Praca w Dorney Parku – dlaczego WARTO wziąć udział w Work&Travel?

W 2015 roku wzięłam udział w programie studenckim Work&Travel. Była to moja pierwsza wyprawa za ocean i pierwszy tak daleki wyjazd. Nigdy nie żałowałam tej decyzji i zachęcam do skorzystania z programu każdego, kto wciąż ma na niego jeszcze szansę.  

JAKĄ FIRMĘ WYBRAĆ?

Pomysł wyjazdu pojawił się u mnie dopiero w marcu, kiedy miałam już ostatnie chwile na podjęcie decyzji. Zobaczyłam plakat na moim wydziale, wybrałam się na spotkanie informacyjne i zdecydowałam, że pojadę. Ze względu na to, że zgłosiłam się do programu późno, nie przeglądałam konkurencyjnych ofert. Nie zmienia to faktu, że polecam firmę CCUSA. Wszystko przebiegało sprawnie i bez problemów. Byłam również zadowolona z dobranej dla mnie pracy (ratownik wodny w parku rozrywki). Wybrałam opcję Work Experience USA. Zamieszczam link do strony internetowej CCUSA, na której opisano szczegółowo oferowane przez firmę programy, dostępne tutaj.

DLA KOGO JEST PROGRAM?

W programie mogą wziąć udział osoby posiadające status studenta uczelni wyższej (studia licencjackie, magisterskie – tryb dzienny, zaoczny czy też wieczorowy). Poziom języka angielskiego powinien być komunikatywny (a nie perfekcyjny!). Uważasz, że sobie nie poradzisz? Skoro dziesiątki tysięcy osób wzięło udział w tym programie i przeżyło, dlaczego niby Tobie ma się to nie udać?

CHĘTNIE WYBRAŁBYŚ/AŁABYŚ SIĘ DO USA, ALE ZNAJOMI NIE CHCĄ CI TOWARZYSZYĆ? 

Nikt z moich znajomych w ostateczności nie zdecydował się na wyjazd, więc pojechałam sama. Nieskromnie powiem, że podjęłam bardzo dobrą decyzję. Poznasz więcej osób niż w przypadku wyruszenia na podbój Stanów z grupą. Większość uczestników programu jedzie właśnie po to, aby nawiązywać nowe znajomości. Będąc tam, przekonasz się jakie to proste.

Jeśli chcesz poznać Twoich przyszłych współpracowników jeszcze przed wyjazdem to jest taka możliwość. Na facebookowych grupach Work&Travel można odnaleźć osoby, z którymi spotkasz się w USA. W ten sposób poznałam wielu ludzi (m.in. moją współlokatorkę) jeszcze przed wyjazdem. Można również postarać się o towarzysza podróży podczas lotu do USA (sporo osób dobiera się na grupach facebooka i wspólnie zamawia loty). Spotkania informacyjne przed wyjazdem to kolejna szansa na poznanie osób, które biorą udział w programie.

Aby zdobyć więcej informacji na temat miejsca, do którego się udajesz i gdzie będziesz pracować, polecam kontaktowanie się z osobami, które pracowały tam w poprzednich latach (znajdziecie je na facebookowych grupach – szukałam kontaktów na Dorney Park 2014). Miałam ogromne szczęście, ponieważ wiele osób cierpliwie odpowiadało na wszystkie moje pytania. Pojechałam więc spokojniejsza. Postanowiłam się odwdzięczyć, dlatego też jeśli ktoś z Was byłby zainteresowany pracą w Dorney Parku, jak i programem – służę pomocą i wszelkimi informacjami!

JAK PODJĄĆ DECYZJĘ?

Szybko. Tak, aby nie mieć wystarczająco czasu na to, żeby to jeszcze przemyśleć. Do dnia wylotu nie docierało do mnie, że jadę do USA. Lądując w Nowym Jorku pojawiła się panika i wtedy uświadomiłam sobie, że nie ma już odwrotu. Było to jednak bezsensowne zdenerwowanie, które zapoczątkowało cztery fantastyczne miesiące. Warto zdać sobie sprawę z tego, że te wakacje okażą się najlepszymi w życiu i przeminą błyskawicznie. Szkoda czasu na stres. Polecam ten sposób myślenia – pomaga. W dodatku jest to sama prawda.

