewentualnego zderzenia się z samochodem z Twojej winy być może unikniesz ocenzurowanej wiązanki słów ze strony kierowcy uszkodzonego pojazdu. W Wigilię wszyscy na Węgrzech są dla siebie mili i darzą się uśmiechem. Oczywiście warto nadmienić, że prawdopodobieństwo uniknięcia niemiłej konfrontacji maleje wraz ze wzrostem ceny samochodu.

Nowy Rok na Węgrzech jest dniem lenistwa. Zgodnie z tradycją, nie wykonuje się wtedy żadnych prac. Bynajmniej nie chodzi tu jedynie o kaca odpoczynek po zabawie sylwestrowej. Węgrzy uważają, że jaki Nowy Rok, taki cały rok. W celu uniknięcia ciężkich 365 dni, 1 stycznia ograniczają wypełnianie swoich obowiązków do minimum.

Węgrzy wręczają prezenty kobietom 1 maja. Z tą małą różnicą, że u nas wręcza się kwiaty, a u nich… ozdobione wstążkami majowe drzewka. Można powiedzieć że dziewczyny otrzymują je wtedy, gdy ich związek z chłopakiem to coś więcej niż status na facebooku. Z okazji 1 maja dziewczyny mogą też otrzymać od chłopaków kosze. Jakkolwiek to nie zabrzmi, taki prezent to wyraz największej sympatii.

32472027_10214306087639922_4043086989010927616_n
Kosz, który otrzymała od swojego chłopaka Ildikó – najlepsze źródło informacji o Węgrzech

WALUTA: 

Oficjalną jednostką monetarną na Węgrzech jest forint. Być może sympatia do tego kraju spowodowana jest tym, iż Polacy mogą poczuć się w nim jak prawdziwi milionerzy… dopóki nie zainteresują się przelicznikiem walut. 1000 HUF to niecałe 14 złotych. Osoby chcące zamieścić reklamy nieruchomości muszą mieć rozmach w szukaniu billboardów. Współczuję też ekspedientkom w sklepach, liczących te wszystkie zera każdego dnia podczas raportu kasowego. Ilość zer w latach 20-tych XX wieku najwyraźniej okazała się niewystarczająca. Wprowadzono wtedy walutę Pengo, która posiadała takie banknoty jak skromne 100.000.000.000.000.000.000. Warto też dodać, że 1 forint dzielił się na 100 fillery. Jak się jednak domyślacie, nie należały one do użytecznych i w 1999 roku wycofano je z obiegu.

KIEDY WARTO SIĘ TAM WYBRAĆ?

20 sierpnia Budapeszt odwiedzają nie tylko turyści. Tysiące Węgrów również pojawia się w tym czasie w stolicy. To wspomnienie Świętego Stefana – pierwszego tamtejszego koronowanego króla. To także oficjalne pożegnanie lata. Obchody rozpoczynają się od Mszy Świętej w Bazylice Św. Stefana i procesji z jego relikwiami, w której biorą udział głowy państwa. Po oficjalnej części czas na koncerty, parady lotnicze i wodne oraz pokazy fajerwerków. Lubicie kiedy dużo się dzieje i nie przeszkadzają Wam tłumy? Kupujcie bilety i rezerwujcie hotele na dwudziestego!

IMG_5615
Mimo jednej wielkiej imprezy 20 sierpnia jestem pewna, że Budapeszt spodoba się Wam o każdej porze roku – tak jak nam!

JAK DOSTAĆ SIĘ DO BUDAPESZTU?

AUTOBUSEM: Polecam, jeśli komuś nie przeszkadza kilkanaście godzin podróży, które wynagradza niski koszt biletu. Przejazd z wielu polskich miast oferuje Flixbus. Można też skorzystać z usług Ecolines (który proponuje przejazd do stolicy Węgier z Warszawy lub z Krakowa). Dojazd z dworca kolejowego do centrum: Większość autobusów zatrzymuje się obok dworca kolejowego Kelenfold. W pobliżu znajduje się ostatni przystanek linii metra M4, który zabierze Was do centrum. Więcej informacji o metrze pojawi się w dalszej części wpisu. 

POCIĄGIEM: Odradzam. Po pierwsze, ceny za przejazd to jakiś kosmos. Po drugie, ilość godzin spędzonych w podróży sprawi, że na serio poczujecie się jak w drodze na inną planetę. Dotarcie w ten sposób do Budapesztu polecam jedynie niespełnionym kosmonautom lub osobom, które przybędą do stolicy Węgier z miast/państw położonych bliżej Budapesztu niż nasza Polska.

