Kolumbia na ekranie – ile w tym prawdy?

Kolumbii niczego nie brakuje. Spokojnie przebiłaby niejeden kraj na swoim kontynencie – jeśli tylko otrzymałaby szansę, aby się zaprezentować. Niestety, na brak złej sławy też nie może narzekać. Główne skojarzenie z nią to kwitnąca produkcja kokainy, a słynne Narcos obejrzał już chyba cały świat. Ile filmów o Kolumbii udało Wam się obejrzeć? Czy potraficie wymienić choć jeden, w którym nie zaprezentowano jej od najgorszej strony? Nie takie proste, co? Nie wymagam od wszystkich producentów tworzenia dokumentów historycznych. Warto jednak przyłożyć się trochę do swojej pracy i sprostować kilka rzeczy.


HOLLYWOODZKI MORDOR

Na potrzeby filmów należało stworzyć kraj, który byłby całkowitą odwrotnością raju. Historie o porwaniach, narkotykach, bombach i strzelaninach idealnie wpasowały się w Kolumbię. Takie filmy jak Blow, Narcos, Colombiana, Na własną rękę czy Stan zagrożenia przyciągają miliony widzów. Obraz Kolumbii w mediach jest jaki jest i dobrze się sprzedaje – nie liczyłabym więc na zmiany. Przeszłość kraju była niezwykle ciężka (więcej o niej tutaj) – jest więc z czego tworzyć takie historie. Szkoda tylko, że wykorzystano jedynie tragiczne wątki, przez co świat poznał ją tylko od najgorszej strony. Na podstawie filmów wnioskuję, że do Kolumbii przyjeżdżają jedynie handlarze kokainy, agenci specjalni czy też osoby starające się odnaleźć swoich porwanych członków rodziny. Kim zaś są filmowi Kolumbijczycy? Zabójcy z brakami w uzębieniu i meksykańskim akcentem, którzy w przerwie od uprawy koki gonią kury po Bogocie. Zawsze jakimś dziwnym trafem Amerykanie odbiegają od nich sprytem.

Ile razy można zdobyć się na wymuszony uśmiech w odpowiedzi na: „Jesteś z Kolumbii? O, Escobar! El patron”? To tak jak ze słabym żartem, który słyszysz po raz setny i już dawno Cię nie śmieszy ale nieznikający z twarzy uśmiech rozmówcy i jego oczekiwanie na Twoje chichotanie sprawia, że znów wymuszasz u siebie rozbawienie historią. Podczas podróży po Europie z Kolumbijką stwierdzam, że Diana radziła sobie z takim wyrazem twarzy znakomicie. 


DLACZEGO KOLUMBIJCZYCY NIE LUBIĄ NARCOS?

Oglądałam Narcos i wciągnął mnie od samego początku. Mimo to, całkowicie rozumiem niezadowolenie Kolumbijczyków i popieram ich protest wobec filmu. Nie chodzi o błędne przedstawienie niektórych wątków (choć mogło być to zamierzone), jak śmierć kochanki Escobara w serialu. Obecnie mieszka na Florydzie, wydała książkę i ma się dobrze – poza tym, że wniosła pozew do sądu przeciwko twórcom serialu. Pozostałe 27 błędów wytyka produkcji syn Escobara (zainteresowanych odsyłam do tego artykułu). Sebastian Marroquin (syn Pabla) miał 16 lat w momencie śmierci Pabla. Jego serialowa postać to przypadek Benjamina Buttona – chłopiec w ogóle nie rośnie. Przez dwie serie Narcos niezmiennie cieszy się dzieciństwem.

Kolejną wtopę dostrzegą jedynie osoby hiszpańskojęzyczne. Mimo, że głównego aktora wychwala się za rolę barona narkotykowego na całym świecie, Kolumbijczycy nie mogą się z tym zgodzić. Twierdzą, że mężczyzna kaleczy hiszpański i nie posiada typowego dla mieszkańców Medellin akcentu (aktor pochodzi z Brazylii, gdzie ojczystym językiem jest portugalski). Filmowa żona Pabla jest Meksykanką, czego również nie da się ukryć. Słuchając wypowiedzi aktorów ma się wrażenie, że większość z nich jest właśnie z Meksyku.

By_Carlos_Barretta_stk_001935_(11015974963)
Wagner Moura wcielający się w rolę Escobara, autor zdjęcia: Ze Carlos Baretta, źródło

Co więcej, mieszkańców Medellin przedstawiono jako niepoprawnych kablarzy, chętnie wypełniających swoje obowiązki w zamian za okazałą sumkę. To, że Escobar rozdawał pieniądze w rodzinnym mieście jest prawdą. Prawdą jest też, że sporo osób pomagało mu w osiąganiu celów. Niemniej jednak, nie chodziło im tylko o pieniądze. Ci ludzie nieraz otrzymywali od niego hojne wsparcie finansowe, nie zdając sobie sprawy z jego zbrodni (do czasu). Można powiedzieć, że utożsamiano go ze słynnym Robin Hood’em. Escobar fundował ubogim domy, szkoły, szpitale, przytułki oraz boiska. Sprzeciwiał się też ówczesnej władzy w kraju, co było kolejnym plusem dla tamtejszej społeczności. Niełatwo było więc przekonać wszystkich, że jest on zbrodniarzem. W filmie zabrakło przede wszystkim wyjaśnień z jakimi problemami zmagał się wtedy kraj (Escobar był tylko jednym z wielu) i co tak naprawdę ułatwiło dojście do władzy właścicielowi kartelu w Medellin (wojna domowa – walka wszystkich ze wszystkimi).

Historia Pabla sprzedała się jako ciekawa historyjka. Świąteczne billboardy w Madrycie z podekscytowanym Escobarem i podpisem Białe Święta rozśmieszają wszystkich przechodniów. Niezwykłym powodzeniem cieszą się też koszulki z nadrukiem jego twarzy. Za sprawą Narcos podkręcił się ruch turystyczny w rodzinnym mieście gangstera. Wycieczki Śladami Escobara kończące się rozmową z jego bratem Roberto to najbardziej rozchwytywane oferty fakultatywne. Wiele osób przebierało się za niego w Halloween – był to dość popularny pomysł na kreację. W Internecie krążą jego cytaty motywacyjne, stawiając go w świetle mentora. Za grubo. To tak, jakby nagle pojawiła się moda na odzież z Hitlerem. Wszystko zostało podane w otoczce swobodnej popkultury i od jakiegoś czasu zaczęło się już wymykać spod kontroli. Być może serial jest dla nas po prostu dobrą alternatywą na zimowy wieczór ale w Kolumbii niechętnie ogląda się złe wspomnienia rujnowania kraju w postaci hollywoodzkiego thrillera. I choć rodzinny Medellin Escobara ogłoszono najbardziej innowacyjnym miastem na świecie, to jest to mało znaczące. Wszystko przyćmiewa jeden serial, który (świadomie lub nie) przyczynia się do międzynarodowej fascynacji Escobarem. Jak mają się z tym czuć obywatele Kolumbii? Większość z nich odczuło skutki jego działalności na własnej skórze – tracąc bliskich, znajomych, rodzinę czy dobre imię swojego kraju. Dlaczego miałby się pojawić uśmiech na ich twarzy po usłyszeniu tego nazwiska? Jak bardzo lekceważy się przez to tysiące kolumbijskich śmiałków, którzy przeciwstawili mu się, umierając w torturach?

600px-Billboard_narcos_netflix
billboard w Madrycie, źródło, autor: Johanna (flickr.com), licencja.

NA SZCZĘŚCIE AMERYKANIE PRZYBĘDĄ NA RATUNEK…

Według twórców serialu cała historia tego kraju streszcza się do Escobara oraz heroicznych wysiłków amerykańskiej agencji rządowej DEA. Takie filmy to istna propaganda USA, wychwalająca niekończące się zasługi względem Kolumbii. Typowy scenariusz hollywoodzkiego filmu traktującego o Kolumbii? Proszę bardzo: bohaterzy z północy przybywają z pomocą, aby położyć kres problemom narkobiznesu i zaprowadzić w tym kraju porządek raz na zawsze. Oczywiście bezinteresownie. Nie omieszkano też zdobyć się na wątki typu: większe sukcesy od lokalnej policji i kolumbijskich służb specjalnych. To nic, że obce im były realia tego państwa. Po kilku godzinach w Kolumbii działają lepiej i wydajniej niż lokalsi. Nie da się zaprzeczyć, że Stany Zjednoczone pomogły Kolumbii w złapaniu Escobara. P o m o g ł y – a nie złapały. To kolumbijskim siłom udało się go schwytać. Takiego jasnego przekazu zabrakło w Narcos. Zamiast tego pojawił się obraz służb z USA, bez których akcja nie zakończyłaby się sukcesem. Temat korupcji kolumbijskiej przewija się w każdym odcinku. O przekupstwach po amerykańskiej stronie, które wielokrotnie miały miejsce podczas akcji w tym kraju, nie usłyszycie ani słowa.

Serialowe przedstawienie USA jako kolumbijską ofiarę narkobiznesu podkreśla fragment przemówienia Nancy Reagan, który zamieszczono w jednym z odcinków. Pierwsza dama składa w nich obietnicę ochrony młodego pokolenia przed nadciągającym z południa niebezpieczeństwem. Szkoda tylko, że w tym samym czasie amerykańskich agentów CIA oskarżono o pomoc w rozwoju narkobiznesu w Afganistanie i ułatwienie przemycania narkotyków z Nicaragui do USA. Właściwie to zdecydowana większość białego towaru z Kolumbii wędrowała do Stanów Zjednoczonych. Brak możliwości eksportu do wspaniałego sąsiada z północy położyłby niejeden kartel, zmuszając go do zamknięcia swojej działalności.

1534776514_885749_1534778047_noticia_normal_recorte1
Escobar w serialu Narcos, producenci: Ch. Brancato, C. Bernard, D. Miro, źródło

Wyższość Amerykanów nie kończy się jedynie na tym serialu – spotkacie się z nią w wielu produkcjach filmowych. Często Kolumbia pojawia się tylko na parę sekund. Tak krótki czas w zupełności wystarcza na przedstawianie jej jako kraju zarośniętego koką. Doskonałym przykładem na to jest film o nazwie Xxx z Vin Diesel. Po wylądowaniu helikoptera na polu kokainy (jak to w Kolumbii) mężczyzna wysiada z dwoma innymi koleżkami. Najwyraźniej panowie przeszkodzili w pracy wątłym rolnikom zbierającym kokę, którzy – na widok trzech Gringo – rzucają wszystko, uciekając w panice i wrzeszcząc, że przybyli Amerykanie… Nie brakuje też historii o niezwyciężonych obywatelach USA, którym po kilku godzinach udaje się pokonać przywódców kolumbijskich partyzantek. Norma.


BOGOTA TO NIE MEKSYK W TROPIKACH!

Tego chyba nigdy pojmie żaden producent filmowy rodem z Hollywood. Większość filmów o Kolumbii nagrano w Los Angeles lub pobliskim Meksyku. O ile można wybaczyć twórcom brak funduszy na zdjęcia w odpowiednim kraju, to rażące błędy powstałe w wyniku ich lenistwa lub ignorancji na długo pozostaną w mojej pamięci. W filmie Na własną rękę Arnold Schwarzenegger udaje się do Kolumbii, aby pomścić sprawców morderstwa jego rodziny (jakżeby inaczej). Akcja oficjalnie toczy się w kolumbijskim Mompox, zaś sceny nagrano w meksykańskim Coetepec. Otóż Mompox, w przeciwieństwie do tego, co usłyszycie w filmie – dzieli spora odległość od dżungli. Nigdy nie była to ani siedziba, ani kryjówka partyzantów.

Ciekawe jest też przedstawienie stolicy Kolumbii w filmie Stan Zagrożenia. To opowieść o wicedyrektorze CIA prowadzącym śledztwo w sprawie śmierci przyjaciela prezydenta USA. Podczas dochodzenia odkrywa powiązania poważanych polityków z właścicielami karteli narkotykowych. O ile film wcale nie jest taki najgorszy, to scena z gonitwy po Candelarii – słynnej kolumbijskiej dzielnicy w Bogocie – psuje naprawdę wszystko. Filmowe miejsce (na trzech pierwszych zdjęciach, kadr z filmu Clear and Present Danger, 1994, producenci: M. Neufeld, R. Rehme) w niczym nie przypomina niskich i kolorowych domków o architekturze kolonialnej, które tworzą bogotańską Candelarię (na pozostałych zdjęciach mojego autorstwa).

Pora na hit. Mr & Mrs Smith zdobył sławę na całym świecie. Po premierze filmu na twórców spłynęła fala krytyki ze strony Kolumbijczyków, a nawet samego burmistrza Bogoty. Wzmianka o kraju będącym Mordorem Hollywood pojawiła się na początku produkcji, kiedy para wspomina moment poznania się w Bogocie. Chciałabym wierzyć w to, że nie mieli na myśli stolicy Kolumbii. Niestety, wjechał nawet podpis, że chodzi właśnie o nią. Ten fragment to solidny argument na to, aby film zaliczono do kategorii Science Fiction. Bomby na każdym kroku w tropikalnym i gorącym miasteczku o niewysokiej zabudowie, będącym sercem dżungli – tak właśnie przedstawiono Bogotę. W sukience, którą miała na sobie Andżela, grypa murowana. Brad Pitt natomiast wcale nie musiałby chłodzić się przy wiatraku – zakładam, że przy 10-15 stopniach można się bez tego obejść. Takie temperatury można znaleźć w Kolumbii, ale nie w stolicy. Kraj podzielony jest na 5 stref klimatycznych – w każdej z nich panuje inny klimat. Poniżej zamieszczam kilka scen z filmowej Bogoty, a także zdjęcie prawdziwej Bogoty – rozwiniętego miasta o chłodnym klimacie, położonym wysoko w górach i z dala od dżunglii (Mr&Mrs Smith, 2005, producenci: A. Goldman, A. Milchan, L. Foster, E. McLeod, P. Wachsberger).


JEDŹCIE DO KOLUMBII – POZNAJCIE TĘ PRAWDZIWĄ! 

W amerykańskich filmach nie dowiecie się, że Kolumbijczycy są najbardziej pomocnym narodem na świecie, który zrobi wszystko abyście poczuli się w ich domach jak u siebie. Przed powrotem do Polski wielokrotnie usłyszałam od każdego z nich, że mam dom w Kolumbii, który będzie na mnie zawsze czekać. Kraj zajmuje drugie miejsce na świecie pod względem bioróżnorodności, produkuje znakomitą kawę, a większość owoców w halach targowych widziałam po raz pierwszy w życiu. Co więcej, w istnieje tam 5 stref klimatycznych i każdy rodzaj pogody – w zależności od tego, do której części się wybierzecie. Bogota będąca Atenami Ameryki Południowej, nowoczesny Medellin zwany Miastem Wiecznej Wiosny, strefa kawy z jeepami, miejscowości o architekturze kolonialnej, rajskie plaże, rzeka pięciu kolorów, dżungla amazońska, Zaginione Miasto starsze od słynnego Machu Picchu, znakomita kuchnia, salsa i niezwykła gościnność mieszkańców to moje główne skojarzenia z Kolumbią. Szkoda tylko, że świat nigdy nie pozna jej od takiej strony. Hollywoodzka wizja tego kraju ma zbyt wielką siłę przebicia… 

Historia Kolumbii – dobry scenariusz dla filmu akcji

Historia Kolumbii byłaby świetnym scenariuszem dla filmu akcji, który niestety opierałby się na faktach. Znane produkcje filmowe zwykle ograniczają się do przedstawiania jej jako siedziby porywaczy i karteli narkotykowych. Rzadko fatygują się do ukazania zalet tego kraju, które nie są już tak powszechnie znane. Niemniej jednak, filmy o pozytywach Kolumbii z pewnością nie cieszyłyby się takim powodzeniem jak historie o porachunkach karteli narkotykowych. Co tu dużo mówić – przeszłość tego kraju ułatwiła stworzenie takiego obrazu w mediach, a fabuła tych filmów nie wzięła się znikąd. To kraj mający za sobą trudne i krwawe czasy, który prowadzi w moim rankingu skomplikowanych historii. Z jakimi konfliktami zmagała się Kolumbia? Jak wygląda odwieczny podział tamtejszego społeczeństwa? Dlaczego tak trudno dojść do porozumienia w sprawie pokoju?


ŚWIĘTOWANIE DNIA NIEPODLEGŁOŚCI, W KTÓRYM NIE ZDOBYTO OSTATECZNEJ NIEPODLEGŁOŚCI

Po okresie kolonizacji hiszpańskiej Kolumbia oficjalnie zdobyła niepodległość 20 lipca 1810 roku. W praktyce wyglądało to troszkę inaczej. Niezależność wywalczono wtedy chwilowo. Pierwsze lata niepodległości historycy określają wyrażeniem Patria Boba – Ojczyzna Niedorzeczna. Jedną z przyczyn porażki był brak jedności w walce z wrogiem – powstańcy kłócili się między sobą, pogłębiając podziały w społeczeństwie. Dlaczego więc 20 lipca uznawany jest za rocznicę odzyskania niepodległości? Fakt, wywalczonej wolności nie utrzymano wtedy zbyt długo. Zdobywanie niezależności potraktowano raczej jako proces, a wydarzenia z 20 lipca zapoczątkowały go i odegrały w nim ogromną rolę (m.in. usunięcie wicekróla). Chwilowa niepodległość stopniowo przeradzała się w trwałą wolność. Całkowita niezależność od hiszpańskich konkwistadorów nastąpiła niecałą dekadę później, dzięki zwycięskiej bitwie pod Boyaca (1819). Przyczynił się do tego Simon Bolivar – dowódca powstańców. To, że jest on bohaterem narodowym odczujecie w Kolumbii na każdym kroku. Szkoły, place, instytucje, nagrody, ulice – wszystko to dopełnia tzw. „imienia Bolivara”. Nie zawsze postrzegano go jednak tak dobrze – wychwalany w dzisiejszych czasach i na początku swojej kariery dowódca zmarł w osamotnieniu, uciekając przed nagonkami na jego osobę.

14212203_1121120301274912_6529140213561891877_n
Na fejsie był podpis, że to chata Juana. Zakładam, że tutaj wypadałoby zamieścić bardziej rzetelne informacje. A więc: Dom, w którym od czasu do czasu mieszkał Simon Bolivar (Bogota)

Po pokonaniu konkwistadorów hiszpańskich przez wojska Bolivara utworzono Wielką Kolumbię – kraj składający się z dzisiejszych terenów Wenezueli, Ekwadoru, Panamy i Kolumbii. Warto zaznaczyć, że już wtedy nasilały się podziały w społeczeństwie kolumbijskim. Zwolennicy Bolivara popierali jego centralistyczną wizję kraju (dożywotni prezydent, wiceprezydent kierownikiem administracji, rozdział Kościoła od państwa), której sprzeciwiał się Francisco Santander. Uważał, że Kolumbia powinna mieć charakter federacyjny, a władza nie powinna skupiać się w jednym miejscu. Bolivar dążył natomiast do połączenia wszystkich państw Ameryki Południowej, które kolonizowali Hiszpanie. Udało mu się tylko z czterema krajami ale sprawowanie nad nimi władzy było bardzo trudne. Aby ogarnąć to wszystko musiał posuwać się do rządów dyktatorskich, przez co przysporzył sobie wrogów. Doszło nawet do nieudanego zamachu na jego osobę. W obliczu narastających problemów postanowił oddać stanowisko prezydenta. Niedługo potem zmarł (grudzień 1830). Do końca swoich dni nie przestawał podejmować prób złączenia państw dawnej Wielkiej Kolumbii, której rozpad przypłacił załamaniem psychicznym.

