Czym zaskakuje USA? 20 ciekawostek o kraju!

Jeśli wybierzecie się do USA wiele rzeczy z pewnością Was zaskoczy. Jakie są najdziwniejsze regulacje prawne? Ile prawdy jest w stereotypach o Amerykanach? Co najbardziej zaskoczyło mnie w tym pięknym kraju?

1. WYDAJE CI SIĘ, ŻE WCZEŚNIEJ OTRZYMANA PRZEZ CIEBIE WIZA JUŻ ZAPEWNIŁA CI WSTĘP DO USA? NIEKONIECZNIE. 

Ostateczną decyzję o tym, czy zostaniesz wpuszczony do kraju podejmuje inspektor imigracyjny na lotnisku w punkcie granicznym w USA. Może on również wyznaczyć długość pobytu. Niemniej jednak, jego odmowa wstępu do USA jest bardzo rzadkim zjawiskiem.

Inspektor imigracyjny, który wydał zgodę na mój pobyt w USA, powiedział do mnie: „Z pewnością spodoba Ci się ten kraj”. Dokładnie takie były jego słowa. Pierwszą osobą, z którą odbyłam rozmowę w USA był Polak ze Śląska. 

24337372_1567395693314035_289798784_n

2. P R Z E P I Ę K N E  PARKI NARODOWE NA ZACHODZIE KRAJU!

Nie byłam wielką zwolenniczką odwiedzin Parków Narodowych USA. Zależało mi jedynie na Wielkim Kanionie. Błąd. Piękno tamtejszych krajobrazów naturalnych zachwyca. Jeśli ktoś planuje wyjazd w te strony, powinien je uwzględnić w swojej podróży. Z pewnością każdy słyszał o Wielkim Kanionie. Park Narodowy Zion, Kanion Antylopy czy też Kanion Bryce (mój faworyt) nie może się pochwalić taką sławą – mimo, że są one równie piękne. Bryce Canyon National Park zajmuje pierwsze miejsce w moim rankingu parków.

20150912_193837

3. SMUTNA RZECZYWISTOŚĆ W LOS ANGELES.

Jednym z punktów naszej wycieczki było Los Angeles. Przyznam szczerze, że miałam wobec niego spore oczekiwania, którym nie podołało. Ulice filmowej krainy Hollywood zajmują dziesiątki tysięcy bezdomnych, trzymających swój dobytek w wózkach sklepowych. Taki widok kontrastuje z biznesowymi drapaczami chmur i pokaźnymi willami z basenem, ukazując wielkie rozwarstwienie społeczne Los Angeles. Przerażające. O tym problemie powstał poprzedni post, dostępny tutaj.

7157970409_83396eb0f6_k
autor zdjęcia: David Fulmer (flickr.com), licencja

4. PATRIOTYZM AMERYKAŃSKI, KTÓRY NA KAŻDYM KROKU PRZYPOMINA CI, ŻE JESTEŚ W USA.

Bynajmniej nie chodzi tylko o widoczną wszędzie amerykańską flagę (nie tylko podczas świąt narodowych). Przykładem są amerykańskie parki rozrywki Cedar Fair. Codziennie, godz. 10:00 w każdym z nich rozbrzmiewa hymn narodowy USA.

plane-flying-above-a-bunch-of-usa-flags

5. TAMTEJSZE DOMY RZADKO POSIADAJĄ PŁOTY.

Brak oznaczenia granic swojego terytorium w Polsce jest rzadko spotykany. W USA natomiast ciężko wyobrazić sobie stawianie płotu wokół swojej posesji. Niektóre z amerykańskich domów znajdują się bardzo blisko ulicy. Widząc je po raz pierwszy, poczułam się jak w grze The Sims.

5. OBYWATELE TEGO KRAJU SĄ SYMPATYCZNI I OTWARCI.

Mimo, że w czasie pracy wiele razy miałam o tym narodzie inne zdanie to potwierdzam, że w większości przypadków są to uprzejmi ludzie, uwielbiający rozmowy z nieznajomymi. Im dalej na zachód tym bardziej da się to odczuć. Gości z parku ciekawiło skąd jestem, jak wygląda życie w Polsce i czy podoba mi się w USA. Ekspedientki w sklepach odruchowo pytały co u mnie słychać. Mimo, że nie zawsze interesowała je nasza odpowiedź uważam, że jest to miłe.

6. BARDZO DUŻO AMERYKANÓW POSIADA TATUAŻE.

Szczerze mówiąc, nie wszystkie zachwycały. W parku ogłosiliśmy nawet konkurs (oczywiście wśród pracowników) na najgorszy tatuaż. Ciężko było podjąć decyzję, faworytów było sporo. Polecam przemyślenie wytatuowania sobie twarzy własnego dziecka. Sporo kilogramów zdobytych po jego wykonaniu sprawią, że w późniejszym czasie ciężko będzie odgadnąć, co przedstawia nasz nabytek z henny. Nawet osoby z dobrze rozwiniętą wyobraźnią miały z tym problem. Wśród tatuaży królowały wspomniane wcześniej wizerunki dzieci, przeróżne daty, imiona i róże.

2017-02-14-12-08-59
źródło: pixnio.com, domena publiczna

7. MOŻNA TAM OBCHODZIĆ ŚWIĘTA, NAWET GDY ICH NIE MA.

Z pewnością każdy słyszał o bogatym dekorowaniu amerykańskich domów w okresie świątecznym. W sklepach panuje istne szaleństwo zakupowe. Przekonałam się, że aby obchodzić Gwiazdkę Amerykanie wcale nie potrzebują grudnia. Władze parku, w którym pracowałam postanowiły, że ogłoszą jeden z wakacyjnych tygodni Gwiazdką w lipcu. Kilku pracowników założyło nawet mikołajowe czapki, zaś cały park ozdobiono dekoracjami świątecznymi. Z głośników rozbrzmiewało Last Christmas, którego słuchanie w środku lata zdecydowanie przebiło listopadowe reklamy Coca-coli.

8. W USA MOŻNA DOSTRZEC PROBLEM Z OTYŁOŚCIĄ. Z DRUGIEJ STRONY, SPORO AMERYKANÓW POSIADA IDEALNĄ SYLWETKĘ.

USA zajmuje drugie miejsce w rankingu najbardziej otyłych narodów na świecie (pierwsze należy do sąsiedniego Meksyku). Najbardziej krępującą dla mnie sytuacją podczas tamtych wakacji było poinformowanie jednego z gości, że przekroczył ograniczenie wagowe i nie może skorzystać z danej atrakcji. Takie sytuacje zdarzały się dosyć często. Co więcej, w niektórych supermarketach (np. Wallmart) można skorzystać ze specjalnych wózków mechanicznych przeznaczonych dla starszych lub otyłych osób, w celu uniknięcia minimalnego wysiłku jakim jest spacerowanie między półkami podczas zakupów.

Warto mieć na uwadze, że USA to ogromny kraj (czterdziestokrotnie większy od Polski) i niezwykle zróżnicowany. Można w nim spotkać sporo Amerykanów, którzy posiadają perfekcyjną sylwetkę. Często wielu z nich dba o kondycję fizyczną na świeżym powietrzu. W parkach i na ulicach mnóstwo osób uprawia jogging. Twierdzenie, że wszyscy Amerykanie są otyli jest bardzo krzywdzące.

800px-MotorCart
źródło: Tatterfly, Wikimedia Commons, domena publiczna
266614395_804c71a5fd_o.jpg
autor zdjęcia: Patrick Gruban (flickr.com), licencja

10. W UTRACIE KILOGRAMÓW NIE POMAGA TAMTEJSZE JEDZENIE. 

Jedzenie w stołówce pracowniczej parku było bardzo… ciekawe. Po raz pierwszy zobaczyłam frytki smażone na głębokim oleju, które polano rozpuszczonym serem w tubce. Zwieńczeniem dania, cieszącego się ogromną popularnością wśród miejscowych, były smażone kawałki bekonu.

W amerykańskich supermarketach w dziale spożywczym można natknąć się na takie perełki jak jajecznica w płynie czy też obrane ze skorupki gotowane jajka. Na próżno szukać pieczywa, które można kupić w Polsce. Tamtejszy chleb przypomina gąbkę tostową i ma słodki smak. Zdrowe jedzenie jest droższe niż mrożone fast-foody. Podczas mojego pobytu w USA starałam się być oszczędna. Często wybierałam tanie mrożonki zamiast składników na sałatkę, z których jeden był droższy niż pizza gotowa w 5 minut.

49545547_973ba1ce46_b
autor zdjęcia: Lyza (flickr.com), licencja

11. OGROMNE PORCJE W RESTAURACJACH. 

Jedno jest pewne – z amerykańskiej restauracji nie wyjdziemy głodni. Podczas pierwszej wizyty w jednym z tamtejszych lokali gastronomicznych poczułam się syta już po przystawce, nie wspominając o daniu głównym. Ponadto, kupując napój w restauracji istnieje wielokrotna możliwość dolewki napoju, który wliczono w cenę. Napoje serwuje się w wazonach (bo wielkością raczej nie przypominają szklanki) z dużą ilością lodu.

12. BĘDĄC W USA NAPIWEK NIE JEST MILE WIDZIANY. JEST OBOWIĄZKOWY.

…o ile nie zostanie doliczony do Twojego rachunku. Niepozostawienie napiwku w tamtejszej restauracji jest ogromnym nietaktem.

tip

13. PODCZAS PŁACENIA ZA ZAKUPY SPODZIEWAJ SIĘ WYŻSZEJ CENY OD TEJ, KTÓRĄ PODANO NA PRODUKCIE. 

Ceny na półkach w sklepie podano bez podatku. Warto o tym wiedzieć, zanim rozczarujemy się przy kasie, płacąc nieco więcej.

14. W SUPERMARKETACH CIĘŻKO ZAKUPIĆ JEDNĄ SZTUKĘ, ZAMIAST SZEŚCIOPAKU. 

Sporo artykułów sprzedaje się w postaci kilku sztuk naraz. Wierzcie mi, że niełatwo jest znaleźć pojedynczego loda w najpopularniejszym i ogromnym markecie w USA. Kupiłam więc sześciopak. Może i nie załamałam się mając ich więcej, ale to w pewien sposób ukazuje, dlaczego marnuje się tyle jedzenia w tym kraju. Co więcej, kupowanie większej ilości poszczególnych rzeczy zamiast jednej sztuki jest korzystniejsze cenowo.

15. W NIEKTÓRYCH STANACH CIĘŻKO JEST KUPIĆ ALKOHOL. 

W niektórych stanach nie sprzedaje się alkoholu w supermarketach. Można go nabyć jedynie w specjalnych sklepach monopolowych. Podczas płacenia należy pokazać sprzedawcy dokument tożsamości. W przypadku osób spoza USA trzeba przedstawić swój paszport lub jego kopię.