SAMOLOTEM: Najwygodniej i często również… najtaniej! WizzAir i Ryannair oferują loty w przystępnych cenach. Aby znaleźć najdogodniejsze połączenie warto skorzystać z wyszukiwarki eSkyDojazd do centrum: Lotnisko Liszt Ferenc oddalone jest o 16km od centrum miasta. Niedawno pojawiło się nowe połączenie autobusowe 100E, które zapewnia transport z lotniska do Deak Ferenc ter. Bilet (zakupiony w automatach, u kierowcy lub w kasach) kosztuje 900HUF. Niech Was nie przestraszy ta suma – to niecałe 13zł. Autobus z lotniska kursuje codziennie od 5:00 do 00:30, zaś na lotnisko od 4:00 do 23:30 (co 30min w obie strony). Istnieją też inne sposoby dojazdu, ale ta opcja wydaje mi się najlepsza – niedrogo i bez przesiadek.

lot

JAK PORUSZAĆ SIĘ PO MIEŚCIE?

Zachęcam do zaopatrzenia się w aplikację Maps Me. To nawigacja, która działa bez połączenia z Internetem (potrzebujemy go jedynie w celu pobrania mapy danego miejsca). Dzięki niej można z łatwością namierzyć pobliskie atrakcje, bary, muzea, supermarkety i bankomaty. Polecam też stronę internetową BKK Futar, która pomoże Wam odnaleźć właściwy transport i zorganizować logistycznie cały wyjazd. To taki węgierski odpowiednik polskiego jakdojade.pl.

Budapeszt był miejscem spotkania naszej grupki złożonej z Polek, Czeszek i Słowaczek. Przed wyjazdem nie widziałyśmy się od kilku dobrych miesięcy. Będąc w Budapeszcie zagadywałyśmy się na śmierć i każda próba dojścia do obranego przez nas celu kończyła się dotarciem tam z opóźnieniem. No, ale było wesoło.

Mimo komplikowania sobie trasy zawsze docierałyśmy tam, gdzie chciałyśmy. To niezbity dowód na to, że poruszanie się po Budapeszcie jest dziecinnie proste, nawet jeśli nie bardzo przykładacie się do orientacji w terenie. Udało nam się zrealizować większość założonych punktów wycieczki, ale ze względu na notoryczne pomijanie wskazówek nawigacji dojście do celu zajmowało nam znacznie więcej czasu. Ażeby zobrazować powód nazwania naszej grupy Making circle team, załączam mapki:

trasa normalnego człowieka
Trasa normalnego człowieka, który przykłada uwagę do tego, w którą stronę powinien się udać.
Making circles team
Genialne my, zajęte rozmową.

Aby zobaczyć bardziej oddalone miejsca warto skorzystać z drugiego najstarszego metra na świecie (zaraz po Londynie). Linie kolei podziemnej tworzą przejrzystą siatkę i doskonałą atrakcję turystyczną. Niektóre linie do dziś posiadają urocze i zabytkowe (żeby nie powiedzieć stare) wagoniki, przypominające o roku powstania kolejki (1894). Taka przejażdżka niewskazana jest po obiedzie – oprócz rozważań na temat tego, czy uda się dojechać do celu, najstarsza linia wytrzęsie z Was cały posiłek. Podczas komunikatu o zamknięciu drzwi i zakazie wsiadania po sygnale (które w tym języku brzmi co najmniej jak przeczytanie tekstu zaszyfrowanego enigmą) spodziewajcie się gwałtownego szarpnięcia, które oznacza próbę wprowadzenia w ruch starych wagonów metra. Co więcej, jeśli spotkacie w najstarszym składzie znajomych, w trakcie hamowania motorniczego raczej sobie z nimi nie porozmawiacie. Zatrzymywanie wagonów w budapesztańskim metrze jest dość głośnym procesem. Nie można jednak odmówić tamtejszej kolei podziemnej specyficznej i niepowtarzalnej atmosfery! Taka przejażdżka to podróż w czasie. Jeśli kogoś zainteresował temat tego środka transportu, polecam węgierski komediodramat Kontrolerzy.

Ceny biletów:

  • jednorazowy – 350 HUF (5zł),
  • przesiadkowy – 530 HUF (7,50zł),
  • całodobowy – 1650 HUF (25zł),
  • bilet na 72h – 4825  HUF (65zł),
  • siedmiodniowy – 4950 HUF (70zł),
  • plik 10 jednorazowych – 3000 HUF (44zł).