20160828_153632
Jedno z wielu upamiętnień Bolivara, murale w Bogocie

PODZIAŁY, PODZIAŁY, PODZIAŁY…

XIX i XX wiek był jedną wielką rywalizacją bloków politycznych. Nie chodzi tu o zwykłe kłótnie w rządzie. Nieraz dochodziło do konkretnych starć zbrojnych. Największym z nich była Wojna Tysiąca Dni pomiędzy konserwatystami a liberałami, która ogarnęła całą Kolumbię. Za broń chwytały nawet dzieci. Ponad 100 000 osób straciło wtedy życie. Historyk Marco Palacio informuje, że zginął w niej co piąty Kolumbijczyk w wieku 18-30 lat. Po licznych wojnach domowych następowały uchwalania coraz to nowszych konstytucji. Był też czas na wojnę z Peru i konflikt dyplomatyczny z USA, które pomogły Panamie oderwać się od Kolumbii i uzyskać niepodległość. Oczywiście nie była to bezinteresowna pomoc z ich strony – dzięki temu Amerykanie mogli wybudować i kontrolować Kanał Panamski.

35171_174219_1
Dzieci biorące udział w Wojnie Tysiąca Dni, źródło: revistaarcadia.com, domena publiczna

POCZĄTKI WOJNY W TRAKCIE KONFERENCJI DOTYCZĄCEJ POKOJU NA ŚWIECIE…

Po chwili spokoju (i wzroście gospodarczym za sprawą eksportu kawy, kauczuku, tytoniu oraz bananów) znów nasilały się podziały – tym razem między chłopami a bogatymi właścicielami ziemskimi. Chłopi sprzeciwiali się ówczesnym rządom, które ułatwiały życie i interesy bogatym. O równe szanse i koniec z niesprawiedliwością walczył charyzmatyczny Jorge Eliecer Gaitan, który nazywał się głosem ludu. Jego przemówienia przyciągały miliony Kolumbijczyków liczących na zmiany w kraju. Kandydował w wyborach prezydenckich, których nie dożył. W kwietniu 1948 zastrzelono go, gdy wychodził ze swojego biura w Bogocie. To wydarzenie spowodowało zamieszki w stolicy, zwane Bogotazo, będące początkiem kolejnego konfliktu o trafnej nazwie La Violencia (przemoc). Aby przedstawić to, jak wyglądała Bogota podczas Bogotazo dodam, że protest odbywał się bez dowódców – jedna wielka samowolka. Zniszczenia, których dopuszczono się przez zaledwie dwa dni oszacowano na 10 mln dolarów. Co więcej, w Bogocie odbywało się wtedy międzynarodowe spotkanie Organizacji Państw Amerykańskich. Wybór Kolumbii na tę konferencję był ogromnym wyróżnieniem. Organizację kojarzono bowiem z pokojem, solidarnością i współpracą między państwami po II wojnie światowej. Wybuch Bogotazo był więc jedną wielką kompromitacją.

1000_n_r
Gaitan na banknocie – 1000 pesos wygląda sympatycznie – niestety jest to równowartość zaledwie 1,20zł

Co potem? W ogromnym skrócie: przejęcie rządów przez generała Pinilla w wyniku zamachu stanu, korupcje na ogromną skalę, obalenie jego rządów oraz sojusz pomiędzy konserwatystami i liberałami, który i tak nie poprawił już tragicznej sytuacji w kraju. Był to ciekawy, a zarazem nieskuteczny pomysł na spór między partiami. Porozumienie zakładało piastowanie najważniejszych stanowisk w kraju na zmianę przez okres 16 lat. W praktyce nie było już tak wspaniale. To, co wymyślała i wprowadzała w życie jedna partia podczas swoich rządów modyfikowano lub usuwano chwilę później, gdy do władzy dochodzili jej przeciwnicy.


PARTYZANTKI CHCIAŁY DOBRZE. NA POCZĄTKU. 

Problemy w kraju sprawiły, że w latach 60-tych i 70-tych powstały lewicowe partyzantki FARC, ELN i M-19. Początkowo starały się bronić ubogich przed niesprawiedliwością, z naciskiem na początkowo… W późniejszym czasie najwyraźniej stwierdziły, że bardziej opłacalny jest handel narkotykami.  M-19 nie paliła się aż tak do narkobiznesu jak inni z tej branży, choć podejrzewano ją o współpracę z kartelem z Medellin. W 1990 roku M-19 stała się legalną partią polityczną. Warto nadmienić, że 5 lat wcześniej jej członkowie przeprowadzili zamach na Pałac Sprawiedliwości w Bogocie, porywając i zabijając część pracowników. Zniszczono większość dokumentów i plików niezbędnych do prowadzenia dochodzenia, utrudniając m.in. ekstradycję Escobara do USA, który był prawdopodobnie hojnym sponsorem grupy. Ze względu na liczne aresztowania członków odpowiedzialnych za ten atak, partia nie cieszyła się dużym poparciem – rozwiązano ją 7 lat później.

descarga.jpg_1718483347
Atak na Pałac Sprawiedliwości w Bogocie (1985), źródło: telesurtv.net

KIEDY MYŚLISZ, ŻE GORZEJ JUŻ BYĆ NIE MOŻE…

Pozostałe grupy partyzanckie połączyły siły i przeprowadzały ataki na jeszcze większą skalę. W odpowiedzi na to utworzono oddział paramilitarny AUC, wspierany przez rząd kolumbijski. Niespodzianka – granica między walką z przeciwnikiem a handlem narkotykami tutaj również okazała się cieniutka. Członkowie rządowego AUC byli związani z narkobiznesem w jeszcze większym stopniu niż partyzanci. Płacili kartelom za ochronę, a 70% budżetu pochodziło z narkobiznesu. Ich zbrodnie były jeszcze okrutniejsze. Jak  bardzo beznadziejna była wtedy sytuacja chłopów na wsi? Opowiadając się za FARC i ELN ginęli z rąk AUC. Za wspieranie rządu i oddziałów paramilitarnych mordowała ich partyzantka… Co ciekawe, kilka dowódców AUC po demilitaryzacji podjęła współpracę ze swoim wrogiem – partyzantką FARC, tworząc grupę BACRIM. O co walczyli? Chyba sami nie wiedzą. Była to działalność czysto przestępcza.

Colombia_2008-02-04_40 (2)
Marsz przeciwko partyzantom FARC, źródło: Wikimedia Commons

GWIAZDECZKA NARCOS:

Sytuacji nie ułatwiały kartele narkotykowe, dla których lata 80-te były złotym czasem w Kolumbii. W Medellin rządził Pablo Escobar. Słynny baron narkotykowy dorobił się ogromnej fortuny – wielokrotne pojawiał się na liście najbogatszych ludzi świata w magazynie Forbes. Początkowo wiele osób z jego rodzinnego miasta Medellin postrzegało go jako miejscowego Robin Hooda, który stawiał domy biednym, budował szkoły, boiska, szpitale i rozdawał pieniądze. Nie wszyscy wierzyli w to, że zabił tysiące osób (w tym trzech kandydatów na prezydenta, ministrów, sędziów czy też dziennikarzy). Co więcej, chciał pozbyć się prezydenta Kolumbii, podkładając bombę w samolocie Avianca. Głowa państwa ocalała (prezydent poleciał do Cali innym samolotem), w przeciwieństwie do 107 pasażerów i załogi. Atak na prezydenta był odpowiedzią na wypowiedzenie wojny kartelom. Kolejnym powodem była groźba ekstradycji barona do USA. W obawie przed nią po jakimś czasie sam oddał się w ręce kolumbijskiej policji ale wszystko odbyło się na jego warunkach, a samo poddanie się było jedną wielką kpiną z władz kraju. Sam zaprojektował i nadzorował miejsce swojej odsiadki. Więzienie przypominało luksusową willę, w której regularnie odbywały się imprezy. Strażnicy? Owszem, przydali się – na zmywaku i do biegania z tacą pełną drinków. Escobara odwiedzali przyjaciele oraz panie trudniące się najstarszym zawodem świata. Sam również składał wizyty – wpadał do rodziny i przyjaciół. Podczas odsiadki widziano go na urodzinach córki, w centrum handlowym i na meczach lokalnej drużyny piłkarskiej.

Juan_Pablo_Escobar_y_su_padre_en_el_año_1977
Escobar z synem, źródło: Wikimedia Commons

Mimo to, postanowił uciec. Miał coraz więcej wrogów, którzy wiedzieli gdzie go szukać. Swoim działaniem wyprzedził rząd kolumbijski, którzy przejrzał na oczy i zamierzał przenieść go do więzienia z prawdziwego zdarzenia. W pościg za nim ruszyły amerykańskie jednostki specjalne. Uruchomiono też kolumbijski Blok Poszukiwawczy, który skupiał się na schwytaniu barona. Powstała też nielegalna organizacja o nazwie Los Pepes. Szukała go na własną rękę, zabijając mu pracowników, przyjaciół i członków rodziny. Niektórzy członkowie twierdzą, że współpracowali z organizacją paramilitarną AUC. Escobar zginął w 1993 roku na dachu jednego z budynku w Medellin. Zastrzelono go podczas ucieczki (choć krąży też wersja, że popełnił samobójstwo). Skupienie się głównie na schwytaniu Escobara przez policję i rząd Kolumbii poskutkowało rozwojem konkurencji, np. kartelu braci Orejuela z Cali. Wielu członków tego rodzinnego biznesu złapano za czasów prezydenta Sampera. Co ciekawe, podejrzewano, że jego kampanię finansował właśnie ten kartel. Ostatecznie oczyszczono go z zarzutów.

Barrio_Pablo_Escobar
Dzielnica Escobara, autor: N. Burgher, licencja CC BY 2.0, Wikimedia Commons

WALKA WSZYSTKICH ZE WSZYSTKIMI – HAPPY END, ALE NA RÓŻNYCH WARUNKACH. 

Do partyzantek, grupy paramilitarnej, gangów narkotykowych dodajmy sobie jeszcze korupcję i płatnych zabójców. Wszyscy walczyli ze wszystkimi, gubiąc się w tym, kto tak właściwie jest ich wrogiem. Tradycyjnie, najbardziej cierpiała ludność cywilna. Próby dojścia do jakiegokolwiek porozumienia podejmowano wiele razy i zazwyczaj kończyły się one niepowodzeniem… 

Z pomocą USA prezydent Pastrana podjął walkę z partyzantami, opryskując uprawy koki chemikaliami. Nie obyło się bez skutków ubocznych. Były nimi zanieczyszczenia wody oraz zniszczenia wszystkich innych pól stanowiących utrzymanie rolników. Chemikalia wywołały u Kolumbijczyków problemy ze skórą i układem oddechowym. Jego następcą był Alvaro Uribe, który był zwolennikiem AUC, a o porozumieniach pokojowych z FARC nawet nie chciał słyszeć. Później przyszła pora na rządy Juana Manuel Santos, który postanowił powrócić do dialogu pokojowego z przywódcami FARC. Po wielu próbach w końcu udało mu się osiągnąć z nimi porozumienie, które miałoby zakończyć konflikt. Wysiłki Santosa nagrodzono Pokojową Nagrodą Nobla.

Zawziętym przeciwnikiem porozumień z partyzantami i działalnością Santosa był jego poprzednik – Alvaro Uribe. Prowadził zaciekłą kampanię, w której przekonywał obywateli do głosowania na nie. Złośliwi mawiali, że stosunek Uribe do Kolumbii przypomina miłość do swojej byłej dziewczyny – kocha ją, a jednocześnie robi jej na złość. Uribe twierdzi, że tak długiego porozumienia w sprawie pokoju (liczącego 297 stron) nie można podsumować jednym pytaniem, jakie zawarto w plebiscycie. W wyborach padło bowiem pytanie Czy chciałbyś/abyś pokoju? Głosujący mieli do wyboru dwie odpowiedzi: tak lub nie.

Juan_Manuel_Santos_y_Álvaro_Uribe
Santos (po lewej) i Uribe (po prawej), źródło: Wikimedia Commons

KOLUMBIA – KRAJ, W KTÓRYM WŁADZE PYTAŁY OBYWATELI CZY CHCĄ POKOJU.

W październiku 2016 roku zorganizowano referendum. 50,21% społeczeństwa opowiedziało się za nie, a 49,78% zagłosowało na tak. Wynik plebiscytu potwierdził odwieczny podział Kolumbijczyków. Pomimo porażki i większości głosów przeciwko rozejmowi, obie strony konfliktu ogłosiły kontynuację zawieszenia broni i dalsze negocjacje. We wrześniu 2017 partyzanci utworzyli nową partię polityczną Rewolucyjna Alternatywna Siła Ludowa. 

Miałam okazję wysłuchać zarówno zwolenników, jak i przeciwników porozumienia z FARC – wybrałam się do Kolumbii w trakcie plebiscytu. Większość mieszkańców Bogoty opowiadała się za tak. Nawoływali do zakończenia 52-letniego konfliktu, wybaczenia sobie nawzajem, stworzenia możliwości do rozwoju kraju poprzez demilitaryzację terenów zajętych przez partyzantów, a także do uzyskania świętego spokoju raz na zawsze. Uważają też, że jest to szansa na wzrost gospodarczy kraju, pojawienie się wielu inwestorów zagranicznych i rozwój turystyki (wojna domowa nie byłaby najlepszą reklamą wyjazdu do tego kraju). Dla odmiany, w Medellin można było dostrzec setki billboardów nawołujących do głosowania przeciwko rozejmowi. Przeciwnicy powtarzali, że chcą pokoju ale nie na takich warunkach. Twierdzili, że FARC traktowany jest zbyt pobłażliwie. Uważają też, że godząc się na takie porozumienie, rebelianci unikną odpowiedzialności za dokonane zbrodnie, a sam pokój zapanuje tylko oficjalnie.

Votaciones-pleb
Wyniki głosowania za pokojem (kolor zielony) i przeciw porozumieniu (pomarańczowy) w Kolumbii, źródło

Rząd kolumbijski dodaje, że rozejm z FARC nie oznacza braku ścigania przestępców. Rebelianci niepopierający rozmów pokojowych nadal byliby ścigani przez rząd bez możliwości odbycia łagodnej kary. Ponadto, partyzanci zobowiązali się do zniszczenia nielegalnych upraw koki. W przypadku niedopełnienia tego, rząd spryska wszystkie plantacje, zrzucając na nie chemikalia w akcji lotniczej. Partyzanci otrzymali od rządu środki pieniężne, które wspomogły demilitaryzację grupy i powrót do rozpoczęcia życia wolnego od przestępstwa w ciągu 24 miesięcy od zakończenia konfliktu. Dokładnie taką pomoc finansową oferował były prezydent Alvaro Uribe organizacji paramilitarnej AUC, podczas swoich rządów. Według Santosa to najlepsza umowa, jaką udało się wynegocjować po czterech latach. Obecny prezydent Ivan Duque (od 2018) zapowiedział rewizję porozumień, przewidując surowsze kary dla partyzantów.

Jefa_de_Estado_participa_en_ceremonia_de_la_Firma_de_la_Paz_entre_el_Gobierno_de_Colombia_y_las_FARC_E.P._(29953487045)
Podpisanie porozumień pokojowych pomiędzy rządem a FARC w Hawanie, Wikimedia Common, domena publiczna

CZY DOBRZE SIĘ CZUJĘ, POLECAJĄC WYJAZD DO KOLUMBII SKORO KILKADZIESIĄT LAT TEMU ODWIEDZINY KRAJU BYŁY RÓWNOZNACZNE Z SAMOBÓJSTWEM?

Zdaję sobie sprawę z tego, że przedstawiona we wpisie historia Kolumbii to jedynie jej zarys. Starałam się skupić na odwiecznych podziałach społeczeństwa w Kolumbii, które występują tam już od niepamiętnych czasów. Obecnie nie wyrażają się one w przelewaniu krwi – tak, jak było jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Każdego roku kraj odwiedza coraz więcej osób, z zachwytem wspominających swój pobyt w Kolumbii. Więcej informacji o bezpieczeństwie w Kolumbii znajdziecie w osobnym wpisie, klikając tutaj.

Czy to możliwe, że przez te wszystkie lata sytuacja uległa aż tak wielkiej poprawie? Na to pytanie odpowiem w inny sposób. Czy miliony turystów odwiedzających Dubrownik myśli o bombardowaniach tego miejsca na początku lat 90-tych (patrząc na krwarą historię Kolumbii, te wydarzenia również nie są tak odległe w czasie), w których zginęło 3 tysiące osób? Czy osoby, które chciałyby odwiedzić Sarajewo obawiają się o swoje bezpieczeństwo ze względu na oblężenie miasta, które miało miejsce ponad 20 lat temu? Wątpię. Porównanie Kolumbii do tych miast jest dość śmiałe i przedziwne ale uważam, że znakomicie oddaje jej obecną sytuację, jeśli chodzi o zmiany na przestrzeni takiego okresu czasu. Emocje po tylu latach już opadły ale pamięć o tragicznych czasach wojny wciąż jest jeszcze żywa. Mam nadzieję, że podpisane porozumienie rządu i partyzantów sprawi, że Kolumbia w końcu ruszy do przodu pełną parą i pozwoli zaprezentować się światu od lepszej i zdecydowanie mniej znanej strony.

Bezpieczeństwo w Kolumbii – więcej wiary w ludzi i mniej Netflixa

Odtwarzając obraz Kolumbii w mojej głowie na podstawie produkcji filmowych nie wyszłoby z tego nic innego jak kraj pełen skorumpowanych ludzi przyprószonych kokainą z bombami i strzelaninami na każdym kroku. Jak bardzo różniła się ta wizja od Kolumbii, którą zastałam na miejscu? Na lotnisku w Bogocie powitał mnie ogromny billboard z tamtejszym hasłem reklamowym El riesgo es que te quieras quedar (Ryzyko jest takie, że będziesz chciał/a zostać). Widząc to, miałam mieszane uczucia i wrażenie, że cwaniaczki wiedzą jak zabrać się za turystykę. Nie potrzebowałam jednak dużo czasu aby przekonać się jak trafne są te słowa. Dodam, że nie jestem samobójcą.


PORWĄ CIĘ, PODRZUCĄ NARKOTYKI, ZASTRZELĄ, A W NAJLEPSZYM PRZYPADKU OKRADNĄ, CZYLI STANDARDOWE PRZEPOWIEDNIE… 

Przed wyjazdem zdążyłam obejrzeć Narcos i Colombianaktóre raczej nie pomagały w organizacji mojej wyprawy do Kolumbii. Mało tego, oglądali je też moi rodzice. Chyba nie muszę dodawać, że pomysł wyjazdu średnio im się podobał. Przed kieszonkowcami ostrzegali mnie wszyscy. Właściwie to wizja obrabowania mnie była jedną z łagodniejszych przepowiedni. Kilka razy powtarzano mi, że napady kończą się u nich zadźganiem nożem i wciąż porywa się tam ludzi dla okupu. Nie jestem w stanie policzyć ile razy usłyszałam, że moje blond włosy to radar pozwalający porywaczom wycenić mój okup na więcej (bo przecież gringo biedny nie jest). Co ciekawe, żadna z osób udzielająca mi tych rad nie była w Kolumbii. Skąd więc takie opinie? Czyżby poznali ten kraj przez pryzmat znakomitych hollywoodzkich produkcji filmowych?

received_1128926037161005
Oto, jak bardzo stresowałyśmy się w Kolumbii…

CZY W KOLUMBII JEST BEZPIECZNIE? NAJCZĘSTSZE PYTANIE PO POWROCIE DO POLSKI.