Pewnego dnia, przy wejściu do sklepu monopolowego spotkałam kolegę z pracy. Zamieniliśmy kilka słów, po czym każdy odszedł w swoją stronę. Ustawiłam się w kolejce i będąc już przy kasie przedstawiłam paszport ekspedientce. Kobieta poprosiła o dokument również kolegę, który nie stał wtedy nawet obok mnie. Moja rada – jeśli podczas zakupu alkoholu spotkacie znajomego i nie jesteście pewni czy ma przy sobie paszport, traktujcie go jak powietrze… 

cocktail-bar-sake-gin-bottles-bombay-1418349-pxhere.com.jpg

16. BROŃ W USA MOŻNA KUPIĆ NAWET W SUPERMARKETACH.

W USA istnieje wiele regulacji prawnych dotyczących posiadania broni. Niemniej jednak, jej zakup nie wydaje się być kłopotem dla zainteresowanych. W 2010 roku około 32% amerykańskich domostw przyznało się do posiadania broni, tłumacząc się chęcią samoobrony. Łatwo jest ją nabyć w Teksasie, Arizonie, na Florydzie i Alasce. W Kolorado pozwolenie na broń i jej rejestracja nie są wymagane. Wystarczy jedynie pokazać dowód osobisty podczas zakupu oraz zgodzić się na wgląd do swojej historii karalności (policja posiada dostęp do bazy osób, które zakupiły broń). Patrząc na regulacje prawne w tych stanach mam wrażenie, że chyba trudniej byłoby zakupić alkohol w Pensylwanii.

15930308668_e1494a2046_b
autor: Mike Mozard (flickr.com), licencja

17. SZEROKIE ULICE AMERYKAŃSKIE I OGROMNE SAMOCHODY.

Ogromne samochody królują na szerokich ulicach tamtejszych miast. Ciężko jest tam znaleźć pojazdy z manualną skrzynią biegów. Sporo Amerykanów nie miało nawet okazji prowadzić takiego auta. Poruszanie się samochodami w USA jest bardzo powszechne, nawet wśród młodzieży. Przy amerykańskich zarobkach i niskich cenach paliwa koszty utrzymania pojazdu nie są zbyt wielkie (w porównaniu do Polski).

IMG_20150921_144942

18. W PRZYPADKU KONTROLI POLICYJNEJ NIE WYCHODŹ Z SAMOCHODU. 

Należy pozostać w aucie, opuścić przednią szybę, oprzeć obie ręce na drzwiach. W ten sposób damy do zrozumienia funkcjonariuszowi policji, że jesteśmy gotowi na kontrolę. Warto o tym wiedzieć przed wyjazdem. W przypadku wyjścia z samochodu i śmiałego podejścia do pojazdu policyjnego nie byłoby zbyt kolorowo – bynajmniej nie podczas pierwszej reakcji funkcjonariuszy.

19. CHCĄC WYSIĄŚĆ NA DANYM PRZYSTANKU W NIEKTÓRYCH AUTOBUSACH NALEŻY POCIĄGNĄĆ ZA KABEL ZAWIESZONY WZDŁUŻ NIEGO NA ŚCIANIE.

Na końcu kabla przy kierowcy znajduje się dzwonek. Takie rozwiązanie zastępuje przycisk „stop”. Pozostając w temacie komunikacji miejskiej, kierowcy autobusów (przynajmniej Ci, z którymi się spotkałam) są bardzo mili. zawsze witali mnie uśmiechem i charakterystycznym tamtejszym How are you? Warto pamiętać, że po wyjściu z autobusu należy podziękować kierowcy za kurs, tak jak robią to wszyscy Amerykanie.

20. CO STAN TO OBYCZAJ.

Podczas przygotowań do wyjazdu natknęłam się kilka zadziwiających przepisów prawnych w poszczególnych częściach tego kraju. Oto kilka z nich: W Ohio nie można strzelać do bizonów z pierwszego piętra, ani częstować ryb alkoholem. W Wirginii Zachodniej zakazane jest gwizdanie pod wodą. W Oklahomie zabrania się siłowania z niedźwiedziem. Prawo Alabamy nie pozwala na noszenie sztucznych wąsów do kościoła. Podawanie hasła do swojego konta na Netflixie w Tennessee jest niezgodne z prawem. Drzemki w fabrykach sera w Południowej Dakocie są nielegalne. Na terenie Wisconsin nie wolno serwować więźniom w areszcie zamienników masła.

348519518_9a54bb672d_b
auor zdjęcia: Bess Sadler (flickr.com), licencja

Gdybym miała opisać wszystkie sytuacje, które zadziwiły mnie podczas czterech miesięcy w USA, wpis osiągnąłby kilometrową długość. Mimo wielu różnic kulturowych i przedziwnych sytuacji, które mogą się dla nas wydawać niezrozumiałe, jest to jeden z najciekawszych krajów na świecie. Ciężko jest opisać jego fenomen w kilku postach na tym blogu (co nie zmienia faktu, że próbuję i bardzo się staram). Zachęcam wszystkich do wybrania się na podbój USA, aby samodzielnie sprawdzić czym Was zaskoczy.  

Los Angeles – Miasto Aniołów czy Bezdomnych?

Los Angeles często pojawia się w przeróżnych produkcjach filmowych, teledyskach i na stronach gazet. Oglądając telewizję można stwierdzić, że jest to idealnie miejsce do zamieszkania. Przy porannej kawie możemy pozdrawiać ze swojego tarasu leżącego przy basenie za płotem Willa Smitha, zaś Scarlett Johansson po sąsiedzku wpadnie do nas po cukier. Idąc do pracy spotkamy wiele hollywoodzkich sław, których nie zauważymy, ponieważ wlepimy nasz wzrok w witryny najdroższych sklepów. Krocząc codziennie Aleją Gwiazd wzniosła, oskarowa atmosfera nie opuści nas ani na chwilę. Czy faktycznie tak wyglądałoby życie w Los Angeles?

PIERWSZE (NIECIEKAWE) CHWILE W MIEŚCIE ANIOŁÓW:

Do Los Angeles wybrałam się z koleżanką poznaną podczas programu Work and Travel. W Mieście Aniołów spędziłyśmy 8 dni. Jakie są moje wspomnienia? Ci, którzy mają nadzieję, że we wpisie pojawi się coś pozytywnego na temat tej metropolii, niech będą cierpliwi. Pozytywne aspekty miasta wymieniłam na samym końcu, jednak minusów będzie znacznie więcej.

Dojechałyśmy tam autobusem z Las Vegas (Greyhound – możliwość rezerwacji tutaj). Podróż zajęła około 6 godzin. W czasie podróży zabroniono spożywania narkotyków. Rozbawiła mnie ta reguła – wątpiłam, że ktoś byłby tym zainteresowany. Myliłam się. Po pierwszym przystanku chłopak siedzący przede mną bawił się przez 4 godziny niewidzialną nicią, będąc nią bardzo zafascynowany. Nie dojechał do celu. Jego podróż zakończono z powodu złamania przez niego zasad. Mimo, że jest on moim głównym wspomnieniem z tej trasy, udało mi się również zapamiętać niesamowite widoki przez szyby autobusu…

Po kilku godzinach spędzonych w autobusie w końcu dojechałyśmy! Wysiadłyśmy na dworcu autobusowym Greyhound. Jak się później okazało, ta okolica należy do najniebezpieczniejszych w mieście. W tym momencie na usta ciśnie mi się klasyk „więcej szczęścia niż rozumu”. Przypomina mi się, jak spacerowałyśmy z wielkim bagażem, a koleżanka słuchała uważnie wskazówek GPS-a na swoim nowym telefonie. W trakcie naszego beztroskiego spaceru zaczepiła nas starsza pani czekająca na autobus, radząc nam jak najszybciej wsiąść do autobusu jeśli zależy nam na naszych rzeczach. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że mamy sporą widownię i przyciągamy uwagę (a raczej nasze rzeczy i GPS zdradzający, że nie jesteśmy stamtąd). Przed wyjazdem zapytałam o niebezpieczne dzielnice LA jednego ze znajomych, ale zapamiętałam jedynie jego uwagę, że im więcej graffiti tym więcej gangów. Podczas podziwiania tej… osobliwej sztuki ulicznej zalewającej wszystkie budynki na obranej przez nas trasie dotarło do mnie, że same prosimy się o kłopoty. Generalnie przeżyłyśmy więc może nie jest tam aż tak tragicznie, ale chyba warto posłuchać rad miejscowych i skorzystać z transportu publicznego, będąc w tamtej okolicy.

Podczas spaceru mieliśmy kilka przystanków, m.in. przez stojącą na przejściu dla pieszych krowę. Nikt nie był tym specjalnie zaskoczony. Oglądając telewizję ma się wrażenie, że cały świat nagrywa w LA większość filmów. Podczas naszych pierwszych chwil w mieście właśnie odbywały się zdjęcia do jednej z reklam. Wszyscy grzecznie poczekali, aż skończy się nagrywanie, po czym przeszli na drugą stronę, nie spiesząc się (zauważyłam, że mieszkańcy zachodniej części USA są o wiele bardziej wyluzowani niż Ci ze wschodu).

cfgv

Zbliżając się do centrum (Downtown) nie obyło się bez kolejnego nieplanowanego przystanku. Miałam nadzieję, że właśnie kręcą świetny film akcji, a ja wystąpię w nim w roli przechodnia i zagram to tak profesjonalnie, że zdobędę sławę i wykupię pół Beverly Hills. Moje marzenia legły w gruzach – nie była to produkcja filmowa. Coś tam jednak z filmu miało, ponieważ nie wierzyłam własnym oczom, że dzieje się to naprawdę. Sześć radiowozów wjechało na piskach, zablokowało ulicę, uniemożliwiając przedostanie się przez nią jednemu z samochodów. Policjanci wyjęli z bagażnika związanego mężczyznę bez ubrań. Wszyscy sprawiali wrażenie lekko zdziwionych, jednak nie byli oni w takim szoku jak ja. Chcąc dowiedzieć się o tym czegoś więcej włączyłam lokalne wiadomości, ale nie było ani jednej wzmianki o wydarzeniu. Zasypały mnie jedynie programy poświęcone życiu gwiazd. Odniosłam wrażenie, że tym właśnie żyje tamtejsza telewizja. Można stwierdzić, że takie akcje jak związany facet w bagażniku w samo południe to żadna nowość dla mieszkańców… Powoli przechodziło mi już marzenie o Hollywood, a to był dopiero początek.

ALEJA GWIAZD? 

Można śmiało zaryzykować stwierdzeniem, że ładniejszą, a przede wszystkim czystszą Aleją Gwiazd jest ta w Łodzi. Dziurawe Hollywood Walk of Fame w niczym nie przypomina sławnej ulicy, którą szczyci się miasto. Nie było to jednak wielkie rozczarowanie z mojej strony, ponieważ spotkani wcześniej Polacy przestrzegali mnie, że miejsce jest dosyć słabe. Plusem były otaczające aleję wysokie palmy, które starały się zdobić ulicę jak tylko mogły. Z każdej strony podchodzili do nas bezdomni, którzy prosili o wsparcie finansowe. Ciężko było poczuć tam choć odrobinę oskarowej atmosfery.

Hollywood Walk of Fame upamiętnia ponad 2500 znanych osób – aktorów, piosenkarzy, polityków, a nawet postacie fikcyjne. Swoją gwiazdkę otrzymała m.in. Godzilla i Shrek. Można też wstąpić do Teatru Dolby, gdzie co roku odbywa się gala wręczenia Oskarów.

HOLLYWOODZKIE GETTO?

Odwiedziliśmy sławne Beverly Hills – najbardziej ekskluzywny obszar w  pobliżu Los Angeles, a także wchodzącą w jego skład Rodeo Drive – ulicę przepełnioną najdroższymi sklepami, butikami i hotelami. Pamiętacie scenę z filmu „Pretty Woman”, kiedy główna bohaterka chciała zrobić tam zakupy, ale nie wpuszczono jej do sklepu? Nie jest to dalekie od prawdy. Nieodpowiedni ubiór potencjalnych klientów to nie jedyny powód, który nie pozwoli na zrobienie tam zakupów. Często za wejście do jednego ze sklepów należy wpłacić depozyt i to niemały (nawet do 1500 dolarów).