Można je zakupić w automatach na przystankach lub w kioskach. Te same bilety obejmują przejazdy autobusem i tramwajem. Pamiętajcie o skasowaniu biletu! Nie chowajcie go głęboko w plecaku – przy wyjściu z metra często będą Was zatrzymywać kontrolerzy. Nie wiem czy taka obstawa była spowodowana ilością zapłaconych przeze mnie mandatów i moim szczęściem do Panów Kanarów czy po prostu tak bardzo pilnują tego w Budapeszcie.

!!!!
mapa metra w Budapeszcie, źródło: Wikimedia commons, domena publiczna

Ciekawym środkiem transportu są promy, które pływają po Dunaju. Więcej informacji na ich temat pojawi się w atrakcjach miasta. Połączenie bycia atrakcją turystyczną, a zarazem środkiem transportu nie ogranicza się jedynie do tamtejszych promów czy też drugiego najstarszego metra. Warto zwrócić uwagę na zabytkowe tramwaje linii o numerze 2 (na poniższym zdjęciu). Ich trasa biegnie wzdłuż Dunaju, oddalając się od jego wód tylko na moment, aby okrążyć przepiękny budynek parlamentu.

IMG_5553

GDZIE NOCOWAĆ?

Jeśli interesują Was tanie pokoje wieloosobowe, polecam położony przy Oktogonie AVENUE HOSTEL. Koszt noclegu w pokoju 8-osobowym ze śniadaniem wynosi 80zł (poniższe zdjęcia pochodzą ze strony hostelworld.com). Plusy tego obiektu? Mnóstwo. Pokoje są schludne, wszędzie jest naprawdę czysto. Hostel znajduje się w samym centrum miasta. Cena za taki nocleg jest niewielka. Minusy? Poza obiektem hotelowym w budynku są też mieszkania. Hałasy na patio nie wchodzą w grę. Nasze głośne rozmowy kończyły niezadowolone sąsiadki. No ale trzeba przyznać, że dyskusje piątki dziewczyn, które nie widziały się od kilku miesięcy raczej nie należały do najcichszych. Zwłaszcza te wieczorne. Po dokonaniu rezerwacji poprzez ten link i zakończeniu pobytu otrzymacie 50zł na Wasze konto. W zamian za to, na moje konto również wpłynie 50zł  – z góry dzięki!

CO ZJEŚĆ I WYPIĆ W BUDAPESZCIE?

Ze względu na ograniczony budżet (nic nowego) nie chadzałyśmy sobie zbyt często do restauracji. Zazwyczaj robiłyśmy zakupy w pobliskich marketach. Często kupowałyśmy coś podczas spaceru po mieście na przeróżnych stoiskach. Wbrew pozorom nie skazało nas to na poznanie kuchni węgierskiej jedynie dzięki Tygodniowi Węgierskiemu w Lidlu. Jedzenie z tamtejszych stoisk zawstydziłoby niejedną restaurację (nie znam się to się wypowiem).

Podczas wizyty w Budapeszcie na pewno warto spróbować langosza. To rodzaj placka drożdżowego, który można porównać do słonego pączka. Najczęściej podaje się go z żółtym serem i sosem czosnkowym. Spróbujcie też gulaszu na czerwonym winie, zupy gulaszowej, a także węgierskiego leczo. Jednym z wielu dań kuchni węgierskiej jest nadziewana papryka z ryżem i mięsem mielonym oraz zupa wiśniowa. Jak widzicie, potrawy te brzmią znajomo, a kuchnia węgierska raczej nie stanowi egzotyki dla Polaków. Jako, że moje powiązanie z kuchnią nie powala na kolana, osoby chcące poznać więcej konkretów powinny zajrzeć do książki „Smak Węgier” autorstwa Roberta Makłowicza.

Nie sposób nie wspomnieć o Turo Rudi. To węgierski batonik czekoladowy, który swoją rangą odpowiada Ptasiemu Mleczku w Polsce. Dowodem na to jest wprowadzenie tam sławnych lodów McFlurry z McDonald’s o smaku Turo Rudi. Turo po węgiersku oznacza twaróg, stąd nazwa słodyczy. Składa się z białego sera oblanego masą kakaową. Właściwie to ciężko jest opisać ten smak. Jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi, jest słodki, a jednocześnie kwaśny. Początkowo opinie ekspertów na jego temat były wręcz chwalebne. Nazywano go zdrową przekąską. Późniejsi badacze, którzy przestudiowali jego skład nie byli już tak przychylni jak ich poprzednicy. Nie spodobało im się wykorzystanie do produkcji batoników tłuszczy trans. Najbardziej zbliżoną wersją Turo Rudi dostępną w Polsce jest baton Danio.