Moja magisterka poświęcona odpowiedzi na to pytanie liczy 150 stron. To solidny dowód na to, że nie da się tego skrócić do zwykłego tak lub nie. Jestem żywym (dosłownie) przykładem na to, że podróż po tym kraju będzie niezapomniana – tylko w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Warto uzmysłowić sobie, że cieszący się sławą serial Narcos opowiada o Kolumbii sprzed dwudziestu/trzydziestu lat. Postrzeganie dzisiejszego Medellin jako najgroźniejszego miasta na świecie jest jak twierdzenie, że mięso w Polsce kupicie tylko na kartki. Wstrzymam się jednak z zaliczeniem go do najbezpieczniejszych miejsc na tej planecie.

I jak tu się nie czuć bezpiecznie z taką obstawą? Nocne zwiedzanie Bogoty na motorze!

W kolejnym wpisie przedstawię Wam historię Kolumbii. Poznanie jej szokującej przeszłości pozwoli Wam zrozumieć mieszkańców, którzy uważają, że bezpieczeństwo w tym kraju ma się dobrze. Faktycznie, w porównaniu do dawnych lat dzisiejsza Kolumbia jest wręcz oazą spokoju. Narkobiznes nadal się tam kręci, ale w ostatnich dekadach odsunął się daleko w cień. Niemniej jednak, patrząc na to wszystko z perspektywy Europejczyka stwierdzam, że do wysokiego poziomu bezpieczeństwa W DUŻYCH MIASTACH jeszcze sporo im brakuje. Nie czułam się zbyt pewnie w centrum Medellin i Bogoty. Pozostałe miejsca w Kolumbii były spokojne i  bezpieczne. Proszę nie interpretować tego jako ostrzeżenia przed utratą życia. Największym zagrożeniem są kradzieże i rabunki. W jaki sposób zminimalizować ryzyko ich wystąpienia? Poniżej wypisałam kilka zasad, których warto się trzymać nie tylko w Kolumbii ale i pozostałych państwach tego kontynentu. Mimo że są one dość banalne, postanowiłam je zamieścić. Być może okażą się przydatne dla tych, którzy wybierają się tam po raz pierwszy.

20160901_115636
Ogromna Bogota – jak zwiedzić ją bezstresowo? Poniższe zasady bezpieczeństwa z pewnością okażą się przydatne!

ZASADY BEZPIECZEŃSTWA W PODRÓŻY PO AMERYCE POŁUDNIOWEJ:

1# Niewskazany jest spacerek na chińskiego turystę, czyt. dumne afiszowanie się z aparatem lustrzanym na szyi, klikanie zdjęć nowym iPhonem na każdym kroku czy też zakładanie sobie na głowę GoPro. Takim zachowaniem możecie liczyć na zdjęcia… tego wszystkiego z Waszych głów przez cwaniaczków, których tam nie brakuje. 

2# Radzę zrezygnować z obwieszania się złotem niczym Don Wasyl – chyba, że drogocenne naszyjniki są nietrafionym prezentem urodzinowym i szukacie wymówki, aby się ich pozbyć. 

3# W przypadku tłoku (lub spaceru po centrum Medellin, o którym kiedyś opowiem) lepiej przerzucić plecak na brzuch i mieć na niego oko. Nieważne jak bardzo jest zniszczony – gorzej niż mój na pewno nie wygląda. Mimo to, znajomi z Kolumbii radzili mi go nosić z przodu.

4# Nie noście przy sobie paszportu – lepiej zostawić go w hotelowym sejfie lub w innym bezpiecznym miejscu i posługiwać się jego kserokopią.

5# Najpotrzebniejsze rzeczy przechowujecie w nerce przewieszonej na pasie? Cóż, tylko złodziej ograniczony umysłowo w niemałym stopniu nie zorientowałby się, że trzymacie tam najcenniejsze przedmioty. Polecam płaskie i mniejsze nerki, które można nosić pod koszulką, a także rozdzielanie pieniędzy na kilka kieszeni. Dodam, że w chowanie pieniędzy bawiłam się tylko zapobiegawczo w przypadku spaceru po Bogocie i Medellin.

6# Uważajcie skąd wypłacacie pieniądze i z jakiego bankomatu korzystacie. Polecam nie robić tego samotnie po zmroku i w dzielnicach niecieszących się dobrą sławą.

7# Nie zapuszczajcie się w puste uliczki miast, zwłaszcza po zmroku – polecam tyrolkę w strefie kawy lub kolumbijską grę Tejo, które będą bezpieczniejszym sposobem na poczucie adrenalinki podczas Waszej podróży. 

20160829_143557
Puste ulice nie zawsze oznaczają potencjalne zagrożenie. Powyższe zdjęcie Bogoty liczącej 8 mln mieszkańców przypomina miasto widmo z prostego powodu – zrobiłam je podczas meczu kolumbijskiej drużyny narodowej.


CZYM KOLUMBIA MOŻE WAS PRZESTRASZYĆ?

Podczas pierwszych dni w Bogocie zastanawiałam się czy ten niedorzeczny pomysł samotnej wyprawy po Kolumbii wjechał do mojej głowy na trzeźwo. Po jakimś czasie żałowałam, że zarezerwowałam sobie na ten kraj tylko dwa miesiące. Co sprawiło, że pojawiły się obawy?

  • W dużych kolumbijskich miastach nie brakuje wysokich płotów z kolczatkami.
  • Wszystkie bankomaty są zabudowane – tych na zewnątrz było niewiele.
  • Nawet przeciętne osiedla w Bogocie mają portiernie. W przypadku odwiedzin portier informuje domowników o  przybyciu Gości i pyta, czy wyrażają zgodę na ich wejście.
  • Rodzice kolumbijskich znajomych prosili, abym nie spacerowała po Bogocie w pojedynkę. Odprowadzali mnie gdzie tylko mogli i byli przerażeni moim pomysłem pracy w hostelu – o którym wiedziałam jedynie, że istnieje (ponoć). Odwieźli mnie na dworzec autobusowy, z którego udałam się do Armenii. Podarowali mi telefon z kolumbijską kartą SIM i prosili, abym odezwała się jak już będę na miejscu. Kiedy tata koleżanki robił zdjęcia tablicy rejestracyjnej autobusu, wolałam nie pytać dlaczego.
  • Po sesji zdjęć tablicy rejestracyjnej przyszła pora na… nagrywanie wszystkich pasażerów autobusu. Pracownik linii przeszedł z kamerą, nadmieniając ilość pasażerów. Chciałabym zobaczyć to nagranie – moja mina musiała być bezcenna.
  • Podczas dwóch miesięcy w Kolumbii byłam świadkiem jednej kradzieży. Nie wiem czy to dobry bilans ale z pewnością poprawię go mówiąc, że turystka odzyskała swój plecak. Pewien złodziejaszek kręcący się w centrum Medellin zabrał jej pakunek z prędkością światła. Dziesięć innych osób natychmiast zareagowało i odbiło mu go jeszcze szybciej, oddając rzeczy dziewczynie.
  • Policja i wojsko z giwerami obstawia większe miasta na każdym kroku. Widać ich na placach, w pobliżu atrakcji turystycznych, przy budynkach rządowych i na dworcu autobusowym. W przypadku wejścia do galerii handlowej mogą Was objąć rutynowe kontrole (Paniom sprawdzane są torebki). Co ciekawe, widok wojska nie niepokoi Kolumbijczyków. Twierdzą, że to ich uspokaja.

20160901_11373920160901_135026


PO CO W OGÓLE SIĘ TAM PCHAĆ?

Jeśli ktoś z Was ma już dosyć i nie widzi sensu mojego występu w charakterze obronnym Kolumbii, niech będzie cierpliwy. Wojsko wojskiem, giwery giwerami ale w niektórych miejscach patrol służb bezpieczeństwa nie był  konieczny. Na placu głównym pewnego bezpiecznego (to teoria mieszkańców, którą potwierdzam w stu procentach) miasteczka stacjonowała policja. Kawałek dalej mieścił się hostel z zepsutym zamkiem w drzwiach. Jego zamiennikiem stała się pufa, którą tarasowano wejście. Dalekie to od bogotańskich kolczatek i portierni. Nie jestem pewna czy zamek jest już naprawiony więc powstrzymam się od nazwy tej miejscowości. Wymienione wcześniej zasady podróży po Ameryce Południowej stały się moim nawykiem i nie przeszkadzały w cieszeniu się wyjazdem, nawet w najmniejszym stopniu. To proste – wystarczy zachować trochę ostrożności, która przyda się tam bardziej niż w Azji czy Europie. Dlaczego tak bardzo podoba mi się w Kolumbii? Oto kilka argumentów:

  • Po serii zdjęć tablic rejestracyjnych i nagrywania pasażerów w autobusie do Armenii zagadała do mnie pewna Pani. Nie kryjąc zdziwienia moją podróżą w pojedynkę, podarowała mi swój numer telefonu. Dzwoń do mnie jeśli z tym hotelem będzie coś nie tak. Mieszkam blisko to pomogę. Ot tak, bezinteresownie. Obca osoba. Takie coś słyszałam kilka razy dziennie.
  • Odniosłam wrażenie, że Kolumbijczycy są pozytywnie nastawieni do turystów. Nie chodzi o kontakty klient-sprzedawca, ale o szczerą sympatię. Większość cieszy się, że ktoś docenia Kolumbię i nie ogranicza jej jedynie do Escobara. To naród, który jest bardzo dumny ze swojego kraju i stara się pokazywać go z jak najlepszej strony.
  • Mój hiszpański zrobił furorę w Kolumbii, co strasznie zmotywowało mnie do dalszej nauki. Nieważne, jak tragicznie porozumiewacie się w tym języku. Dla nich ważne jest to, że próbujecie! Nawet jeśli chcąc powiedzieć, że Niestety muszę już wyjeżdżać mówicie Na szczęście muszę już wyjeżdżać… (checked).
  • Rodziny znajomych witały mnie w swoich domach jak córkę, która wróciła z dalekiej podróży. Ich gościnność przekraczała wszelkie graniceTakiego przyjęcia mogłaby pozazdrościć mi sama królowa angielska. Często rozmawiałam z nimi o różnicach pomiędzy naszymi krajami. To nie była pogadanka z grzeczności ale szczere zainteresowanie tym, jak to wszystko wygląda u nas w Polsce.
  • Obiło mi się kiedyś o uszy, że nie byłam w Ameryce Południowej jeśli nie zostałam okradziona. Cóż… w Kolumbii poznałam mnóstwo osób, które podróżowały po tym kontynencie samotnie przez kilka, kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt miesięcy (głównie dziewczyny). Nikt z tych osób nie został okradziony, więc dyskutowałabym nad słusznością tego stwierdzenia. Miałam wielkie szczęście do ludzi podczas tego wyjazdu. Poznałam mnóstwo wspaniałych osób, których opowieści sprawiły, że chciało się wyruszać w tę samą trasę. Ogromne wrażenie zrobiło na mnie angielsko-niemieckie małżeństwo sympatycznych sześćdziesięciolatków. Od dwóch lat jest w podróży, przemierzając Amerykę Południową i Centralną. Można? Można! I żadne tam Narcosy, a niezapomniana przygoda! O zaletach tego kraju można pisać bez końca. Postaram się przedstawić je w kolejnych wpisach!

Kierunek północ! Alcudia i Cap Formentor w 1 dzień

Na wizytę w Alcudii i Cap Formentor powinien wystarczyć Wam jeden dzień. Spacer po miasteczku otoczonym średniowiecznymi murami i punkty widokowe na Cap Formentor były dobrym pomysłem na spędzenie trzeciego dnia. Droga na półwysep przypomina przejażdżkę do Sa Calobra. Nie bez powodu. Autorem obu tras jest wspomniany w poprzednim wpisie Paretti. Pokonując tę trasę, z pewnością nie będziecie narzekać na brak zakrętów. Zacznijmy jednak od Alcudii,  uroczego miasteczka wciśniętego między dwie zatoki: Pollenca i Alkudyjską.


ALCUDIA – MUST SEE? 

Pamiętacie, że na Majorce spędziliśmy tylko trzy dni? Dla przypomnienia zamieszczam mój pierwszy wpis dotyczący wyspy, w którym opisałam cały wyjazd od strony praktycznej. Dlaczego warto znaleźć czas na to miejsce? Alcudia idealnie wpasowuje się w klimaty Majorki. Miasto tworzą obdrapane ściany w kolorze ochry z wiszącymi na nich donicami, zielone okiennice, brukowane uliczki, mnóstwo kawiarni i restauracji, które cieszyły się zainteresowaniem do późnych godzin. W każdy wtorek i niedzielę w godzinach 8:00 – 14:00 ulice zasypują stragany z przeróżnymi produktami – od owoców i warzyw po torebki Michael’a Kors’a o wątpliwym pochodzeniu. Dodajmy do tego ruiny starożytnego miasta Pollentia oraz znakomicie zachowane średniowieczne mury miejskie. Spacer po Alcudii to żywa lekcja historii. Wpływy przewijających się tam grup na przestrzeni wieków widać gołym okiem.


POLLENTIA – CZASY ŚWIETNOŚCI RZYMIAN

Początkowo dzisiejsza Alcudia należała do Fenicjan. Po nich władzę przejęli Grecy. W późniejszym czasie zadomowili się w niej Rzymianie. W 123 roku p.n.e. Quintus Caecilius Metellus Balearicus założył tam rzymskie miasto o nazwie Pollentia. Będąc w Alcudii, wciąż można podziwiać jej pozostałości. Jeśli ktoś z Was chciałby poznać historię tego miejsca i obejrzeć ruiny liczące niespełna 2000 lat w pełnym słońcu o godzinie dwunastej i 40-stopniowym upale, musi zdać sobie sprawę z ryzyka rozpadu rodziny, której pomysł zwiedzania stanowiska archeologicznego w sierpniowe południe nie do końca może się spodobać. O dziwo udało się nam zapobiec rozpadowi, a jednocześnie zobaczyć wszystkie najważniejsze punkty starożytnego miasta. Być może przyczynił się do tego brak wizyty w Muzeum Monograficznym, które tego dnia było zamknięte (zgromadzono tam wszystkie przedmioty pochodzące z wykopalisk Pollentii). 

Na podstawie przeprowadzonych badań stwierdzono, że mieścił się tam obóz wojskowy, zajmujący 15 – 21 hektarów. Wiadomo też, że mieszkańcy nie narzekali na biedę – Pollentia była dobrze prosperującym miastem (mimo ogromnego pożaru, którego doświadczyła w III wieku). Przyczyną bogactwa z pewnością było strategiczne położenie między dwiema zatokami i obecność dwóch portów. Nie zabrakło też forum – jak na rzymskie miasto przystało. Było to centrum religijne i miejsce spotkań Rzymian. Mieściły się tam świątynie (do dziś zachowały się ich fundamenty) i sporo sklepów tworzących plac targowy. W późniejszym czasie forum utraciło towarzyski klimat i przerodziło się w… cmentarz.

Ważnym punktem w Pollentii jest najmniejszy Rzymski Teatr w Hiszpanii z I wieku, który zachował się w bardzo dobrym stanie. Początkowo specjaliści uważali, że to dzieło Greków. Zmyliło ich wykonanie budowli – w przeciwieństwie do innych rzymskich teatrów ten został wykuty w skale. Choć wygląda na niewielki, to tylko pozory. Mógł pomieścić nawet 2 tysiące widzów. W późniejszym czasie stworzono tam również cmentarz (tak jak w przypadku forum). Świadczą o tym nisze grobowe, które wykuto w miejscu sceny i widowni.

Zwiedzanie Pollentii:

  • maj – wrzesień: od wtorku do niedzieli w godzinach 9:30 – 20:00,
  • październik – kwiecień: od wtorku do piątku w godzinach 10:00 – 16:00, w soboty i niedziele od 10:00 do 14:00.

Cena: 3 euro. Połączenie zwiedzania stanowiska archeologicznego i wizyty w Muzeum Monograficznym – 4 euro (zniżki dla studentów, emerytów i grup powyżej 10 osób- 2,50 euro).


ŚREDNIOWIECZNE MURY OBRONNE – NAJLEPSZY PUNKT WIDOKOWY:

Po Rzymianach przyszła pora na Maurów. Zniszczyli Pollentię, zastępując ją nowym miastem Al-Kudia. Nazwa dzisiejszej Alcudii niezbyt odbiega od tej średniowiecznej, która w dosłownym tłumaczeniu oznaczała miejsce na wzgórzu. Rządy arabskie skończyły się wraz z przejęciem władzy przez króla Jaume I. Mury obronne będące jedną z największych atrakcji Alcudii to pamiątka po jego następcy – Jaume II. Wybudowano je w 1300 roku, bez zaprawy murarskiej – powstały z precyzyjnie dobranych kamieni. Ich część stanowi kościół Świętego Jakuba, który został wbudowany w mury obronne. Legenda głosi, że w XVI wieku z krucyfiksu znajdującego się w jednej z bocznych kapliczek kapała krew i woda, kończąc okres suszy. Mury przecina kilka bram – jedną z nich jest Portal del Moll. Dwie wieże otoczone palmami, tworzące okazałe wejście do miasta to dzisiejszy symbol Alcudii.


CO I GDZIE ZJEŚĆ W ALCUDII?

Jeśli ktoś z Was zastanawia się w jaki sposób nie zbankrutować na Majorce to służę pomocą. Polecam słynne tapas. Zamawiane przez nas porcje hiszpańskich przekąsek nieraz okazywały się tak duże, że zastępowały nam obiad. Nie inaczej było w przypadku Alcudii i restauracji Satyricon (Plaza de Constitución). Talerz z pięcioma tapas kosztował 11 euro. Dołożyliśmy do tego 4,50 euro za dzban sangrii (do podziału, żeby nie było). Pieczywo i oliwki były niezamawianym przez nas dodatkiem, za który w sumie też zapłaciliśmy (tzw. kopertowe 1,75 euro, które dolicza się do stolika w większości majorkańskich restauracji). Niewiele, biorąc pod uwagę ceny w pozostałych majorkańskich restauracjach.

bty


CAP FORMENTOR – SERPENTYN CIĄG DALSZY:

O drodze do Sa Calobra pisałam w poprzednim wpisie. Przejażdżka po półwyspie Formentor wygląda podobnie. Nie bez powodu. Obie trasy stworzył ten sam człowiek – Antonio Paretti. Obiad przed majorkańskimi serpentynami nie był najlepszym pomysłem. Mimo to, poza licznymi zakrętami trasa nie należała do ekstremalnych. Takie jest przynajmniej moje zdanie. Opinie na jej temat są podzielone. Być może przyczyną postrzegania drogi jako ekstremalnej było pokonywanie trasy podczas deszczu lub mijanie się ze sporą ilością autobusów. My uniknęliśmy obu rzeczy, podziwiając przepiękne widoki i poruszając się po półwyspie bez większych problemów. Nie oznacza to jednak, że będzie lekko – uwaga na kozy i osiołki wyskakujące na drogę wtedy, kiedy najmniej się tego spodziewacie.