JAK OTRZYMAĆ WIZĘ?

Większość formalności załatwia firma. Musiałam wypełnić wniosek wizowy, który zawierał dość zaskakujące pytania. Najbardziej zagięło mnie udzielenie odpowiedzi na pytanie, czy kiedykolwiek brałam udział w ludobójstwie. W czasie procesu wizowego należy odbyć rozmowę z konsulem, która – w moim przypadku – opierała się na prostych pytaniach. Mówiłam o miejscach w USA, które chciałabym zobaczyć (radzę nie wymieniać Vegas, ponoć nie spodoba się to rozmówcy). Konsul zapytał mnie czy jestem excited z powodu wyjazdu. Złożył mi też spóźnione życzenia urodzinowe. Na rozmowę powinny przygotować się przede wszystkim osoby posiadające rodzinę w USA lub Ci, którzy kończą studia.

24337372_1567395693314035_289798784_n

JAK WYGLĄDAŁA PRACA W DORNEY PARKU?

Byłam ratownikiem wodnym w parku rozrywki Dorney Park and Wildwater Kingdom w Allentown (Pensylwania). Warto zdać sobie sprawę z tego, że nazwa programu brzmi WORK and Travel, a nie tylko Travel. To nie tylko wakacje. 

Pierwsze tygodnie spędziłam na szkoleniach (teoretycznych i praktycznych) oraz egzaminach. Jeśli ktoś nie poradził sobie z egzaminem ratownika na głębokich wodach mógł zostać ratownikiem na wodach płytkich. Jeśli przystępujący do egzaminu nie podołał żadnym testom, otrzymywał zatrudnienie jako pomocnik ratownika. Nie należy się więc martwić o to, że w razie niepodołania wymaganiom trzeba będzie zakończyć amerykańską przygodę.

Każdy dzień rozpoczynano od zameldowania się w parku poprzez przejechanie swoją pracowniczą kartą przez terminal, który rejestrował czas naszej pracy. Każde spóźnienie skutkowało 1 – 3 punktami karnymi (więcej szczegółów na ten temat w dalszej części wpisu).

20150907_190809
Ostatni „punch-in” w Dorney Parku

Każdej strefie w parku przydzielano kierownika. Większość z nich była studentami w moim wieku (22-25 lat). Zajmowali się przede wszystkim rozmieszczeniem pracowników w parku oraz rotacją – regularną zamianą naszych miejsc (co prawda nie zawsze było to regularne, ale wynikało to z różnych czynników). Dbali też o to, aby nie zabrakło nam wody z lodem w naszych termosach. Podczas upałów zastępowali nas, abyśmy mogli ochłodzić się od czasu do czasu i wskoczyć do wody.

Park podzielono na 8 stref. Najnudniejszym miejscem pracy była Leniwa Rzeka. Goście parku pokonywali trasę wodną, siedząc na kółkach. Ich prędkość nie była zawrotna, a poziom wody nie należał do wysokich. W jednym z punktów na Lazy River było niewiele miejsca, aby ratownik mógł stanąć na murku. Zdarzało się, że pracownicy wpadali tam do wody – ograniczone miejsce często skutkowało utratą równowagi. 

Na nudę nie narzekano w niedzielę podczas pracy w pierwszej i ósmej strefie. W jej skład wchodził Wave Pool – basen ze sztuczną falą, cieszący się największym zainteresowaniem wśród odwiedzających park. Niektórzy twierdzili, że w słoneczne niedziele przypominał raczej gulasz. Niekiedy brakowało miejsca na skok ratownika w razie potrzeby. Biorąc pod uwagę fakt, że sztuczna fala miała sporą siłę, podczas pierwszych chwil obstawiania tego miejsca miałam wrażenie, że wszyscy się w nim topią.