IMG_20150923_164047
Wygląda znajomo? To tam nakręcono sceny z filmu „Pretty Woman”.

Zrobiliśmy sobie dłuuugi spacer po Beverly Hills. W odróżnieniu od naszych pierwszych chwil w mieście czułyśmy się tam bezpiecznie. Luksusowe posiadłości i stojące przy nich najdroższe auta zachwycały. Domy są tam naprawdę piękne. Im bardziej zmierzałyśmy wgłąb tego terenu, tym większe żywopłoty zasłaniały poszczególne posesje. Mijałyśmy meleksy z wycieczkami, w których przewodnicy pokazywali swoim klientom domy hollywoodzkich osobistości. Sądząc po minach uczestników wyjazdu kończących wycieczkę można wnioskować, że były to raczej widoki na żywopłoty. Mimo to, była to dobra trasa na spacer.

Najbogatsi mieszkańcy posiadają w Beverly Hills dosłownie wszystko – od domów z basenami, pięknych ogrodów, najdroższych samochodów, czystych ulic po własne szpitale, kościoły, kliniki urody, sklepy i butiki. Żyjąc w zamkniętej przestrzeni i dobrobycie być może mieszkańcom nie dokucza tak bardzo fakt, że….

ULICE MIAST SĄ  O B L E G A N E  PRZEZ BEZDOMNYCH. 

Jeszcze nigdy w życiu nie widziałam tylu bezdomnych w jednym miejscu. Był to bardzo smutny widok – daleki od tego, co zobaczyłam w Beverly Hills. Na terenie hrabstwa Los Angeles odnotowano wysoką liczbę bezdomnych – jest ich aż 57 794 (wzrost liczby bezdomnych w 2017 w porównaniu do poprzedniego roku wyniósł 23%). Widać to na każdym kroku, będąc w mieście (zwłaszcza w dzielnicy Skid Row, w pobliżu centrum). Ponadto, z Miastem Aniołów kojarzy mi się zapach moczu. Pierwszy dzień w Los Angeles był dla mnie brutalnym zderzeniem rzeczywistości z obrazem miasta wykreowanym przez media. Oklaski dla amerykańskiej sztuki marketingu…

Ted_Hayes_
autor zdjęcia: Theodore Hayes, licencja

Tak wielką skalę bezdomności tłumaczy się zbyt drogimi mieszkaniami w Los Angeles, a także sporym bezrobociem. Pogoda w mieście sprzyja osobom bez dachu nad głową – klimat jest tam łagodny i przyjemny (20-30 stopni Celsjusza przez cały rok). Takie warunki nie motywują do podjęcia walki o lepsze jutro – wielu bezdomnych wyglądało na usatysfakcjonowanych swoim stylem życia. Co więcej, prawo w mieście nie zakazuje im rozkładania namiotów i trzymania swojego dobytku na ulicach.

Nie wszyscy bezdomni z Los Angeles byli niebezpieczni, pod wpływem alkoholu lub narkotyków. W porozstawianych na ulicach namiotach koczowały starsze i młodsze osoby, kobiety oraz mężczyźni, pojedyncze osoby jak i niewielkie grupki. Nie wszyscy prosili o pieniądze. Poruszyła mnie jedna z kartek obok bezdomnego, na której napisał, że nie prosi o wsparcie finansowe, ale o uśmiech. Kontrast luksusowych willi i drapaczy chmur z porozstawianymi przy nich namiotach bezdomnych, przechowujących swój cały dobytek w sklepowych wózkach sprawił, że już nigdy nie spojrzę na to miasto tak samo. Jeśli komuś nie wystarczą zdjęcia, polecam filmik, który znalazłam na YouTube, ukazujący okolice centrum podczas jazdy samochodem, dostępny tutaj.

3570847_8885bf1fa0_o
autor zdjęcia: Chris Sansenbach (flickr.com), licencja
7157970409_83396eb0f6_k (1)
autor zdjęcia: David Fulmer (flickr), licencja
800px-Homeless_of_Paris_August_21,_2006
autor zdjęcia: Dierk Schaefer (flickr.com), licencja

Kilka osób wchodzących w skład Rady Miasta walczyło o status klęski żywiołowej w celu uzyskania środków finansowych na poprawę sytuacji i podjęcia bezwzględnej walki z tym problemem. Utworzono kilka programów, które miałyby wspierać bezdomnych. Wiele osób koczujących na ulicach zarzuca władzom skupianie się na działaniach antynarkotykowych, które miałyby pomóc im w uwolnieniu się od nałogu lub na jednorazowych akcjach dożywiającym osoby bez dachu nad głową. Bezdomni uważają, że władze powinny bardziej skupić się na innych aspektach, np. zapewnieniu im pracy i pomocy w rozpoczęciu normalnego życia.

CZY MIMO TO WARTO WYBRAĆ SIĘ DO LOS ANGELES? 

Nie żałuję, że odwiedziłam to miejsce. Przekonałam się, że Los Angeles to nie tylko luksus i gwiazdy filmowe. Jeśli pozbędziecie się nastawienia, że jest to miasto idealnie wpisujące się w ramy „American Drem”, być może zmniejszycie swoje rozczarowanie i będziecie w stanie docenić kilka ładnych miejsc, jakie można tam znaleźć. Miasto Aniołów stanowi przede wszystkim obowiązkowy punkt wycieczki dla kinomanów.

JEDEN WIELKI PLAN FILMOWY – Panorama miasta z wieżowcami w dzielnicy Downtown pojawia się praktycznie w każdym hollywoodzkim filmie. Przechodząc tamtejszymi ulicami można odnieść wrażenie, jakbyśmy już wcześniej tam byli. Z pewnością wiele zakątków widzieliśmy w produkcjach filmowych światowego formatu. Po powrocie ze Stanów odpaliłam telewizor i zobaczyłam w nim miejsca, po których jeszcze niedawno spacerowałam. To było bezcenne.

WYTWÓRNIE FILMOWE – Poza licznymi ulicami, które nieraz były planem filmowym, warto wstąpić do jednej z wytwórni (czego nie zrobiłyśmy, ponieważ byłyśmy zbyt spłukane). Możliwość zobaczenia scenerii filmowej oferuje Universal Studio (będąc jednocześnie parkiem rozrywki), Warner Bross (to tam nakręcono większość scen do serialu „Przyjaciele”), Paramount Pictures czy też Sony Pictures. Ciekawą atrakcją związaną z wytwórniami filmowymi jest również Disneyland. Znajomi, którzy odwiedzili te miejsca najbardziej zachwalali Universal Studio.

Będąc w pobliżu Paramount Pictures spotkałyśmy Polki. Nie byłoby w tym nic szczególnego, ponieważ we wrześniu na każdym kroku mijałyśmy polskich studentów zwiedzających zakątki USA (uczestnicy programu Work&Travel). Okazało się jednak, że dziewczyny są z Gdańska, studiują na tym samym uniwersytecie, w dodatku na moim wydziale. 

GRIFFITH PARK – oprócz wspomnianego wcześniej Hollywood Walk of Fame (można tam wpaść jedynie w celu odhaczenia tego miejsca) i Beverly Hills warto udać się do obserwatorium astronomicznego w Griffith Park. Poza świetnym punktem widokowym na rozległe Los Angeles z tarasu obserwatorium, bardzo dobrze widać stamtąd sławny znak „Hollywood”, górujący nad miastem. Griffith Park pojawiał się w  wielu filmach – La La Land, Aniołki Charliego czy też Buntownik z wyboru.

STAPLES CENTER to hala sportowo-widowiskowa, która wchodzi w skład kompleksu L.A. Live, znajdującego się w centrum Los Angeles (Figueroa Street). Arena funkcjonuje od października 1999 roku. Obecnie korzystają z niej drużyny koszykarskie Los Angeles Lakers, Los Angeles Clippers, a także gracze w hokeja z drużyny Los Angeles Kings. Poza wydarzeniami sportowymi odbywają się tu koncerty wielu sław (m.in. Michael Jackson, Jennifer Lopez, Justin Timberlake) i gale wręczenia prestiżowych nagród. Obiekt może zapewnić 21 tysięcy miejsc. Staples Center gości ponad 4 miliony osób rocznie.

Fani NBA powinni udać się do sklepu z pamiątkami, w którym znajdą wiele interesujących rzeczy, m.in. buty należące do wybitnego koszykarza Kobe Bryant (możliwość zakupu za jedyne 3450 dolarów) wraz z jego autografem.

DISNEY CONCERT HALL to nietypowy budynek futurystyczny, który wyróżnia się wśród swoich pozostałych budowli w centrum miasta. Warto wejść na taras, będący dobrym punktem widokowym na dzielnicę biznesową. Patrząc na budynek, za każdym razem wydawał mi się nieco inny. Nie bez powodu. Kąt padania światła, położenie słońca w ciągu dnia, a także miejsce, z którego podziwiamy halę Disneya sprawia, że można odnieść takie wrażenie. Budynek pokryto wypolerowaną blachą, którą później zlikwidowano – w wyniku odbijania się od niej słońca chodniki nagrzewały się do wysokich temperatur (do 60 stopni). Mimo matowego pokrycia budynku, jego wygląd w dalszym ciągu jest spektakularny.

RATUSZ – siedziba władz miasta, która charakteryzuje się nietypowym kształtem budynku. Niewiele osób wie, że na 27 piętrze mieści się darmowy punkt widokowy na miasto. Budynek powstał w 1928 roku i liczy 138m wysokości. Ze względu na to, że miasto w przeszłości wielokrotnie zostało dotknięte trzęsieniem ziemi, do 1950 roku obowiązywał przepis zakazujący wznoszenia wyższych budynków niż ratusz.

DZIELNICA MEKSYKAŃSKA – mimo, że Los Angeles leży w USA sporo osób posiada latynoskie korzenie. Większość mieszkańców posługuje się językiem hiszpańskim. W mieście widać sporo akcentów latynoskich, spośród których najbardziej dostrzega się te meksykańskie.

Warto udać się do najstarszej części miasta – El Pueblo, która obecnie jest jedną z największych atrakcji turystycznych Los Angeles, znajdującą się przy Olvera Street. Mieści się tam kolorowy targ z meksykańskimi pamiątkami oraz znakomitymi barami i restauracjami serwującymi meksykańskie specjały. Najstarszą z restauracji jest La Golondrina, która powstała w 1924 roku. Budynek, w którym mieści się La Golondrina powstał jeszcze wcześniej – w 1850 roku (najstarsza budowla z cegły w Los Angeles).

W dzielnicy meksykańskiej zobaczymy również najstarszy dom w mieście – Avila Adobe, którego powstanie datuje się na rok 1818 (wstęp do Avila Adobe jest bezpłatny). Warto też zwrócić uwagę na wiktoriański dom – Sepulveda House oraz Pico House – dawny luksusowy hotel, który zbudowano w 1870 roku. Był to najbardziej ekstrawagancki hotel w całej Kalifornii. Podobnie jak 1234567 innych miejsc w Los Angeles, Pico House pojawiał się w wielu serialach, np. Mentalista. W El Pueblo nie brakuje miejsca na organizowanie festiwali i przeróżnych wydarzeń – jest nim Plaza Park.