Mimo, że półwysep cieszy się ogromnym zainteresowaniem wśród turystów, kilka miejsc na Formentor jeszcze do niedawna było oazą spokoju dla wielu celebrytów. Spokój i relaks z dala od tłumów zapewniał im jeden z hoteli o niezbyt skomplikowanej nazwie – Formentor. Bywał tam m.in. Charlie Chaplin, Audrey Hepburn, księżna Diana, a nawet Dalajlama. W dzisiejszych czasach pewnie trudniej byłoby o spokój na półwyspie, ale jedno jest pewne – przepięknych widoków nie można jej odmówić!

Wysokie urwiska, horyzont na błękitnym niebie zlewający się z wodami Morza Śródziemnego i wiatr urywający głowę – tak właśnie opisałabym półwysep Formentor. Mieszkańcy Majorki nazywają go miejscem spotkań wiatrów. Podczas podziwiania widoków z wysokich klifów czapki są raczej niewskazane (o ile zależy Wam na tym, aby je zachować). Jednym z najpiękniejszych punktów widokowych jest Mirador de la Creueta, położony na klifie o wysokości 300 metrów. Poszukiwacze fejsbukowych i instagramowych plenerów będą zachwyceni – znajdą je na każdym kroku.

Myślę, że warto też zobaczyć najpopularniejszy punkt widokowy Majorki, który zobaczycie na większości pocztówek. Podziwianie zachodu słońca przy XIX-wiecznej latarni morskiej usytuowanej na samym krańcu półwyspu i Majorki było jednym z najważniejszych punktów podczas trzeciego dnia zwiedzania wyspy. Niestety, nie udało nam się dotrzeć do tego miejsca. Droga do latarni została zablokowana (Majorkę odwiedziliśmy w sierpniu). Parkingowi powiedzieli nam, że w sezonie można się tam dostać jedynie autobusem. Szkoda tylko, że nie wspomnieli o godzinach, w jakich obowiązuje ten zakaz… Dojazd samochodem w lipcu i sierpniu jest niemożliwy jedynie w godzinach 9:30- 19:00. Poza wyznaczonym czasem można śmiało ruszać do latarni

Dzień zakończyliśmy odpoczynkiem w krystalicznie czystej wodzie. Myślałam, że po takie kolory trzeba meldować się na Karaibach. Majorkańskie plaże udowodniły jednak, że dają radę i stanęły na wysokości zadania. Przeglądając zdjęcia z wyspy sądziłam, że ich autorzy opanowali Photoshop’a do perfekcji, nadając morzu intensywny odcień turkusu. Nic bardziej mylnego. Dokładnie tak wyglądają tamtejsze plaże, które z pewnością nikogo nie rozczarują!


Czwartego dnia wyruszyliśmy do Berlina, który zwiedzaliśmy do wieczora. Tak niewiele czasu na Majorce pozostawiło niedosyt – mimo, że udało nam się zobaczyć naprawdę sporo. Jedno jest pewne – zdecydowanie polecam ten kierunek, nawet jeśli miałby to być krótki wypad. Trzy dni to stanowczo za mało, aby poznać wszystkie atrakcje Majorki. Niemniej jednak, niskie ceny biletów (Ryannair, lot z Berlina) pomogą Wam poznać nieodkryte części wyspy przy kolejnym wypadzie na Majorkę. My z pewnością jeszcze tam wrócimy!

Sa Calobra i Soller – najpierw droga, potem obiad. Nie odwrotnie.

Tytuł wpisu jest radą dla wszystkich tych, którzy planują dojazd do zatoki Sa Calobra. Słuchając rozmów znajomych spierających się o najbardziej ekstremalne drogi nad przepaściami przypomina mi się Bogusław Linda i jego słynna kwestia Co ty wiesz o zabijaniu (w sumie nie jest to oryginalny fragment filmowy – troszkę go uproszczono, no ale nieważne). Przyznaję jednak, że Majorka trzyma poziom zawiłych dróg i adrenalinki. To jedno wielkie wyzwanie dla kierowców i sprawdzenie ich umiejętności, które doskonale i bezwzględnie weryfikuje trasa prowadząca do zatoki. Mimo to, osoby szukające życia na krawędzi mogą się troszkę rozczarować. Oczekiwana ekstremalność drogi nie zalicza się do mission impossible. Asfaltowa jezdnia tworząca serpentyny jest w bardzo dobrym stanie. Większy zawód mogą jednak przeżyć optymiści rezygnujący z tego powodu z solidnego ubezpieczenia auta. Zanim zdecydujecie się na niewykupienie dodatkowej ochrony pojazdu powinniście poznać zasady na tamtejszych ulicach. Jedną z nich jest: cofa ten, kto ulegnie spojrzeniu kierowcy z naprzeciwka. Wąskie drogi nie pozwalają na swobodne mijanie się samochodów. Pomysł poruszania się tam bez ubezpieczenia powinien przysporzyć więcej adrenaliny niż słynna droga, która – nieco przesadnie – nazywana jest drogą samobójców. Niemniej jednak, to określenie z pewnością pasowałoby do trasy podczas deszczu. W takich warunkach nie chciałabym sprawdzać czy faktycznie jest ono aż tak nietrafione. Przyznaję też, że zupełnie inne emocje towarzyszyłyby mi podczas pokonywania tej trasy autobusem… 

bty
W drodze do Sa Calobra

Pora na przepiękne słowa podróżnicze, którymi postaram się odwrócić uwagę od niedojechania do zatoki Sa Calobra: W podróży nie liczy się cel, a droga. Mając jednak na uwadze to, że taki cytat nie wystarczy, należałoby wspomnieć dlaczego nie udało nam się tam dotrzeć. Po kilku godzinach w Valldemossie (osobny wpis na temat zwiedzania tego miasteczka znajdziecie tutaj), późnym popołudniem postanowiliśmy wypróbować majorkańskie serpentyny. Będąc na miejscu okazało się, że parking przy zatoce dostępny jest wyłącznie do 19:00. Chciałam tylko dodać, że od tej godziny dzieliło nas jeszcze 30 minut. Podjęliśmy próby znalezienia innego miejsca parkingowego, które okazały się bezskuteczne. Właśnie z tak głupiego powodu nie odwiedziliśmy tego miejsca. Myślę, że był to jeden z uroków zwiedzania Majorki w sezonie. Zdaję sobie sprawę z tego, że straciliśmy okazję na poznanie jednej z najciekawszych (i najbardziej zatłoczonych) atrakcji wyspy ale nie żałuję, że się tam wybraliśmy. Droga do zatoki była atrakcją samą w sobie. 


TRASA Z VALLDEMOSSY DO SA CALOBRA:

Pewien szalony i utalentowany architekt zdecydował się stworzyć krętą drogę prowadzącą do zatoki Sa Calobra, nie zważając na niesprzyjające (delikatnie mówiąc) jej powstaniu warunki. Antonio Paretti zaprojektował trasę przypominającą splątaną serpentynę, rzuconą niedbale na Sierra de Tramuntana. Nie do końca zgadzam się z opisami tej drogi w przewodnikach turystycznych. Odnoszę wrażenie, że wiele z nich stawia trasę na równi z przejazdem po kładce nad buchającym gorącą lawą wulkanem. Nie można jednak odmówić jej atrakcyjności i malowniczości. Pokonując słynną drogę, różnica wysokości na odcinku 4 kilometrów wynosi 800 metrów! Średnie nachylenie trasy wynosi 7% i stanowi nie lada wyzwanie dla rowerzystów (których zobaczycie tam na każdym kroku). Jednym z najsłynniejszych punktów MA-10 jest Nus de sa Corbata – nazwa w polskim tłumaczeniu oznacza Węzeł Krawata. Droga krzyżuje się tam sama ze sobą. Nie był to jednak najtrudniejszy moment tej trasy – czytając przewodniki, spodziewałam się czegoś ekstremalnego. Najwidoczniej autorów troszkę poniosło. Niemniej jednak, poza Węzłem Krawata pokonacie jeszcze 300 innych zakrętów, które sprawią, że na nudę raczej nie będziecie narzekać.

zakret

Podczas budowy trasy usunięto ponad 30 tysięcy metrów sześciennych skał, które w późniejszym czasie wykorzystano do wyrównania drogi. Droga powstała w 1932 roku, bez pomocy maszyn. Zgodnie z planem architekta, podczas planowania serpentyn unikano tworzenia tunelów na trasie. Podczas przejażdżki nie zobaczycie też zbyt wielu zabezpieczeń i barierek ochronnych na krawędzi jezdni, o których Paretti mógłby pomyśleć (taki wniosek nasunął mi się wiele razy podczas mijania się na tej trasie samochodów).



CALA TUENT – SĄSIEDNIA PLAŻA:

Pobliska Cala Tuent była doskonałą alternatywą, która zastąpiła nam zatokę Sa Calobra. Wieczorem odpoczywało tam zaledwie kilka osób. Skromna gromadka na plaży nie była częstym widokiem na Majorce. Zapewne nie wyglądałaby tak Sa Calobra (to tylko moje marne pocieszenie, choć może jest ono trochę trafne). Relaks na spokojnej, kamienistej plaży był nawet zadowalającą nagrodą pocieszenia.


KOLACJA I WIECZORNY SPACER W SOLLER:

Wieczorem zdecydowaliśmy się na przystanek w majorkańskim Soller – mieście pomarańczy. W przeszłości owoce zapewniały mieszkańcom ogromne zyski. W XVIII wieku eksportowano je do południowej Francji, skąd trafiały do różnych zakątków Europy. W II połowie XIX wieku sytuacja nie wyglądała już tak dobrze – tamtejsze drzewa zostały zniszczone przez szkodniki, wskutek czego plantatorzy wyjechali do sąsiednich krajów w poszukiwaniu nowego miejsca pracy. Do owoców będących znakiem rozpoznawczym miasta nawiązuje kolor słynnego tramwaju łączącego Soller z pobliskim portem. Nie spędziliśmy wystarczająco dużo czasu w tym miejscu abym mogła napisać o nim coś więcej. Odniosłam wrażenie, że sporo się w nim dzieje, choć może jest ono gwarne jedynie w sezonie. Z chęcią zweryfikuję to podczas kolejnej wizyty na wyspie.

Postaram się opisać chociaż klimat miasteczka, w którym spędziliśmy piątkowy wieczór. Przy Placu Konstytucji – poza przepięknym neogotyckim kościołem Świętego Bartłomieja – zobaczycie wysyp knajpek. Większość z nich walczy o klientów muzyką na żywo. Szkoda tylko, że wszyscy artyści mają mikrofony… Nie żebym miała jakiś problem z ich głosem, ale skoro występują w tym samym momencie to mogliby chociaż umówić się na jakąś wspólną piosenkę. Na szczęście śpiewający duet w wybranej przez nas restauracji był najgłośniejszy. Lokal (Cafeteria Bar Nadal) należał do energicznej właścicielki, która – w wolnych chwilach od przeciskania się pomiędzy stolikami z tacą i szerokim uśmiechem – dbała o gardło śpiewających, donosząc im co jakiś czas lekarstwo w kieliszkach. Co ciekawe, Bar Nadal nie cieszy się zbyt dobrą opinią na TripAdvisor. Nie bywam na tej stronie ale restauracja bardzo mi się spodobała więc postanowiłam sprawdzić czy tylko ja tak bardzo ją zachwalam. Okazuje się, że wiele osób posiada o tym miejscu zupełnie inne zdanie. Mimo wielu niezbyt… przychylnych opinii polecam  ten lokal!

Wydawałoby się, że przestrzeń pomiędzy restauracjami na placu w sezonie letnim jest niewielka. Najwyraźniej nie dla Majorczyków. Postanowili, że uda im się tam jeszcze wcisnąć zabytkowy tramwaj z drewnianymi wagonikami. Ciężko wyobrazić sobie podobną trasę tramwajów w Gdańsku, gdzie oddzielone barierkami tory powstają w miejscu o znacznie większej przestrzeni.


Valldemossa, Sa Calobra (a właściwie tylko droga do Sa Calobra), Cala Tuent, Soller – tam właśnie spędziliśmy nasz drugi dzień na Majorce. Jak oceniacie majorkańskie serpentyny? Zgadzacie się z moimi spostrzeżeniami czy macie raczej inne zdanie o wspomnianych wyżej miejscach? Jak bardzo powinnam się załamać pominięciem zatoki Sa Calobra? Czy Soller również Was zachwyciło? Czekam na odpowiedzi i wszelkie sugestie w komentarzach!

Valldemossa – 1 dzień w krainie Chopina

Dlaczego nie powinniście pominąć tego miejsca na Waszej trasie? Valldemossa to urocze miasteczko wciśnięte w surowe pasmo górskie Sierra de Tramuntana. Do brukowanych uliczek przylegają budynki w kolorze ochry z zielonymi okiennicami. Tamtejsze domy najwyraźniej mają już swoje lata, ale stare mury poobwieszane doniczkami dodają miasteczku jeszcze więcej uroku. Całość otaczają gaje oliwne, drzewa migdałowe, pomarańczowe i cytrusowe. Do dziś nie potrafię zrozumieć fenomenu Valldemossy – spokojnej atmosfery przy jednoczesnych wizytach tłumów w miasteczku.


To miejsce pojawia się w każdym przewodniku turystycznym dotyczącym Majorki. Miasteczko wychwalała też moja koleżanka, która od 20 lat mieszka na wyspie. Wypadało więc osobiście sprawdzić czy miejsce jest naprawdę tak wyjątkowe. Po jednodniowym wypadzie potwierdzam wszystko, co mówiła. Z grona oczarowanych wyłamał się Fryderyk Chopin. Kompozytor spędził na Balearach sześć tygodni. O dziwo, nie schlebiał temu miejscu, delikatnie mówiąc. Na jego obronę dodam, że miał ku temu solidne powody. Pobyt Chopina i jego dziewczyny George Sand sprawił, że Valldemossa stała się niezwykle popularna. W dzisiejszych czasach władze miasta pewnie nie wypłaciłyby się za reklamę, a Fryderyk mógłby sobie śmiało zażyczyć jakiś procencik z dochodów turystycznych. W takiej sytuacji nie musiałby martwić się o jedyny minus tej wyspy – wygórowane ceny…

bty
Przerażające upamiętnienie słynnej pary w klasztorze Kartuzów

DLACZEGO CHOPIN NIE POLUBIŁ MAJORKI?

Zacznijmy jednak od tego, jakim cudem przeprowadził się z gwarnego i tętniącego życiem XIX-wiecznego Paryża do spokojnej Majorki, znajdującej się pośrodku niczego. Przed wyjazdem skarżył się na problemy ze zdrowiem. Lekarz zalecił mu zmianę klimatu, która miałaby zwalczyć przewlekłe przeziębienie. Wkrótce okazało się, że to nie grypa a gruźlica, która kilka lat później odebrała mu życie. W chorobie nie pomagał klimat podczas zimy, którą tam spędził. Majorce nigdy nie brakowało słońca, bez względu na porę roku. Niemniej jednak, w chwili przeprowadzki Chopina nastały tam ulewy, które utrzymały się do momentu opuszczenia przez niego wyspy.

Kolejnym powodem, który pomógł mu znienawidzić Majorkę był problem ze sprowadzeniem jego pianina. Po wielokrotnych próbach zlokalizowania instrumentu okazało się, że przetrzymują go celnicy w Palmie. W zamian za wydanie zażądali od Chopina sporej sumy (połowy jego wartości). W dzisiejszych czasach sprawa byłaby prostsza – dzięki procentom z obrotu turystycznego Fryderyk miałby fortunę, za którą kupiłby sobie z dziesięć takich pianin. Prawdopodobnie pozdrowiłby też cwaniaczków z celnego jednym ze swoich palców u dłoni. Niestety, w tamtych czasach musiał po prostu błagać ich o przychylność. Prośby były bezskuteczne, a pracownicy nieugięci. Artysta stworzył więc znakomite dzieła (Polonez C-mol, Ballada Majorkańska) na pożyczonym fortepianie, którego stan pozostawiał wiele do życzenia. Obecnie w klasztorze Kartuzów można obejrzeć jego notatki, zastępczy fortepian oraz pianino, które po długim czasie w końcu trafiło w jego ręce. 

Co więcej, Fryderyk i George chyba nie do końca zdawali sobie sprawę z tego, że przeprowadzają się do świata konserwatystów. Mieszkańcom nie podobała się nieobecność pary na niedzielnej mszy. Związek Chopina ze starszą o sześć lat kobietą i mieszkanie pod jednym dachem z jej dziećmi nie było zbyt dobrze postrzegane. Sytuacji nie poprawiał charakter pisarki, która była bardzo wyemancypowana jak na tamte czasy. Paliła cygara, nosiła spodnie i przeklinała. Takim zachowaniem nie zjednała sobie Majorczyków. Swoją frustrację przelewała na karty papieru, tworząc książkę Zima na Majorce. 

Kiedy informacja o gruźlicy Chopina obiegła całą wioskę, najemca wyrzucił ich z mieszkania, paląc wszystkie rzeczy mające z nim jakąkolwiek styczność. Po żmudnych poszukiwaniach nowego domu i braku jakichkolwiek perspektyw (nawet na wyprowadzkę – z obawy przed zarazą nikt nie chciał przewieźć ich rzeczy powozem do portu) wprowadzili się do dawnego klasztoru (Kartuzi opuścili to miejsce 2 lata wcześniej – za czasów Fryderyka mieszkało tam zaledwie trzech braci). Przeprowadzka do celi sprawiła, że wiele pamiątek po Chopinie i George Sand ocalało – nie zniszczono ich, w przeciwieństwie do pozostałych właścicieli mieszkań. Pobyt Fryderyka i jego wybranki określiłabym mianem „piątek, trzynastego”, z jedną małą różnicą – pechowy dzień zamienił się w całą zimę. 

bdr
Wyraz twarzy Chopina doskonale odzwierciedla jego stosunek do Majorki

ZWIEDZANIE REAL CARTOIXA DE VALLDEMOSSA

Klasztor zachował swój ascetyczny klimat – surowe mury, prostota i cisza przybliżają odwiedzającym jego dawny charakter. Początkowo budynek nie miał nic wspólnego z domem braci zakonnych. Był rezydencją królewską, wzniesioną przez króla Majorki Jaime II dla chorującego na astmę syna. Klimat Valldemossy miał pomóc młodemu Sancho w walce z chorobą. W 1399 roku pałac przekazano Kartuzom, którzy z jednego budynku stworzyli kompleks klasztorny (kościół, liczne kaplice, cele zakonne, tarasy i krużganki). Bracia zakonni zamieszkiwali klasztor w Valldemossie aż do nastania rządu antyklerykalnego Juana Mendizabala, który skonfiskował praktycznie całą posiadłość. W 1835 roku opuścili klasztor. Kompleks podzielono na 9 mieszkań, które wynajęto osobom prywatnym. Jedną z nich był właśnie Fryderyk ChopinPo uiszczeniu opłaty za wstęp i otrzymaniu imprezowej bransoletki zastępującej bilet rozpoczniecie zwiedzanie klasztoru, prawdopodobnie w takiej kolejności, w jakiej opisałam te miejsca. Najpierw jednak kilka informacji o braciach:

Jak wyglądało życie średniowiecznych członków tego zgromadzenia? Właściwie to ich obecny styl życia niezbyt odbiega od tego sprzed 1000 lat. Wszystko odbywało się zgodnie z regułą: samotność, milczenie, kontemplacja. Posiadali osobne cele sprzyjające zachowaniu pierwszej zasady. Rzadko korzystają z telefonów komórkowych, radia, telewizji czy też Internetu. To kolejny dowód na to, że niewiele się u nich zmieniło – choć nie mając do nich dostępu w średniowieczu zdecydowanie łatwiej było tego przestrzegać. Łącznikiem ze światem był i jest dla nich przeor. Osobisty kontakt z otoczeniem ograniczają do wspólnego spaceru, odbywającego się raz w tygodniu. Bracia zakonni poświęcali sporo czasu pracy i modlitwie. Ich dieta jest jednym wielkim postem. Opiera się głównie na warzywach, rybach i daniach mlecznych. Mięso dozwolone było tylko w małej ilości podczas choroby. Jeśli ktoś chciałby poznać więcej szczegółów z życia Kartuzów, odsyłam do filmu Philipa Groninga. Podczas półrocznego pobytu w klasztorze stworzył dokument Wielka cisza, którego powstanie było możliwe dzięki przyjaźni reżysera z przeorem.