800px-Turo_Rudi_-_Broken_in_half
źródło: Gargaj/Conspiracy, Wikimedia Commons

Jedzenie jedzeniem, ale co wypić w Budapeszcie? Pozwólcie, że pominę kwestię dotyczącą win, które produkuje się m.in. w Miskolcu czy Tokaju i skupię się głównie na stolicy. Najpopularniejszym trunkiem, które równie dobrze mogłoby nosić nazwę węgierska tradycja jest Palinka. To mocny alkohol (minimum 37%), który klasyfikuje się jako brandy. Węgierskie powiedzenie głosi, że jeśli można z czegoś zrobić dżem, to można też z tego zrobić palinkę. Cała prawda – trunek produkuje się w stu procentach z owoców (śliwki, morele, pigwy, jabłka), bez pomocy spirytusu. Pozostając w temacie Palinki, po wieczorze z tradycyjnym węgierskim trunkiem następnego dnia możecie poczuć macskajaj – węgierski odpowiednik słowa kac, które w dosłownym tłumaczeniu oznacza koci lament.

Najpopularniejszym składnikiem tamtejszej kuchni węgierskiej, którego nie może zabraknąć w żadnym domu jest papryka. Dodaje się ją praktycznie do wszystkiego… mięs, zup, ryby, wędlin, a nawet ciast. Jedna z tamtejszych odmian jest sto razy ostrzejsza od sławnej chili. Uwielbia się ją na Węgrzech do tego stopnia, że ma ona swoje święto. Co roku we wrześniu w miejscowości Kalocsy odbywa się Paprykobranie. Konkretnym przykładem na przywiązanie do tego warzywa jest fakt, iż w XIX wieku pojawiła się nawet gazeta o nazwie Papryka segedyńska, w której publikowano treści związane jedynie z papryką…

ŻYCIE NOCNE: 

W tym podrozdziale można zauważyć smykałkę do biznesu oraz spryt, jakim wykazała się ta nacja. Miejsca z obdrapanymi ścianami o wątpliwej estetyce zazwyczaj nie stanowią atrakcyjnego punku na mapie z perspektywy turysty. Otóż nie w Budapeszcie. Właściciele trzydziestu barów stworzyli z wielu nieciekawych ruin miasta klimatyczne miejsca na wieczorny wypad. Najsławniejszym ruinowym pubem jest SZIMPLA, zajmująca trzecie miejsce w rankingu najlepszych barów na świecie (według Lonely Planet). Z kolei największym klubem w ruinie (jakkolwiek to nie zabrzmiało, lokal ma się bardzo dobrze) jest INSTANT, posiadający 7 barów i dwa ogródki. Jeśli ktoś szuka konkretnego miejsca do potańczenia, zdecydowanie powinien pojawić się w FOGAS lub MORRISON’S 2.

Jeśli nie narzekacie na brak funduszy, klikając tutaj możecie zafundować sobie pub crawling – wycieczkę po pubach. Koszt wynosi 17 euro/osoba lub 5000 HUF/osoba. W cenę wliczono odwiedziny ponad pięciu barów, darmowe drinki przez godzinę, wiele gier i zabaw. Wiadomo, nie będzie gry w chińczyka, chodzi raczej o zabawy dotyczące związków organicznych, zawierających jedną lub więcej grup wodorotlenowych OH z wyjątkiem fenoli (alkohol).

CO ZOBACZYĆ W BUDAPESZCIE PRZEZ WEEKEND?

Spodziewajcie się obszernej odpowiedzi na to pytanie. W kolejnym wpisie skupię się na atrakcjach, jakie oferuje odwiedzającym Budapeszt. Zachęcam do ponownych odwiedzin bloga w krótkim czasie, aby poczytać o tym, co można zobaczyć w stolicy Węgier podczas weekendu. Stay tuned! Dziękuję Weronice, jej węgierskiej koleżance Ildikó – będącej niezawodnym źródłem informacji o tym kraju i Juli – towarzyszce wypadu i autorce kilku zdjęć, które pojawią się w większej ilości w drugiej części wpisu o Budapeszcie. 

12828970_10208638020498822_1004646857424780809_o

Weekend w Amsterdamie – co zobaczyć?

Mieszkańcy Amsterdamu nazywają to miasto wielką wioską. Nie bez powodu. Dużo zieleni (tym razem chodzi o drzewa i trawniki, a nie o zaopatrzenie w Coffee Shop), 1280 mostów, ograniczony ruch samochodowy, mnóstwo rowerów i wyluzowani mieszkańcy tworzą niesamowicie sielską atmosferę. W jaki sposób można spędzić tam ciekawie weekend? Jakie atrakcje warto zobaczyć, a które można sobie odpuścić? Odpowiedź znajduje się w niniejszym wpisie. 