UNION STATION – jeden z największych i najładniejszych dworców w USA, który funkcjonuje w mieście od 1939 roku.

BIBLIOTEKA PUBLICZNA HRABSTWA LOS ANGELES to budynek, który również przykuwa uwagę. Biblioteka posiada około 6 milionów zbiorów i jest jedną z niewielu na świecie, które finansowane są ze środków publicznych.

DZIELNICA CHIŃSKA to jedna z atrakcji miasta, którą warto zobaczyć. Podczas spaceru po tej części miasta można tam zjeść dobry chiński posiłek za niewielkie pieniądze. Podobnie jak całe miasto, ten dystrykt również stał się planem filmowym, m.in. filmu Romana Polańskiego, noszącego taki sam tytuł jak dzielnica. Chinatown pojawił się także w filmie „Godziny szczytu”.

staking out in Chinatown
Kadr z filmu „Godziny szczytu” (reż. B. Rattner, 1998, producenci: R. Birnbaum, J. Glickman, A. Sarkissian), Chinatown, Los Angeles.

PLAŻE KALIFORNII – Będąc w Los Angeles, warto wybrać się do Venice Beach lub Santa Monica. Ze względu na to, że lubimy spacerować z koleżanką, z Santa Monica po godzinie spaceru brzegiem morza znalazłyśmy się na Venice Beach. Zachód słońca na kalifornijskiej plaży był niezapomniany. Będąc tam, można się przenieść w świat ‚Słonecznego Patrola’ – pomogą w tym surferzy i budki dla ratowników. Co więcej, odniosłam wrażenie, że plaże są tam baaardzo szerokie. Nad Pacyfikiem w Kalifornii można spędzać czas aktywnie na wiele sposobów. Są tam alejki, ścieżki rowerowe, Skate Park, boiska do siatkówki i koszykówki. Na deptaku mnóstwo artystów ulicznych sprzedaje swoje dzieła, demonstruje talent wokalny. Można też kupić wiele przedmiotów związanych z Bobem Marleyem i POCZUĆ charakterystyczny zapach kojarzony z tym muzykiem, spacerując wzdłuż bulwaru. W Santa Monica na molo kończy się sławna Droga 66, mająca swój początek w Chicago.

20150922_151157
Selfie z budką na plaży musi być
20150922_121246
Są tu jacyś fani „Forrest Gump”? Oto jego sławny biznes
20150922_161710
W razie tsunami – this way

STADION OLIMPIJSKI, a właściwie Koloseum w Los Angeles to jeden z największych stadionów w Ameryce, który powstał w 1888 roku. Jest to jedyny obiekt sportowy na świecie, na którym dwukrotnie odbyły się Igrzyska Olimpijskie (1932, 1984). Poza wydarzeniami związanymi ze sportem odbywało się tam również mnóstwo koncertów,a nawet przemówień polityków. Los Angeles Memorial Coliseum rozciąga się na 6,7 hektarach i możne zapewnić 93607 miejsc. Znajduje się na terenie Exposition Park, sąsiadując z wieloma muzeami, otoczonymi ogrodem.

20150921_152035

PARK MAC ARTHUR W OKOLICACH WEST LANE – nie jest to ‚must see’ Los Angeles, ale okolica wydaje się ciekawa, zwłaszcza tereny Parku. Jest to dobre miejsce na spacer. Widać, że mieszkańcy również lubią spędzać tam czas. Większość z nich – aktywnie, uprawiając jogging. Uroku dodaje fontanna i spora ilość piłek unoszących się na wodzie, stanowiących oryginalną dekorację.

20150920_185439

GDZIE SIĘ ZATRZYMAĆ?

Zatrzymałyśmy się w City Center Hotel Los Angeles w centrum miasta (10 min od stacji metra). Obiekt nie ma zbyt dobrej opinii na bookingu. Niemniej jednak, byłyśmy z niego  zadowolone. Pokój był niedrogi, czysty, wyposażony w lodówkę i prywatną łazienkę. W cenę wliczono również śniadanie. Szczegóły rezerwacji dostępne są tutaj.

CO ZJEŚĆ, BĘDĄC W LOS ANGELES? 

Podczas naszego pobytu w Los Angeles byłyśmy spłukane. Nie będę więc opisywać miejsc, w których warto zjeść coś dobrego. Nasze menu ograniczało się do śniadania w hostelu (głównie tosty z masłem orzechowym i kawa), bananów, bułek i zupek chińskich za dolara.

Podczas czterech miesięcy w USA zdarzało mi się jadać w restauracjach fast-food: Five Guys, Friday lub Wendy’s. Oprócz dania głównego serwują tam przystawki, które przerosły mnie ilością jedzenia. Polecam zamówić w jednej z nich „prawdziwego” amerykańskiego burgera. Amerykanie odradzają odwiedziny w McDonald, który posiada najgorszą opinię wśród lokali serwujących fast-food w USA.

Będąc w Los Angeles, podobnie jak w całym kraju, można spróbować specjałów kuchni z całego świata. W Mieście Aniołów warto zwrócić uwagę na kuchnię meksykańską – wybór jest tam niemały. Mieszkańcy mawiają, że w Los Angeles serwuje się lepsze specjały niż w samym Meksyku. Ciekawą ofertę gastronomiczną posiadają bary i restauracje serwujące kuchnię chińską w Chinatown oraz lokale gastronomiczne w Little Tokyo, oferujące potrawy z Japonii.

TRANSPORT PUBLICZNY W LOS ANGELES:

Podczas pobytu w LA dużo spacerowałyśmy. Nasze trasy były bardzo długie, dlatego też osoby nieprzepadające za spacerami zachęcam do korzystania z transportu publicznego. Zanim jednak zdecydujecie się na przejazd tamtejszym autobusem, warto uzbroić się w cierpliwość. Miasto Aniołów jest także miastem korków.

Los Angeles posiada metro, jednak większość linii nie ma z nim nic wspólnego poza nazwą. Jest to po prostu tramwaj naziemny. Jedynie dwie linie metra są podziemne. Często można w nim spotkać artystów prezentujących swój talent, którzy liczą na jakiś drobny zarobek. Są to nie tylko osoby uważające, że potrafią śpiewać i tańczyć. Wielu z nich zrobiło na mnie ogromne wrażenie. W ostatnim czasie w Europie (zwłaszcza na zachodzie) również można zaobserwować coraz więcej występów w środkach komunikacji miejskiej.

Aplikacje, które ułatwią nam poruszanie się po Los Angeles to „Go Metro Los Angeles Verson 3” oraz „LA Metro Bus”. Przydatna jest także strona internetowa metro.net. Na przystankach nie ma rozkładów – zastępują je numery. Godzinę odjazdu sprawdza się poprzez wspomnianą wcześniej aplikację „LA Metro Bus” lub na stronie internetowej przewoźnika. Warto rozważyć skorzystanie z Ubera, jeśli podróżujemy z wieloma osobami.

IMG_20150920_190235

PODCZAS POBYTU MOŻNA ZAUWAŻYĆ, ŻE MIESZKAŃCY LOS ANGELES UWIELBIAJĄ ROZMAWIAĆ Z NIEZNAJOMYMI.

Do takiego wniosku doszłam, spędzając tam 8 dni. Amerykanie to otwarty naród. Ekspedientki w sklepach odruchowo pytają co u Ciebie słychać. Mimo, że nieraz nie interesuje ich odpowiedź uważam, że jest to bardzo miłe. Na zachodzie USA ta cecha wydaje się być jeszcze bardziej uwydatniona. Na ulicach miasta nieznane osoby pytały koleżankę o tatuaż (co oznacza tekst i dlaczego zdecydowała się na taką treść). Wiele razy pytano nas skąd jesteśmy, co tutaj robimy, czym się zajmujemy, co studiujemy. Każda reakcja na naszą odpowiedź brzmiała „Oh, cool!”.

Stereotypy mieszkańców Kalifornii nie wydają się być dalekie od prawdy. Gwiazdy Hollywood? Nawet jeśli spotkamy celebrytów to prawdopodobnie nie dowiemy się, że właśnie minęliśmy ich na ulicy. Jest to jednak bardzo możliwe. Los Angeles to największe skupisko najsławniejszych aktorów i artystów. Surferzy? Na pobliskich plażach można zobaczyć dużo osób zmagających się z wielkimi falami na deskach. Gangi? Ponoć jest ich tam sporo. Ciężko jest opisać stopień bezpieczeństwa w tym mieście. Pamiętny incydent podczas pierwszych chwil w LA z sześcioma radiowozami w roli głównej nie daje o sobie zapomnieć. Niemniej jednak, pomimo wielu mówiących do siebie szaleńców, na których nikt nie zwraca uwagi, czułyśmy się tam bezpiecznie (może z wyjątkiem naszego pierwszego spaceru). Warto być uważnym, a jednoczesnie nie popadać w panikę.

CZY KIEDYŚ TAM WRÓCĘ?

Nieprędko. Bynajmniej nie chodzi tu o brak funduszy (choć jest to również jeden z powodów). Nie żałuję, że odwiedziłam Los Angeles, ponieważ osobiście przekonałam się, że jest wiele innych miejsc na świecie, które mogą zaoferować odwiedzającym znacznie więcej. Zdecydowanym plusem jest wszechobecny na ulicach „luz” i otwartość mieszkańców (być może ciężko go dostrzec w biznesowej dzielnicy). Latynoskie klimaty również wydają mi się pozytywem. Ponadto, Los Angeles to skupisko gwiazd Hollywood, które można tam spotkać przy odrobinie szczęścia. Ulice miasta wyglądają znajomo za sprawą wielu produkcji filmowych. To wszystko tworzy swoisty klimat. Mimo to, miastu daleko do ideału. Zdecydowanie lepiej wypada na zdjęciach niż w rzeczywistości. Jego pozytywne strony giną wśród problemu bezdomności i unoszącego się wszędzie zapachu moczu. Nie jest to mój faworyt wśród miast. Być może zakochacie się w nim, tak jak moja towarzyszka podróży. Uważam, że USA posiada znacznie ciekawsze miejsca. Warto jednak wpaść do Los Angeles aby osobiście sprawdzić czy miasto spełnia Wasze oczekiwania.

Szkocja w… 1 dzień?

Drugiego dnia wzięliśmy udział w jednodniowej wycieczce wokół Szkocji dzięki firmie „Discover Scotland” (bezinteresowne lokowanie produktu, polecam). Z racji tego, że wynajęcie samochodu byłoby dla nas nieopłacalne (było nas troje) i niełatwe (ruch lewostronny) postanowiliśmy skorzystać z oferty tej firmy. 

Zobaczyliśmy (większość przez szybę, robiąc krótkie przystanki i mając dwie dłuższe przerwy) jezioro Lomond, Glencoe, Fort William, Ben Nevis – najwyższy szczyt Wielkiej Brytanii, The Great Glen oraz Kanał Kaledoński. Odbyliśmy też godzinny rejs po jeziorze Ness (a nie Loch Ness – Loch oznacza jezioro) i zwiedziliśmy zamek Urquhart. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w Pitlochry. Przejeżdżaliśmy też obok zamku Stirling.

Koszt:

  • Od 43 do 49 funtów za osobę dorosłą (16-59 lat),
  • od 41 do 47 funtów za studentów, seniorów, dzieci (5-15 lat).