Pierwszym punktem Waszego zwiedzania będzie KOŚCIÓŁ ŚWIĘTEGO BARTŁOMIEJA – freski we wnętrzu świątyni to dzieło zakonnika Emanuela Bayeu – szwagra słynnego Goyi. Zwróćcie uwagę na obraz Świętej Katarzyny, która pochodzi właśnie z Valldemossy. Zajrzyjcie też do zakrystii, w której zamieszczono kilka ciekawych pamiątek po zakonnikach.

XVIII-wieczna APTEKA MNICHÓW to jedna wielka klimatyczna ekspozycja drewnianych pojemników na preparaty lecznicze, szklanych butelek, moździerzy, kasetek i narzędzi do wyrabiania pigułek. Do tworzenia mikstur bracia zakonni wykorzystywali jedynie zioła, które uprawiali w ogrodzie klasztornym. To miejsce mogłoby posłużyć za świetną scenerię niejednej produkcji filmowej.

CELE MNICHÓW to kolejna część kompleksu, udostępniona zwiedzającym. W każdym pomieszczeniu znajdziecie informacje na temat historii danej celi. W jednej z nich mieści się biblioteka, w której dyskutowali bracia. Spotkania w otoczeniu książek brzmią zbyt swobodnie jak na Kartuzów? Dodam więc, że rozmowy te odbywały się co tydzień i trwały maksymalnie pół godziny. Kartuzi słynęli ze wspaniałych księgozbiorów. Nic dziwnego – uważano ich za najlepiej wykształcone zgromadzenie. Tamtejsza biblioteka posiada sporo cennych woluminów, m.in. rękopisy mnichów z XV wieku.

Zajrzyjcie też do pięknego ogrodu – trzeba przyznać, że mieli rozmach. Taras przy celi z pewnością pomógł im w zachowaniu kolejnej reguły, jaką było milczenie – rozpościerający się widok na gaje oliwne sprawił, że zamurowało mnie z wrażenia

Kolejnym punktem Waszego zwiedzania będzie WYSTAWA ZWIĄZANA Z FRYDERYKIEM CHOPINEM I GEORGE SAND. Rozłożono ją w trzech salach. Jest to drugi największy zbiór pamiątek po kompozytorze (klasztor w Valldemossie ustępuje jedynie warszawskiemu muzeum Fryderyka Chopina). Interesującą częścią wystawy są pokreślone zapisy nutowe słynnych Preludiów Fryderyka, a także listy do przyjaciół, w których opisał swoje życie na Majorce. Możliwość odczytania ich (bez jakichkolwiek tablic informacyjnych, które zazwyczaj tłumaczą dany tekst w muzeach) i obserwowania krajobrazu, jaki podziwiał w momencie pisania było bezcenne. Zachował się też fortepian i wyczekiwane przez niego pianino, a także kosmyk włosów, grzebień i szkatułka. Równie cennym elementem ekspozycji jest rękopis Zimy na Majorce autorstwa George Sand, biżuteria pisarki oraz ponad sto rycin stworzonych przez jej syna podczas pobytu na wyspie. Zwiedzanie celi Fryderyka Chopina jest dodatkowo płatne (4 euro). Nie żałujcie pieniędzy – naprawdę warto ją zobaczyć.

Co roku w klasztorze odbywa się Festiwal Chopinowski z udziałem najwybitniejszych pianistów. Koncerty przyciągają gości z całego świata – często pojawiają się na nich znani artyści oraz głowy państwa. 

Czas na kolejną część klasztoru – byłą drukarnię, w której zobaczycie jedną z najlepszych kolekcji prasy drukarskiej w Europie. Wpadnijcie tez do sali ze wspomnieniem Ludvika Salvadora Habsburga-Lorena – podróżnika, miłośnika przyrody i autora najznakomitszej pracy naukowej o Balearach. Najbardziej interesujące wydają się być jego zdjęcia z dalekich wypraw. W budynku mieści się też wystawa z obrazami przedstawiającymi majorkańskie pasmo górskie Serra de Tramuntana oraz zbiór malarstwa współczesnego z obrazami Joana Miró i Pabla Picasso.

Ostatnim punktem będzie wizyta W PAŁACU wspomnianego już wcześniej KRÓLA SANCHO. Patrząc na wystój wnętrz niektórych pomieszczeń w tej części mam spore wątpliwości co do tego, czy w ogóle miała ona jakiś związek z klasztorem. Najprawdopodobniej w tym miejscu znajdowała się kiedyś arabska posiadłość Mussa. Historycy twierdzą, że wzięła się od niej nazwa miasteczka – Valldemossa. W pałacu znajduje się sporo cel klasztornych (z oryginalnymi okienkami, przez które podawało się jedzenie mnichom), które zostały dobudowane po przejęciu budynku przez Kartuzów. Obecnie w jednej z nich mieści się sala koncertowa.


CO JESZCZE WARTO ZOBACZYĆ?

Po zobaczeniu całego kompleksu klasztoru Kartuzów zajrzyjcie na jeden z tarasów widokowych w mieście. Polecam miejsce w sąsiedztwie pałacu Sancho. MIRANDA DES LLEDONERS to dobry punkt na wakacyjną foteczkę. Misję zakrycia słupa energetycznego na poniższym zdjęciu uważam za udaną.

img_20180803_1456552.jpg

Z tarasu rozciąga się widok na dolną część Valldemossy z kolejnym miejscem, do którego warto wstąpić. Jest nim KOŚCIÓŁ PARYSKI ŚWIĘTEGO BARTŁOMIEJA, patrona Valldemossy. Klimatyczne uliczki poprowadzą Was do spokojniejszej części miasteczka. Mimo, że brukowane dróżki uniemożliwiają zasianie trawnika, mieszkańcy dają radę i nie narzekają na brak zieleni:

Podczas spaceru zobaczycie sporo kolorowych płytek ze wspomnieniem kolejnej ważnej świętej dla miasteczka – Cataliny Thomas. Barwne kafelki przedstawiają sceny z jej życia. Urodziła się w Valldemossie – w rodzinnym domu świętej mieści się kaplica z jej figurą i kilka informacji o życiu Cataliny. Jej dzieciństwo nie należało do najłatwiejszych – osierocona dziewczynka od najmłodszych lat musiała zarabiać na swoje utrzymanie. Była służącą i pasterką – zajęcia, jakimi się trudniła przekreślały jej marzenie o wstąpieniu do zakonu. Po jakimś czasie przyjęło ją zgromadzenie augustianek z Palmy. Zmarła w wieku 43 lat. Została pochowana w stolicy Majorki, gdzie spędziła większość życia.


CO I GDZIE ZJEŚĆ W VALLDEMOSSIE?

Wpadliśmy do jednej z restauracji na hiszpańskie tapas – spora ilość przystawek zastąpiła nam obiad. Polecam je wszystkim tym, którzy woleliby nie wydawać fortuny na zestaw obiadowy. Będąc w Valldemossie, obowiązkowo należy spróbować COCA DE PATATA. Nazwa intryguje, ale muszę dodać, że jest to po prostu słodkie ciastko ziemniaczane, które przypomina nadmuchaną pyzę. Polecam, polecam. Najlepsze (według koleżanki, która mieszka na Majorce od 20 lat) cocas de patata serwują w niepozornym BAR MERIENDAS (Via Blanquerna 12). Do pełni szczęścia zamówcie sobie napój migdałowy HORCHATA DE ALMENDRAS.


PARKING W VALLDEMOSSIE:

Samochód najlepiej pozostawcie na parkingu przy Informacji Turystycznej Valldemossy (Av. Palma 13) – otrzymacie tam 1,50 euro zniżki na bilet do klasztoru Kartuzów.


GODZINY OTWARCIA I KOSZT ZWIEDZANIA:

Bilety można zakupić przy budynku klasztoru w okienku. Cena: 9,50 euro – osoba dorosła, zniżki dla studentów (6 euro) i grup powyżej 10 osób (8,50 euro). Wizyty w klasztorze:

  • kwiecień – wrzesień od poniedziałku do soboty w godzinach 9:30 – 18:30 i w niedziele od 10:00 do 13:00.
  • marzec i październik od poniedziałku do soboty w godzinach 9:30 – 17:30 i w niedziele październikowe od 10:00 do 13:00.
  • luty i listopad od poniedziałku do piątku od 9:30 do 17:00,
  • styczeń i grudzień od poniedziałku do soboty – 9:30 – 15:00.

Koncerty na pianinie:

  • marzec – październik: 10.30, 11.45, 13.00, 14.30, 15.45, 17:00,
  • luty i listopad: 10.30, 12.00, 14.00, 15.45,
  • w soboty od lutego do listopada: 10.30, 11.45, 13.45.

W momencie kupna biletów otrzymacie darmowy informator w języku polskim, w którym napisano kilka zdań na temat każdego pomieszczenia w klasztorze. Warto też pobrać aplikację do odczytania kodu QR, aby skorzystać z bezpłatnego audioprzewodnika.

bty


Po Valldemossie obraliśmy kolejny kierunek – Sa Calobra. Tego samego dnia wpadliśmy też na kolację i wieczorny spacer do Soller – miasta pomarańczy. Mimo, że opis naszego dnia wygląda jak jedna wielka bieganina to zapewniam, że wcale tak nie było! Muszę jednak przyznać, że nie wszystko odbyło się zgodnie z naszym planem… O tym w kolejnym wpisie – zapraszam, zapraszam!

Palma de Mallorca- jednodniowy spacer

Cztery dni wolnego, tanie bilety na Majorkę, dodatkowe zwiedzanie Berlina przy okazji wylotu ze stolicy Niemiec, wakacje na przepięknej wyspie – brzmi zachęcająco? Zapraszam do poczytania poprzedniego wpisu, w którym zamieściłam wszystkie informacje praktyczne dotyczące takiego wyjazdu. Tutaj natomiast skupię się na Palmie de Mallorca, w której spędziliśmy jeden dzień. Zdecydowaliśmy się na spokojny spacer i obranie strategii zobaczę tyle ile mi się uda. We wpisie zamieściłam jednodniowy plan zwiedzania Palmy, a także opis najciekawszych atrakcji w stolicy Majorki. 

SPORE MIASTO Z LUZACKIM KLIMATEM:

Stolica Majorki nie należy do najmłodszych miast. Oficjalne początki datuje się na okres panowania Rzymian, którzy w 123 roku p.n.e. założyli tam swoją osadę. Panowanie przeróżnych narodów na wyspie odcisnęło piękny ślad w architekturze miasta. Ciężko uchwycić na zdjęciu interesujące budynki ze względu na kolejny plus Palmy – miasto posiada wiele drzew. W latach 50-tych XX wieku Majorkę ogarnęła turystyka masowa, która stworzyła tam wiele stanowisk pracy. Obecnie Palma to najbardziej zaludnione miejsce na wyspie. Zamieszkuje je połowa Majorczyków. Największe stare miasto w Europie, plaża z krystalicznie czystą wodą, konkretne życie nocne, znakomite restauracje i przyjemny klimat – w taki sposób można opisać stolicę Majorki. Brzmi nierealnie? Miejscowi twierdzą, że to raj na Ziemi (choć nie zawsze łatwo jest im pogodzić życie codzienne z turystami). Ich słowa potwierdza brytyjski The Sunday Times, który ogłosił miasto najlepszym miejscem do życia. To właśnie powody, dla których powinniście wpaść do stolicy Majorki, nawet jeśli miałoby to być jednodniowe zwiedzanie.

PALMA CZY PALMA DE MALLORCA? ZMIANY, ZMIANY, ZMIANY…

W momencie obejmowania rządów przez nowe partie polityczne zawsze następuje szereg zmian, często pozbawionych sensu #aWłaśnieŻeNieBędęPoprawnaPolitycznie. Nie inaczej jest na Majorce – nazwa jej stolicy zmienia się co cztery lata w wyniku przejęcia władzy przez kolejną grupę. Konserwatyści obstają przy Palma de Mallorca. Twierdzą, że łatwo pomylić ją z Las Palmas na Wyspach Kanaryjskich (odnotowano sporo takich przypadków), zaś przedłużone miano pozwoliłoby na lepszą identyfikację tego miejsca. Przeciwnicy dodatku de Mallorca zarzucają konserwatystom ignorancję i brak szacunku do historycznej nazwy Palma, którą miasto nosiło już za czasów Rzymian (z kilkoma dłuższymi przerwami). Za kilka lat wraz z objęciem rządów przez nową partię można spodziewać się kolejnych zmian. Turystów wita na lotnisku ogromny napis Palma de Mallorca, podczas gdy drogowskazy na ulicach wskazują kierunek do Palmy. Jakie zdanie mają na ten temat miejscowi? Większość z nich posługuje się krótszą nazwą, traktując de Mallorca jako dodatek, swego rodzaju nazwisko. Co więcej, dokładają kolejną nazwę – Ciutat, która w języku katalońskim oznacza po prostu miasto.

bdr
Pierwszy człon nazwy jest jak najbardziej uzasadniony – dowody na to będą zasypywać Was z każdej strony

PIERWSZE WRAŻENIE – OGROMNE LOTNISKO:

Lądując, podziwialiśmy przez szybę jeden z typowych obrazów Majorki – gaje oliwne. Po wejściu na lotnisko zaskoczył nas jego ogrom. To jeden z największych portów lotniczych w Europie, który w 2017 roku obsłużył 28 milionów pasażerów… Po przylocie rozpoczęliśmy standardowe przygotowania do wyjścia na miasto – rozdzielenie ściśniętego do granic możliwości bagażu podręcznego na dwie torby, odświeżenie po podróży, odebranie darmowych map z punktu informacji turystycznej i wizyta w wypożyczalni samochodów. Około godziny 14:00 zameldowaliśmy się w centrum miasta. Pierwszym punktem wizyty w Palmie był… konkretny obiad – słynna hiszpańska paella.

bty

CO ZOBACZYĆ W PALMIE PRZEZ JEDEN DZIEŃ?

Po pierwsze, zaparkujcie samochód w okolicy katedry La Seu, która jest najważniejszym zabytkiem w mieście. Zadbajcie o to, aby zobaczyć jej wnętrze (w odróżnieniu od nas…). Nie martwcie się o miejsce parkingowe – jest ich tam naprawdę sporo. Ceny za pozostawienie samochodu wraz z informacjami o poruszaniu się po wyspie znajdziecie w moim poprzednim wpisie

Katedra La Seu to najpopularniejszy zabytek na Majorce. Powstała w XIII wieku za sprawą Jakuba I w podziękowaniu za przetrwanie groźnego sztormu. Wcześniej mieścił się tam meczet. Prace nad katedrą rozpoczęto w 1306 roku i zakończono trzysta lat później. Będąc w środku, zwróćcie uwagę na największą rozetę na świecie. Składa się z 1236 szkiełek, które w czasie słonecznych dni tworzą niesamowitą grę świateł. Na początku XX wieku katedra zyskała nowy wygląd za sprawą żelaznego baldachimu symbolizującego koronę cierniową – wykonał go sam Antoni Gaudi. Cennymi elementami są też alabastrowe sarkofagi średniowiecznych władców Majorki i mural autorstwa Miquela Barcelo, przedstawiający biblijne rozmnożenie chleba i ryb. Jego powstanie wywołało oburzenie ze strony konserwatywnych katolików, którym nie spodobał się fakt, iż autor ceramicznych reliefów był agnostykiem (do tego stopnia, że dzieło odsłonięto podczas jego nieobecności). Informacje o godzinach zwiedzania i cenach biletów podano na oficjalnej stronie internetowej katedry.

Paseo Maritimo to słynna promenada przy porcie ze sporą ilością jachtów. Miejsce jest typowym bulwarem hiszpańskim, który charakteryzuje się wysypem palm, ławeczek i mieszkańców uprawiających jogging, jeżdżących na rolkach czy też na rowerze. Przylega do niego sporo knajpek, restauracji oraz klubów nocnych. Najpopularniejszym z nich jest trzypiętrowy Tito – na każdym poziomie oferuje inny rodzaj muzyki (godziny otwarcia: 23:00 – 6:00, z wyjątkiem środy i niedzieli, Avinguda de Gabriel Roca, 31, 07014 Palma). Jeśli ten opis niezbyt Was przekonuje, załączam link do wirtualnego spaceru po Tito’s Mallorca. Bilety nie należą do najtańszych. Na pocieszenie dodam, że w cenę wliczone są dwa drinki przy barze (40 euro). Wejściówki na poszczególne dni można zakupić tutaj

Almudaina – pierwotnie była to arabska cytadela. Jedyną pozostałością po niej jest kawałek muru z łukiem bramy, przez którą statki wpływały do twierdzy. Pozostała część pałacu królewskiego została wzniesiona w późniejszym czasie przez chrześcijańskich władców. Obecnie w budynku mieści się letnia rezydencja króla Hiszpanii. Obejrzeliśmy ją jedynie z zewnątrz. Dla zainteresowanych wnętrzem: wstęp 7 euro, studenci, seniorzy +65 oraz dzieci do 5 lat płacą 4 euro. Wizyty możliwe są w okresie kwiecień – wrzesień, od wtorku do niedzieli w godzinach 10:00 – 19:00, w pozostałe miesiące od 10:00 do 18:00). Darmowe zwiedzanie: 18 maja (Międzynarodowy Dzień Muzeów), 12 października (Święto Narodowe Hiszpanii, w godzinach 15:00 – 18:00 od października do marca i 17:00 – 20:00 od kwietnia do września). W pobliżu pałacu znajdują się też ogrody królewskie (S’Hort el Rei) i słynna rzeźba Joana Miró, która przedstawia… jajo. Jedna z legend głosi, że dotknięcie dzieła katalońskiego artysty zapewnia nadzwyczajną płodność. Proszę więc o samodzielne podjęcie decyzji czy rzeźba okaże się Waszym must see podczas spaceru po Palmie.

Almudaina i La Seu
Almudaina (po lewej) i katedra La Seu, autor: M. Furtschegger, Wikimedia,  licencja.

Łaźnie Arabskie to jedna z niewielu pamiątek po Maurach, która przetrwała do dnia dzisiejszego. Mieści się na dachu prywatnego pałacu. Zwiedzającym udostępniono m.in. salę ze sporą kopułą, przez którą wpadające światło słoneczne rozgrzewało wodę w zbiorniku do kąpieli. Wstęp: 2 euro,  otwarte codziennie od 9:00 do 19:00 w okresie kwiecień – wrzesień (w pozostałe miesiące od 9:00 do 17:30).