Proponuję popatrzeć na poniższe zdjęcie i wyobrazić sobie jak bardzo rozbrajały mnie zadawane przez Gości pytania: Przepraszam, nie widziała Pani może mojego męża? Taki blondyn, niewysoki, miał niebieskie spodenki. Pewnego razu, po udzieleniu przeczącej odpowiedzi na to sensowne pytanie, usłyszałam serdeczne: ale jak to możliwe, że go Pani nie widziała? Przecież płacą Wam za patrzenie się na nas! 

12141756_1538555776434322_6501108752331554034_n
Wave pool w Dorney Park, autor zdjęcia: Austin Troxell

Ze względu na to, że ilość osób w basenach nieraz była ogromna, obserwowało się nie tylko kąpiących się klientów parku, ale i wodę. Pływało w niej naprawdę wszystko. Pewnego dnia podpłynął do mnie pewien nastolatek, podając znalezionego w wodzie ogórka kiszonego. Niestety, na ogórkach się nie kończyło. Nieraz pływały tam przeróżne fekalia. Aby oczyścić basen należało najpierw wyprosić z niego wszystkich Gości, nie wspominając im o tym, z czym mają przyjemność pluskać się w wodzie. Było to jedno wielkie Mission Impossible. Zamiast grzecznie wyjść z wody, ludzie podpływali do ostatniego centymetra, po czym z wielką niechęcią opuszczali basen.

Przerwa podczas pracy była jedna, bezpłatna i półgodzinna. Zważywszy na to, że trzeba było trochę się spiąć, aby szybko dotrzeć do punktu zameldowania (gdzie przejeżdża się pracowniczą kartą przez terminal naliczający czas pracy) raczej wolałam uniknąć bombardowania mnie wszelkimi pytaniami od gości na temat parku – począwszy od historii powstania danej atrakcji do próby zlokalizowania budki z lodami. Czułam się, jakby ktoś napisał mi na czole mam pół godziny przerwy, ale chętnie spędzę ten czas, odpowiadając na miliard Waszych pytań. Dlatego też mogę powiedzieć, że w tej pracy liczyła się szybkość i zwinność – podczas uciekania przed wiecznie pytającymi o coś klientami Dorney Parku w czasie jedynej przerwy.

Do komunikowania się z innymi ratownikami, zwracania uwagi gościom kąpiącym się w basenie, przywoływania kierownika i wysyłania przeróżnych komunikatów używaliśmy gwizdka. Dwa krótkie dmuchnięcia oznaczały prośbę o podejście do nas kierownika (np. kiedy skończyła nam się woda lub jeśli zaistniała potrzeba skorzystania z toalety). Jeden długi gwizdek poprzedzał skok do wody w celu pomocy danej osobie. Ustalono również, że jeśli chcemy zgłosić dziecko, które zgubiło rodziców, należy oddać dwa długie gwizdki. Szkoda, że podczas drugiego dnia mojej pracy wykonałam trzy długie gwizdki, zamiast dwóch. Widząc twarz kierownika zdałam sobie sprawę z tego, że pomyliłam sygnał dziecka, które zgubiło rodziców z zakomunikowaniem kryzysowej sytuacji w parku, jaką jest np. atak terrorystyczny.

Co jakiś czas sprawdzano naszą czujność podkładając manekiny, które mieliśmy ratować. Często nasi kierownicy udawali topiące się osoby. Na początku miało to sens, ponieważ nie znaliśmy ich wszystkich. Niemniej jednak, po miesiącu pracy wszyscy zdążyli się już dobrze poznać. Widząc wchodzącego do wody przełożonego już wiedziałam, że powinnam przygotowywać się do skoku. Pewnego razu, podczas sprawdzianu ratowników czuwających przy basenie na końcu zjeżdżalni, jeden z kierowników zjechał do basenu i przystąpił do topienia się. Nagle gość parku, który zjechał z sąsiedniej zjeżdżalni, rzucił mu się na pomoc.