Jak dostać się do Amsterdamu? Gdzie nocować? Jak poruszać się po mieście? Co i gdzie zjeść? Kiedy tam pojechać? W jaki sposób jeździ się na rowerze w Amsterdamie? Dlaczego omijam Space Brownie szerokim łukiem? Jak wygląda praca pań uprawiających w tym mieście najstarszy zawód świata? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie w poprzednim wpisie.

1454914_10201296698152753_334417833_n

Poniżej opisałam najsłynniejsze atrakcje, które powinniście uwzględnić podczas Waszej wizyty oraz te, które mogą Was rozczarować:

THE ANA FRANK HOUSE:

Rozpocznę od najsmutniejszego miejsca. Jest nim The Ana Frank House, w którym Żydówka Ana ukrywała się ze swoją rodziną podczas II wojny światowej. W dniu 13 urodzin dziewczynka otrzymała od rodziny notatnik. Postanowiła stworzyć z niego pamiętnik – niezwykle poruszającą historię dwuletniego życia w ukryciu, opisaną słowami dziecka. Wydawałoby się, że ma przed sobą jeszcze całe życie. Niestety, czasy wojny brutalnie przerwały jej dzieciństwo. Zanim przeczytałam wspomnienia dziewczynki, spodziewałam się historii przepełnionej cierpieniem. Wiadomo, że ciężko byłoby pominąć je w tym pamiętniku. Niemniej jednak, zdecydowanie przeważa w nim pozytywne nastawienie i ciekawe spostrzeżenia dziecka obserwującego świat przez szybęCzytając go ma się wrażenie, że Ana nigdy nie utraciła nadziei na poprawę sytuacji. To z kolei sprawia, że notatnik porusza jeszcze bardziej. Dziewczynka zakończyła swoje krótkie życie w obozie koncentracyjnym. Spośród jej rodziny przeżył tylko ojciec, który postanowił opublikować wspomnienia córki. Książkę przetłumaczono na 70 języków. Pamiętnik Any Frank doczekał się nawet ekranizacji. Miejsce, w którym ukrywała się wraz z rodziną obecnie udostępniono odwiedzającym. Spacer po jego wnętrzu jest wstrząsającym przeżyciem. To możliwość cofnięcia się w czasie i obejrzenia wszystkich zakamarków, które dziewczynka ujęła w swoim pamiętniku. Smutną atmosferę pogłębiają cytaty Any zaczerpnięte z notatnika, które zamieszczono na ścianach domu.

800px-Diary_of_Anne_Frank_28_sep_1942
Pamiętnik Any Frank, domena publiczna, źródło

Nie zwlekajcie z kupnem biletów! Zainteresowanie muzeum jest ogromne. Niekiedy ciężko jest nabyć wejściówki. Można je zakupić już 2 miesiące przed planowaną wizytą. Chcieliśmy odwiedzić The Ana Frank House podczas drugiej wizyty w Amsterdamie, ale skończyło się jedynie na planach – zabrakło biletów. Ze względu na remont budynku, który potrwa do lipca 2018 roku, wejście możliwe jest tylko za okazaniem biletu zakupionego przez Internet (kupicie go tutaj). Cennik i szczegóły dotyczące godzin otwarcia znajdują się tutaj. Nie planujecie wizyty w Holandii w najbliższym czasie? Możecie poznać to miejsce, odbywając wirtualny spacer

VAN GOGH MUSEUM:

To najczęściej odwiedzane muzeum w Amsterdamie. Nie bez powodu! Właściwie to nie muzeum, a galeria sztuki, w której zgromadzono liczne dzieła popularnego malarza i kilka obrazów jego przyjaciół. Najsłynniejszymi malowidłami, które wchodzą w skład ekspozycji są Słoneczniki, Jedzący kartoflePokój van Gogh’a w Arles czy też Kwitnący migdałowiec. Van Gogh cierpiał na zaburzenia psychiczne i napady lękowe. Swoje emocje uwiecznił na obrazach, które pozwalają się z nim utożsamić. Malarz, który w dzisiejszych czasach jest jednym z najsłynniejszych artystów na świecie, zmarł w wieku 37 lat jako nieznana światu osoba. Sławę zyskał dopiero po śmierci. Prawdopodobnie sam odebrał sobie życie. Jego obrazy usytuowano w muzeum w kolejności chronologicznej. Wystawy wzbogacono o liczne informacje, które umożliwiają poznanie jego osobowości i etapów życia. Ekspozycje są naprawdę przemyślane i ciekawie urządzone. Właściwie to sam budynek, w którym mieści się galeria sztuki Van Gogha jest atrakcją, którą warto zobaczyć podczas wizyty w Amsterdamie.