Ratusz miejski w Palmie mieści się w przepięknym XVI-wiecznym budynku. Zegar zajmujący jego centralną część jest jeszcze starszy (1368). Będąc tam, spójrzcie w górę – jego dach podtrzymują figury kariatyd i atlasów. Prawdopodobnie drewniany gzyms jest dziełem jednego ze stolarzy okrętowych.

bty

Obok siedziby władz miasta sporo miejsca zajmuje 500-letnie drzewo oliwne. Pochodzi z miejscowości Pollenca – przesadzono je stamtąd w 1999 roku. Mimo konkretnego wieku nadal owocuje (pod koniec listopada).

bty

W pobliżu ratusza znajduje się kościół Świętej Eulalii, będący świadkiem wielu ważnych wydarzeń w historii miasta. Jednym z nich jest bunt rolników przeciwko uprzywilejowanej klasie za czasów Królestwa Majorki, a także powstanie chłopskie w 1391 roku i atak na dzielnicę żydowską. Wielu Żydów nie przeżyło, niektórzy zdołali uciec do Afryki, jeszcze inni szukali ratunku, „nawracając się” na chrześcijaństwo właśnie w tym kościele.

Warto dodać kilka słów o Eulalii, której kult jest i był bardzo popularny w Katalonii. Dziewczynka (dosłownie – w momencie śmierci miała 13 lat) żyła na przełomie III i IV wieku. Zginęła śmiercią męczeńską podczas prześladowań chrześcijan za czasów Dioklecjana. Eulalia nie chciała odrzucić chrześcijaństwa, przez co spotkała ją surowa kara. Zgodnie z legendą, Rzymianie poddali jej ciało 13 torturom, które zniosła zadziwiająco dobrze. Zamknięto ją w beczce z nożami i staczano w dół ulicy, odcięto jej piersi i ukrzyżowano na belkach tworzących literę X. Po wielu cierpieniach Rzymianie odebrali jej życie przez dekapitację (oddzielenie głowy od reszty ciała). Legenda głosi, że w momencie ścięcia z szyi dziewczyny wyleciała gołębica.

bty

Parlament Balearów – kiedyś mieściło się tam kasyno. Właściwie to budynek nie miał nic wspólnego z hazardem (poza nazwą). Od samego początku był miejscem spotkań ważnych osobistości, w którym toczyły się dyskusje na temat polityki i gospodarki wyspy. Sąsiaduje z nim Palau March, który powstał dzięki pewnemu miliarderowi. Nieprzypadkowo obrał sobie takie miejsce na jego powstanie. Wielokrotnie prowokował śmietankę towarzyską spotykającą się w dawnym kasynie, która nie chciała włączyć go do swojego grona z powodu zajęcia, jakim trudnił się w młodości. Juan March rozpoczął karierę od wypasu świń. Z czasem stał się najbogatszym człowiekiem w Hiszpanii (oczywiście wspomniana praca nie zapewniła tak pokaźnego majątku – March inwestował w przemysł tytoniowy między Walencją a północną Afryką). Obecnie mieści się tam galeria sztuki z obrazami takich artystów jak Salvador Dali czy Henry Moore (wstęp 4,50 euro, kwiecień – październik od poniedziałku do piątku w godzinach 10:00 – 18:30, w pozostałe miesiące do 14:00). 

bdr

W siedzibie banku Caixa Forum Palma w przeszłości mieścił się Grand Hotel. Warto przyjrzeć mu się z bliska – to najpiękniejszy budynek secesyjny w mieście. Obecnie znajduje się tam galeria sztuki malarza Camarasy. Uprzedzam, że próby uwiecznienia go na zdjęciu mogą okazać się porażką (budynku, nie malarza – choć pewnie nie łatwo też o zdjęcie artysty). Siedzibę Caixa Forum zasłaniają drzewa zasypujące Palmę z każdej strony.

bdr

Passeig des Born – aleja łącząca Plac Króla Joan Caries z Placem Królowej, której granicę wyznaczają dwa sfinksy. Przylegają do niej ekskluzywne sklepy, bary, restauracje i drzewa bananowca. Kolejną słynną ulicą jest La Rambla. Dawniej spacer nią był troszkę utrudniony – znajdowało się tam koryto rzeki.

Dla osób dysponujących większą ilością czasu:

  • Mercat Olivar – słynna hala targowa w Palmie, oferująca najświeższe produkty. To przede wszystkim warzywa, owoce, mięso, ryby i ciasta. Znajdziecie tam również kilka miejsc z hiszpańskim tapas (godziny otwarcia: 7:00 – 14:30 od poniedziałku do czwartku oraz od 7:00 do 20:00 w piątki i soboty).
  • Skorzystajcie z zabytkowego pociągu, który przeniesie Was z Palmy do Soller, po drodze pokonując tunele wykute w skale. Rozkład jazdy znajdziecie na oficjalnej stronie internetowej kolei Soller. Pociąg odjeżdża ze stacji Eusebio Estada w Palmie, naprzeciwko Placa d’Espanya i kursuje kilka razy dziennie.

Po spacerze w Palmie obraliśmy kolejny kierunek – Alaró. Była to doskonała baza wypadowa podczas krótkich wakacji. Kolejne dwa dni były równie udane. Odwiedziliśmy przepiękne miasteczko o nazwie Valldemossa. Wypróbowaliśmy zawiłe drogi prowadzące do Sa Calobra, byliśmy w Soller, Alcudii i Cap de Formentor. Znaleźliśmy też kilka godzin na kąpiel w turkusowej wodzie. Więcej informacji o poszczególnych miejscach wkrótce pojawi się w kolejnych wpisach. Zapraszam!

bty

Majorka w 3 dni – plan podróży i informacje praktyczne

Majorka – wyspa wchodząca w skład Balearów, kształtem przypominająca kraj, do którego należy. Na konturach granic podobieństwa się jednak nie kończą. To, jak wiele ma do zaoferowania Hiszpania jest kolejną wspólną cechą tego kraju i wyspy. Sto osiemdziesiąt przepięknych plaż i turkusowy kolor wody, w której odbijają się zacumowane luksusowe jachty to główne skojarzenie z Majorką. Niemniej popularne jest łączenie tego miejsca z konkretnymi imprezami Anglików. Co ciekawe, jest to również idealna destynacja turystyczna dla niemieckich emerytów. Nasi zachodni sąsiedzi odwiedzają ją tak licznie, że wyspa od dłuższego czasu nazywana jest siedemnastym landem. 

TROCHĘ HISTORII:

Zanim wyspę podbili turyści, Majorka znajdowała się pod władaniem Fenicjan (około 1000 roku p.n.e.). W późniejszym czasie przejęli ją Grecy, którzy nadali jej pierwszą nazwę – Ballein. Geneza wywodzi się od słynnych balerinek, które się tam produkuje tamtejszych strzelaczy z procy, którzy brali udział w wojnach punickich. Z biegiem czasu przyszła pora na sprawowanie rządów przez Rzymian. Najpiękniejszą pamiątką po nich jest dzisiejsza stolica wyspy oraz Alcudia ze starożytnymi ruinami i murami obronnymi.

IMG_20180804_125646
Niepohamowane szczęście na twarzach towarzyszy, którzy w 40 stopniach zwiedzali ze mną rzymskie ruiny

Swoje pięć minut na Majorce mieli też Wandalowie i Wizygoci, dzięki którym powstało sporo kościołów katolickich. Po nich przyszła kolej na Arabów. Akurat w tym przypadku nie można powiedzieć, że mieli oni swoje pięć minut, bo zasiedzieli się na wyspie troszkę dłużej. Trzy wieki ich panowania poskutkowały wspaniałą architekturą w wielu majorkańskich miastach, m.in. pałac Almudaina w Palmie. Przez kilkanaście lat Majorka była samodzielnym królestwem (1276-1349), po czym stała się własnością Aragonii i Hiszpanii. Wyspa od zawsze interesowała przybyszy z całego świata. Nie obyło się też bez piratów. Aby uniknąć pustoszenia przez nich tamtejszych miejscowości, coraz częściej zakładano miasta w głębi lądu.

PALMA DE MALLORCA
„Pięć minut” Arabów zostawiło po sobie wiele przepięknych śladów w architekturze

Warto dodać, że po sekularyzacji klasztoru Kartuzów w Valldemossie dawne cele braci przekształcono w mieszkania do wynajęcia. Z takiej oferty skorzystał Fryderyk Chopin. Kompozytor mieszkał tam wraz ze swoją dziewczyną George Sand (zima 1838/1839). Właściwie to nie do końca mieszkali oni razem – posiadali osobne cele. Francuska pisarka była bardzo wyemancypowana jak na tamte czasy. Paliła cygara, nosiła spodnie, często przeklinała i była o sześć lat starsza od Fryderyka. To wszystko nie podobało się katolickiej rodzinie Chopina. Odległa Majorka okazała się idealnym miejscem, aby uciec od ich sprzeciwu. Niestety, miejsce raczej nie przyniosło im szczęścia. Rozwinięcie tego wątku pojawi się we wpisie o Valldemossie.

chopin i george sand
Nieco przerażające upamiętnienie Fryderyka i George. Na szczęście to nie jedyna pamiątka po nich w klasztorze – poza ogromnymi posągami funkcjonuje tam również Muzeum Chopina.

Nie rozumiem jak ktoś mógłby nazwać Majorkę Wyspą Spokoju (chyba, że byłaby to osoba w konkretnym stanie nieważkości – choć i to wydaje się być nieprawdopodobne). Właśnie takie miano posiadała jeszcze przed II wojną światową. Po 1945 roku nazwa była coraz bardziej nietrafiona. Po podbojach Fenicjan, Greków, Rzymian, Arabów i Hiszpanów Majorkę zagarnęła turystyka masowa. Aby lepiej zobrazować obecne zainteresowanie tym miejscem dodam, że na 600 tysięcy mieszkańców przypada 8 milionów turystów. Niemniej jednak, poznawanie Majorki nie było przedzieraniem się przez tłumy, które jest bardzo powszechne o tej porze roku w Rzymie czy też Paryżu. Wiadomo, nie czułam się jak rozbitek na bezludnej wyspie i nazwanie jej spokojną wydaje mi się mocno przesadzone. Nie oberwałam jednak kijem od selfie, o co nietrudno latem w popularnych europejskich stolicach. Omijając najpopularniejsze kurorty i znane plaże raczej nie odczujecie obecności 8 milionów turystów. Widząc statystyki przyjazdów w celach turystycznych chyba bardziej prawdopodobne wydawało mi się pisanie pracy magisterskiej na Majorce przez moją siostrę od tamtejszych pustych uliczek, a tu proszę…

JAK DOSTAĆ SIĘ NA WYSPĘ I NIE WYDAĆ FORTUNY NA BILETY?

Wbrew pozorom, jest to możliwe i wykonalne. Trzeba tylko pokombinować i przesunąć wygodę podróży na drugi plan. O ile promocje z polskich miast nie powalają na kolana i nie trafiają się zbyt często (Ryannair: Warszawa Modlin, Wrocław Strachowice, Kraków Balice) to ceny za loty u naszych zachodnich sąsiadów same się proszą o wypad na Baleary. Bilety z berlińskiego portu lotniczego Tegel czy też Schonefeld można nabyć już od 86 złotych w dwie strony. Dodam, że Flix Busem dojedziecie wprost pod same drzwi tego drugiego lotniska – już bliżej się nie da. No chyba, że w przyszłości utworzą przystanek na terminalu. Postarajcie się o miejscówki kilka miesięcy wcześniej – gwarantuje, że zapłacicie za nie grosze! Jeżeli obudzicie się zbyt późno to tragedii i tak nie będzie (zakup biletów u nas odbył się na ostatnią minutę – zapłaciliśmy 69zł w jedną stronę). W szukaniu najodpowiedniejszych i najtańszych biletów lotniczych polecam tradycyjnie internetową wyszukiwarkę Esky. Być może podróż nie należała do najwygodniejszych (8 godzin drzemki w autobusie i 3 godziny oczekiwania na lotnisku przy kawie), ale naprawdę warto było trochę się pomęczyć i zapłacić niewiele. Oczywiście drugą opcją jest dojazd do Berlina własnym samochodem i pozostawienie go na jednym z pobliskich (i niedrogich) parkingów przy wybranym porcie lotniczym (w linku zamieszczam jeden z nich).

DCIM101GOPROGOPR1308.
Guten Morgen i te sprawy – po przylocie z Palmy postanowiliśmy wrócić do Gdańska późniejszym autobusem i spędzić 10h w Berlinie – oczywiście niedługo wjedzie relacja

WYPOŻYCZANIE SAMOCHODU I PORUSZANIE SIĘ PO MAJORCE:

Przestrzeń wyspy pokrywają surowe góry Tramuntana, uwielbiające komplikować życie kierowcom. Poza mieszkańcami przyzwyczajonymi do zawiłych serpentyn, nie lada wyzwanie stoi przed bliskimi zawału turystami w wypożyczonych samochodach. Jeśli ktoś kojarzy tamtejsze ulice rozciągające się nad przepaścią i zasady tam panujące (wąskie drogi niepozwalające na mijanie się aut – cofa ten, kto ulegnie spojrzeniu i cierpliwości kierowcy z naprzeciwka) to z pewnością podejmie decyzję o inwestycji w solidne ubezpieczenie. Mimo wszystko, poruszanie się samochodem po Majorce to najlepsze (i najciekawsze) rozwiązanie. Pozwoli Wam zaoszczędzić sporo czasu i zobaczyć znacznie więcej niż w przypadku korzystania z transportu publicznego. Jeśli znajdziecie jakiegoś szaleńca, który zgodzi się być kierowcą to macie problem z głowy.

Wyspa nie należy do tanich destynacji turystycznych ale koszt wynajęcia pojazdu nie będzie przerażający. Skorzystaliśmy z usług Enterprise, mającego swoją siedzibę na lotnisku w Palmie. Samochód zarezerwowaliśmy przez Internet jeszcze przed wyjazdem (na stronie rentalcars). Ceny w wypożyczalniach rozpoczynają się już od 45 zł/dzień. Dostaliśmy bardziej wypasiony i większy wóz w tej samej cenie. Nie okazał się jednak trafnym prezentem, wspominając wąskie dróżki nad przepaścią…

GOPR1204_Moment

GPS to usługa, która jest dodatkowo płatna. Poruszając się z Google Maps czy też Here We Go (darmowa aplikacja) wcale nie musicie wypożyczać nawigacji z wypożyczalni. Dokupiliśmy kompletne i drogie ubezpieczenie (20 euro/dzień). Generalnie wszystkie pojazdy posiadają podstawową ochronę, ale pracownik wypożyczalni streszczający nam zalety dodatkowej asekuracji był bardzo przekonujący. Stwierdziliśmy więc, że chcemy się ubezpieczyć na wypadek zagłady świata i wszystkich innych nieszczęść, które nie spotkały nas przez całe życie ale z pewnością nadejdą podczas trzech dni na Majorce. Niemniej jednak przyznaję, że kupiliśmy sobie tak naprawdę święty spokój. O ile takie coś być może nie jest Wam potrzebne to z pewnością warto zadbać o ubezpieczenie wkładu własnego – niemałej kwoty, którą wypożyczalnia zamraża na koncie podczas udostępniania samochodu i pobiera w razie jego uszkodzenia. W momencie jej zabezpieczenia środki pozostaną na Waszym koncie. Po szczegóły odsyłam na strony internetowe wybranych przez Was wypożyczalni.

Pamiętajcie, że cena za wynajem samochodu przez kierowcę, który ukończył 30 rok życia jest niższa niż w przypadku młodszego szofera. Można też dokupić zgodę na drugiego kierowcę. Jest to bardzo kosztowne i zupełnie niepotrzebne – tak twierdzi pracownik wypożyczalni, który delikatnie nam to zasugerował. Decyzja należy jednak do Was.

Parkingi: Koszt pozostawienia samochodu w odwiedzonych przez nas miejscach wahał się od 0,60 euro do 2,50 euro za godzinę. W przypadku skorzystania z parkingu w Valldemossie otrzymaliśmy niewielką zniżkę na wstęp do klasztoru Kartuzów (1,50 euro – to już pół piwa jakieś lody, jakby nie było). Kolejna dobra wiadomość – zazwyczaj nie płaci się za godziny w czasie siesty (14:00 – 16:00). Białe linie na ulicach oznaczają darmowe miejsca parkingowe, niebieskie – płatne, żółte – spory mandat jeśli pozostawimy tam auto.

GDZIE NOCOWAĆ?

Dysponowanie samochodem pomoże Wam w znalezieniu tańszego hotelu w mniej turystycznych i tańszych miejscowościach. Za nocleg zapłaciliśmy niemało ale była to najtańsza opcja na jaką mogliśmy się zdecydować. Ceny poza sezonem spodobałyby się nam bardziej (Majorkę odwiedziliśmy w sierpniu). Mimo, że nasz hotel nie należał do najtańszych to szczerze go polecam – Ca’ n Beia Suites w miejscowości Alaró (w cenę wliczono pyszne śniadania). Rezerwując pobyt poprzez ten link otrzymacie 50 złotych w prezencie na Wasze konto (po zakończeniu pobytu). Za skorzystanie z mojego linku pieniądze wpłyną również do mnie, za co z góry dziękuję! Nocując w miejscowości Alaró możecie zostawić samochód na bezpłatnym parkingu przy Parque de San Tugores. Znalezienie wolnego kawałka nie należało do łatwych zadań w sezonie, ale zawsze jakoś się udawało. 

CO ZJEŚĆ I WYPIĆ, BĘDĄC NA MAJORCE? Z góry uprzedzam, że to nie wszystkie typowe dania i alkohole na wyspie (nie chciałam dobić tym wpisem do kilometra). Jeśli uważacie, że brakuje tu czegoś istotnego to koniecznie dajcie znać w komentarzach!

  • Ensaimada – coś pomiędzy ciastem drożdżowym a francuskim, ułożone w charakterystycznego ślimaka. To chyba najbardziej znany element majorkańskiej kuchni, który zazwyczaj jada się tam na śniadanie. Skład? Jajka, mąka, cukier, woda oraz… saim – smalec wieprzowy.
  • Pa amboli – bagietka oblana oliwą zdaje się być średnim daniem sztandarowym wyspy, ale nie ma nic wspólnego z biedronkową buła z paczki! Polecam zamawiać je z oliwkami, sobrassadą (suszoną kiełbasą) lub z owocami morza.
  • Coca – imprezownia impezownią, ale coca to tylko słodkie i puszyste ciastko z dodatkami (sardynki, rodzynki, wędliny – oczywiście składniki te nie są łączone).
  • Frit mallorquin – jeden wielki misz masz, który – o dziwo… był dobry. W skrócie: ziemniaki smażone na oliwie z dodatkiem podrobów wieprzowych lub jagnięcych. Dorzuca się do tego czerwoną paprykę, cebulę i doprawia czosnkiem, goździkiem lub cynamonem.
  • Sangria – tego specyfiku chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Może i nie jest typowa dla Majorki ale wybierając się do Hiszpanii korzystajcie z okazji i zamawiajcie w czasie upałów wino z owocami.
  • Aros Brut w dosłownym tłumaczeniu oznacza brudny ryż i przypomina hiszpańską paellę. Jest to ryż z dodatkiem szafranu, mięsem królika i warzywami.
  • Tombet –  bakłażany, pomidory, ziemniaki i czerwona papryka, które podsmaża się na oliwie z oliwek. Częstym dodatkiem jest czosnek lub pietruszka.
  • Tunel – wspomaga imprezę, trawienie i przemianę materii. Jest to najpopularniejszy likier na wyspie. Jego podstawowymi składnikami są: tymianek, mięta i anyż.

JAKIE MIEJSCA ODWIEDZIĆ PODCZAS KRÓTKIEGO WYPADU?