1

ZAKWATEROWANIE: 

Większość pracowników Dorney, która przyjechała do USA z innych krajów, mieszkała w domach studenckich. Były osobne budynki dla dziewczyn i chłopaków. Koszt wynosił 70$ za osobę/tydzień – dzień pracy pozwalał na pokrycie kosztów zakwaterowania. Pokoje były dwuosobowe. Nie był to szczyt marzeń, ale mieszkaliśmy w przyzwoitym i niedrogim miejscu – zważywszy na ceny zakwaterowania w USA. Kiedy rozpoczął się rok akademicki w sierpniu i do collegu powracali studenci, rozmieszczono nas w hotelach (bardzo dobre warunki). W męskim akademiku minusem były częste alarmy pożarowe spowodowane przez kilku kucharzyków, którym zdarzało się zadymić kuchnię wczesnym rankiem. Ze względu na to, że mieszkaliśmy w collegu, można było posiadać w pokoju tylko jedno piwo na osobę (oficjalnie), która ukończyła 21 rok życia. Policja, która nadzorowała kampus, była przewrażliwiona na tym punkcie. Odradzam spacer po terenie collegu, jeśli ktoś z Was znajdowałby się w konkretnym stanie nieważkości (zwłaszcza, jeśli nie skończył 21 roku życia). Wówczas panowie policjanci zabierają Was na wycieczkę – do szpitala lub na posterunek policji. Niestety, takie wycieczki nie są darmowe. Z opowiadań niektórych osób wiem, że kwoty te nie były małe.

Jeśli chodzi o osobne budynki dla chłopaków i dziewczyn – słyszałam, że uległo to zmianie i pozostał jedynie podział na piętra. Pracowałam w tym parku w 2015 roku, więc niektóre rzeczy mogły się tam już zmienić. 

DOJAZD DO PRACY:

Park znajdował się w bliskiej odległości od akademików, dlatego też często chodziliśmy do pracy pieszo. Dojazd zapewniał nam pracodawca. Mogliśmy korzystać z charakterystycznych żółtych autobusów amerykańskich. Ten sam autobus zawoził nas również na imprezy o określonych godzinach. W pobliżu były dwa kluby. W pierwszym (Main Gate) odbywały się imprezy w niedzielę wieczorem. Odniosłam wrażenie, że przeważała tam muzyka R&B. W drugim (Mixx) królowała muzyka latino, a imprezy odbywały się tam w czwartek. Być może można było odwiedzać kluby codziennie – tego nie wiem, ale z pewnością największe imprezy organizowano w niedzielę (Main Gate) i czwartek (Mixx).

autobuuus
Ten akurat nie był zbyt żółtym autobusem, ale niestety nie posiadam zdjęcia pozostałych autobusów Dorneya

DNI WOLNE: 

W Dorney Parku pracowało się 6 dni w tygodniu. Jeśli ktoś zadeklarował, że chciałby zostać tzw. Flex guardem (polecam, pod koniec pracy przyznaje się za to niemałą premię – jakieś 600$), przyznawano mu nadgodziny i pracował 9-10 godzin dziennie. Jeden dzień w tygodniu był dniem wolnym od pracy (można było wymieniać się zmianami pomiędzy pracownikami). Jeśli ktoś nie stawił się rano w parku, otrzymywał 8 punktów karnych. 4 punkty karne otrzymała osoba, która wcześniej zadzwoniła i uprzedziła o niedyspozycji. Warunkiem „call off” była jedynie choroba. W przypadku uzyskania zwolnienia od lekarza można było uniknąć punktów karnych. Gdyby komuś „udało się” zebrać 24 punkty, musiałby pożegnać się z pracą. W praktyce często naciągano tę punktację i przymykano oko na ilość punktów.

Czasami bywało i tak, że 8 osób nie mogło stawić się do pracy, ponieważ zaszkodziło im jedzenie w bufecie chińskim. Zdjęcia z Waszyngtonu wstawili na Facebooka później. Nie zachęcam do takiego rozwiązania – informuję tylko jak to wyglądało.

WADY PRACY W DORNEY PARKU:

Mimo, że dostrzegam mnóstwo zalet, które zdecydowanie przeważają nad wadami, chciałabym również opisać minusy tej pracy. Po pierwsze, praca na słońcu potrafiła naprawdę dobić podczas upału. Na szczęście, pracując w części wodnej parku mieliśmy możliwość skoku do basenu i ochłodzenia się w wodzie co jakiś czas. Jeśli wiesz, że Twój organizm nie radzi sobie z wysokimi temperaturami, warto rozważyć inną ofertę pracy.