Polecam wybrać się tam z samego rana – w przeciwnym razie spędzicie kilka godzin na ocieraniu się o tłumy turystów. Wstęp do muzeum jest możliwy jedynie po zakupie biletu przez Internet (kupicie go tutaj). Koszt biletu wynosi 18 euro – kwota jest niemała, jednak zdecydowanie warto zainwestować w ten punkt wycieczki! Bilety kupuje się na konkretną godzinę, ale dopuszcza się półgodzinne spóźnienie. Godziny otwarcia muzeum w poszczególne dni podano tutaj. Polecam dorzucić do tej kwoty 5 euro i zaopatrzyć się w audio tour – multimedialny przewodnik po muzeum, który dostępny jest w 11 językach (m.in. w języku polskim). 

museum-1734736_960_7201

RIJKSMUSEUM: 

W holenderskim Muzeum Narodowym możecie obejrzeć m.in. dzieła Rembrandta i Vermeera (m.in. Dziewczyna z perłą). Oprócz 5 tysięcy obrazów, wystawy tworzą również rzeźby, grafiki i rękodzieła. Warto zwrócić uwagę na bibliotekę muzealną. Większość turystów przychodzi tutaj, aby zobaczyć wielki napis iamsterdam, znajdujący się przed XIX-wiecznym budynkiem Rijksmuseum. Usilnie próbują sfotografować się przy którejś z literek, ale zdjęcie bez 23456789 osób w tle graniczy z cudem.

Do muzeum można wpaść codziennie w godzinach 10:00 – 17:00, ale sprzedaż biletów kończy się o 16:30. Aby nie tracić czasu w kolejkach do kasy warto zakupić bilet online (klikając tutaj). Koszt wynosi 17,50 euro (osoby poniżej 18 roku życia wchodzą za darmo). Co ciekawe, 50% zniżki na bilety posiadają klienci banku ING, który był sponsorem przebudowy Rijksmuseum. 

HEINEKEN EXPERIENCE:

To kolejna atrakcja, którą każdego dnia odwiedzają tłumy turystów. Heineken jest piwem, które zdobyło sławę na całym świecie. Swoje początki miało w Amsterdamie. Miejsce, w którym jeszcze 20 lat temu warzono piwo, przekształciło się w spore muzeum. W salach znajdują się interaktywne wystawy, które zaznajomią Was z procesem produkcji. Dowiecie się też sporo na temat historii tej marki i jej początków na rynku. Zwiedzanie kończy się degustacją dwóch piw na tarasie (wliczonych w cenę biletu) z widokiem na miasto.

Bilety można zakupić na miejscu lub przez Internet. Polecam drugą opcję – pozwoli Wam zaoszczędzić godzinę, którą przeznaczylibyście na stanie w kolejce. Po wyborze rodzaju wycieczki, dnia, godziny zwiedzania i stawienia się w Heineken Experience pozostaje Wam uśmiechnąć się do ludzi czekających w kolejce do kasy i rozpocząć zwiedzanie. Koszt biletów: 16 euro/osoba dorosła, 12,50 euro/młodzież w wieku 12-17 lat, dzieci poniżej 12 roku życia mogą wejść do muzeum za darmo. Godziny otwarcia: poniedziałek – czwartek 10:30 – 19:30, piątek – niedziela 10:30 – 21:00 (pamiętajcie, że ostatnie wejście do Heineken Experience możliwe jest najpóźniej 2 godziny przed zamknięciem muzeum). 

PLAC DAM I RATUSZ MIASTA

Słysząc o najsławniejszym placu w Amsterdamie spodziewałam się czegoś spektakularnego – być może było to spowodowane nazwą tego miejsca. Ujrzenie go na własne oczy bynajmniej nie było czymś w rodzaju „Taaa Daaaam”. Bez Taaa, po prostu Dam. Słowo to oznacza w języku niderlandzkim tamę. Dodajcie do tego rzekę Amstel przepływającą przez miasto i uzyskacie genezę nazwy Amsterdam. Czy plac imponuje? Owszem, rozmiarem. Wyglądem na pewno nie. Dam Square, do którego przylega Pałac Królewski jest chyba najbrzydszym placem głównym. Wypada – łagodnie mówiąc – dość słabo, w porównaniu do innych placów głównych w europejskich stolicach. Pośrodku niego usytuowano pomnik ofiar II wojny światowej. Mimo, że plac nie grzeszy pięknością, nie brakuje tam turystów – to dobry punkt na rozpoczęcie zwiedzania miasta. Sporo osób wpada tam, aby odwiedzić muzeum figur woskowych.