Nasz pobyt na Majorce trwał zaledwie 3 dni (czwarty dzień przeznaczyliśmy na poznanie Berlina, zaraz po przylocie z Palmy). Mając tak niewiele czasu aż chciałoby się zacytować staropolskie „Szału nie ma, d*py nie urywa”, ale przy dobrym planie tyle dni wystarczy na poznanie kilku interesujących miejsc. Proponuję zaplanować trasę jeszcze przed wyjazdem lub skorzystać z naszego planu:

Dzień I: Palma De Mallorca

Dzień II: Valldemossa + Sa Calobra + Soller

Dzień III: Alcudia + Cap de Formentor + plaża

Więcej informacji na temat poszczególnych miejscowości pojawi się w kolejnych wpisach. W międzyczasie proponuję rozpocząć polowanie na tanie bilety i odliczanie do znalezienia się w raju… Być może nie do końca będzie to paradise dla kierowców, ale widoki z trasy i adrenalinka tworząca się przy pokonywaniu majorkańskich serpentyn z pewnością na długo pozostanie w pamięci każdego… 

Jezioro Como w 1 dzień: Lecco, Varenna, Bellagio

Podziwianie alpejskich szczytów, rejs po włoskim jeziorze, przepiękne wille, klimatyczne uliczki, niesamowite zabytki architektury, najsmaczniejsze lody na świecie – za grubo na jeden weekend? Tak właśnie może wyglądać Wasz koniec tygodnia, o czym przekonacie się, czytając dzisiejszy wpis. Proponuję Wam weekendowy wypad do Włoch: jednodniowy wypoczynek nad jeziorem Como w połączeniu z jednodniowym zwiedzaniem Bergamo. O tym, jak dostać się do Lombardii i co zobaczyć w Bergamo przeczytacie w moim poprzednim wpisie (klikając tutaj).

JEZIORO COMO – HOLLYWOOD NA WAKACJACH:

Przepiękne widoki nad najgłębszym alpejskim jeziorem sprawiły, że tamtejsze miejscowości wiele razy pojawiały się w znakomitych produkcjach filmowych. Przykładem może być Willa Balbianelli, którą zobaczycie w Casino Royale i Gwiezdnych Wojnach. Jezioro Como odwiedzała wiele razy Angelina Jolie i Brad Pitt. Przy odrobinie szczęścia można ich spotkać, choć już nie w tym samym składzie. Stałym bywalcem w tamtych rejonach był też Napoleon, Winston Churchill, Alfred Hitchcock, Frank Sinatra oraz Greta Garbo. Alpejskie miasteczka nad jeziorem Como upodobał sobie również Matt Damon, Catherine Zeta-Jones, Robert De Niro, Bruce Springsten i Donatella Versace. Na odważniejszy krok zdecydował się George Clooney, który wraz z Bradem Pitt zagrał w filmie Ocean’s Twelve, którego sceny kręcono właśnie w Lombardii. To miejsce spodobało mu się wtedy tak bardzo, że postanowił sprawić sobie tamtejszą willę Oleandra. Letnie rezydencje nad jeziorem Como posiada też Madonna i Sylvester Stallone. Mimo licznych zaproszeń z ich strony i sfrustrowania naszą odmową musieliśmy odpuścić. Mieliśmy przecież bardzo ambitny plan: Lecco, Varenna i Bellagio w jeden dzień.

Lagodicomo (1)
Jezioro Como kształtem przypomina odwróconą literę Y, źródło: Wikimedia,  domena publiczna

DOJAZD NAD JEZIORO COMO: 

Są dwie opcje. Pierwsza – wynajęcie samochodu (który możesz zarezerwować tutaj). Mimo, że pierwszy pomysł wydaje się najwygodniejszy i niedrogi, postanowiliśmy skorzystać z opcji numer dwa: pociąg. Dokonanie wyboru ułatwiły nam dopłaty za wypożyczenie auta w przypadku kierowcy, który nie skończył 26 roku życia i obserwacja tamtejszego ruchu samochodowego (czyt. dostawczaki jeżdżące po najwęższych uliczkach w mieście). Najdogodniejsze dla siebie połączenia możecie znaleźć na stronie przewoźnika trenitalia lub w wyszukiwarce połączeń goeuro. Ile czasu zajmuje taka podróż?

  • Bergamo – Lecco: 40 minut,
  • Lecco – Varenna (przystanek Varenna Esino): 21 minut.
  • Przesiadka w Lecco i oczekiwanie na pociąg do Varenny trwa zazwyczaj 14 minut.

IMG_20180608_125136

Bilet w dwie strony z Bergamo do Varenny (z przesiadką w Lecco) kosztował 11 euro.  Kupiliśmy je w kasie na dworcu kolejowym w Bergamo. Możecie je również nabyć w tamtejszych automatach czy też przez Internet (trenitalia.it). Na tablicy z informacją o naszym kierunku pojawił się peron 1 z dodatkowym opisem. W późniejszym czasie –  i na szczęście nie za późno – zdaliśmy sobie sprawę z tego, że był on bardzo istotny. Okazuje się, że pociąg do Lecco odjeżdża z peronu pierwszego, który położony jest za budynkiem dworca – wychodząc na perony od razu kierujcie się na prawo, wzdłuż budynku dworca. Po chwili zobaczycie dodatkowy tor, z którego odjeżdża Wasz pociąg. Pamiętajcie o skasowaniu biletu w kasowniku na dworcu przed wejściem do pociągu! Możecie zapomnieć o skasowaniu w przypadku biletu zakupionego przez Internet na konkretną godzinę lub z wyznaczoną miejscówką. Godziny podróży trenitalia w Lombardii są elastyczne – zakupiony bilet jest ważny do trzech godzin od skasowania (na odległość 50 km). Postanowiliśmy skorzystać z takiego rozwiązania i zrobić sobie dłuższy przystanek w pierwszej miejscowości:


LECCO

Po wysiadce na dworcu będziecie mieć spore wątpliwości co do tego, czy warto tam cokolwiek zobaczyć, ale po przejściu na drugą stronę budynku i 15 minutach spaceru w kierunku wieży przekonacie się na własne oczy, że to była dobra decyzja.

IMG_20180608_125302
i już wiadomo gdzie znajduje się główny plac w mieście

Na to miasteczko zarezerwowaliśmy sobie jakąś godzinę. Proponuję kierować się w stronę wież kościelnych i dzwonnic, gdzie zazwyczaj mieści się plac główny. Wieża, którą można zobaczyć już po wyjściu z dworca należy do Bazyliki Świętego Mikołaja. Jego relikwie przetransportowano z Myry (obecnie: Demre w południowej Turcji) do Bari (południe Italii), gdzie wzniesiono też katedrę pod jego wezwaniem. Mimo, że za miasto Świętego Mikołaja uważa się wspomniane Bari, to często można się spotkać ze wspomnieniem jego osoby w całych Włoszech.

Pierwsze wzmianki o Bazylice San Nicoló pochodzą z VII wieku. 500 lat później świątynię przebudowano, nadając jej styl romański. Należąca do niego dzwonnica liczy 96 metrów wysokości. Jak sama nazwa wskazuje, mieści w sobie dzwony, a dokładniej – dziewięć dzwonów.

IMG_20180608_133621

W 2013 roku Lecco zdobyło tytuł Alpejskiego Miasta Roku. Oprócz gromadki turystów, tę miejscowość docenił znacznie wcześniej Aleksander Mazzoni. Pisarz włoski sprezentował miastu najlepszą XIX-wieczną reklamę turystyczną w jednym ze swoich dzieł literackich – Narzeczeni (I promessi sposi). Mazzoni urodził się w Milanie, ale w dzieciństwie wpadał często z rodzicami nad jezioro Como, stąd inspiracja lombardzkim Lecco. Równie ważną postacią dla miasteczka był Mario Cermenati – geolog i założyciel miejskiego muzeum. Postać Cermenatiego stoi na placu już od 1927 roku, choć nie jest to ten sam pomnik. Pierwotny posąg wykonano z brązu. Stopiono go podczas II wojny światowej żeby zasilić faszystowski budżet wojenny. W 1945 roku w jego miejscu pojawiła się marmurowa rzeźba, która do dziś stoi na Piazza Cermenati, tuż przy jeziorze.

Po wykwintnym śniadaniu nad brzegiem jeziora (bułka z serem), wróciliśmy na dworzec i ruszyliśmy do Varenny. Kolejny przystanek przyćmił Lecco… i to konkretnie. Usiądźcie w pociągu po lewej stronie – widoki będą znacznie lepsze.


VARENNA

Wysiadamy na przystanku Varenna-Esino. Wychodząc z dworca zobaczycie mnóstwo wskazówek, które podpowiadają jak dojść nad jezioro. Wiele osób twierdzi, że Varenna przypomina Cinque Terre. Zgadzam się w stu procentach. Znalazłam jednak zasadniczą różnicę pomiędzy tymi dwoma miejscami. Nie wiem, czy mieliśmy akurat szczęście, ale nie była ona tak zatłoczona jak wspomniane Cinque Terre. Po II wojnie światowej miasteczko zyskało popularność i stało się słynną destynacją turystyczną. Język niemiecki słyszy się tam na każdym kroku. Nic dziwnego, że przyciąga turystów jak magnes – restauracje serwujące znakomitą kuchnię włoską, hotele z najwyższej półki, przepiękne widoki, promenada Riva Grande, średniowieczny zamek di Vezio, rejsy po wodach Como oraz luksusowe wille z ogrodami sprawiły, że nie mogło być inaczej.

Kolejną zaletą jest też pogoda. Mimo, że Varenna usytuowana jest w sąsiedztwie Szwajcarii (znanej ze świetnych ośrodków narciarskich), temperatura w tym mieście nigdy nie spada poniżej zera. Potwierdza to występująca tam roślinność. Ciepły i przytulny krajobraz przełamuje widok na wody Como z promenady Riva Grande – Alpy otoczone jeziorem przypominają norweskie fiordy. Na zwiedzanie tego miasteczka w zupełności wystarczą Wam jakieś 4 godziny. Właśnie tyle czasu spędziliśmy w Varennie.

Pospacerujcie nad promenadą Riva Grande, zatrzymajcie się w tamtejszych lodziarniach, wpadnijcie na Piazza San Giorgio z zabytkowym trzynastowiecznym kościołem Świętego Jerzego. Jeśli komuś z Was nie przeszkadza 40-minutowy spacer pod górkę to proponuję zamek di Vezio (wstęp 4 euro – właściwie to budowla nie jest aż tak wielką atrakcją jak widoki, które możecie stamtąd podziwiać). Można też odwiedzić willę Cipresi (wstęp: 4 euro) oraz willę Monastero (wstęp do willi i ogrodów botanicznych 8 euro, wstęp obejmujący jedynie ogrody – 4 euro). Zwiedzanie możliwe jest od marca do listopada w godzinach 9:00 – 19:00. 

Pobujaliśmy się trochę po Varennie i po 4 godzinach przyszła pora na kolejne i ostatnie już miasteczko. Do Bellagio dostaliśmy się dzięki statkom, które kursują w sezonie. Istnieje też wygodniejsza (i oczywiście droższa) opcja przedostania się do sąsiednich miejscowości – skorzystanie z taxi boat. W cenie 100 euro możecie odbyć kurs z Varenny do Bellagio. Nie jest to opłata za osobę, ale za motorówkę. Jak widać, w przypadku większej liczby osób cena nie będzie tragiczna. Wybraliśmy jednak piętnastominutowy rejs statkiem. Bilety zakupiliśmy w okienku nad przystanią (9,20 euro/osoba/dwie strony, rozkład promów znajdziecie na stronie navigazionelaghi).


BELLAGIO

W trakcie rejsu z Varenny zobaczycie pierwszą atrakcję w okolicy – Punto Spartivento. To punkt, w którym łączą się trzy odnogi jeziora. Przy brzegu Como natraficie na wysyp restauracji, które oferują piękny widok podczas obiadu. Mimo, że Bellagio jest wymarzoną destynacją turystyczną dla bogatych emerytów niemieckich i gwiazd Hollywood to ceny za dania są naprawdę znośne. Przeglądając tamtejsze menu odniosłam wrażenie, że tyle samo zapłacilibyśmy za obiad w Bergamo (chodzi mi głównie o lokale oferujące menu dnia – tego właśnie szukajcie, to ratunek dla portfeli).

Co zobaczyć w Bellagio? A więc… Miasto posiada dwie równoległe aleje. Jedna z nich przylega do jeziora. Druga mieści się nieco wyżej – zaprowadzą Was do niej wciśnięte w klimatyczną uliczkę schody Serbelloni. Polecam też rzut okiem na willę Gotica, która była kiedyś XIX-wiecznym kościołem anglikańskim. Można ją obejrzeć jedynie z zewnątrz, ponieważ obecnie jest ona… zwykłym budynkiem mieszkalnym. Patrząc na ten neogotycki budynek ze strzelistą wieżą ciężko wypchnąć z głowy skojarzenie, że mieszka w nim rodzina Adamsów.

IMG_20180608_182306

Tamtejsza romańska Bazylika San Giacomo to kościół, który wciąż jest świątynią, w odróżnieniu od Willi Gotica. Powstał na przełomie XI i XII wieku. Jego wygląd wielokrotnie ulegał zmianie – w XVII wieku ktoś wpadł nawet na pomysł stworzenia z niego świątyni barokowej. Dwieście lat później znów reprezentował styl romański. Wnętrze świątyni posiada wiele cennych zabytków. Jednym z nich jest rzeźba Chrystusa należąca do żołnierzy hiszpańskich. Zgodnie z legendą, zaginęła podczas powodzi i została odnaleziona przez miejscowych rybaków, którzy zanieśli ją do kościoła. Każdego roku podczas okresu wielkanocnego odbywają się tam procesje z jej udziałem.

Odwiedziliśmy też Willę Serbelloni, która jest jedynym hotelem pięciogwiazdkowym w Bellagio. Goście decydujący się na nocleg w tym miejscu na biedę raczej nie narzekają, a ewentualny problem ciężkiego portfela na wakacjach rozwiązują sklepy Armaniego, Versace i Dolce&Gabbana. Willa powstała w 1566 roku. Jeden z właścicieli – książę Serbelloni – wpompował w nią niemałe pieniądze (a konkretniej – w ogród). Gościła wiele ważnych osobistości, m.in. Leonarda da Vinci i cesarza Massimiliana I.

Kolejną dobrą miejscówką jest restauracja La Pergola (Pescallo Piazza del Porto 4), posiadająca kawałek plaży z dala od tłumów.

Piękne kamienice sprawiają, że ciężko uwierzyć w niewielką rybacką wioskę, którą było kiedyś Bellagio. Pocztówkowe widoki znajdziecie nad jeziorem Como na każdym kroku. Przejdźcie się wzdłuż promenady, zatrzymajcie się w jednej z restauracji z widokiem na Alpy i odwiedźcie willę Melzi (na którą zabrakło nam czasu).

Kolejna zaleta Bellagio: idealny plener do romantycznych zdjęć:

PODSUMOWUJĄC:

Ciężko wymienić konkretne miejsca, które warto zobaczyć po przyjeździe do Lecco, Varenny czy Bellagio – miasteczka są atrakcją samą w sobie. Ich piękno nieraz docenili producenci filmowi i gwiazdy Hollywood, które zakochały się w tych stronach tak bardzo, że kupiły w nich letnie rezydencje. Wille, palmy, woda, góry – to wszystko znajdziecie nad jeziorem Como. Pobliski port lotniczy w Bergamo ułatwia sprawę – to miejsce jest wprost na wyciągnięcie ręki!

1 dzień w Bergamo – Włochy na wyciągnięcie ręki

WIZZAIR & RYANNAIR – DZIĘKUJEMY

Bergamo to miasteczko we włoskiej Lombardii i jedna z najpopularniejszych destynacji w ostatnim czasie. Wszystko za sprawą tanich linii lotniczych, które oferują niedrogie przeloty w tym kierunku z kilku polskich miast. Dzięki Ryannair i Wizzair można liczyć na chwilową zmianę klimatu, wyskakując sobie do Włoch na kilka dni. Początkowo lotnisko było jedynie dobrą bazą wypadową do Mediolanu, a poznanie Bergamo kończyło się na spacerze z hali przylotów w stronę przystanku autobusowego, z którego rozpoczynała się podróż do stolicy mody. Niektórzy postanowili jednak dać mu szansę. Jakie są tego skutki? Wylew relacji podróżniczych i artykułów opisujących to miejsce, zatytułowanych: Bergamo – niedoceniana perła LombardiiBergamo – w cieniu Mediolanu, Bergamo – prawdziwe włoskie miasteczko…

WCALE NIE UWAŻAM, ŻE SZKODA CZASU NA MEDIOLAN,  A L E . . .  

Zjawiskowa katedra, muzea z bezcenną ekspozycją, ciekawa architektura i ulice przepełnione drogimi sklepami najsławniejszych projektantów to dość solidne powody, dla których warto wybrać się do Mediolanu. Jeśli jednak planujecie swój wyjazd w sezonie i chcielibyście uniknąć ocierania się o setki osób, wielce prawdopodobnego zgłuszenia kijkiem do selfie przez nieświadomych swojego czynu turystów, ciągnących się w nieskończoność kolejek poprzedzających zobaczenie danej atrakcji i poruszaniu się po mieście żółwim tempem wskutek zatłoczenia to zapewniam, że lepiej spędzić czas w klimatycznym Bergamo.

bergamoulice
Uliczki Bergamo i nasza grupka wraz z Karoliną trzymającą drzwi z niewyjaśnionych powodów

WEEKEND WE WŁOSZECH = SZLACHTA SIĘ BAWI? 

Jeszcze do niedawna, słysząc weekend we Włoszech w głowie miałam obraz, który widzicie na poniższym zdjęciu. W dzisiejszym wpisie postaram się udowodnić, że wcale nie musicie sprzedawać swojej nerki, aby zorganizować wypad w te strony. Taki weekend jest tańszy niż Wam się wydaje! Ten kierunek to doskonały pomysł na pierwszą samodzielną podróż. Postaram się Was do niej zachęcić, przekazując wszystkie najpotrzebniejsze informacje oraz ciekawostki na jego temat.

JAK DOSTAĆ SIĘ DO BERGAMO?

Opcji jest wiele. Do Lombardii można dotrzeć samolotem, samochodem, autobusem, rowerem, pieszo, konno, hulajnogą. Uważam, że najlepszą opcją jest samolot oraz skorzystanie ze wspomnianych wcześniej tanich linii lotniczych. Ryannair oraz Wizzair zapewnia loty do Bergamo z Gdańska, Warszawy, Katowic, Wrocławia, Krakowa i Poznania. Tradycyjnie, polecam skorzystanie z internetowej wyszukiwarki eSky, dzięki której możecie wybrać najtańszy i najdogodniejszy termin lotu. W listopadzie pojawiały się promocje, które oferowały przelot w dwie strony już od 39 złotych. Wraz z grupką znajomych odwiedziłam to miejsce w czerwcu. Był to już początek sezonu, przez co zapłaciłam za bilety nieco więcej – 202zł. Mimo to uważam, że jest to dobra cena. Po dwóch godzinach lotu byliśmy już w północnych Włoszech.