Kolejną wadą były zarobki. Mimo, że w porównaniu do polskiej pensji były one ogromne, w pozostałych parkach na terenie USA ratownicy otrzymywali wyższe wynagrodzenie. Co więcej, mogli oni pracować w pozycji siedzącej – w przeciwieństwie do nas.

Należy uzbroić się w cierpliwość – klienci parku potrafią wyprowadzić z równowagi. Do dziś mam przed oczami małego, drobnego chłopca na zjeżdżalni. Myślałam wtedy, że są to jego ostatnie chwile życia. Kiedy nie zjechał on jeszcze do końca i nie zdążył zejść w bezpieczne miejsce, na zjeżdżalnię wbiegły cztery kolejne osoby (nie tak wątłe jak chłopiec). Nie sposób było je zatrzymać. Na szczęście ratownik obstawiający dolną część zjeżdżalni podbiegł do małego chłopca i zgarnął go w porę, unikając zmiecenia go z powierzchni ziemi przez – delikatnie mówiąc – nieroztropnych klientów.

Czasami w parku panowały przedziwne reguły, których trzymano się kurczowo – nawet jeśli nie miały one najmniejszego sensu. Pewnego dnia udałam się do punktu medycznego po plaster. Spędziłam tam 2 godziny. Przeprowadzono ze mną szczegółowy wywiad na temat tego, jak to się stało, że starłam sobie kolano. Otrzymałam 6 stron dokumentów i na każdej z nich miałam złożyć podpis. Kolejna sytuacja miała miejsce w czasie cotygodniowego treningu (pracowałam jako ratownik wodny). Gumowa rękawiczka wysunęła mi się z podręcznej apteczki i wpadła do płytkiego basenu. Zapytałam jedną z kierowniczek czy mogłabym po nią wejść. Zgodziła się. W tym samym czasie wzięła ratowniczą „tubę” i pilnowała, aby nic mi się nie stało przez 3 sekundy mojego wejścia do basenu (byłam ratownikiem i weszłam do basenu z poziomem wody do pasa).

Chyba największą wadą było… skanowanie wody. Co to oznacza? Ciągłe gapienie się na ludzi (co jest oczywiście zrozumiałe) i na taflę wody, nawet, kiedy basen jest pusty (co jest średnio zrozumiałe). Pilnowano, abyśmy ruszali głową zgodnie ze wzorem skanowania i zapewniali, że poprawia to skuteczność i czujność ratownika. Czasami wyglądało to dość idiotycznie i wiele osób pytało się dlaczego ruszamy tak głową. Do dziś pamiętam, jak kolega ratownik stał na najnudniejszym miejscu w parku – Leniwej rzece, która była pusta. Odwrócił się, żeby podać koledze swój termos i poprosić o wodę. W tym momencie huknęła na niego nasza przełożona, która obserwowała go z ukrycia, dając mu ostrą reprymendę za chwilowe odwrócenie wzroku od pustej tafli wody.

ZALETY PRACY W DORNEY PARKU:

Mimo kilku wad, zdecydowanie polecam pracę w tym parku. Należy się po prostu dostosować do zasad, jakie tam panują (nawet jeśli nie dostrzegacie w niektórych najmniejszego sensu).

Jeśli zależy Wam na dobrej lokalizacji, aby zobaczyć jak najwięcej miejsc na wschodnim wybrzeżu poprzez jednodniowe wyjazdy w swoje dni wolne – Dorney Park to znakomity wybór!

Ponadto, w parku pracuje mnóstwo osób z różnych stron świata. Nie w każdej pracy będzie tak liczna grupa obcokrajowców, którzy chcą się integrować. Władze parku często organizują wieczory dla pracowników. Można wtedy korzystać z kolejek, kiedy nie ma już klientów z zewnątrz. Podczas takich imprez zawsze otrzymywaliśmy darmowy poczęstunek. Przygotowywano dla nas wtedy również sporo atrakcji i konkursów.