W 1665 roku w tym miejscu powstał PAŁAC DAM (Pałac na Tamie), który w tamtych czasach zachwycał wszystkich wielkością i przepychem. Budowlę wzniesiono na mokradle – tak jak w przypadku setek innych budynków w tym mieście. Pałac utrzymuje się na 13659 drewnianych palach o długości 20m, które sprowadzono tam z… Polski. Jeszcze do niedawna uczniowie w szkołach musieli znać dokładną ilość pali, które mieszczą się pod nim. Jego wygląd zewnętrzny raczej nie zachwyci, ale wnętrze z pewnością zrobi na Was wrażenie. W 1936 roku po długiej przerwie na pełnienie roli pałacu królewskiego, budynek ponownie stał się ratuszem. Wnętrze pałacu można zwiedzać w godzinach 10:00 – 17:00, cena: 10 euro/osoba dorosła, dzieci i młodzież do lat 17: bezpłatnie. 

Oprócz drewnianych pali utrzymujących ratusz (sprowadzanych głównie z naszego kraju) kolejny polskim akcentem jest HOTEL o nazwie KRASNAPOLSKY z XIX wieku. W 1866 roku Adolf Krasnapolsky postanowił przejąć dość nierentowną polską kawiarnię, którą w późniejszym czasie zamienił w luksusowy hotel. W każdym z pokojów była ciepła woda, a nawet telefon. Tak dobre warunki przyciągały najbogatszych klientów.

1455862_10201296704872921_588521718_n20170620_181919

NIEUWE KERK:

Przy Dam Square zobaczycie też Nieuwe Kerk (Nowy Kościół). Nazwa średnio pasuje do tego budynku – kościół powstał w średniowieczu. To tam odbywały się koronacje królów Holandii – m.in. królowej Beatrix w 1980 roku. Ponadto, w tym miejscu w 2002 roku odbyła się ceremonia zaślubin jej syna. Zanim Pałac Królewski przylegający do Placu Dam zamienił się w ratusz, Nieuwe Kerk był siedzibą władz miasta.

OUDE KERK: 

To z kolei kościół zwany starym, który powstał w XIII wieku. To najstarszy kościół parafialny w mieście, który mieści się w… Dzielnicy Czerwonych Latarni. Jego charakterystycznym elementem jest ośmiokątna dzwonnica. Dawniej był to kościół katolicki. W 1578 roku stał się świątynią protestancką, biurem matrymonialnym, a także archiwum miejskim. Wstęp do kościoła jest płatny, dlatego też pominęliśmy zwiedzanie wnętrza. Dla zainteresowanych: świątynię można zwiedzać od poniedziałku do soboty w godzinach 10:00- 18:00 i w niedzielę od 13:00 do 17:00. Ceny: dorośli – 10 euro, studenci – 7,50 euro, dzieci do lat 13 – bezpłatnie. 

old-church-2800906_960_720

WESTERKERK 

Zdaję sobie sprawę z tego, że odwiedzający Amsterdam raczej nie odbędą zwiedzania szlakiem kościołów, ale nie sposób nie wspomnieć o tym budynku. To przepiękna świątynia z najwyższą wieżą w mieście. Znajduje się w bliskim sąsiedztwie od Domu Anny Frank. W niedziele o 13:00 odbywają się tam koncerty, złożone nie tylko z utworów o tematyce religijnej. W repertuarze często pojawiają się The Beatles.

1549345_608601319193482_956766026_n

20170620_154902

JORDAAN: 

To kawałek Amsterdamu w sąsiedztwie Westerkerk i domu Anny Frank, który był kiedyś najbiedniejszą dzielnicą. Obecnie jest to jedna z najliczniej odwiedzanych części miasta, przepełniona małymi i krzywymi (o tym nieco później) kamienicami, barami i kawiarniami. Warto wybrać się tam wieczorem i poczuć atmosferę tego miejsca.

BEGINJHOF:

To swego rodzaju ośrodek, który zamieszkiwały niegdyś kobiety pochodzące z zamożnych rodzin, które nie miały męża. Stworzyły świeckie stowarzyszenie religijne wdów i samotnych kobiet, które funkcjonowało od XII wieku. Jak doszło do powstania zgromadzenia? Podczas wypraw krzyżowych wiele kobiet straciło mężów. Funkcjonowanie wspólnoty i pomoc innym stało się ich nowym sposobem na życie. Beginki ślubowały czystość, ubóstwo i posłuszeństwo. Zamieszkiwały wspólnotę dobrowolnie i w każdym momencie mogły ją opuścić. Utrzymywały się z własnej pracy (głównie rzemieślniczej) i opiekowały się biednymi. W ciągu dwustu lat rozprzestrzeniły się po całej Europie (m.in. w Polsce – na Pomorzu i Śląsku). Pozostawiły po sobie mnóstwo kościołów i zamków. Najładniejsze beginaże można zobaczyć w Holandii, Belgii i na terenie Niemiec.