Wzięliśmy kanapki, ale ceny posiłków w miejscach, w których się zatrzymaliśmy były bardzo dobre – ciepły lunch można było zjeść już w cenie 4 funtów.

Dodatkowo można było też zakupić:

  • rejs po Loch Ness + zwiedzanie ruin zamku Urquhart (19,50 funtów, zniżki jedynie dla dzieci poniżej 16 roku życia – 15,50 funtów).
  • rejs po Loch Ness (dorośli 14 funtów, studenci/emeryci – 13 funtów, dzieci 5-15 lat – 11 funtów).

Czas trwania wycieczki: 12h

Zbiórka przy Ratuszu Władz Miasta Glasgow o 7:45, wyjazd o 8:00, powrót o 19:45.

Trasa liczyła ponad 500km (bus jest wygodny).

Rezerwacji można dokonać internetowo, klikając tutaj.

Poniżej zamieszczam mapę z trasą wyjazdu:

trasa
źródło: discoverscotlandtours.com

Nasz przewodnik był rodowitym Szkotem – zrozumienie go czasami graniczyło z cudem, zwłaszcza nad ranem, kiedy mój mózg nie zdążył się uaktywnić i przyzwyczaić do jego akcentu. Spośród wypowiedzianych przez niego słów z prędkością światła wyłapałam „Poland”. Brzmiało to jak pytanie. Odpowiedziałam nieśmiało „yes”, po czym usłyszałam entuzjastyczne „yeeeeey”. Po chwili pełnego skupienia dotarło do mnie, o co pytał. Mijaliśmy właśnie destylarnię szkockiej whisky Ballantines. Przewodnik podkreślił, że jest to popularny trunek w Polsce i zapytał nas czy jesteśmy fanami Ballantines.

W przeszłości destylarnia doświadczyła wielu kradzieży – złodzieje zaprzyjaźnili się z psami pilnującymi obiektu, regularnie je karmiąc. W chwili włamania psy nie sprzeciwiały się wpuszczeniu włamywaczy, którzy wielokrotnie zabierali stamtąd dowolne ilości whisky. 

Poniżej opisałam najciekawsze miejsca, które zobaczyliśmy tego dnia:

LOCH LOMOND

To największy zbiornik słodkowodny w Szkocji i najrozleglejszy w Wielkiej Brytanii. Jezioro oddziela szkockie niziny (Lowlands) od górzystego rejonu północnej Szkocji (Highlands) i leży na terenie Parku Narodowego Trossachs. Długość jeziora wynosi 39km, szerokość 1,20km – 8km. Najgłębsze miejsce w jeziorze liczy 190m.

Powstało o nim wiele piosenek, m.in. „O’loch Lomond” zespołu The Bonnie Banks, które można posłuchać tutaj. Tej piosenki nie może zabraknąć podczas patetycznych wydarzeń w Szkocji. Nie chodzi o pogrzeby, ale – jak mówi przewodnik – o liczne porażki w piłce nożnej szkockiej drużyny. Po każdym przegranym meczu (słowo „przegranym” w tym zdaniu wydaje się być zbędne) smutni kibice odśpiewują tę piosenkę.

Zatrzymaliśmy się na kawę w Drovers Inn na terenie parku. Jest to restauracja i hotel, który liczy już 300 lat. Budynek rozreklamowano jako nawiedzone miejsce, czemu sprzyja klimat.

DCIM101GOPROGOPR0553.

GLENCOE 

Kolejnym przystankiem było Glen Coe – najładniejsze miejsce w Szkocji (moim skromnym zdaniem), które z pewnością wiele osób kojarzy z filmów „Skyfall” czy też „Harry Potter i Więzień Azkabanu”. Glen Coe zajmuje obszar 6 tysięcy hektarów i posiada wiele gór. Zatrzymaliśmy się szczytach „Trzy Siostry”. Można odnieść wrażenie, że nad doliną wiecznie rozpościera się mgła, nadająca temu krajobrazowi niezwykły charakter i niesamowity klimat.

Glen Coe w języku gaelickim oznacza Dolinę Łez. Nawiązuje do tragicznego wydarzenia, które miało miejsce 13 lutego 1692 roku. Wiele mieszkańców doliny straciło wtedy życie (źródła historyczne wahają się między 38 a 70 ofiarami). Glen Coe zamieszkiwali członkowie klanu MacDonald, którzy nie uznawali władzy angielskiego króla Wilhelma i jego małżonki Marii II. Mieszkańcy wspierali jakobitów, nie akceptując utraty rządów przez króla – Jakuba II. W wyniku buntu, żołnierze Wilhelma napadli na członków klanu w nocy, zabijając wielu swoich przeciwników.

DCIM101GOPROGOPR0615.

DCIM101GOPROGOPR0608.DCIM101GOPROGOPR0606.

DCIM101GOPROGOPR0609.

LOCH NESS

Jednym z dodatkowych punktów wycieczki był rejs po jeziorze Ness. Jak już wcześniej wspomniałam, Loch oznacza jezioro, a więc nazwa tego popularnego zbiornika wodnego brzmi po prostu „Ness”. Jezioro ma nietypowe wymiary – 38km długości i zaledwie 1,5km szerokości. Jest to największy objętościowo zbiornik słodkowodny w Wielkiej Brytanii, jednak powód popularności jeziora jest zupełnie inny.

Loch Ness zyskało sławę dzięki Nessie – potworowi, który rzekomo zamieszkuje wody jeziora. Na przestrzeni wieków pojawiało się wiele opisów zwierzęcia, któremu przypisywano długą szyję i dwa garby. Najstarsze przekazy pochodzą z końca VI wieku (Św. Kolumban miał uratować jednego z mieszkańców przed potworem). Z biegiem czasu pojawiało się kilka nowych wzmianek (a nawet zdjęć), zwłaszcza w latach 30-tych XX wieku, kiedy to wybudowano drogę wzdłuż jeziora. Naukowcy nigdy nie potwierdzili istnienia potwora. Przeprowadzanie badań i jakiekolwiek poszukiwania utrudnia mętność tego zbiornika wodnego – zaledwie kilka metrów pod taflą wody już nic nie widać, jezioro ogarnia kompletna ciemność.

Loch Ness owiane legendą istnienia Nessi przyciąga wielu naukowców, badaczy, a w szczególności turystów. Jest to chyba jeden z najlepszych chwytów marketingowych na świecie. Mimo, że nie potwierdzono istnienia potwora wiele osób uważa, że go widziało. Konkretna porcja whisky z pewnością pomogła im dostrzec go w jeziorze.

DCIM101GOPROGOPR0655.

DCIM101GOPROGOPR0693.

DCIM101GOPROGOPR0668.

ZAMEK URQUHART 

Właściwie to zbyt wiele nie pozostało już z tego średniowiecznego zamku, ale jego ruiny również zachwycają. Obiekt mieści się nad brzegiem jeziora Ness, w miejscowości Drumnadrochit. Wzniesiono go na polecenie Aleksandra II – króla Szkocji w celach strategicznych. Była to największa średniowieczna twierdza w Szkocji, która była miejscem wielu starć klanów o władzę. Podczas jednej w walk w 1692 roku, zamek wysadzono w powietrze (aby uniknąć zagarnięcia Urquhart przez jakobitów). Od tamtej pory największa warownia to jedynie ruiny, które stanowią doskonałą atrakcję turystyczną i świetnie wkomponowały się w krajobraz Loch Ness.

DCIM101GOPROGOPR0647.PITLOCHRY 

Ostatni z dłuższych przystanków miał miejsce właśnie w tej uroczej miejscowości, obecnie stanowiącej ośrodek turystyczny. Pitlochry posiada wiele wiktoriańskich budynków z kamienia, które przetrwały w świetnym stanie. Warto też zwrócić uwagę na zabytkowy baldachim ze stali na jednej z głównych ulic miasteczka.

Na trasie mijaliśmy wiele polskich akcentów:DCIM101GOPROGOPR0737.Nie obyło się też bez spotkania z hipsterskimi krowami:DCIM101GOPROGOPR0732.DCIM101GOPROGOPR0703.DCIM101GOPROGOPR0700.PODSUMOWUJĄC: 

Większość czasu spędziliśmy jadąc. Niemniej jednak, był to dobry sposób na „objechanie” i podziwianie krajobrazów Parków Narodowych, dolin i Gór Kaledońskich. Wycieczkę polecam każdemu, kto chciałby zobaczyć jak najwięcej w krótkim czasie i zdobyć wiele informacji o Szkocji od kierowco-przewodnika w jednym, którego akcent nie pozwala nam zapomnieć, gdzie jesteśmy.  

Edynburg w 1 dzień! Magia bez dopalaczy

Mimo, że Glasgow jest największym szkockim miastem, to Edynburg jest stolicą Szkocji. Będąc tam ma się wrażenie, że miejsce zostało zamrożone w czasie. Pomaga w tym jego architektura i skupisko życzliwych ludzi, którzy nigdzie się nie spieszą, uśmiechając się do zalewających Edynburg turystów. 

Jak dojechać do Szkocji? Gdzie nocować? Czym poruszać się po mieście? Jakie są tradycyjne dania kuchni szkockiej? Gdzie zjeść smacznie i tanio? Jakie są ceny wybranych produktów w supermarketach? Odpowiedzi na te pytania można znaleźć tutaj.

Na zwiedzanie stolicy Szkocji przeznaczyliśmy jeden dzień. Mało? Zdecydowanie. Miasto ma wiele do zaoferowania. Niestety, nasz pobyt w Szkocji ograniczał się jedynie do weekendu, dlatego też w Edynburgu byliśmy tak krótko. Wszystkie najważniejsze atrakcje w mieście znajdują się blisko siebie, a więc nie korzystaliśmy z transportu miejskiego. Uprzedzam, że odwiedziliśmy jedynie darmowe atrakcje, których i tak jest baaaardzo dużo!

John_Rocque_Plan_von_Edinburgh_1764
Mapa Edynburga z 1764 roku, autor: John Rocque, Wikimedia Commons.

PAŁAC HOLYROOD

Po wyjściu z pociągu (główna stacja: Waverley) udaliśmy się do rezydencji brytyjskiej rodziny królewskiej w Szkocji, położonej na samym końcu sławnej ulicy, zwanej Królewską Milą. Zanim Pałac stał się siedzibą monarchów brytyjskich, w roku 1128 było to Opactwo Holyrood. Budynek był wielokrotnie rozbudowywany. Charakterystyczna wieża strażnicza zamku powstała w 1532 roku. W XVII wieku zakończono rozbudowę rezydencji. Pałac Holyrood widzieliśmy jedynie z zewnątrz (jak już wspominałam – odwiedzaliśmy jedynie darmowe atrakcje). Jeśli ktoś byłby zainteresowany zwiedzaniem zamku i dysponowałby większą ilością czasu niż my, godziny otwarcia wraz z cennikiem dostępne są tutaj.

DCIM101GOPROGOPR0359.

SZKOCKI PARLAMENT 

Siedziba Parlamentu Szkocji znajduje się naprzeciwko Pałacu Holyrood. Ciekawy budynek, zaprojektowany przez Enrique Mirallesa, przyciąga wielu turystów. Opinie na jego temat są podzielone – jedni nie szczędzą słów krytyki, inni zaś twierdzą, że jest to perełka architektury miasta. Parlament szkocki trafił na listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO i zdobył prestiżową nagrodę architektoniczną Stirling Prize.