1
Miejsce przy oknie podczas lotu do Bergamo = wygrana na loterii

DOJAZD Z LOTNISKA DO CENTRUM + PORUSZANIE SIĘ PO MIEŚCIE

Przed wyjazdem warto zainstalować bezpłatną i prostą w obsłudze aplikację MAPS ME. Jest to nawigacja, która działa bez połączenia z Internetem (potrzebujemy go jedynie w celu pobrania mapy danego miejsca). Dzięki niej można z łatwością namierzyć pobliskie atrakcje, lokale, bary, muzea, supermarkety czy też zlokalizować najbliższy bankomat. Poza aplikacją warto też zaopatrzyć się w papierową mapę, którą otrzymacie bezpłatnie m.in. w punkcie Informacji Turystycznej na lotnisku. Bardzo dobrze sprawdza się też Google Maps, ale to już opcja dla osób z Internetem.

Po wyjściu z hali przylotów po lewej stronie zobaczycie przystanek, z którego rusza autobus o numerze 1. Zatrzymuje się m.in. na dworcu kolejowym, przy Porta Nuova oraz przy Citta Alta. Jego trasa przecina praktycznie całe miasto. Korzystaliśmy z niego kilka razy podczas naszego wyjazdu. Po dwudziestu minutach jazdy byliśmy już na dworcu i stamtąd udaliśmy się w stronę naszego mieszkania.

9
Przechodnie na dworcu kolejowym w Bergamo

Bilety autobusowe najlepiej zakupić w punkcie Informacji Turystycznej na lotnisku. Jeśli spędzicie w Bergamo 2, 3 dni to warto pójść w nasze ślady i zakupić bilet na 72h (7 euro). Można też zdecydować się na bilet całodobowy w cenie 5 euro. Warto dołożyć trochę pieniędzy i zaopatrzyć się w nie, ponieważ zakup 90-minutowego biletu na przejazd transportem publicznym w Bergamo nie będzie zbyt opłacalny – kosztuje 2,10 euro. Bez względu na to jaki rodzaj wybierzecie, pamiętajcie o skasowaniu biletu po wejściu do autobusu! Odniosłam też wrażenie, że każdy przystanek jest na żądanie – będąc w autobusie należy nacisnąć stop, aby poinformować kierowcę o zatrzymaniu się na następnym przystanku. Jeśli chcecie aby nadjeżdżający autobus zatrzymał się na Waszym przystanku, należy zasygnalizować to kierowcy, podnosząc rękę. Warto dodać, że do transportu publicznego zalicza się także korzystanie z dwóch kolejek, będących świetną atrakcją turystyczną (więcej informacji na ich temat pojawi się w dalszej części wpisu).

2
Przypadkowi turyści w drodze z lotniska do centrum Bergamo

NOCLEGI:

Wynajęliśmy mieszkanie za pomocą booking.com. Po dokonaniu rezerwacji wybranego przez Was obiektu poprzez ten link otrzymacie 50zł, które wpłynie na Wasze konto po zakończeniu pobytu. W zamian za skorzystanie 50zł powędruje też na moje konto – z góry wielkie dzięki!

Nasza grupka była dość liczna – składała się z 8 osobistości. W takim wypadku polecam obiekt Plaio’s home (adres: Via Giorgio e Guido Paglia 32). Zarezerwowaliśmy 2 noclegi dla 8 osób. W skrócie: bardzo dobre warunki, świetna lokalizacja (5 minut spacerem od dworca kolejowego), dwie sypialnie, salon, kuchnia, dwie łazienki, dwa niewielkie tarasy. Koszt: 261 euro, czyli jakieś 16 euro/osoba/doba. Jeśli nie jesteście liczną grupą, nie planujecie wypadu do pobliskich miejscowości i nie zależy Wam na sąsiedztwie dworca, warto zwrócić uwagę na hotele położone w najciekawszej części Bergamo: Citta Alta (Górne Miasto). Jednym z nich jest La Torre Bergamo House (pokoje z prywatną łazienką, w cenę wliczono też śniadania).

8
           Zdjęcie przypadkowych turystów na tarasie w Plaio’s home po intensywnym dniu zwiedzania

DARMOWY INTERNET W BERGAMO

I choć na początku miałam wątpliwości co do tego, czy w ogóle kiedykolwiek zadziała, to po kilku godzinach w Bergamo mogłam już cieszyć się Internetem w swoim telefonie. Prędkość nie była zbyt zawrotna, ale jest to zrozumiałe. Z ogólnodostępnej sieci Bergamo Wi-Fi korzystają wszyscy przyjezdni. Właściwie to nie do końca jest to darmowe – należy wysłać SMS-a o treści „hello” na numer +393424035035. Po chwili otrzymacie hasło. Loginem jest natomiast Wasz numer telefonu (pamiętajcie o numerze kierunkowym).

MAPA BERGAMO:

Możecie ją pobrać ze strony visitbergamo.com, klikając tutaj.

CO I GDZIE ZJEŚĆ W BERGAMO? 

Poza tradycyjnymi daniami lombardzkimi w tamtejszych restauracjach (np. Spiedo Bresciano) warto wybrać się na pizzę, risotto, tiramisu i lody, które będą świetną inwestycją. Popularna w Bergamo jest także polenta – tradycyjna paćka z mąki kukurydzianej i gryczanej. Często podaje się ją z serem fontina lub branzi. Można też spróbować polenty w wersji na słodko z dodatkiem pasty migdałowej.

Oto kilka dobrych i sprawdzonych przez nas miejscówek:  

DA NASTI (Via Zambonate 25) – właściciel wynajętego przez nas mieszkania twierdzi, że mają tam najlepszą pizzę w mieście. Potwierdzamy. Piwo też mają najlepsze. Na piwie to ja się nie znam – delikatnie mówiąc, ale znalazłam moje ulubione.

IMG_20180607_130556IMG_0824[1]

Mnóstwo świetnych lodziarni na każdym roku – polecamy lody o smaku mango i oreo. Najlepsze gelato na świecie (moim skromnym zdaniem) znajdziecie na… lotnisku Orio al Serio – VENCHI CIOCCOLATO E GELATO. Brak zdjęcia przy przeważnym fotografowaniu wszystkiego co pięć sekund świadczy o tym, jak dobre były te lody.

IMG_20180607_153150 (1)
We Włoszech nietrudno o dobrą lodziarnię

Kolejna miejscówka godna polecenia – SNACK BAR HAITI, adres: Largo Nicolò Rezzara 4. Być może nazwa nie brzmi zbyt tradycyjnie, ale jest to idealne miejsce na włoskie śniadanie. Menu nie kończy się na croissantach – każdy znajdzie tam coś dla siebie. Myślę, że przyda Wam się również taka informacja, że tuż obok Snack Bar Haiti znajduje się Carrefour Express.

IMG_20180609_095525IMG_20180609_100239

NASZ WEEKEND W WIELKIM SKRÓCIE:

Dzień 1: Bergamo. W czwartek o 7:45 wylecieliśmy z Gdańska. Po dwóch godzinach byliśmy już na miejscu. Pierwszy przystanek – w Informacji Turystycznej po bilety i mapy. Następnie – kierunek Plaio’s home i odświeżenie po podróży. W samo południe rozpoczęliśmy całodzienny spacer po mieście, który opiszę w tej części wpisu.

Dzień 2: jezioro Como. Lecco, Varenna i Bellagio, które opiszę w drugiej części wpisu.

Dzień 3: Krótki spacer po Bergamo i śniadanie na mieście. Wylot do Polski o 13:20.

G0020924
Zdjęcie całej ekipy oraz kratki ściekowej w Bergamo

CO ZOBACZYĆ W BERGAMO W JEDEN DZIEŃ? 

Nasza trasa zajęła nieco ponad pół dnia (spokojnym spacerkiem, z przerwami na obiad, lody i piwo). Poniżej wypisałam miejsca, które zobaczyliśmy (w kolejności chronologicznej). Będąc w Bergamo, nie należy przejmować się planem zwiedzania – klimatyczne uliczki i włoską atmosferę odnajdziecie w miasteczku na każdym kroku. Mimo wszystko, warto też zobaczyć kilka miejsc, które opisałam poniżej.

Większość czasu spędziliśmy w Górnym Mieście, ale zachęcam do poznania zarówno górnej, jak i dolnej części. W odróżnieniu od Citta Alta należy ono do miejscowych, a nie do turystów. Szczególnie polecam spacer Via Sentierone i Via XX Settembre. Jeśli macie trochę więcej czasu, odwiedźcie teatr Dionizetti, kościół Santo SpiritoSanta Maria Immacolata.

Zdecydowaliśmy się na wynajęcie mieszkania w Citta Bassa, ponieważ zależało nam na bliskości dworca kolejowego i dobrej cenie. Gwarantuję, że zaoszczędzicie sporo pieniędzy, decydując się na wynajęcie czegoś w Dolnym Mieście. Poza tym, Bergamo jest bardzo dobrze skomunikowane i niewielkie – dojście z górnej do dolnej części nie pochłania zbyt wiele czasu.

Rozpoczęliśmy od PORTA NUOVA – bramy stwrzonej z dwóch symetrycznych budynków, wybudowanej w  1837 roku. Mówi się, że wyznacza granicę Miasta Dolnego z Górnym. Dotrzecie do niej ulicą Papa Giovanni XXIII, która rozpoczyna się przy dworcu kolejowym. Można też podjechać od razu do kolejki Funicolare (autobusem nr 1, który rozpoczyna swój kurs już przy lotnisku).

IMG_20180609_104855
Porta Nuova i widok na Górne Miasto

FUNICOLARE CITTA ALTA to kolejka z 1887 roku, która zabierze Was do Górnego Miasta. Przy zakupie biletu 24h/48h/72h na transport w Bergamo nie płacicie dodatkowo za tę atrakcję. Wjazd do góry jest wliczony w cenę. Oczywiście nie jest to jedyny sposób na dotarcie do Citta Alta – można też dostać się tam spacerem klimatycznymi uliczkami lub autobusem (nr 1, 1A).

Będąc już na górze, wpadnijcie na PIAZZA VECCHIA (Via Gombita doprowadzi Was do tego miejsca). To jedno z najbardziej reprezentacyjnych placów w Bergamo, który za czasów rzymskich pełnił rolę Forum Romanum. Znajduje się tam XII-wieczny ratusz miejski Palacio della Ragione z najwyższą wieżą w Bergamo i XV-wiecznym dzwonem Campanone. Pałac powstał w czasach, kiedy zamożni mieszkańcy prezentowali swoje bogactwo, stawiając przepiękne budynki na pokaz. Kluczową rolę pełniła wieża – im wyższa, tym większy szacunek wśród mieszkańców. Fakt, że Bergamo nazywane jest Miastem Stu Wież świadczy o tym, że na biedę raczej nie narzekano. Wieża miejska w Palacio della Ragione liczy 52 metry wysokości (po wielu przebudowach). W przeciwieństwie do odwiedzających ją turystów w ostatnich latach, przepiękny punkt widokowy nie zachwycał już tak osób, które zamieszkiwały ją za rządów weneckich. Mieściło się tam więzienie. Po wyprowadzce Wenecjan wieża trafiła w ręce Rady Miasta, która wstawiła tam wspomniany wcześniej dzwon (największy w Lombardii). Poza obwieszczaniem mieszkańcom pełnej godziny, rozbrzmiewał podczas ważnych wydarzeń, zagrożenia bezpieczeństwa, a także ku przypomnieniu, że o 22:00 wszystkie bramy miasta zostają zamykane. Wstęp na wieżę: 3 euro, dzieci i młodzież poniżej 18 roku życia – bezpłatnie.

Centralne miejsce należy do fontanny Contarini, którą zdobią kamienne lwy i sfinksy. Ich obecność nie jest przypadkowa. Przypomina o 350 latach rządów Wenecjan, które widać w miasteczku na każdym kroku. Kolejnym pamiątką po nich są średniowieczne mury weneckie, które zobaczycie w dalszej części wpisu.

Po drugiej stronie Piazza Vecchia w budynku z białą fasadą Palazzo Nuovo znajduje się biblioteka miejska Angelo Mai. Ilość przechowywanych w niej cennych dokumentów sprawia, że jest ona jedną z najważniejszych bibliotek historycznych we Włoszech. Jej początki datuje się na 13 lutego 1768, kiedy kardynał Furietti postanowił przekazać miastu swój księgozbiór – taki prezent przedwalentynkowy. Było to ponad 1300 egzemplarzy. Jedynym warunkiem było udostępnienie go mieszkańcom. No i proszę, tak właśnie powstała biblioteka, mieszcząca się w budynku o fasadzie z białego marmuru.

IMG_20180607_143936

Kolejny plac w Bergamo, którego nie możecie pominąć to PIAZZA DUOMO. Ten majestatyczny Plac Katedralny, który symbolizuje władzę kościelną znajduje się w sąsiedztwie placu Vecchia, będącego symbolem władzy świeckiej. Zresztą, w Citta Alta wszystko skupia się na niewielkim obszarze. Przechodząc z jednego placu na drugi bądźcie czujni i zerkajcie pod nogi – nie chodzi mi o wyboiste chodniki, na których niełatwo o potknięcie się, siniaki, wybicie zębów, skorzystanie z ubezpieczenia w podróży, smutne wakacje, ale o kalendarz słoneczny,  który zobaczycie na posadzce. Ilość docierających do niego promieni słonecznych jest znikoma (delikatnie mówiąc), wskutek czego w dzisiejszych czasach kalendarz pracuje bardzo rzadko.

Do niewielkiego Piazza Duomo przylega kilka budowli. Pierwszą z nich jest katedra patrona miasta – Świętego Aleksandra. Z zewnątrz budynek wygląda bardzo niepozornie. W czasach średniowiecznych Bergamo posiadało dwie katedry –  Świętego Wincentego i Świętego Aleksandra. Bliskie sąsiedztwo kapituł było powodem licznych sporów. Problem „został rozwiązany” przez Wenecjan, którzy wybudowali w tym miejscu mury obronne, zrównując katedrę Aleksandra z ziemią. W 1697 roku papież Innocenty XI zadecydował, że w Bergamo będzie tylko jedna kapituła – dawny kościół Wincentego przekształcono w obecną katedrę Świętego Aleksandra.

IMG_20180607_144757

Zwróćcie uwagę na kaplicę Świętego Wincentego: poza pierwszym patronem katedry od niedawna poświęcono ją również papieżowi Janowi XXIII, który pochodził z Bergamo. 27 kwietnia 2014 roku na placu Świętego Piotra w Rzymie wraz z Janem Pawłem II został ogłoszony świętym kościoła katolickiego.

Zaskoczyła nas trumna w tej kaplicy. Byłam pewna (i zdziwiona), że skoro jest tam grobowiec, to miejsce musi być pochówkiem papieża z Lombardii. Okazało się, że są to jedynie relikwie – pusta trumna, w której wcześniej złożono ciało Jana XXIII. W kaplicy można też zobaczyć jego tiarę papieską. W krypcie katedry pod prezbiterium znajdują się trumny. W odróżnieniu od papieskiej, te nie są już puste. Spoczywają w nich biskupi Bergamo. Wstęp do katedry jest bezpłatny (zwiedzanie możliwe jest w godzinach: 7:30 – 12:00 i 15:00 – 18:30).

IMG_20180607_150124

Kolejny cenny budynek na Piazza Duomo to Baptysterium z 1340 roku. Każdą ze ścian zdobią sceny z życia Chrystusa. Widać je na poniższym zdjęciu po prawej stronie. Po lewej stronie znajduje się następna interesująca budowla – kaplica Colleoni:

IMG_20180607_145652

XV-wieczna Kaplica Colleoni to pierwszy budynek, który rzuca się w oczy po przejściu na plac Duomo. Zdobienia i dbałość o detale naprawdę robią wrażenie. Miała pełnić rolę zakrystii sąsiedniego kościoła Santa Maria Maggiore, którą zburzyli żołnierze fundatora. Była to osobista kaplica Colleoniego – dowódcy wojsk najemnych. Obecnie pełni rolę jego mauzoleum, w którym spoczywa też jego córka. Przez długi okres czasu wszyscy sądzili, że ciało Colleoniego pochowano w innym miejscu, ponieważ sarkofag w kaplicy był pusty. Szczątki fundatora odkryto w kaplicy dopiero w 1969 roku (trumnę ukryto pod tynkiem).

Kierując się w stronę kaplicy, na metalowym ogrodzeniu można zobaczyć herb rodziny Colleoni z łezkami, które łezkami nie są. Okazują się być trzema jądrami fundatora. Na pamiątkę przedziwnej budowy ciała dumna rodzina postanowiła zamieścić je w herbie rodu. Jak kto woli.

Czas na Bazylikę Santa Maria Maggiora, która uważana jest za najcenniejszy zabytek Bergamo. Powstała w XII wieku w podziękowaniu za ochronę mieszkańców przed epidemią dżumy, suszą i głodem. Wcześniej mieściła się tam świątynia pogańska. Z zewnątrz budynek nawiązuje do stylu romańskiego, ale wnętrze to książkowy przykład przepychu barokowego. Wstęp bezpłatny, zwiedzanie możliwe jest od poniedziałku do soboty w godzinach 8:30 – 13:00 i 14:30 – 18:00, w niedziele: 8:30 – 12:30 i 14:30 – 18:00. 

Z Piazza Duomo polecam spacer do FUNICOLARE SAN VIGILIO – to kolejka na wzgórze, z którego rozpościera się najładniejszy widok na miasto. Dotarcie tam to gwarancja najpiękniejszej panoramy na Bergamo – podczas naszego krótkiego pobytu lepszej nie znaleźliśmy. Przy zakupie biletu na transport publiczny 24h/48h/72h przejazd kolejką jest bezpłatny. 

Widoki z San Vigilio:

IMG_20180607_161921IMG_20180607_164313IMG_20180607_163752

IMG_20180607_164425
Idealny plener do zdjęć „Na zamyślonego”

Słyszeliśmy, że na najwyższym wzniesieniu w Bergamo mieści się zamek. Widząc tę budowlę stwierdziliśmy, że koło zamku to ona nawet nie stała. Nie myliliśmy się – są to po prostu dawne fortyfikacje. Pierwsze wzmianki o budowli pochodzą z VI wieku. Niemniej jednak, widoki stamtąd wynagradzają rozczarowanie.

IMG_20180607_162444IMG_20180607_162356

IMG_20180607_162409
Najwidoczniej rozciągająca się za boiskiem panorama miasta rekompensuje graczom latanie za wykopaną piłką

W drodze powrotnej przespacerowaliśmy się wzdłuż murów obronnych z XVI wieku, wzniesionych przez Wenecjan. Bergamo stanowiło dla nich najbardziej wysunięty punkt na północy – idealny do prowadzenia handlu. Mury przetrwały setki lat w doskonałym stanie. Liczą 6200 metrów, które przecinają cztery bramy miejskie. Jedną z nich (i najładniejszą według nas) jest Brama Świętego Jakuba. Widniejący na niej lew nie pozwala zapomnieć o dawnych rządach Państwa Weneckiego.

Myślę, że plan zwiedzania na połowę dnia będzie wystarczający – klimatyczne knajpki i bary same podpowiedzą Wam, co robić po zmroku. Chciałabym tylko dodać, że warto pomyśleć o jakimś nakryciu głowy podczas zwiedzania latem – w przeciwnym razie Wasz wieczór może zamienić się w walkę z rozsadzającą od upału głową po całodziennym spacerze (checked). Kupujcie bilety i koniecznie dajcie znać w komentarzach czy informacje okazały się przydatne!

Niedługo powstanie wpis o kolejnych atrakcyjnych miejscach w pobliżu Bergamo – Bellagio, Varennie i Lecco nad jeziorem Como. Stay tuned!