amsterdam-2674690_960_720

REJS – AMSTERDAM Z CIEKAWEJ PERSPEKTYWY: 

To najlepsza atrakcja (moim zdaniem), z której można skorzystać, będąc w Amsterdamie. Niestety nie jest ona darmowa, ale są to świetnie zainwestowane pieniądze. Miasto posiada ponad 600 uroczych kanałów. Aby je poznać warto wybrać się na rejs. Poza wejściem na pokład zazwyczaj otrzymuje się audio przewodniki (dostępne m.in. w języku polskim), które przybliżą historię miasta w ciekawy sposób. Ceny rozpoczynają się już od 10 euro. Dzięki koleżance, która zna chyba wszystkich ludzi na świecie (a z pewnością wszystkich w Amsterdamie) udało nam się uniknąć opłaty. Rejs za darmo cieszy jeszcze bardziej, ale skorzystałabym z tej atrakcji nawet jeśli miałabym za nią zapłacić. NAPRAWDĘ WARTO, zwłaszcza po zmroku! Więcej informacji na temat firm oferujących tę atrakcję, a także o kupnie biletów znajdziecie tutaj.

Podczas rejsu spotkacie się z mnóstwem łodzi. Wielu mieszkańców Amsterdamu stworzyło w nich własne domostwa. Ten pomysł pojawił się podczas kryzysu budowlanego po zakończeniu II wojny światowej. Z konieczności mieszkania w miejscu, za które z pewnością płaci się mniejszy czynsz niż w zwykłym budynku, dla niektórych stało się to nowym style życia.  W samej stolicy Holandii jest ich aż 2500! Co ciekawe, każda łódź posiada swój adres.

20170620_16282520170620_16434620170620_15593520170620_16250420170620_15510920170620_164645~220170620_16065520170620_15474020170620_155731

KRZYWE KAMIENICE:

Jeśli myślicie, że ciasteczka z marihuaną klepnęły, bo domy w Amsterdamie sprawiają wrażenie konkretnie pochylonych, możecie śmiało przyznać się do tego znajomym, którzy wybrali się z Wami na tę ucztę. Gwarantuję, że nie tylko oni odniosą takie wrażenie. W Pizie jest zaledwie jedna Krzywa Wieża, która zyskała sławę na całym świecie, ale to Amsterdam posiada setki takich budynków. Co ciekawe, architekt nie popalał sobie kwiatostanów podczas pracy. Przyczyna pochyłych kamienic nie ma nic wspólnego z zaopatrzeniem w Coffee Shop. Z powodu niestabilnego gruntu należało budować domy na drewnianych palach. Niemniej jednak, drewno w tamtych czasach było niezwykle cennym surowcem i nie każdy mógł sobie pozwolić na sprowadzenie wystarczającej ilości pali, które podtrzymywałyby budynek. Na efekty nie trzeba było długo czekać – odchylenia z powodu braku dostatecznego podtrzymania gruntu obecnie widać gołym okiem.

W XVII wieku Amsterdam był najbogatszym europejskim miastem, czego nie można powiedzieć, patrząc na małe i skromne kamienice z tamtych czasów. Zamożnym kupcom wystarczyło osiedlenie się w znakomitej lokalizacji, która udowadniała ich wysoką pozycję społeczną, bez konieczności zdobienia swojego domostwa. Większość kamienic jest niewielka ze względu na to, że przy wznoszeniu wielkich budynków trzeba było odpowiednio przygotować grunt. Ponadto, podatki nakładane przez władze miasta również zniechęcały do tworzenia okazałych budowli. Jego wielkość zależała od metrażu powierzchni u podstawy – mieszkańcy wykazywali się sprytem i często wychylali ścianę czołową do przodu, tworząc więcej miejsca w górnych częściach domu.

20170620_155655

PODSUMOWUJĄC: 

Mam nadzieję, że wpis przekonał Was o tym, że Amsterdam to miejsce dla każdego. Atrakcje jakie oferuje są naprawdę zróżnicowane i nie ma takiej opcji, aby wypad na weekend do stolicy Holandii należał do nieudanych. Mam nadzieję, że wkrótce sami się o tym przekonacie. Jeśli uważacie, że we wpisie brakuje jakichś informacji i chcielibyście dodać coś od siebie – zachęcam do przekazania Waszych propozycji w komentarzach!