Kolejną zaletą parku jest po prostu… sam park. Jeszcze nigdy w życiu nie widziałam tylu świetnych rollercoasterów i kolejek, skupionych w jednym miejscu. Pomimo tego, że niejednokrotnie padałam po 9 godzinach pracy na słońcu i to bez krzesełka (zwłaszcza przez pierwsze dwa tygodnie), miło wspominam ten park i żałuję, że te wakacje minęły w tak szybkim tempie.

NAJWIĘKSZE ZALETY WZIĘCIA UDZIAŁU W PROGRAMIE WORK&TRAVEL:

1. Mogą to być wakacje Twojego życia:

Pracowałam w gronie świetnych osób w parku rozrywki, poznając mnóstwo rówieśników z całego świata. Spacerowałam po Times Square w Nowym Jorku, wody Niagary zalały mi telefon, zrobiłam małe rozeznanie na Harvardzie w Bostonie. Odwiedziłam Los Angeles – słynne Miasto Aniołów (bez szału) i zagrałam w kasynach Las Vegas, nie rozumiejąc zasad gry. Wybrałam się do Waszyngtonu z grupą Kolumbijczyków i Ekwadorczyków, którzy sprawili, że był to spontaniczny wyjazd bez planu i pośpiechu – zupełnie tak jak oni. Udało mi się odwiedzić Atlantic City, zwane wschodnim Las Vegas i równie piękne Ocean City. Zaliczyłam dwa oceany w ciągu jednych wakacji. Odbyłam trekkingi po najpiękniejszych Parkach Narodowych USA (śmiało można powiedzieć, że były to najpiękniejsze parki na świecie). Nie piszę tego po to aby się pochwalić, ale żeby pokazać, że takie wakacje są w zasięgu ręki, jeśli zdecydujecie się na udział w programie. 

2. Poznasz wiele osób z całego świata:

…oraz ich kulturę (Polska, Czechy, Słowacja, Hiszpania, Rumunia, Kolumbia, Ekwador, Jamajka, Ukraina, Tajwan, Hong Kong, Chiny, Dominikana, Turcja, Bułgaria, Mongolia i oczywiście USA). Pod koniec sezonu ciężko było rozstać się z ludźmi, z którymi spędziło się cztery wspaniałe miesiące. Mimo powrotu do kraju wciąż utrzymuję kontakty z wieloma osobami z parku. Co więcej – nadal się widujemy.

Dzięki pracownikom parku z Ameryki Południowej zainteresowałam się ich krajami do tego stopnia, że postanowiłam napisać pracę magisterską o Kolumbii. Pomogli mi również w nauce języka hiszpańskiego. Kiedy się żegnaliśmy nie sądziłam, że rok później odwiedzę ich w Kolumbii i Ekwadorze, a oni przyjadą w moje strony. Playlisty z naszych wspólnych imprez składały się z utworów Lady Pank, Grubsona, Eneja, Comy i Zenka, które przeplatały się z salsą, cumbią, reggaeton. Dzięki ich wizytom w Polsce udało mi się poznać ofertę turystyczną nie tylko ich krajów, ale i mojego. Gdyby nie oni, nie wybrałabym się do muzeów i innych atrakcji, które na co dzień mam w zasięgu ręki.

3. Podszkolisz język:

W moim przypadku podszkoliłam nie tylko angielski, ale i hiszpański. Być może na początku będziesz mieć problemy ze zrozumieniem Amerykanów. Podczas pierwszych tygodni pracy powoli oswajałam się z tamtejszym językiem i nie wszystko od razu zrozumiałam. Nie byłam jedyną osobą, która na początku musiała przyzwyczaić się do amerykańskiej wersji tego języka.

Nigdy nie zapomnę reakcji gości parku na słowa koleżanki, która ze spokojem na twarzy i uśmiechem oznajmiła, że ktoś w parku odszedł z tego świata (passed away), chcąc powiedzieć, że osoba ta zemdlała (passed out). Widząc spore zaniepokojenie na twarzy rozmówcy postanowiła rozluźnić atmosferę, dodając: spokojnie – tutaj zdarza się to często.