Tamtejszy parlament funkcjonował zanim powstał sławny budynek. Pierwszą siedzibę zbudowano w XVII wieku przy katedrze Św. Idziego. Po zawarciu unii między Anglią a Szkocją i stworzeniu Wielkiej Brytanii na początku XVIII wieku nastąpił kres roli parlamentu szkockiego (dalej funkcjonował, ale nie odgrywał znaczącej roli w rządach Wielkiej Brytanii). W 1999 roku przywrócono jego rolę w wyniku referendum. Wtedy też powstał obecny budynek. W sali obrad stworzono miejsca dla 129 szkockich parlamentarzystów, do których należy część decyzji o charakterze lokalnym, związanych m.in. z wymiarem sprawiedliwości, służbą zdrowia, rolnictwem, gospodarką i budżetem. Pozostałe decyzje należą do Parlamentu Wielkiej Brytanii, któremu Szkocki Parlament dostarcza raporty ze swojej działalności.

Obiekt można zwiedzać od poniedziałku do piątku w sezonie (kwiecień – wrzesień) od 10:00 do 17:00 i poza sezonem (październik – marzec) w godzinach 10:00 – 16:00. Wstęp wolny.

The_Scottish_Parliament_(20930969514).jpg
autor: Dun Deagh (flickr.com), licencja

GÓRA ARTURA

Góra Artura to wygasły wulkan, który znajduje się na terenie Parku Holyrood. Wysokość szczytu wynosi 251m n.p.m. Potocznie nazywa się ją również „Krzesłem Artura” – zgodnie z legendą władca miał stamtąd obserwować jedną z bitew. Górę Artura obrali sobie wielokrotnie autorzy kryminałów, w których bohaterzy ich powieści chowali zwłoki ofiar na terenie wulkanu (co jak co, ale lenistwa i braku krzepy raczej nie można zarzucić zabójcom udającym się tam z ciałami).

To, że Edynburg posiada wulkan w samym sercu miasta jest niebywałe. Jednak bardziej niewiarygodne dla mnie było to, że na szczyt wbiegali ludzie biorący udział w maratonie… Przed wyjazdem przeczytałam na wielu blogach, że jest to doskonały punkt widokowy (zgadza się!), a wejście na górę jest łagodne i zajmuje 30 minut (nie zgadza się! Ani trochę!). Kiedy sprawdziłam wysokość góry, rozczarowałam się. Podczas trekkingu czułam się, jakbym zdobywała jakiś ośmiotysięcznik. Wejście jest niełatwe: w Szkocji bardzo często pada, a droga na szczyt jest kamienna, przez co bywa bardzo ślisko. Ponadto, trafiliśmy akurat na huragan, co z pewnością nie pomogło w sprawnym wejściu na górę. Ze względu na warunki pogodowe jakie zastaliśmy zdobywając ten punkt widokowy, wejście i zejście na Górę Artura zajęło nam jakieś dwie godzinyNie oznacza to jednak, że nie polecam tego miejsca. Polecam i to bardzo, ALE gdyby okazało się, że zwiedzacie Edynburg podczas huraganu, proponuję wybrać inny, równie interesujący punkt widokowy, np. Calton Hill (103m n.p.m.). Jeśli jednak Wasz wybór padnie na Górę Artura, polecam wziąć czapki. Na szczycie strasznie wieje, nie tylko podczas wichury.

Zdaję sobie sprawę z tego, że moja wzmianka o Górze Artura niezbyt zachęciła Was do zdobycia tego szczytu. Chciałabym jednak podkreślić, że po prostu trafiliśmy na złą pogodę, ale widok na miasto był niesamowity. Zamieszczam zdjęcia, aby przekonać Was do tego, że było naprawdę pięknie:

Po zdobyciu szczytu udaliśmy się na obiad. Jako, że nie była to wycieczka milionerów, postanowiliśmy zatrzymać się w jednym z barów meksykańskich, serwujących pyszne panini w cenie już od 4 funtów (Flip, adres: 54 Clerk St).

STARE MIASTO

Spacerując po Starym Mieście nie sposób przejść obojętnie obok tak pięknej zabudowy miasta – wąskie uliczki otoczone są budynkami, sprawiającymi wrażenie „wciśniętych” gdzie tylko się da. Niektóre z nich są niskie, inne liczą kilka pięter. Większość z nich wykonano z kamienia. Uroku dodają tzw. „closes” – wiele wąskich schodów, które pełnią rolę pasażu, umożliwiając przejście między budynkami.

KATEDRA ŚW. IDZIEGO

Jest to XII-wieczny budynek odwiedzany przez tysiące turystów. Co ciekawe, wcale nie jest katedrą. Świątynia była nią w XVII wieku, jednak bardzo krótko pełniła funkcję siedziby biskupów. Mimo, że obiekt należał początkowo do Katolików, obecnie jest to siedziba wyznawców protestantyzmu i najważniejsza świątynia Kościoła Szkockiego. Za czasów reformacji można było wysłuchać tam kazań Knoxa – przywódcy kalwinizmu w Szkocji. W 1385 roku budynek uległ zniszczeniu w wyniku pożaru. Odbudowano go pod koniec XIV wieku. Jego wyposażenie i elementy dekoracyjne pochodzą właśnie z tamtego okresu. Największe wrażenie w świątyni zrobiły na mnie kolorowe witraże i kaplica poświęcona orderowi Ostu (narodowy kwiat Szkocji), przyznawanemu najdzielniejszym rycerzom. Wyróżnienie przyznaje się do dziś, z małą różnicą, że nie otrzymują jej rycerze, ale zasłużeni Szkoci.

Wstęp do świątyni jest bezpłatny (należy jednak zapłacić za możliwość robienia zdjęć). Przy odrobinie szczęścia można załapać się na jeden z koncertów, które często się tam odbywają.

St_Giles'Cathedral_Edinburgh.jpg
autor: Eleonore Gaudry (flickr.com), licencja

GREYFRIARS BOBBY

To miejsce związane jest ze wzruszającą historią Bobby’ego – psa rasy Sky Terier, który przez 14 lat (aż do swojej śmierci) czuwał nad grobem swojego właściciela. Po wielu próbach pozbycia się zwierzęcia, dozorca cmentarza w końcu zaakceptował jego obecność (w późniejszym czasie nawet go karmił). W 1867 roku pies uniknął śmierci dzięki bogatemu mieszkańcowi Edynburga, który zapłacił za niego podatek. Zgodnie z ówczesnym prawem, nieopłacenie podatku za psa skutkowało jego uspaniem. Bobby został pochowany na cmentarzu obok swojego właściciela. Zwierzę stało się bohaterem wielu książek i filmów. Na jego cześć wzniesiono wiele pomników.

Nie chcąc być gorszym od innych miast europejskich, w Edynburgu również istnieje zwyczaj dotykania wybranej części danego pomnika w celu powrotu do tego miasta. W tym przypadku jest to nos Bobby’ego. Wiele osób twierdzi (patrząc na wytarty nos psa jest ich sporo), że dotknięcie pomnika zapewni powrót do Edynburga.

DCIM101GOPROGOPR0449.

THE ELEPHANT HOUSE

Wstąpiliśmy też na chwilę do miejsca, w którym powstała seria przygód najsłynniejszego czarodzieja na świecie – Harrego Pottera. To tutaj Joanne Rowling napisała większość swoich powieści. W restauracji widnieje sporo zdjęć autorki, a także detali, które przypominają o zaszczycie, jakiego dostąpiło to miejsce. Dzięki zajmowaniu przez pisarkę stolika w tym miejscu, kawiarnia cieszy się wielką popularnością.

DCIM101GOPROGOPR0457.

SZKOCKIE MUZEUM NARODOWE

To było najszybsze zwiedzanie muzeum w całym moim życiu – weszliśmy do środka o 16.45, a właściwie to niemal wbiegliśmy. Na zwiedzanie mieliśmy zaledwie 15 minut. Można się domyśleć, że jak na kilkupiętrowy budynek Szkockiego Muzeum Narodowego to niewiele czasu. Niemniej jednak dobrze, że przeznaczyliśmy na nie chociaż kwadrans, ponieważ wnętrze zachwyca. Nie będę się wypowiadać na temat wystaw, ponieważ zdążyłam zobaczyć jedynie ekspozycję poświęconą środkom transportu oraz wypchaną na wystawie (…) sklonowaną owieczkę Dolly. Wstęp do muzeum jest bezpłatny. Można go zwiedzać codziennie, w godzinach 10:00 – 17:00 (zamknięte 25.12 i 26.12, zaś 1.01 muzeum dostępne jest od 12:00 do 17:00).

DCIM101GOPROGOPR0444.

DCIM101GOPROGOPR0441.

DCIM101GOPROGOPR0445.

ZAMEK KRÓLEWSKI

Zamek Królewski, będący ‚must see’ Edynburga, które króluje na pierwszych stronach wszystkich przewodników zobaczyliśmy jedynie z zewnątrz. Ze względu na to, że nie mieliśmy w planie sprzedaży nerek (wstęp do zamku kosztuje 16,50 funtów) stwierdziliśmy, że przyjdzie na to jeszcze czas.

Codziennie o godzinie 13:00 na dziedzińcu zamkowym od setek lat oddaje się salwę armatnią. Jest to jedna z atrakcji zamku, która kiedyś był ważnym wyznacznikiem czasu w mieście. Krążą też żarty nawiązujące do stereotypu o skąpych Szkotach mówiące o tym, że nieprzypadkowo wybrano pierwszą po południu jako godzinę oddania salwy, ponieważ o godz. 12:00 należałoby oddać aż 12 strzałów.

Edinburgh Castle Fontana

Przy Zamku Królewskim znajduje się The Edinburgh Old Town Weaving Co (adres: 555 Castle Hill, Royal Mile), ogromny sklep jednej ze szkockich rodzin, w którym można obejrzeć przeróżne modele kiltów (tradycyjnych szkockich strojów), a nawet przymierzyć kilka z nich. Więcej informacji o kiltach można znaleźć w osobnym wpisie poświęconym strojom, klikając tutaj.

Po całym dniu zwiedzania udaliśmy się do szkockiego baru. Każdy z nich ma niesamowity klimat, a wybór jest niemały. Jeśli miałabym wskazać obowiązkowe miejsca, które należałoby zobaczyć w Szkocji, bez zawahania byłyby to tamtejsze puby!

Gdybym odwiedziła Edynburg po raz drugi, z pewnością udałabym się ponownie do Szkockiego Muzeum Narodowego, tym razem na dłużej. Ciekawa wydaje się również oferta Muzeum Chirurgów oraz „Whisky Experience”, dzięki któremu można dowiedzieć się sporo o historii i produkcji tego trunku (w programie przewidziano degustację whisky).

PODSUMOWUJĄC:

Ciężko jest opisać to miasto i jego klimat w jakikolwiek sposób. To trzeba przeżyć! Mimo, że jest to stolica, miasto wydaje się być przytulne. Jest to jedno z najpiękniejszych miejsc w Europie. Myślę, że ciężko jest znaleźć osoby, którym Edynburg nie przypadłby do gustu… 

Czym zaskakuje Szkocja?

  • Jedną z największych zagadek życia, którą do dziś staram się zrozumieć jest fakt, iż od XIX wieku symbolem Szkocji jest… jednorożec. Być może ma to związek z narodowym symbolem Anglii, jakim jest lew – legendarny wróg jednorożca. Zgodnie ze stereotypem, Anglicy nie należą do szkockich ulubieńców.
Unicorn_(PSF).png
autor: Pearson Scott Forman, domena publiczna
  • Tereny Szkocji rozciągają się na wielu wyspach, a dokładniej – na 787 wyspach! Jednakże, jedynie 130 z nich to tereny zamieszkałe przez człowieka.
  • Mimo, że Glasgow to największe miasto Szkocji, jej stolicą jest Edynburg. 
  • Wszyscy wiedzą, że Rzym rozciąga się na siedmiu wzgórzach. Niewiele osób wie jednak, że szkocką stolicę Edynburg również zbudowano na siedmiu wzgórzach.
  • Pozostając przy temacie Edynburga – miasto posiada pierwszą na świecie straż pożarną, którą założono w 1824 roku.
DCIM101GOPROGOPR0514.
Edynburg
  • Osoby, które uwielbiają zwiedzać zamki mogą przeznaczyć na zwiedzanie Szkocji kilka dobrych lat – czeka ich tam na nich aż 300!
  • Narodowym strojem Szkocji jest kilt (zwany męską spódniczką, czego nie lubią Szkoci), wykonany z tartanu – materiału o kraciastym wzorze. Więcej informacji na jego temat można znaleźć w osobnym wpisie, klikając tutaj.
  • Szkocję zamieszkuje 11 milionów owiec! Jest to liczba dwukrotnie większa od ilości mieszkańców Szkocji.
farm-travel-herd-pasture-sheep-autumn-489921-pxhere.com
źródło: pxhere, domena publiczna
  • W Szkocji upamiętniono postać niedźwiedzia Wojtka, stawiając mu pomniki w Duns i Edynburgu (Princess Garden). Zwierzę zostało adoptowane przez podopiecznych Władysława Andersa, którzy nadali mu stopień kaprala. Zmarł 2 grudnia 1963 roku w edynburskim zoo.
Wojtek_(bear)_statue_in_Princes_Street_Gardens
Niedźwiedź Wojtek w Princess Garden, autor: Taras Young, licencja
  • Nie wszyscy wiedzą, że Szkoci mogą się pochwalić szóstym najbogatszym bankiem na świecie, jakim jest Bank of Scotland.
  • W tej części Europy można spotkać mnóstwo osób posiadających rudy kolor włosów.
Brave-Prince-Merida
kadr z filmu „Merida Waleczna” (2012), reż. B. Chapman, M. Andrews, producent: K. Sarafian
  • Wiele znanych osobistości, niekoniecznie rudowłosych ale z całą pewnością wybitnie uzdolnionych, posiada szkockie korzenie. Jest to m.in. Alexander Graham Bell wynalazca telefonu, Logie Baird, twórca telewizora, Alexander Flemingwynalazca penicyliny oraz Adam Smithjeden z najwybitniejszych ekonomistów na świecie.
  • W Edynburgu powstało wiele znanych powieści, m.in. przygody Sherlocka Holmesa, autorstwa szkota Arthura Conan Doyle, a także seria powieści Harrego Pottera, którą J.K. Rowling stworzyła w jednej z kawiarni w stolicy Szkocji.
DCIM101GOPROGOPR0457.
Miejsce powstania serii przygód Harrego Pottera
  • Szkocja często nazywana jest Ojczyzną Golfa, który uprawiano tam już w XV wieku. W 1457 roku król Jakub II zakazał uprawiania tego sportu swoim łucznikom. Uważał, że powinni poświęcać więcej czasu na doskonalenie strzelectwa, zamiast grać w golfa. Obecnie, na terenie Szkocji znajduje się ponad 500 pól golfowych. Wiele Szkotów zrzesza się w elitarne kluby, do których niełatwo dołączyć, nie mając dobrych kontaktów z ich członkami.
  • Szkoci to naród, który w oryginalny sposób pielęgnuje pamięć o zmarłych. Poza nagrobkami, często oznaczają miejsca, w których ich bliscy lubili spędzać czas za życia. Wiele ławek posiada tabliczki z imieniem i nazwiskiem danej osoby. Często dopisuje się też zachętę, aby dosiąść się do zmarłego i cieszyć się jego ulubionym widokiem.
DCIM101GOPROGOPR0390.
Tabliczki na ławkach upamiętniające zmarłych
  • Jest to Ojczyzna golfa, owiec, a także… whisky! Jej nazwa wywodzi się z języka gaelickiego (którym posługują się mieszkańcy północnej części kraju) i oznacza „wodę życia”.

  • Poza degustacją szkockiej wody życia, odwiedzający powinni również spróbować tradycyjnego dania, jakim jest Haggis. Są to zmielone podroby owcze (serce, płuca, wątroba) z dodatkiem mąki owsianej, serwowane w owczym żołądku.

  • Kolejnym znanym napojem tego kraju jest Irn Bru. Jest to najczęściej sprzedawany napój w Szkocji, cieszący się tam większą popularnością niż legendarna Coca-cola! Receptura przyrządzania pomarańczowej oranżady jest pilnie strzeżona.
Irn Bru
Szkocki napój Irn Bru

1 dzień w Glasgow – przemysł i zieleń w jednym!

Na zwiedzanie Glasgow przeznaczyliśmy jeden dzień. W Internecie można znaleźć opinie, że jest to nieciekawe miasto. Dobrze, że przeczytałam je i… olałam. Zapewniam, delikatnie i dyplomatycznie rzecz ujmując, że jest to nieprawda. Glasgow to największa metropolia Szkocji, a zarazem trzecie największe miasto w Wielkiej Brytanii. Jego nazwa wywodzi się z gaelickiego słowa „Glas-cu”, oznaczającego ukochane, zielone miejsce. Wpływ rewolucji przemysłowej na architekturę widać gołym okiem. Mimo to Glasgow udowadnia, że w pełni zasługuje na miano zielonego miasta. 

W XVIII wieku miasto wzbogaciło się dzięki prowadzeniu handlu transatlantyckiego. Wtedy też powstały piękne budowle, wznoszone przez zamożnych kupców. Większość budynków zaprojektował Charles Macintosh. Z powodu wybuchu rewolucji przemysłowej liczba mieszkańców w XIX wieku zwiększyła się dziesięciokrotnie. Zwiedzanie tego miejsca po II wojnie światowej nie było najlepszym pomysłem – bezrobocie, bieda oraz liczne gangi zawładnęły nim w czasach powojennych. Dziś, wypad do Glasgow to świetny pomysł na weekend. Potwierdza to obecność miasta w rankingu 10 najciekawszych metropolii świata (według Lonely Planet) i tytuł „Europejskiej Stolicy Kultury”, przyznany miastu w 1990 roku.

Glasgow_map_1878
Mapa Glasgow z 1978 roku, domena publiczna

Jak dojechać do Szkocji? Gdzie nocować? Czym poruszać się po mieście? Gdzie zjeść smacznie i tanio?Odpowiedzi na te pytania można znaleźć w osobnym poście na blogu, klikając tutaj

MIESZKAŃCY GLASGOW:

„People make Glasgow” (ludzie tworzą Glasgow) to nowy slogan, który stał się dla miasta kampanią reklamową. Nie są to puste słowa – mieszkańcy są otwarci, pomocni i szczerzy. Nasze 3 dni wystarczyły, aby sprawdzić czy miejscowi faktycznie posiadają tę trzecią cechę, ale tak właśnie twierdzi lokalny przewodnik, który mieszka w Glasgow od zawsze. Zakładam, że nie była to tylko autoreklama.

O tym, że mieszkańcy są pomocni, przekonaliśmy się nawet podczas tak krótkiego pobytu. Jedna z miejscowych studentek pomogła nam w pierwszych krokach po Glasgow. Zamiast wskazania szukanego przez nas miejsca, odprowadziła nas do celu (był to niestanowiący dla niej żadnego problemu, dziesięciominutowy spacer). Pozostając przy temacie studentki – większość mieszkańców Glasgow to studenci.

Otrzymaliśmy zaproszenie na darmowe jedzenie i nocleg od bezdomnych, będących w szampańskim (dosłownie) humorze. Uznaliśmy, że poza serdecznością mieszkańców propozycję posilenia się i ogrzania zawdzięczamy wyglądowi mojego dobitego plecaka, który przeżył już wiele wyjazdów. Po wyrażeniu przez spotkanych Panów radości ze spotkania z Polakami, dumnym zademonstrowaniu przez nich znajomości naszego ojczystego języka (ku*wa, ja pie*dole, cześć), pożegnaliśmy się i ruszyliśmy do hostelu.

4115890_a60e3bd1 (1)
People make Glasgow – wizytówka miasta, źródło: geograph.org.uk, licencja

Miasto ma wiele do zaoferowania. Przeznaczając na niego jeden dzień, nie „odhaczyliśmy” wszystkich atrakcji. Mimo to uważam, że w miarę dobrze poznaliśmy Glasgow – głównie dzięki przemieszczaniu się na piechotę. Spacer utrudniał „troszkę” huragan. Warto sprawdzić anomalia pogodowe przed wyjazdem w dane miejsce (czego nie zrobiłam), żeby potem nie urywało głowy podczas spaceru po mieście (czego doświadczyłam).

Jeśli kogoś nie interesują długie spacery, polecam korzystanie z metra (trzeciego najstarszego w Europie!) lub z autobusów miejskich. Moja aktywność fizyczna poprzedzająca wyjazd do Glasgow ograniczała się do spaceru pomiędzy kuchnią a biurkiem, przy którym pisałam pracę magisterską. Przebyte kilometry w Glasgow dały o sobie znać następnego dnia, jednak nie żałuję tej decyzji.

Warto wiedzieć, że od 2014 roku władze miasta ułatwiły życie mieszkańcom i turystom, wprowadzając darmowy Internet w mieście. Być może jego tempo nie jest zawrotne, ale zdecydowanie ułatwia korzystanie z GPS i sprawdzanie na bieżąco różnych informacji.

CO ZOBACZYLIŚMY?

NECROPOLIS – najbardziej klimatyczna (moim zdaniem) atrakcja w Glasgow, która powstała w 1833 roku. Wiktoriański cmentarz ogrodowy posiada wiele pięknych nagrobków, grobowców i rzeźb. Na jego terenie odnotowano 50 tysięcy pochówków. Przetrwało na nim 3500 grobów. Większość pochowanych była członkami zamożnych kupieckich rodzin. Nad cmentarzem wznosi się pomnik Johna Knoxa – przywódcy reformacji protestanckiej w Szkocji w XVI wieku.

Jeśli ktoś odwiedzi miasto w weekend, można zarezerwować bezpłatną wycieczkę z Towarzystwem Przyjaciół Nekropolii w Glasgow (rezerwacja na stronie internetowej towarzystwa – tutaj). Mimo, że oprowadzanie przez wolontariuszy jest darmowe, należy wesprzeć ich datkiem na renowację Necropolis.

KATEDRA ŚWIĘTEGO MUNGA (legendarnego założyciela i patrona Glasgow) powstała w 1136 roku. 50 lat później strawił ją pożar – odbudowa trwała do końca XV wieku. Co ciekawe, jest to jedyna ze szkockich świątyń, która ocalała podczas reformacji w XVI wieku. Obecnie należy do władz Kościoła Szkockiego. Warto zwrócić uwagę na XIII-wieczną wieżę, będącą najstarszą częścią świątyni. W dolnej części katedry znajduje się grobowiec Św. Munga. Pięćset lat temu katedra była siedzibą Uniwersytetu Glasgow.