Historia koleżanki pracującej na rollercoasterze nie jest gorsza. Pewnego dnia, przemiłym tonem i z szerokim uśmiechem – jak na pracownika amerykańskiego parku rozrywki przystało – odpowiedziała jednemu z gości w parku „yes, of course!” na niezrozumiane przez nią wcześniej pytanie. Jak się potem okazało, pytanie brzmiało: „Czy ktoś kiedykolwiek zginął na tej kolejce?”

CZY TO SIĘ OPŁACA? 

Niektórzy twierdzą, że można na tym jeszcze zarobić. Gratulacje dla tych, którym się to udało. Nie twierdzę, że jest to niemożliwe – choć w moim przypadku z pewnością niewykonalne. Wszystko zależy od tego, co chcemy zobaczyć na miejscu i w jakim stopniu potrafimy się oprzeć wyprzedażom w sklepach odzieżowych i zakupom taniego sprzętu elektronicznego. Pracowałam w Stanach trzy miesiące i wróciłam do Polski z długiem. Nie zrujnował mi życia – miesiąc pracy w Polsce i było po sprawie. Głównym powodem takiego obrotu sytuacji była porządna inwestycja w czwarty miesiąc, będący jedną wielką podróżą w wymarzone miejsca. Sporo miejsc odwiedziłam w dni wolne podczas pierwszych trzech miesięcy pracy. Myślę, że niemożliwe byłoby zwiedzić oba wybrzeża za tak niewielkie pieniądze, bez wzięcia udziału w programie. Cały swój zarobek przeznaczyłam na podróż po USA. Z pewnością mogłabym sporo zaoszczędzić i wrócić do domu z pieniędzmi, poprzestając jedynie na wschodniej części kraju lub skracając pobyt. Nie żałuję jednak, że wybrałam opcję dwóch wybrzeży oraz miesięcznego zwiedzania zachodniej części USA.

Zdaję sobie sprawę z tego, że pracę w parku oraz Work&Travel opisałam w wielkim skrócie. Jeśli chcielibyście dowiedzieć się czegoś więcej na temat programu i pracy w Dorney Parku – służę pomocą! Jeśli mieliście okazję pracować w parku i posiadacie inną opinię na jego temat, lub uważacie, że we wpisie nie poruszono ważnych kwestii – zapraszam do podzielenia się swoją opinią w komentarzach!

7 myśli w temacie “Praca w Dorney Parku – dlaczego WARTO wziąć udział w Work&Travel?

  1. Musieli zmniejszyć ilość możliwych punktów karnych do zebrania, bo rok wcześniej ratownicy mieli do maksymalnie 30 😀 Ja bym może tylko dopisał, że za spóźnienia do pracy (w zależności od czasu punch-in’a [przejechania kartą pracowniczą w terminalu – równoznacznym z rozpoczęciem liczenia czasu pracy]) dostawało się od 1-3 punktów karnych.
    No i jeszcze to, pełne doświadczenie pracy na wavepoolu przychodzi w momencie ogłoszenia przez przełożonego „brown code” ;D

    Polubione przez 1 osoba

    1. Chyba Cię pamiętam, to Ciebie zasypywałam pytaniami przed Dorneyem??? Jeśli tak to dzięki za cierpliwość!!! 😀 Z tymi punktami to było różnie, bo pod koniec sezonu zostało im już mało pracowników i miałam wrażenie, że w ogóle zapomnieli o ich naliczaniu – liczyła się każda ręka w polu 😀 Kolega wyleciał z pracy dopiero po 40 punktach, ale to był już taki grubszy wyjątek.

      Właśnie, jeszcze punch-in! Dobrze, że o tym piszesz, bo zupełnie zapomniałam – zaraz dodam wzmiankę o tym i wjedzie aktualizacja. Żałuję, że nie spisałam tego wszystkiego będąc jeszcze w Dorneyu, na pewno nie zapomniałabym wtedy o „brown code” 😀 Dzięki!!!

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s