DCIM101GOPROGOPR0815.
widok na katedrę ze wzgórza Necropolis

Odwiedziliśmy też przykatedralne MUZEUM ŻYCIA I SZTUKI SAKRALNEJ ŚW. MUNGA, posiadające wystawy poświęcone religiom świata. Powodem do powstania muzeum było wzbudzenie u odwiedzających szacunku i otwarcia się na inne kultury.

Zajrzeliśmy do PROVAND’S LORDSHIP – najstarszej kamienicy w mieście, którą wybudowano w 1471 roku. Budynek pełnił różne funkcje – mieściła się tam plebania i gospoda. Mieszkali w nim ludzie pochodzący z różnych środowisk: duchowni, żebracy i prostytutki. Wnętrze domu nawiązuje do XV-wiecznego stylu. Za budynkiem mieści się niewielki ogród.

Kolejnym punktem zwiedzania był GEORGE SQUARE (plac Świętego Jerzego), przy którym znajduje się ratusz. Jego wspaniała zabudowa przypomina o czasach świetności miasta podczas epoki wiktoriańskiej. Do wzniesienia budowli wykorzystano 10 mln cegieł i 900m³ kamienia.Od poniedziałku do piątku o godz. 10:30 i 14:30 istnieje możliwość zwiedzania wnętrza z przewodnikiem (bezpłatnie).

W centrum placu stoi pomnik Waltera Scotta (szkockiego pisarza), otoczony wizerunkami znanych osób, m.in. królowej Wiktorii, Jamesa Watt i Roberta Burns. Przy placu mieści się MERCHANT HOUSE (Dom Kupców) – najstarsza siedziba Izby Handlowej w Wielkiej Brytanii.

Skręcając w stronę BUCHANAN STREET (ulicę przepełnioną sklepami) można zobaczyć pomnik siedzącego na koniu księcia Wellington, którego głowę zdobi… biało-pomarańczowy stożek ruchu. Według oficjalnej wersji, zwieńczenie głowy księcia tym przedmiotem jest symbolem szkockiego humoru.

Mieszkańcy twierdzą, że w latach 80-tych jeden ze studentów miał tak dobrą imprezę, że postanowił ją podkreślić, stylizując postać księcia stożkiem. Prawdopodobnie był pod wpływem znakomitej szkockiej whisky – bez niej mogłoby mu zabraknąć odwagi do wspinaczki na wysoki pomnik. Wielokrotnie zdejmowano specyficzne nakrycie głowy księcia, ale spotkało się to z protestami mieszkańców. Po wielu protestach (ponad 70 tysięcy osób, które wzięły udział w facebookowej akcji „ocalenia” stożka) władze miasta postanowiły, że zostawią go w spokoju.

Statue_of_Wellington,_mounted,_Glasgow_-_DSC06285
źródło: commons wikimedia, licencja

Ruszyliśmy w kierunku rzeki Clyde. Po drodze minęliśmy wiele murali, a raczej DZIEŁ SZTUKI ULICZNEJ, których nie brakuje w Glasgow. Większość z nich w mieście wykonał Smug – artysta o australijskim pochodzeniu.

DCIM101GOPROGOPR0849.
Jeden z murali w Glasgow, znajdujący się w pobliżu katedry

Pospacerowaliśmy po jednej z uroczych dzielnic Glasgow, jaką jest MERCHANT CITY. Jak sama nazwa wskazuje, mieszkali w niej kiedyś zamożni kupcy, trudniący się przede wszystkim handlem tytoniu, cukru i herbaty. Obecnie jest to strefa sklepów, barów i restauracji.

Będąc przy rzece skręciliśmy w lewo i udaliśmy się do jednego z wielu parków w Glasgow, zwanego GLASGOW GREEN. Jest to najstarszy park w mieście, założony w XV wieku. Poza licznymi ścieżkami spacerowymi, rowerowymi, ławeczkami i zieloną trawą, w parku znajduje się PAŁAC LUDZI (People’s Palace) – muzeum połączone ze szklarnią, które prezentuje historię mieszkańców miasta.

Podczas zwiedzania można sobie zrobić przerwę na spacer po OGRODZIE ZIMOWYM. Na górnym piętrze rozpościera się widok na miasto i tereny parku, które porażają intensywnością zieleni. Kiedyś sądziłam, że zdjęcia szkockiej trawy w Internecie to konkretny Photoshop. Nic bardziej mylnego! 

Szkoci to naród, który w oryginalny sposób pielęgnuje pamięć o zmarłych. Poza nagrobkami, często oznaczają miejsca, w których ich bliscy lubili spędzać czas za życia. Wiele ławek posiada tabliczki z imieniem i nazwiskiem danej osoby. Często dopisuje się też zachętę, aby dosiąść się do zmarłego i cieszyć się jego ulubionym widokiem.

20171003_134157
Ławka w People’s Palace z tabliczką upamiętniającą ulubione miejsce zmarłego.

Od setek lat w Glasgow krąży powiedzenie, doskonale odzwierciedlające rolę rzeki Clyde w życiu miasta. Mówi się, że Clyde zbudowało Glasgow. Polecam spacer jej brzegiem, jeśli nie przechodzi wtedy przez Szkocję huragan… Dawniej nad rzeką w Glasgow mieściła się stocznia, która sprawiła, że było to centrum przemysłowe miasta. Pozostał po niej wielki dźwig – FINNIESTON, stojący naprzeciwko siedziby BBC Scotland.

Mijamy most zwany ŁUKIEM CLYDE (The Clyde Arc) i GLASGOW SCIENCE CENTER – nowoczesne Centrum Naukowe (odwiedzający mogą zobaczyć planetarium, symulator zmian klimatu, możliwość przeprowadzania doświadczeń).

Przy Centrum Naukowym znajduje się najwyższa budowla w Szkocji – WIEŻA MILLENIUM, licząca 127 metrów. Ze względu na to, że potrafi obracać się o 360 stopni od podstawy do szczytu, zapisała się w księdze Rekordów Guinessa. Obiekt można zwiedzać w sezonie letnim (1.04-29.10) codziennie od 10:00 do 17:00. W okresie zimowym dostępny jest od środy do piątku w godzinach 10:00 – 15:00, w weekendy od 10:00 do 17:00. Szczegóły dotyczące cen – tutaj.

Ciekawym budynkiem, znajdującym się w pobliżu rzeki Clyde, jest hala widowiskowo-sportowa GLASGOW SSE HYDRO. Dzięki sprzedaży ponad 750 tysięcy biletów, ogłoszono ją ósmą najbardziej popularną halą widowiskowo-sportową na świecie. Niektórzy twierdzą, że wyglądem przypomina katowicki Spodek.

Podczas spaceru brzegiem rzeki znów spotkaliśmy się z charakterystycznym dla Szkotów sposobem upamiętniania bliskich zmarłych.

20171003_142947

Spośród wielu muzeów i galerii sztuki, które Glasgow posiada w swojej ofercie, zastanawialiśmy się nad polecaną w przewodnikach i na wielu blogach GALERIĄ SZTUKI KELVINGROVERIVERSIDE MUSEUM (MUZEUM TRANSPORTU), opisywanym jako jedno z najciekawszych muzeów w Glasgow. Ciekawość zwyciężyła i udaliśmy się do Muzeum Transportu (wstęp bezpłatny).

Być może zbyt długi spacer brzegiem rzeki pomógł w szybkim podjęciu decyzji i wybraniu obiektu, który w nazwie posiada słowo „transport”. W muzeum zobaczymy m.in. najstarszy rower na świecie, przeróżne modele samochodów, a także ciekawe wystawy, posiadające wiele informacji na temat wszelkich pojazdów.

Warto zobaczyć również THE TALL SHIP RIVERSIDE (wstęp wolny, ale wskazany jakikolwiek datek na dalsze renowacje obiektu). Statek The Glennlee przy muzeum, o którym mowa, jest jednym z pięciu na świecie statków typu Clydebuilt, które przetrwały do dziś. Przy wejściu pracownicy wręczają odwiedzającym kartkę z informacjami o obiekcie w różnych językach – m.in. w języku polskim. Renowacji statku podjęli się wolontariusze, zrzeszeni w grupie The Clyde Maritime Trust.

Jeśli dysponujecie większą ilością czasu niż my podczas jednodniowego zwiedzania, warto wsiąść na statek przy muzeum, który przewiezie Was na drugi brzeg do DZIELNICY GOVAN. W czasach średniowiecza było to osobne miasteczko.

Zaciekawiła mnie informacja na jednym z elementów wyposażenia. Mam nadzieję, że odwiedzający nie wpadają na genialny pomysł, jakim jest skorzystanie z toalety, będącej ekspozycją statku. Chciałabym wierzyć w to, że konieczność umieszczenia na niej zakazu korzystania to dobry żart pracowników.

4444

Ostatnim punktem zwiedzania podczas naszego dłuuugiego spaceru po Glasgow jest tamtejszy Uniwersytet. Jego odwiedziny to sposób na przeniesienie się w świat magii, i to bez konsumpcji zakazanych substancji. Jest to czwarty najstarszy uniwersytet w Wielkiej Brytanii. Wysoki poziom na uczelni odzwierciedlają jego absolwenci – Adam Smith i James Watt.

Odwiedziliśmy główny budynek Uniwersytetu Glasgow mieści się na wzgórzu – Gilmorehill. Rozpościera się stamtąd piękny widok na sąsiedni park Kelvingrove. Zwiedzając uniwersytet szczególne wrażenie wywarły na nas kolumny i łuki zdobiące halę kampusu.

Wygląd budynku, zarówno z zewnątrz jak i wewnątrz, przypominał Hogwart. W Internecie można znaleźć kilka informacji mówiących o tym, że nakręcono tam wiele części Harrego Pottera. Niestety, jest to nieprawda. Niemniej jednak, budynek mógł być inspiracją dla autorki przygód czarodzieja – idealnie wpasował się w klimat powieści.

20171003_163059hogwaert

Mimo, że zobaczyłam większość planowanych miejsc, żałuję, że nie wystarczyło nam czasu na  kilka innych obiektów:

  • Tenement House (wstęp: 6,50 funtów) – Jeśli ktoś chciałby zobaczyć, jak wyglądała kamienica mieszczańska na przełomie XIX i XX wieku, powinien odwiedzić to miejsce. W kamienicy zobaczymy znakomicie odrestaurowane cztery pokoje, które – według twórców muzeum – sprawiają wrażenie zamrożonych w czasie.
  • The Lighthouse (wstęp bezpłatny) to Centrum Projektowania i Architektury, mieszące się przy ulicy Buchanan Street. Na górnym piętrze budynku znajduje się taras, będący świetnym punktem widokowym na miasto.
  • Kelvingrove Art Gallery and Museum (wstęp bezpłatny) – to najstarsze muzeum Szkocji, posiadające jedne z największych zbiorów sztuki w całej Europie. Zwiedzanie możliwe w piątki i niedziele w godzinach 10:00 – 17:00, w pozostałe dni w godzinach 11:00-17:00.

Gdybym miała opisać Glasgow dwoma słowami, byłyby to: „przemysł” i „zieleń”. Miasto zachwyca połączeniem budynków pamiętających wiktoriańskie czasy świetności z nowoczesną architekturą miasta. Mam nadzieję, że liczne zabytki i atrakcje, które czekają tam na turystów oraz tanie loty z polskich miast przekonają Was do odwiedzin największego miasta w Szkocji. Jedno jest pewne – nie pożałujecie wyboru tego kierunku!